Kultura

Żywa Kamienica. Dla ludzi, którzy potrzebują śmiechu

Emilian Kamiński nie jest niczyim pieszczochem. Stroni od deklaracji politycznych. Zarazem umie się odważnie różnić od większości swojego środowiska. Prawie samotnie krytykował przedstawienie „Klątwa” w Teatrze Powszechnym za ewidentne bluźnierstwa.

Kocham Teatr Kamienica – jako miejsce. Na każdej premierze, a zdarza się, że i na następnych przedstawieniach, dyrektor (a tak naprawdę właściciel) Emilian Kamiński osobiście wita widzów. Zawsze zdenerwowany, czy się uda, nawet kiedy sam nie reżyseruje Jego homilie adresowane do publiki są ciepłe, niepowtarzalne, to facet, który kocha to co robi i lubi ludzi, dla których to robi. Jest prawdziwym gospodarzem, a nie schowanym gdzieś na zapleczu maszynerii dawcą usługi. Że się czasem powtarza? Jak każdy tata czy wujek.

Kamiński to wieloletni aktor, nota bene także weteran solidarnościowego oporu, zatrzymywany w latach 80. przez SB, bo mu się chciało grać przedstawienia w mieszkaniach, poza cenzurą i wyklinać na dokładkę dyktatora Jaruzelskiego. Ten teatr sobie po prostu wymarzył, ale też kilka lat ciężko pracował żeby w piwnicach kamienicy przy Alei Solidarności narodziło się jego ukochane dziecko.

W tym roku Kamienica z charakterystycznym czerwonym tramwajem przez frontonem budynku obchodziła 10-lecie. Tylko że dla Kamińskiego to był czas o wiele dłuższy. Przez kilka wcześniejszych lat osobiście zdrapywał ściany i osobiście malował, planował i urządzał, użerał się z urzędnikami i wykonawcami. Nocował tu i żył. Dziś to są wypieszczone pomieszczenia, przynajmniej imitujące luksus.
Emilian Kamiński jako Jerzy Fryderyk Haendel i Olaf Lubaszenko jako Jan Sebastian Bach, podczas próby spektaklu "Kolacja na cztery ręce" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego w 2015 roku w warszawskim Teatrze Kamienica. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Premiery mają tu w sobie coś snobistycznego. Pojawiają się znani aktorzy, dają się fotografować na tle ścianki, albo filmować na podwórku. Ale ten klimat to w istocie przedłużenie najpiękniejszych teatralnych rytuałów i sentymentów z dawnych czasów.

Czekając na Szekspira

Czy Ewa Wiśniewska, Magdalena Zawadzka, Teresa Lipowska, Tomasz Stockinger to celebryci? To przede wszystkim ludzie zasłużeni dla teatralnej kultury w Polsce. Kochani przez widzów za to, że im przypominają dawny świat, kiedy wyprawa do teatru była świętem. A że kręcą się między nimi młodzi artyści, także ci zapraszani do występowania tu (Kamienica nie ma stałego zespołu, etatów, nie płaci aktorom ZUS)? Ja w tym spotkaniu pokoleń widzę wspaniały symbol ciągłości, żywotności najlepszych nawyków.

To miejsce żyje zresztą także wtedy, kiedy nie gra się w nim spektakli. Odbywają się tu najróżniejsze imprezy: charytatywne, integracyjne, adresowane do młodych ludzi. Dyrektor jest tu cały czas. W jednej z salek można obejrzeć makietę przedwojennej Warszawy. Ten teatr jest czymś naprawdę żywym . Co do repertuaru – cóż. Pewnie bym wolał, żeby więcej tu było takich spektakli, jak grana od lat „Kolacja na cztery ręce” o Bachu i Haendlu, czy jak widowisko „Wiera Gran” z Justyną Sieńczyłło, aktorką towarzyszącą zresztą Kamińskiemu na dobre i złe. Ale to teatr prywatny, który musi bardzo ostrożnie gospodarować swoim budżetem. Przeważają więc niskoobsadowe farsy, czasem znakomite, czasem poprawne. Czy to źle? To repertuar dla ludzi, którzy potrzebują śmiechu. Sam się z nimi śmieję, choć czasem bardziej, czasem mniej.

