Cywilizacja

Nowa Jałta nie jest potrzebna. Rosja bez niej kończy odbudowę swojej strefy wpływów

Postsowieccy sąsiedzi Rosji, nawet jeśli nie rządzą nimi siły otwarcie promoskiewskie, muszą się liczyć z interesami Kremla.

W opublikowanym na początku października przez amerykański think tank RAND Corporation raporcie o sytuacji geopolitycznej w naszej części Europy znalazła się kontrowersyjna propozycja zawarcia przez Zachód z Rosją nowej umowy geopolitycznej. Jej istotą miałoby być zakonserwowanie status quo, polegające na tym, że państwa Unii Europejskiej i Stany Zjednoczone gwarantowałyby, oczywiście wespół z Rosją, iż nie nastąpią zmiany w orientacji politycznej sześciu państw buforowych – Białorusi, Ukrainy, Mołdawii, Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu.

Miałoby to zmniejszyć obawy Rosji, iż „wrogie siły Zachodu” zbliżają się do jej granic, a dzięki temu tworzyć obszar wzajemnej, obopólnie korzystnej współpracy, głównie o charakterze gospodarczym. Propozycje zawarte w materiale przygotowanym głównie przez ekspertów współpracującej z RAND niemieckiej chadeckiej Fundacji Boscha, oraz jednego Polaka (nie ujawnionego z nazwiska - prosił o zachowanie jego anonimowości), oznaczałyby też, że europejskie i NATO-wskie aspiracje takich krajów jak Ukraina czy Gruzja nie ziszczą się nigdy, a przynajmniej nie dającym się przewidzieć horyzoncie czasu.
Premier Armenii Nikol Paszynian z Władimirem Putinem. Spotkanie szefów rządów Wspólnoty Niepodległych Państw, Duszanbe, wrzesień 2018. Fot. Alexei Druzhinin\TASS via Getty Images
Czytelników, którzy mogliby się poczuć zaniepokojeni wizją geopolitycznego porozumienia Zachodu i Rosji, spieszę uspokoić. Nic takiego nie będzie miało miejsca. Nie dlatego, że brak jest w europejskich stolicach zwolenników tego rodzaju układów, ale przede wszystkim z tego powodu, że w 5 lat po aneksji Krymu Rosja jest obecnie znacznie bliżej niźli w przeszłości do osiągnięcia swego głównego celu geopolitycznego – zbudowania u swoich granic wianuszka państw buforowych, których władze nawet nie będąc otwarcie promoskiewskie będą zmuszone liczyć się z jej strategicznymi interesami.

A zatem Moskwa nie potrzebuje żadnych porozumień z Zachodem, i dlatego nie jest nimi zainteresowana. Aby się o tym przekonać dokonajmy przeglądu najważniejszych wydarzeń ostatnich dwóch lat w regionie.

Pierwsza była Armenia

W kwietniu ubiegłego roku na ulice Erywania i innych armeńskich miast wyległy dziesiątki tysięcy demonstrantów porwanych zapałem Nikola Paszyniana, jednego z liderów proeuropejskiej opozycji, od lat walczących ze skorumpowanym rządem Serża Sarkisjana. Ten ostatni sprawił, że Armenia nie podpisała umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską i wprowadził w 2014 roku swój kraj do kontrolowanej przez Moskwę Unii Euroazjatyckiej.

Kiedy w parlamencie akceptowano tę decyzję, Paszynian, dzisiejszy premier, był jej przeciwnikiem i opowiadał się za utrzymaniem proeuropejskiego kursu Erywania. Jesienią 2017 roku jego frakcja parlamentarna przygotowała rezolucję, w której wzywała do wyjścia Armenii z rosyjskiej Unii Euroazjatyckiej.

Jaki jest bilans 18 miesięcy nowego, wyłonionego w wyniku, aksamitnej rewolucji rządu Armenii? Wydaje się, że prorosyjski kurs Erywania jest głębszy niźli za czasów poprzednich rządów. Chodzi nie tylko o zakupy rosyjskiego uzbrojenia za rosyjski kredyt, w tym nowoczesnych myśliwców Su-30 SM, ale również o kontrowersyjną decyzję wysłania do Syrii wojskowego kontyngentu pomocy humanitarnej (saperów i lekarzy).

