Felietony

Pożegnanie z Donbasem

Część ukraińskich elit uważa, że nie warto zabiegać o odzyskanie postsowieckiego regionu.

Znany ukraiński oligarcha pochodzenia żydowskiego Ihor Kołomojski wywołał niedawno w wielu krajach konsternację. Chodzi o wywiad, którego udzielił dziennikowi „The New York Times”.

Zarzucił on państwom zachodnim – zwłaszcza Stanom Zjednoczonym – że realnie nie pomogły Ukrainie w konflikcie zbrojnym z Rosją. Jednocześnie oznajmił, że jego rodacy mają już dość przelewania krwi, więc jeśli Zachód się nie zreflektuje – Kijów gotów zwrócić się w stronę Moskwy. Gdyby tak się stało, to – jego zdaniem – rosyjskie czołgi staną w okolicach polskich miast, a NATO ze strachu „narobi w portki”.

Trzeba przypomnieć, że Kołomojski uchodzi za protektora obecnego prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zełenskiego. Blisko sześć lat temu, kiedy Rosja zaczęła prowadzić przeciw Ukrainie wojnę hybrydową, biznesmen finansował broniące ojczyzny bataliony ochotnicze. Natomiast kilka miesięcy temu stwierdził, że w Donbasie trwa ukraińska wojna domowa (a taka jest kremlowska narracja), choć i przyznał, że są tam też obecni Rosjanie.
Ukraińskie kutry „Bierdiańsk” i „Nikopol” oraz holownik „Jani Kapu” zajęte przez FSB rok temu w Cieśninie Kerczeńskiej zostały w środę 20 listopada 2019 roku zwrócone przez Rosję. Okręty wróciły całkowicie ogołocone z wyposażenia, Rosjanie wymontowali nawet klosze, gniazdka elektryczne i sedesy. Fot. Vereshchagin\TASS via Getty Images
W rozmaitych komentarzach można przeczytać, że obecnie między Zełenskim a Kołomojskim iskrzy, ponieważ pierwszy uniezależnił się od drugiego. Nie wiadomo, czy utrzymane w tonie szantażu wobec państw zachodnich wypowiedzi oligarchy z wywiadu dla „NYT” mają ukraińskiemu przywódcy pomóc czy zaszkodzić. Ich kontekstem jest i to, że na 9 grudnia zaplanowano w Paryżu spotkanie czwórki normandzkiej – Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec – w sprawie uregulowania sytuacji w Donbasie.

W działaniach Zełenskiego można zauważyć dążenie do deeskalacji tego, co się dzieje na linii Kijów – Moskwa. Rezultaty to między innymi wymiana więźniów, obejmująca 35 osób z każdej ze stron (w tym ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa), oraz zwrot Ukrainie trzech okrętów wojennych, które Rosjanie przejęli siłą rok temu w Cieśninie Kerczeńskiej.

Tymczasem ze strony ukraińskiej opozycji formułowane są pod adresem Zełenskiego oskarżenia o zdradę. Chodzi o złagodzenie kursu wobec Kremla, który przecież wciąż nie zgadza się na likwidację podporządkowanych Rosji samozwańczych „republik ludowych” w Donbasie i przekazanie Ukrainie pełnej kontroli nad regionem.

Tak więc patrioci ukraińscy jasno wyrażają wobec Zełenskiego swoje pretensje. Rzecz w tym, że w przypadku dramatu, który jest udziałem Ukrainy, bieżące wydarzenia polityczne i towarzyszące im piarowskie gry przesłaniają to, co jest naprawdę istotne, a co umyka uwadze mediów. Weźmy choćby sposób myślenia ludzi kojarzonych z ukraińskimi kręgami opiniotwórczymi – reprezentującymi opcję liberalną i prozachodnią. Mogłoby się wydawać, że to właśnie oni są bezkompromisowymi krytykami linii Zełenskiego. Bliski jest im etos zrywu na kijowskim Majdanie w roku 2014. W ich oczach Rosja to agresor i okupant, na którego wybiegi dyplomatyczne nie można się nabierać.