Ale kibicuję Kamińskiemu, który sam zainwestował w to przedsięwzięcie swój czas i pieniądze, kiedy narzeka na system finansowania teatrów. Uważam, że takie placówki jak jego powinny się ustawiać w kolejce po granty – i samorządowe i rządowe, na równych prawach z teatrami publicznymi. Wtedy i repertuar byłby ambitniejszy, a może Emilian Kamiński spełniłby jedno ze swoich marzeń i zagrał na prywatnej scenie Szekspira. Acz warto odnotować wsparcie dla Kamienicy ze strony państwowej firmy Orlen, która wzięła na siebie obciążenia czynszowe. Dobre i to. Ale już warszawski samorząd mógłby być dla tego najbardziej warszawskiego z warszawskich teatrów hojniejszy.

Bez zbędnego gestu

Tak się akurat składa, że jesień 2019 roku to złoty czas Kamienicy. W ciągu trzech miesięcy od września do października teatr wystawił trzy premiery, z których każda wzbudziła moje bynajmniej nie grzecznościowe, ale całkiem szczerze zainteresowanie. Nie tylko mówi się tu do widzów zrozumiałym językiem, ale mówi o ważnych sprawach. Chapeau bas za to.
"Blef" Andrew Payne'a, reżyseria Marcin Perchuć, premiera w Teatrze Kamienica 12 września 2019. Fot. Materiały prasowe/Teatr Kamienica
Pierwszy był wrześniowy „Blef”. Zwyczajowo przystosowano tekst angielskiego dramaturga i scenarzysty Andrew Payne’a do polskich realiów. Bohaterowie mają polskie nazwiska, akurat realiów wymagających przebudowy jest tu niewiele, tekst to bowiem uniwersalny. Opowiada o relacjach w firmie mającej naturę korporacji. Takie opowiastki, pełne obrzydzenia dla ludzi zaczadzonych pieniędzmi, dla korporacyjnych rytuałów i korporacyjnego drylu widzieliśmy wiele. Ba kabaretowych skeczów, to jeden z częstych tematów. I tu następuje największe zaskoczenie. To jest coś więcej.

To jest po prostu dobry tekst. Inteligentny, wychodzący poza schemat. Miejscami przejmujący. Dobrze się go słucha, czasem budzi śmiech, ale tak naprawdę to typ komedii smutnej, pobudzającej do myślenia. Właśnie komedii, a nie farsy. Postaci pokazane w sztuce nie są kukiełkami, nosicielami archetypów, także tych antykorporacyjnych. Są żywi, nawet gdy żałośni, to wzbudzający także współczucie. Nawet tytułowy blef nie jest zwykłą sztuczką, przekrętem.

Miło się patrzy na dobrze poprowadzonych aktorów. Kamil Kula kojarzył mi się do tej pory z rolami serialowymi wymagającymi przede wszystkim prezencji. Jan Wieczorkowski to aktor doświadczony, ale czy nie nadmiernie celebrycki? W każdym razie nieznany z wielkiego dorobku komediowego. W „Blefie” sprawdzają się zadziwiająco dobrze, grają lekko, a bez farsowej maniery, która tu byłaby drażniąco sprzeczna z tekstem. Podobnie Katarzyna Ankudowicz , znana z zabawnej, ale nacechowanej mocną szarżą roli w serialu „O mnie się nie martw”. Tu nie szarżuje, w końcówce nawet wzrusza.

To zapewne również zasługa Marcina Perchucia, dziekana wydziału aktorskiego Akademii Teatralnej , który sztukę wyreżyserował, a wystąpił w niej też jako czwarta postać, szefa o mentalności pieczeniarza. Nie doceniałem przyznam szczerze trochę Perchucia jako aktora. A zdecydowanie muszę mu przyklasnąć jako organizatorowi pracy zespołu. Tu nie ma zbędnego gestu ani tricku, co jest plagą fars i komedyjek w tak zwanych komercyjnych teatrów.