Mniejsza o to, że wielu amerykańskich ekspertów było zdania, po analizie opublikowanych zdjęć, że wysłani przez Erywań żołnierze zaopatrzeni są tak jakby mieliby zostać skierowani do innych, niż głosiły to oficjalne enuncjacje, zadań. Chodzi głównie o wymiar polityczny tego posunięcia.

Moskwie od początku swej interwencji w Syrii zależało, aby uznana ona została przez świat jako wyraz polityki humanitarnej, polegającej na przeciwdziałaniu konfliktom zbrojnym. W tym celu nalegała na stolice państw tworzących z nią wspólny sojusz wojskowy (ODKP), takich jak Kazachstan, aby również wysłały do Syrii swe misje humanitarne. To co w przypadku Kazachstanu spotkało się z dość stanowczą odmową i zakończyło niepowodzeniem, udało się w Erywaniu.
Prezydent Mołdawii Igor Dodon i Władimir Putin, Moskwa, styczeń 2019. ot. Mikhail Svetlov/Getty Images
Ostatnią odsłoną obserwowanego od pewnego czasu zbliżenia na linii Rosja – Armenia jest porozumienie podpisane w trakcie wizyty ministra Siergieja Ławrowa, która miała miejsce na początku listopada, gwarantujące dostęp rosyjskich inspektorów do armeńskiego laboratorium biologicznego zbudowanego za pieniądze Stanów Zjednoczonych.

Rosjanie przez lata twierdzili, że mogą tam być prowadzone podejrzane i zlecane przez CIA badania, domagając się możliwości przeprowadzenia inspekcji, czemu opierał się poprzedni, prorosyjski, jak przyjęło się uważać, gabinet Sarkisjana. Teraz dopięli swego, ale raczej na tym nie poprzestaną, bo budują swoją pozycje na niepowodzeniach obecnego obozu rządzącego Armenią.

Paszynianowi nie udało się doprowadzić do normalizacji stosunków z Turcją, relacje z Azerbejdżanem pozostały nadal napięte. Jego podróż do Teheranu, która miała miejsce na początku roku, doprowadziła jedynie do nadwyrężenia stosunków z Waszyngtonem. Na to nakładają się problemy gospodarcze, tego niewielkiego, geopolitycznie i komunikacyjnie izolowanego, kaukaskiego kraju.

Moskwa obwieściła niedawno o planowanych podwyżkach cen dostarczanego do Armenii gazu, co w sytuacji braku istotnych alternatyw i właściwie gospodarczej nieobecności Europy w tym regionie, jeszcze mocniej uzależnia Erywań od Rosji.

Powtórka w Mołdawii

W czerwcu tego roku do Kiszyniowa przyleciał rosyjski wicepremier nadzorujący sektor energetyczny Dmitrij Kozak. W efekcie prowadzonych przezeń rozmów, w których uczestniczyli również dyplomatyczni przedstawiciele Unii Europejskiej, doszło tam do zawarcia egzotycznego sojuszu – prozachodniej formacji ACUM i promoskiewskiej partii socjaldemokratycznej, kierowanej faktycznie przez urzędującego prezydenta Igora Dodona.

Chodziło o odsunięcie oligarchy Władimira Płachotniuka, który stojąc na czele kontrolowanej przez siebie Partii Demokratycznej skoncentrował w swych rękach pełnię władzy. Płachotniuka udało się odsunąć, na czele rządu stanęła Maia Sandu z prozachodniej ACUM, w której gabinecie dominowali zwolennicy integracji z Europą. Wydawało się to o tyle łatwe, że z gospodarczego punktu widzenia Mołdawia dawno już jest państwem będącym częścią europejskiego obszaru gospodarczego.

