Historia

Najpopularniejszy tygodnik Peerelu, czyli twierdza poczciwych cyników

Dłużej od Stefana Kisielewskiego z „Przekrojem” współpracował Leopold Tyrmand. Potem napisał w „Dzienniku 1954”: „Zarabiają grubą forsę w służbie komunistycznej propagandy (...) Było to pismo stworzone przez marksistów dla schlebiania gustom (...) inteligencji”.

„Mówimy »Przekrój«, w domyśle Eile” – pisał Wiktor Woroszylski. Kim był twórca najpopularniejszego tygodnika Peerelu?

Syn sanacyjnego pułkownika oraz nauczycielki muzyki. Jego ojciec, Henryk Eile to potomek krakowskiego sklepikarza, jeden z 650 legionistów Józefa Piłsudskiego pochodzenia żydowskiego, w II RP zatrudniony w intendenturze wojskowej, a po przejściu w stan spoczynku w stołecznym magistracie.

Matka, Gustawa z Rychterów pochodziła z zasymilowanej rodziny żydowskiej ze Lwowa. I to w grodzie semper fidelis przyszedł na świat – 7 stycznia 1911 roku – Marian. Ich jedyne dziecko.

Związek nie był udany, ale na separację małżonkowie zdecydowali się dopiero po 24 latach małżeństwa. Wtedy, kiedy jedynak ukończył wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

Zdobytego zawodu nigdy nie wykonywał. Marzyła mu się kariera plastyczna. Próbował sił w malarstwie, ilustracji, grafice, karykaturze. Do dziennikarstwa trafił za sprawą... fauny. Był wiernym czytelnikiem „Wiadomości Literackich”. Pewnego dnia odwiedził redakcję. Adres i godziny przyjęć interesantów przez redaktora naczelnego Mieczysława Grydzewskiego znał z informacji zamieszczonej w stopce.

Zaoferował mu rysunki zwierząt czołowych autorów tygodnika w kontekście tekstów ich panów. Pies Tadeusza Boya-Żeleńskiego obsikiwał pomnik Adama Mickiewicza, pies Antoniego Słonimskiego szczekał na Teatr Polski, pies Juliana Tuwima gryzł osobnika z mieczykiem Chrobrego w klapie i kastetem na dłoni.

Prace spodobały się i latam roku 1935 Eile rozpoczął współpracę z tym periodykiem, który wtedy tracił już prymat najważniejszego pisma społeczno-kulturalnego II RP. Na rzecz „Prostu z Mostu”.
Marian Eile i jego Fafik. Zdjęcie pochodzi z archiwum Krystyny Olszewskiej
Początkowo projektował dekoracje i wykonywał (z pomocą literata in spe Stanisława Dygata) dekoracje w witrynie administracji pisma – na parterze kamienicy u zbiegu Mazowieckiej i placu Piłsudskiego w Warszawie. Nawiązywały do tematu wiodącego kolejnych numerów. Potem przygotowywał kolaże i fotomontaże oraz redagował konkursy dla czytelników. Przedsiębiorczość i pomysłowość sprawiły, iż w 1939 objął funkcję sekretarza redakcji.

Untermensch

Nie pełnił jej długo, bo wybuchła wojna i podporucznik rezerwy Marian Eile trafił na front. W szeregach oddziału artylerii przeciwlotniczej wojował trzy tygodnie. Jednostka skapitulowała przed Niemcami na Lubelszczyźnie.

Eile uznał, że bezpieczniej dla niego będzie pod okupacją Sowietów. Mundur zamienił więc na strój cywila i dotarł do Lwowa, zatrudniając się w charakterze teatralnego dekoratora. W roku 1940 odbył z trupą polskich artystów tournee po Związku Sowieckim. Na kolejny objazd – rozpoczęty 2 czerwca 1941 – już się nie załapał.

W zajętym przez Niemców Lwowie zmienił tożsamość. Nie wiadomo, jak wszedł w posiadanie metryki chrztu niejakiego Zdzisława Kwaśniewskiego. Na tej podstawie wystawiono Eilemu kenkartę.