Coś ważnego

Kolejna produkcja, ledwie w kilka tygodni później, jest całkiem innego rodzaju. Emilian Kamiński upiera się przy swoistych szkoleniowych przedstawieniach dla szkolnej młodzieży. Były w Kamienicy „Dzieci z Placu Zoo” o narkomanii i młodzieżowej prostytucji, były „Dopalacze”, których sens zawiera się w tytule. Teraz pojawili się „Wszechmocni w sieci”, sztuka napisana i wystawiona przez Wawrzyńca Kostrzewskiego, jednego z najbardziej obiecujących reżyserów młodo-średniego pokolenia. On wcześniej także przyrządził dla Kamienicy „Dopalacze”.
"Dopalacze. Siedem stopni donikąd" autorstwa Justyny Bargielskiej i Wawrzyńca Kostrzewskiego w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego, premiera 3 listopada 2016. Fot. Materiały prasowe/Teatr Kamienica
To sztuka pełną gębą. Niby dydaktyczna, niby napisana wielkimi literami, żeby młodziaki płci obojga się przejęły. A przecież podziwiam w niej coś więcej niż perfekcyjne wyczucie zewnętrzności epoki – ze świetnie wychwyconym netowym slangiem, barwnymi wizualizacjami i Olgą Sarzyńską będącą tu personifikacją kryjącego się w sieci demona. Kostrzewski dotyka ducha. Pyta o nienawiść.

Ani nie upolitycznia tematu, ani nie składa na barki jednej grupy – choć na początku zapowiada się to trochę jak raport o wojnie płci w odmętach netu. To ciekawe, że prosta, napisana z moralizującym celem sztuka wypełnia lukę, która dotkliwie waży na obrazie polskiego teatru. To jest opowieść o współczesnej Polsce, o nas. Niewiele mamy takich żywych opowieści na polskich scenach. A jak świetnie prowadzi autor i reżyser młodych aktorów: Katarzynę Ucherską i Marcina Stępniaka. Daje im możliwość zagrania czegoś ważnego.

Poza schematy

No i trzecia produkcja, najnowsza. Aleksandra Wolf specjalnie napisała tekst do grania dla Tomasza Sapryka. Nie przystosowała zachodniej farsa, a opowiedziała coś własnymi słowami. Samo w sobie jest to wartość, nawet jeśli realia Gdyni widocznej za oknem są cokolwiek pretekstowe, umowne.

Zdawać by się mogło, że z kryzysu wieku średniego faceta (a tak naprawdę i faceta i facetki), z małżeńskich i męsko-damskich problemów, niewiele się już wyciśnie. A jeśli umieścimy te roztrząsania na kozetce psychoanalityka, tym bardziej dostaniemy coś przewidywalnego. A jednak „Zacznijmy to jeszcze raz”, reżyserowane przez Sapryka, oglądamy, jakbyśmy nigdy wcześniej o tych tematach nie myśleli. To przyczynek do rozmowy o szukaniu w teatrze rzeczy nowych, ale i o zaletach powtarzania rzeczy odwiecznych.

To się ogląda, jak oglądało się kiedyś najlepsze sztuki Aleksandra Fredry. Kwitując zdrowym śmiechem co drugie zdanie. To jest zabawniejsze od „Blefu”, który od razu działa bardziej na refleksję niż na przeponę. Tu bawiłem się na premierze świetnie z ludźmi kompletnie różnymi ode mnie (wiem, bo wielu to ludzie znani). A równocześnie mgiełka zadumy się pojawia, może nie od razu, ale na tyle szybko, że ciężko nam potem zapomnieć.

Osobno napisany monolog męskiego bohatera Karola jest godzien najlepszych zachodnich filmów, nawet jeśli o szaleństwach facetów w pewnym wieku powiedziały nam już sporo. A jak on jest zagrany przez Sapryka, który wyszedł z cienia swojej specyficznej, nieco posępnej fizjonomii i przypomniał, jak wspaniałym, jak wszechstronnym jest aktorem. Partneruje mu Aldona Jankowska, z zawodu bardziej parodystka niż aktorka. I robi to równie świetnie. Dawno nie widziałem takiej chemii miedzy parą artystów. I dawno nie zobaczyłem takiej korzyści sięgnięcia poza zestaw najbardziej oczywistych twarzy (piszę przede wszystkim o Jankowskiej, Sapryk jest zasłużenie oczywisty).
"Zacznijmy jeszcze raz" autorstwa Aleksandry Wolf w reżyserii Tomasza Sapryka, premiera 6 listopada 2019. Fot. Materiały prasowe/Teatr Kamienica
Człowiek, człowiek, człowiek – tak zdaje się brzmieć motto Kamienicy. Z dala od modnych ideologii i wietrzejących już cokolwiek, formalnych poszukiwań umie się go znaleźć nawet w banale komediowo-farsowego repertuaru, a wreszcie i pięknie wyjść poza schematy typowej komercji. To właśnie stało się jesienią tego roku. I będzie się działo jeszcze wiele razy.