Jednak Europa zajęta swoimi sprawami uznała powołanie gabinetu Sandu najwyraźniej za zwieńczenie swych wysiłków i gwarancję przyszłego sukcesu. Wizyty pani premier w Brukseli, prócz rutynowych zapewnień o poparciu, nie przyniosły żadnego wymiernego rezultatu. Pomoc finansowa miała charakter symboliczny.
Premier Mołdawii Maia Sandu (z lewej) z Federiką Mogherini (wysoką przedstawicielką Unii Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa) podczas spotkania w Brukseli we wrześniu 2019. Fot. Dursun Aydemir/Anadolu Agency via Getty Images
Podobnie wizyta premier Sandu w Waszyngtonie zakończyła się bolesną kompromitacją, kiedy Mike Pompeo, mimo wcześniejszych ustaleń, nie znalazł czasu aby spotkać się z premier Mołdawii. W Kiszyniowie, czemu się trudno dziwić, zostało to odebrane jako despekt i wyraz lekceważenia.

Zupełnie inaczej postępowała Federacja Rosyjska. Nie tylko gwarantowała zniesienie barier handlowych i dopuszczenie mołdawskich płodów rolnych do rosyjskiego rynku. Ekonomiczny wymiar takich posunięć dla gospodarki Mołdawii był wprawdzie niewiele znaczący, ale wymiar propagandowy, nagłośniony przez rosyjskie kanały telewizyjne retransmitowane i powszechnie oglądane w państwach postsowieckich, miał istotne znaczenie. Tym bardziej na wsi, gdzie mieszka niemała grupa tradycyjnie nastrojonych wyborców.

Rosja zagrała również inną kartą – Mołdawię odwiedził minister Siergiej Szojgu, który w imieniu rosyjskich sił zbrojnych, zaproponował pomoc w likwidacji ogromnego arsenału amunicji zgromadzonego na obszarze separatystycznego Naddniestrza. A przypomnijmy, ze to właśnie dla ochrony olbrzymich składów amunicji, do których trafiały zapasy z całego ewakuowanego Paktu Warszawskiego utrzymuje się w Naddniestrzu rosyjski kontyngent wojskowy.

Gdyby ta operacja się powiodła być może doszłoby do wycofania się Rosjan z tego regionu i udałoby się przywrócić jedność kraju. Tą unifikacyjną polityką skutecznie gra od pewnego czasu lewicowy prezydent Igor Dodon, kreując się na jedynego gwaranta zjednoczenia kraju - dzięki współpracy z Moskwą.

W październiku w Mołdawii miały miejsce wybory lokalne, które pokazały, że egzotyczna koalicja działa na korzyść prorosyjskich socjalistów, a zdecydowanie osłabia siły proeuropejskie. Wpływy, głównie na prowincji, formacji Płachotniuka zostały właściwie nienaruszone. Późniejsze wydarzenia były tylko konsekwencją wyborczego werdyktu.

Gabinet Sandu i sama premier chciała przyspieszyć dezoligarchizację kraju, rozpoczynając od zmian na stanowisku prokuratora generalnego. Ze sprzeciwem wystąpili socjaliści, którzy zgłosili wotum nieufności. W międzyczasie doszło do zawarcia niejawnego porozumienia między prorosyjskimi socjalistami, a Partią Demokratyczną. Rząd Sandu upadł, obecnie w Mołdawii władzę sprawuje gabinet przejściowy, złożony głównie z doradców prezydenta Dodona.

Do przyszłorocznych wyborów prezydenckich zapewne zmieni się niewiele. Wątpić należy i w to czy wybory coś zmienią, bo w efekcie porażki proeuropejska koalicja ACUM nie tylko okazała się boleśnie nieskuteczna, ale również, podzieliła się i skonfliktowała. Siły prorosyjskie kontrolują sytuację w Mołdawii.

Misterna gra Putina z Łukaszenką. Czy Rosja połknie Białoruś?