Znał już wtedy dwie kobiety swego życia. Janina Ipohorska, romanistka i plastyczka zostanie jego prawą ręką i... kochanką. Katarzynę z Grzymalskich, plastyczkę, a potem inspicjentkę poślubi.

Jego gazety lekceważyły zasady ortografii, epatowały zbrodnią i seksem, kupowały tajne informacje od morderców

Przyjaźnił się z Kornelem Makuszyńskim i Janem Kiepurą. Finansował budowę „zakopianki” i Pomnik Nieznanego Żołnierza. Stworzył największe w Polsce imperium prasowe.

zobacz więcej
Z małżonką jesienią 1942 roku opuścił Lwów. „Obawiałem się, ze ktoś tam rozpozna w mnie »untermenscha«” – wyznał po latach. Końca okupacji niemieckiej doczekał w Radomiu, pracując w przedsiębiorstwie budowlanym.

Arcydzieło złego pisania

Wracać do Warszawy nie mógł, ponieważ jego lokum legło w gruzach. Ruszył do Łodzi, pełniącej wtedy rolę tymczasowej stolicy. Tam spotkał Jerzego Borejszę, wszechwładnego prezesa właśnie utworzonego wydawnictwa Czytelnik – przed wojną okazjonalnie publikującego w „Wiadomościach Literackich” – i przedstawił mu projekt kolorowego magazynu.

Borejsza skierował go do Krakowa. Dygnitarz nie miał całkowitego zaufania do „sanacyjnego dziennikarza z rodziny piłsudczykowskiej”, toteż pieczę nad pomysłem powierzył wypróbowanemu towarzyszowi partyjnemu Jerzemu Putramentowi. I tu wtrącił się przypadek.

Tuż przed przybyciem Eilego do Krakowa w Hotelu Francuskim miał miejsce zamach na przewodniczącego Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta. Człowiek w uniformie NKWD strzelił doń z pistoletu. Niecelnie, niestety. Zamachowca zastrzeliła obstawa tow. „Tomasza”.

W incydencie ucierpiał także Putrament, przypadkowo obecny w hotelu. We wspomnieniach przedstawiał to jako przypadkową wymianę ognia z szabrownikami. Eile nadaremnie poszukiwał go w szpitalu. Pacjenta, po opatrzeniu niegroźnej rany, wypisano do domu. Gdy się w końcu spotkali, poprosił, pokazując zabandażowaną kończynę: „Panie Marianie, niech pan mnie na razie zastąpi”.
Z „Przekrojem” współpracowali: Jerzy Waldorff (z prawej) i Stefan Kisielewski, choć on wytrzymał tylko kilka miesięcy.Fot. PAP/Eugeniusz Wołoszczuk
Przejmując ster „Przekroju”, Eile był pełen obaw. Niepokoiło go zwłaszcza to, czy zdoła zgromadzić zespół redakcyjny. Przedwojenni dziennikarze zginęli, wybrali emigrację albo odmawiali współpracy z prasą Polski Ludowej.

Jakież, więc było jego zdziwienie, kiedy akces do „Przekroju” zgłosił Jerzy Waldorff, w II RP sympatyzujący z Narodową Demokracją. Teraz radykalnie zmienił poglądy. Ganił w artykułach żołnierzy niezłomnych i wspierających ich duchownych, chwalił ruch księży-patriotów. Po latach uznał te teksty za błąd tłumacząc się naciskami z góry.

„Nie wierzę w jego naiwność (...) to próba zmycia z siebie »hańby« współpracy z »faszystowskim« »Prosto z Mostu« i deklaracja złożona władzy ludowej, że mimo przeszłości stoi po właściwej stronie” – słusznie konstatuje Tomasz Potkaj

Waldorff rozstał się z „Przekrojem” ze względów ambicjonalnych. Pragnął zostać zastępcą Eilego. A to stanowisko było zarezerwowane dla Ipohorskiej, podpisującej swe publikacje pseudonimem: Jan Kamyczek.