Jednym z tych ludzi jest pisarz Jurij Andruchowycz. Dwa tygodnie temu miałem okazję sięgnąć ponownie po jego książkę „Ostatnie terytorium”. Ta wydana w Polsce w roku 2002 pozycja jest zbiorem publikowanych wcześniej na różnych łamach tekstów, które powstały na długo przed rosyjską aneksją Krymu i przejęciem władzy w Donbasie przez prorosyjskich separatystów.

Andruchowycz to okcydentalista. Pochodzi z Iwano-Frankiwska (dawniej – Stanisławowa) i chciałby, żeby Ukraina cywilizacyjnie należała do Europy. Co jednak zrobić z olbrzymim ciężarem tego, co zostało po Związku Sowieckim?

W eseju „Czarnobyl, mafia i ja” autor pisze o „zrujnowanych krajobrazach” Ukrainy. „Przepełnione śmietniki – czytamy – z których każdy zdaje się świadczyć o naszej kulturze, która sama siebie nazywa jedną z najstarszych kultur w Europie. Powszechna lumpenizacja wszystkiego i wszystkich: tandetna rosyjska muzyka, ogolone głowy, spirytus przemysłowy, wybuchy epidemii cholery i brutalności” (przełożyła Lidia Stefanowska).

Wojna rozpocznie się na Morzu Azowskim. Lada dzień?

Analitycy wojskowi są zdania, że Rosjanie dążą do przekształcenia akwenu w obszar zamknięty i podlegający całkowicie ich kontroli.

zobacz więcej
Czy Donbas jest przez Andruchowycza potraktowany w sposób szczególny? Tak. Pisarz nazywa region „ekstremalną częścią” zrusyfikowanych południowych i wschodnich obszarów Ukrainy. W eseju „Próba dezinformacji” charakteryzuje go następująco: „(…) robotniczy, przemysłowy, czerwony Donbas. (…) Podróż w Donieckie to, wedle wielu obserwatorów, wyprawa w przeszłość, co więcej – w przeszłość w katastrofalny sposób zniszczoną i zaniedbaną, choć żadna przyszłość nie nadeszła, by ją zamienić” (przełożyła Ola Hnatiuk).

Potem pisarz cytuje pewnego socjologa: „Donbas to kraina przesiedleńców, a większość jego mieszkańców zapuściła tam korzenie właśnie za czasów radzieckich. Wcześniejsza, przedradziecka historia Donbasu w ludowych opowieściach czy legendach praktycznie nie istnieje. Wielu doniecczanom związek «Donbas – węgiel – władza radziecka» wydaje się naturalny i nierozerwalny”.

Wreszcie w eseju tym Andruchowycz ironizuje na temat tendencji separatystycznych w południowych i wschodnich obwodach Ukrainy w pierwszej dekadzie jej niepodległego bytu państwowego. Argumentował, że ludność państwa ukraińskiego wbrew pozorom stanowi jedność, tyle że jej spoiwem są… postsowieckie patologie – takie jak gigantyczna korupcja. Występują one i w Galicji, i na Krymie.

Czytając „Ostatnie terytorium” w całości trudno jednak nie odnieść wrażenia, że autor postrzega Donbas jako ciało względem Ukrainy obce. Dlatego nie dziwią słowa Andruchowycza, wypowiedziane w wywiadzie z „Rzeczpospolitą” w roku 2010.

Pisarz mianowicie stwierdził, że należy rozważyć, czy Donbas i Krym nie mogłyby się od państwa ukraińskiego oddzielić. „To jest pomysł na niespodziewanie lekki i cywilizowany sposób rozwiązania problemu, który przeszkadza Ukraińcom być sobą, blokuje kierunek, w jakim podążać powinien kraj” – oznajmił.