Moskwa chce wywołać w Mińsku wybuch niezadowolenia społecznego, trochę na wzór ukraińskiego Majdanu. W jakim celu?

zobacz więcej
Następna będzie Gruzja

Latem tego roku wybuchły w Tbilisi zamieszki w związku z wizytą (z okazji międzyparlamentarnego spotkania państw prawosławnych) rosyjskich deputowanych w gruzińskim parlamencie, z których jeden zasiadł w fotelu marszałka i prowadził obrady. Wielotysięczna demonstracja oburzonych Gruzinów została brutalnie rozpędzona po kilkunastu godzinach przez policję, Rosjan udało się ewakuować a Moskwa w charakterze retorsji za „rusofobiczne” zajścia wprowadziła zakaz lotów, co boleśnie ugodziło w gospodarkę kraju żyjącego głównie z turystyki.

Jednak zmiany w polityce wewnętrznej Gruzji okazały się istotniejsze. Minister spraw wewnętrznych Giorgi Gacharia, którego dymisji domagali się protestujący przed parlamentem, został we wrześniu premierem, co zdaniem obserwatorów świadczyło już wówczas, że faktyczny lider rządzącego krajem Gruzińskiego Marzenia, oligarcha Bidzina Iwaniszwili, przestał myśleć o jakimkolwiek kompromisie z opozycją, i postawił wszystko na jedną kartę, nie wahając się w razie potrzeby użyć w sporach wewnętrznych siły.

Tylko kwestią czasu było, kiedy nastąpi kolejna faza konfliktu wewnętrznego. I wybuchł on po tym, gdy rządzące Gruzińskie Marzenie wycofało się ze złożonych w trakcie letnich protestów obietnic reformy systemu wyborczego. I znów, przed gruzińskim parlamentem rozpoczęły się demonstracje opozycji, dodatkowo rozeźlonej aresztowaniem przez władze separatystycznej Osetii Południowej znanego gruzińskiego lekarza niosącego przez granicę pomoc chorym. Podobnie jak latem, demonstrantów rozproszyły specjalne siły policji.

Niechęć obecnej władzy do rozmów z opozycją, narastająca polaryzacja wewnętrzna, osamotnienie Gruzińskiego Marzenia, które coraz chętniej sięga do argumentu siły w dyskusjach politycznych jest z pewnością na rękę Moskwie. Nie tylko dlatego, że podzielone elity łatwiej jest przeciągnąć na swoją stronę a zdestabilizowany kraj ma mniejszy potencjał.

Równie istotna jest reputacja, jaką w oczach Zachodu buduje to co dzieje się w Tbilisi. Perspektywie integracji z Europą z pewnością nie sprzyja wizerunek kraju wewnętrznie skłóconego. A Moskwa ma atuty, których zamierza użyć. Pod koniec listopada w Pradze odbędzie się kolejna tura rozmów gruzińsko-rosyjskich. Już zapowiedziano możliwość przywrócenia ruchu lotniczego między obydwoma krajami oraz starania na rzecz uwolnienia uwięzionego w Osetii lekarza.

Białoruś i Ukraina

O tym co się dzieje na Ukrainie i Białorusi w polskich mediach, w tym i w „Tygodniku TVP” pisze się stosunkowo częściej, stąd nie ma większego sensu przypominać ostatnich wydarzeń. Zapowiedziana na początek grudnia integracja ekonomiczna Mińska i Moskwy nie jest jeszcze przesądzona, choć już obecnie gołym okiem widać, że bez rosyjskich pieniędzy białoruski reżim będzie miał trudności z utrzymaniem się przy władzy. A to jest gwarantem, w dłuższej perspektywie, utrzymania wpływów rosyjskich w Mińsku.
Bidzina Iwaniszwili jako kandydat na premiera Gruzji z patriarchą Eliaszem II w październiku 2012 w Kutaisi. Fot. REUTERS/David Mdzinarishvili
Czy Zachód w imię równoważenia wpływów Rosji będzie skłonny wejść rolę donora Łukaszenki i jego ekipy? Nawet jeśli tak się stanie, to nawet najdalej idące deklaracje Mińska nie mówią o prozachodnim kursie, a jedynie o neutralności, czy raczej niezależności jego polityki zagranicznej. W wymiarze wewnętrznym też trudno, czego dowiodły przeprowadzone niedawno wybory parlamentarne, liczyć na zmiany. Tutaj mamy nawet regres. O ile cztery lata temu Łukaszenka dopuścił do wyboru dwóch posłanek z formacji opozycyjnych, o tyle teraz przez sito reżimu nie prześlizgnął się nikt.

