Kultura

Karierę zaczął od tęczy. Pan od cudów

Największą sławę przyniosło mu słońce. Jasna, promienista kula unosząca się nad głowami zgromadzonych dawała poczucie szczęścia. Jakby wejść do raju. Czy można się dziwić, że w tym słońcu (zimnym w istocie) wygrzewało się ponad dwa miliony widzów? Frekwencyjny sukces, którego nie jest w stanie pobić żadna wystawa sztuki współczesnej.

Od kilkudziesięciu lat przy galeriach i muzeach funkcjonują bary/restauracje, niekiedy – z racji pracujących tam słynnych kucharzy – cieszące się większym wzięciem niż wystawy; od co najmniej dekady w muzealnych menu pojawiają się dania nawiązujące do bieżących prezentacji (np. wariacje wokół tego, co być może jadali da Vinci, Bruegel, Klimt czy Canaletto – bez żadnej gwarancji, że tak było naprawdę).

Dziś kuratorska awangarda poszła dalej: przełamano podziały na sztukę plastyczną i kulinarną – teraz artyści aktualnie wystawiający w prestiżowych miejscach odpowiadają także za lokalny jadłospis.

Tak właśnie jest w londyńskiej Tate Modern. Tamże, hitem sezonu jest prezentacja zatytułowana „In Real Life” międzynarodowego gwiazdora Olafura Eliassona. Zanim naszymi zmysłami, emocjami i psychiką zawładnie to, co w salach wystawowych – a droga długa – dobrze jest posilić ciało w Terrace Bar. To jedna z prekursorskich jadłodajni szybkiej i samodzielnej obsługi, o wnętrzu równie brzydkim, jak cała dookolna postindustrialna architektura. Poprawia je wizualnie wyposażenie: stoły i lampy zaprojektowane przez studio Eliassona, takie same jak w jego berlińskim kombinacie.

Za menu odpowiada SOE Kitchen Team (znów ekipa Eliassona w kooperatywie z Tate Eats). Do wyboru, zgodnie z obowiązującą modą, tylko dania wegeteriańskie (zupy, sałatki, ciasta) z produktów lokalnych, najlepszych w danym sezonie, z organicznymi przyprawami.
Kuchnia w galerii. Tylko dania wegeteriańskie. Fot. Anders Sune Berg/Studio Olafur Eliasson
A wszystko zaczęło się w 2005 roku, kiedy duńsko-islandzki artysta dobierał zespół i organizował studio w Berlinie. Innowacją była otwarta kuchnia, w której przygotowywano lunche, jednoczące ekipę w luźnej i rodzinnej aurze.

Potem okazało się, że w przestrzeni z kuchnią w tle doskonale się gada, dyskutuje, ogląda projekcje i omawia nowe projekty.

Pan od fizyki

Kim jest Olafur Eliasson? Urodzony w Kopenhadze w 1967 roku, w rodzinie islandzkiej, czuje się związany z całą Skandynawią, co nie przeszkodziło mu 24 lata temu przenieść się na stałe do Berlinie. Znany jest z „cudów”, które choć należą do świata sztuki, w istocie są wizualizacją praw fizyki i teorii optyki z wykorzystaniem żywiołów: wody, ognia, powietrza i ziemi.

Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia

Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.

zobacz więcej
Eliasson jeździ po całym świecie i kreuje nie tyle instalacje czy konstrukcje, ile zjawiska. Wydają się nadprzyrodzone – w istocie są imitacjami natury. Pojawiają się w przestrzeni miejskiej lub w pejzażu; to znów zamykane bywają w galeriach. Tam, gdzie autor chce lub gdzie go zaproszą. Jego kreacji nie ogląda się jak tradycyjnych dzieł sztuki. Wchodzi się w nie, dotyka, zanurza. Doświadcza wszystkimi zmysłami.

Myślę, że artysta stara się też zdefiniować na nowo fenomen piękna. Czym jest współczesne „świeckie” sacrum, zdaje się pytać. Jakie czynniki wyzwalają nasze wzruszenie i nabożny podziw? Co sprawia, że stajemy w niemym zachwycie przed kryształem, tęczą, wodospadem? A może naszymi przeżyciami sterują prawa fizyki?

Laboratorium emocji

Berlińskie studio Eliassona bardziej przypomina laboratorium niż pracownię. Artysta robi modele prac, przeprowadza na nich doświadczenia. Podpiera się wiedzą 100-osobowego zespołu, złożonego z przedstawicieli różnych profesji – architektów, inżynierów, konstruktorów. Trzeba przyznać, że ta współpraca daje zdumiewające rezultaty.

Eliasson zaczął karierę „cudotwórcy” ponad ćwierć wieku temu. Na początek wyczarował tęczę. Nazwał ją po prostu „Beauty”. Była to ściana z wodnych drobin, na których pojawiała się wielobarwna, zmieniająca kształty, opalizująca forma.

Następny głośny projekt, to zielono-niebieska rzeka przepływająca przez różne miasta. Szmaragdowe wody pojawiały się w Los Angeles, w Tokio, w Sztokholmie przez trzy lata, do 2001 roku. Jesienią 2007 roku artysta przeobraził londyńską Serpentine Gallery w latający talerz, który, zdawało się, wylądował na trawniku pobliskiego Hyde Parku.
Rok później wzniósł na nowojorskiej East River cztery monumentalne wodospady, które można było oglądać z mostu, z wybrzeża lub z łódki. Kaskady wodne opadały z wysokości kilkudziesięciu metrów, rozpylając dookoła mgławicę kropelek. Niezwykła turystyczna atrakcja.