Dwie słabości Emiliana Kamińskiego

Aktor Kamiński, dyrektor Kamiński, menadżer Kamiński wciąż nie może się doczekać całkowitego spokoju. Kiedy już urządził swój teatr, próbowano mu go zabrać. W następstwie dziwnej umowy zawartej między zarządem Wspólnoty Mieszkaniowej, a firmą, którą kieruje Adrian Accordi-Krawiec, część budynku została przyjęta przez tę ostatnią. Próbowano wtedy, w roku 2014, Kamienicę eksmitować. Trzeba przyznać, że rządzone przez PO miasto, które jest współwłaścicielem budynku, stanęło po stronie teatru. Ale do dziś wiszą nad tym miejscem dwa nieukończone postępowania sądowe, karne i cywilne. – Dopóki się nie zakończą, nie mogę spać spokojnie – żali się szef Kamienicy pośród zgiełku premierowego bankietu.

Nagroda imienia „Kobusza” – od Piotra Zaremby dla…

Nie opowiadajcie bajek, że wszystko co po Janie Kobuszewskim, to podróbki. Zdarzają się bowiem brylanty.

zobacz więcej
Postępowanie karne, w sprawie działania na niekorzyść Wspólnoty Mieszkaniowej, toczy się już pięć lat. Aktor jest w teorii ofiarą nieprawnie zawartej umowy. A jednak wiosną tego roku to jego przesłuchiwali przez wiele godzin w obecności pani prokurator pełnomocnicy Accordi-Krawca. Dlaczego trwa to tak długo? Bo zmienił się prokurator, bo papiery wywieziono z Warszawy na wiele miesięcy dla dokonania ekspertyz. Bo… Ot szara rzeczywistość polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Emilian Kamiński nie jest niczyim pieszczochem. Ostatnio został odznaczony przez prezydenta medalem zasłużonego dla kultury. Ale stroni od deklaracji politycznych. Zarazem umie się odważnie różnić od większości swojego środowiska. Prawie samotnie krytykował przedstawienie „Klątwa” w Teatrze Powszechnym za ewidentne bluźnierstwa. Jeśli nawet jest konserwatystą, to mądrym. Jego teatr wolny jest od wszelkiej ideologii.

Kamiński ma dwie słabości. Częste nawiązywanie do tradycji solidarnościowej i upodobanie do gry na gitarze – tak konstruował nawet swoje niektóre role żeby móc to robić na scenie. Nie ukrywam, patrzę na niego z podziwem. I mam wrażenie, że należy się jego teatrowi stabilizacja, także prawna. Oby doczekał się tego jak najszybciej.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Emilian Kamiński
Zdjęcie główne: Konferencja prasowa z okazji oficjalnego otwarcia Teatru Kamienica w 2009 roku. Na fotografii aktorskie małżeństwo: założyciel teatru Emilian Kamiński z żoną Justyną Sieńczyłło. Fot. PAP/Jacek Turczyk
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Co wolno Polańskiemu
Czy sam talent wystarczy, żeby zrekompensować potworne skutki zbrodni?
Kultura wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Osamotniony, staroświecki, dziwaczny. Poszedł dalej w ciemność…
Pod koniec życia był już na dobre i złe związany z prawicowymi tytułami, ale nigdy nie udawał zadzierżystego antykomunisty.
Kultura wydanie 8.11.2019 – 15.11.2019
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura wydanie 8.11.2019 – 15.11.2019
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura wydanie 8.11.2019 – 15.11.2019
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.