I wreszcie Ukraina. Nawet jeśli zlekceważymy wypowiedzi oligarchy Ihora Kołomojskiego w wywiadzie dla New York Timesa (oświadczył on, że Kijów może wybrać opcję pojednania z Moskwą i wówczas rosyjskie czołgi stały będą na granicy z Polską), to nawet powierzchowna analiza tego co dzieje się w relacjach ukraińsko-rosyjskich, wskazuje, że powoli, stopniowo, ale konsekwentnie Rosja odbudowuje swą pozycję. Kołomojski powiedział, że ceną może być 100 mld dolarów, bo tyle aby odbudować swą gospodarkę, potrzebuje Ukraina. Zachód reprezentowany przez Bank Światowy tych pieniędzy nie chce dać, a przynajmniej stawia trudne do spełnienia warunki.

Rosja, której rezerwy są dziś wielokrotnie większe niż wspomniana kwota, może okazać się partnerem znacznie wygodniejszym, a przy tym nie domagającym się odejścia z życia publicznego oligarchów i skorumpowanych urzędników.

Polityczna próżnia

W obrazie, który wyłania się z tej powierzchownej analizy sytuacji krajów sąsiadujących z Federacją Rosyjską jest jeszcze jeden element wspólny. Otóż wszystkie one są rządzone przez ruchy w mniejszym lub większym stopniu populistyczne, takie które doszły do władzy na fali nadziei i oczekiwań zmiany w poziomie i jakości życia (Białoruś jest tu wyjątkiem, ale tam w istocie chodzi o utrzymanie zbudowanego przez Łukaszenkę modelu państwa bezpieczeństwa socjalnego, który dziś wydaje się zagrożony).

Elity wszystkich tych krajów chciałyby szybko móc pochwalić się sukcesem, wiedząc, że zmęczone społeczeństwa nie zgodzą się w dłuższej perspektywie na trudną i bolesną drogę reform. Tyle, że bez pieniędzy, bez międzynarodowego wsparcia, o taki sukces nie tylko trudno, ale wręcz jest on niemożliwy do osiągnięcia. Zachód zajęty własnymi sprawami i wieloletnim wspieraniem Grecji nie spieszy, prócz retoryki, z pomocą. W efekcie powstaje geopolityczna próżnia, którą chętnie zapełnia Rosja.

– Marek Budzisz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Moskwa, październik 2019, spotkanie przedstawicieli rządów Wspólnoty Niepodległych Państw. Fot. Yekaterina Shtukina\TASS via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Co wolno papieżowi na emeryturze?
Dwaj biskupi w białych sutannach różnią się w ważnych kwestiach. Według niektórych to początek schizmy.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy zamieni Rosję w cyfrową dyktaturę?
Ludzkiej twarzy przydaje mu to, że w wolnych chwilach pisuje piosenki dla artystów rosyjskiej pop estrady i grywa w hokeja.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy jedni mówią sport to zdrowie, drudzy dodają – stracone!
W przypadku trwałej niezdolności do gry Robert Lewandowski otrzyma 330 mln złotych odszkodowania.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak Putin zostaje dożywotnim „przywódcą narodu”
Zapowiedział radykalne zmiany w konstytucji. Poważne ograniczenie kompetencji prezydenta oznacza, że to stanowisko już go nie interesuje.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak oczernić Polskę? Propagandowa metoda Kremla
„Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców” – powtarzał telewizyjny propagandysta Władimir Sołowjow w transmitowanym w porze największej oglądalności show.