Rosyjska okupacja Krymu oraz wywołanie przez Moskwę awantury w Donbasie nie zmieniły stanowiska Andruchowycza w tej kwestii. W wywiadzie dla serwisu Deutsche Welle z roku 2014 dał do zrozumienia, że armia ukraińska powinna bronić wschodniej granicy Ukrainy przed Rosją, jednocześnie odpuszczając sobie odzyskanie kontroli nad Donbasem.

Pamiętam jak ponad trzy lata temu podobną opinię w tej sprawie wyraził znany politolog i publicysta z Kijowa, Mykoła Riabczuk. To też ukraiński intelektualista o poglądach liberalnych i prozachodnich. Rozmawiałem wówczas z nim i oznajmił on, iż Donbas to zacofany, zsowietyzowany region, który nie jest wart tego, żeby za niego ginęli żołnierze ukraińscy.
Prezydent Wołodymyr Zełenski podczas inspekcji okrętów zwróconych Ukrainie przez Rosję. Fot. Arkhip Vereshchagin\TASS via Getty Images
Rzecz jasna, środowiska, które widzą pod względem cywilizacyjnym miejsce Ukrainy w Europie, a nie w „russkim mirze” („ruskim świecie”, czyli we wschodniosłowiańskiej wspólnocie z Rosją i Białorusią), nie są jednolite. Na przykład jeśli chodzi o stosunek do Donbasu pisarka Oksana Zabużko odrzuca postawę, którą demonstrują Andruchowycz czy Riabczuk.

Piętnuje ona „syndrom galicyjski”, czyli przeświadczenie, że ukraińskość jest zjawiskiem monoetnicznym, definiowanym przez język. Zabużko żywi przekonanie, że wśród szczerych patriotów państwa ukraińskiego nie brakuje mieszkańców jego południowych i wschodnich obwodów, którzy mówią po rosyjsku. Z nich przecież też rekrutowali się żołnierze ukraińscy walczący z prorosyjskimi separatystami o Donbas.

Niezależnie od tego, ile jest w wywodach Zabużko słuszności, opinie Andruchowycza czy Riabczuka są dość znaczące. Być może świadczą one o tym, że pewna część ukraińskich intelektualistów już dawno temu pożegnała się psychologicznie z Donbasem. I nie są to bynajmniej zwolennicy opcji prorosyjskiej, którzy garnęliby się do obdarowywania Kremla prezentami.

Dlatego należy brać pod uwagę i to, że działania Zełenskiego są również pokłosiem takiego stanu rzeczy. Polityk ten nie kwapi się do odzyskania przez Ukrainę Donbasu. Choć przypuszczalnie najbardziej obawia się on, że ów obciążony mocno brzemieniem postsowieckości region byłby po prostu czynnikiem destabilizacji państwa.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

01.12.2018
Zdjęcie główne: Żołnierze separatystycznej „Donieckiej Republiki Ludowej” w okolicy miejscowości Pietrowskoje. Fot. Valentin Sprinchak\TASS via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Po Marcu’68 ratował studentów wyrzucanych z uczelni
Jego ulubionym zajęciem było chodzenie po ulicach dużych miast. Ja go spotykałem w Warszawie i przyglądając się, gdzie się zatrzymuje, zacząłem dostrzegać więcej niż wcześniej.
Felietony Najnowsze wydanie
Wybitny polski dyplomata, który przyjaźnił się z de Gaulle’em
Cenił Piłsudskiego, ale po przewrocie majowym nie miał ochoty pracować z nowym rządem. Uległ w końcu namowom wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, twórcy Gdyni.
Felietony Najnowsze wydanie
Ja
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Epitafium
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
„Psy 3”. W imię historycznej amnezji
Są tu wątki, z których można by wywnioskować, że reżyser to infantylny małolat bez pojęcia, czym była Służba Bezpieczeństwa.