W 2008 roku MoMA w San Francisco urządziła artyście retrospektywę zatytułowaną „Take Your Time”. Znów – przeżycie jak z bajki.


Jednak największą sławę przyniosło Eliassonowi… słońce. W czerwcu 2003 roku zapalił je w duńskim pawilonie na 50. biennale weneckim, a w październiku przeniósł do gigantycznego Turbine Hall w londyńskiej Tate Modern. Tym razem w o wiele większej skali. Na tę instalację nazwaną „The Weather Project” peregrynowali ludzie z całego świata.

Sztuczne słońce w magnetyzowało tłumy. Kładli się na podłodze galerii i zapadali w stan przypominający hipnozę. Widzieli się wzajemnie, lecz nieostro. Kontury i barwy rozmazywały się we mgle, spowijającej halę (efekt wywołany rozpyleniem pary wodnej z cukrem). Jasna, promienista kula unosząca się nad głowami zgromadzonych dawała poczucie szczęścia. Jakby wejść do raju. Czy można się dziwić, że w tym słońcu (zimnym w istocie) wygrzewało się ponad dwa miliony widzów? Frekwencyjny sukces, którego nie jest w stanie pobić żadna wystawa sztuki współczesnej.

Topniejący lód

Jest powód do porównań: „In Real Life” to kolejny londyński projekt Eliassona, zaaranżowany w przestrzeniach Blavatni Building (część Modert Tate). Jak zwykle urzeka i uwodzi estetyczną stroną, jednak ma też ważne przesłanie – ratowania natury.

Motywem przewodnim jest… lodowiec. 20 lat temu artysta, odwiedzając rodzinne strony, wykonał serię zdjęć przedstawiających dziewiczy pejzaż skutych wiecznym lodem krain. Potem dokumentował topnienie lodowcowej strefy. W końcu uznał, że lód sam przemówi najmocniej.
Rok temu Eliasson ustawił nad Tamizą, w okolicach Tate Modern, specyficzne rzeźby: 30 lodowych brył, wyłowionych z morza w okolicach Grenlandii. Ta instalacja, zatytułowana „Ice Watch”, ważąca w sumie ponad sto ton, nie była dziełem ludzkich rąk (jeśli nie liczyć transportu). Zainaugurowana 11 grudnia 2018 trwała tak długo, jak długo lód wytrzymywał dodatnie londyńskie temperatury. Topnienie kawałów lodowca trwało kilka tygodni, lecz było nieuniknione.

W tym czasie przechodnie rozmaicie reagowali na te naturalne formy. Byli tacy, którzy gładzili lodowe „rzeźby”, przytulali się do nich, nasłuchiwali, co w nich piszczy, skrzypi, trzeszczy. Wszyscy zdawali się nostalgicznie wzdychać jak Francois Villon: „Ach, gdzie te niegdysiejsze śniegi”?

W tym roku Eliasson przywołał lodowcową akcję w nowej wersji, teraz w zadaszonej przestrzeni Tate Modern. Pokazał też, jak wspaniałą materią jest mech, którym pokrył największą ścianę galerii – ku utrapieniu strażników, niezdolnym przeciwdziałać permanentnemu wyskubywaniu fragmentów porostów przez widzów żądnych „pamiątki z wystawy”.

W osobnej salce artysta przywołał „Piękno”, czyli wspomnianą tęczę pojawiającą się na ścianie wodnej. A przed budynkiem Tate wyczarował „Waterfall”, wysoki na 11 metrów wodospad, który wydaje się wznosić za dotknięciem czarodziejskiej różdżki…

Na koniec trochę komercji sprytnie połączonej z recyklingiem. Masz T-shirt, którego nie nosisz? Przynieś do Tate, a dostaniesz 20 procent upustu na nowiutki z logo wystawy „In Real Life”. Ale… czy to powstrzyma topnienie lodowców?

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Artysta zdaje się pytać: Czym jest współczesne „świeckie” sacrum. Fot. Studio Olafur Eliasson
Wystawę „In Real Life” Olafura Eliassona można oglądać w londyńskiej Tate Modern do 5 stycznia 2020
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Kronikarz epok Gomułki i Gierka. Jerzy Gruza i jego telewizja
Wydawał mi się wieczny. A powinienem mieć świadomość, że w tych fantazyjnych szalikach, kapeluszach, nonszalanckich strojach, wiecznym być nie może.
Kultura Poprzednie wydanie
„Parasite”: dyskomfort dla liberalnych elit
Korea Południowa jawi się jako kraj Trzeciego Świata. Możliwości awansu społecznego są zablokowane.
Kultura wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Policjantka z „Blondynki”, żona policjanta w „Ojcu Mateuszu”,...
Opowieść o kobiecie porzuconej przy ołtarzu, a potem bujającej się pomiędzy nadzieją, wyznaniami spóźnionych miłości, buntem przeciw miałkości facetów, pogodzeniem się z własnym losem.
Kultura wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Żył w zmysłowym oczadzeniu. Nienasycony
W jego obrazach odnajduję nieustającą potrzebę krzesania twórczego ognia – pisze Monika Małkowska.
Kultura wydanie 31.01.2020 – 7.02.2020
Szybki Łukasz z miasta trucizny i sztyletu
W tej okrutnej epoce Kain zabijający Abla był tematem jak najbardziej naturalnym, podobnie jak Tarkwiniusz gwałcący Lukrecję.