Pół wieku na Woronicza. Kultowe miejsca, pamiętne programy

Jedna z pierwszych telewizyjnych emisji zakończyła się podtruciem artystów i ekipy. Dlaczego? Bo studia szykowane w pośpiechu na 25-lecie PRL miały podłogi z klejem nieprzystosowanym do wysokiej temperatury lamp.

zobacz więcej
„Kiedy ją poznałam – wspominała Maria Iwaszkiewicz – przeżywała romans ze znanym krytykiem muzycznym i felietonistą czołowego pisma katolickiego, ale tak się stało, że żona krytyka powiła dziecię, więc związała się z Eilem”. Nietrudno odgadnąć, kogo córka Skamandryty miała na myśli. Stefan Kisielewski wytrwał w „Przekroju” zaledwie parę miesięcy, bowiem redaktor naczelny usiłował ingerować w jego publikacje, na co autor się obruszał i w końcu odszedł.

„Uważam »Przekrój« za pismo niemarksistowskie, wydawane za pieniądze marksistów” – podsumował po latach najsławniejszy felietonista Peerelu.

Dłużej z krakowskim tygodnikiem współpracował Leopold Tyrmand. Odniósł się do tego na kartach „Dziennika 1954”:

„Wstąpiłem do »Przekroju«, twierdzy poczciwych cyników niewysokiego lotu (...). Zarabiają grubą forsę w służbie komunistycznej propagandy (...) Było to pismo stworzone przez marksistów dla schlebiania gustom (...) inteligencji (...) Prawdziwym adresatem »Przekroju« był Wschód, i jego tradycja (...) ustrojona w emblemat nowoczesnej filozofii na baranim baszałyku (...) Założeniem »Przekroju« była całkiem szczera wiara, że komunizm świetnie się do tego przedsięwzięcia nadaje, że Eile i Ipohorska staną się Cyrylem i Metodym fantastycznych obszarów kulturowego neopogaństwa, Waldorff zaś świętym Wojciechem Radzyminów i Kobyłek”.

W pionierskim okresie w tygodniku zaistnieli też: Kazimierz Dziewanowski (propagował „socrealistyczny pozytywizm”) i Sławomir Mrożek (ogłosił entuzjastyczny reportaż z budowy Nowej Huty). Kilkadziesiąt lat później napisał, iż: „Było to arcydzieło złego pisania, czyli pisania nieprawdy. Kluczem do niego była bajka o Polsce, która właśnie wstąpiła w świetlaną przyszłość. Gdyby nie młody wiek, mógłbym się narazić na przypuszczenie, że oszalałem”.
Stanowisko wicenaczelnego było zarezerwowane dla Ipohorskiej, podpisującej swe publikacje pseudonimem Jan Kamyczek. Na zdjęciu Marian Eile i Janina Ipohorska. Lata 60. Fot. Archiwum Krystyny Olszewskiej
Personalia przekrojowych publicystów odnajdujemy też, niestety, na liście hańby. Kontaktami SB byli bracia Kydryńscy: Juliusz, tłumacz, bliski przyjaciel Karola Wojtyły oraz Lucjan, recenzent muzyczny i filmowy, a także obieżyświat Olgierd Budrewicz.

Pijany nie przychodził do redakcji

Niewątpliwie największą gwiazdą tygodnika był Konstanty Ildefons Gałczyński. „Pijany nie przychodził do redakcji ze strachu przed Eilem. Na którego biurko stała niekiedy butelka alkoholu z nalepką: »Trucizna! Zabija smutek! «” .

Poeta najwyraźniej również obawiał się, że ktoś wypomni mu współpracę z „Prosto z Mostu”, więc już w inauguracyjnym odcinku flagowego cyklu „Teatrzyku Zielona Gęś” złożył, ustami Potwornego Wujaszka, jednoznaczną – mimo groteskowego kamuflażu – deklarację ideologiczną: „Wiosna będzie wtedy jak wróci generał. Wróci z bronią w ręku. Na białym koniu. I wszystkie dzwony uderzą. I będzie (...) wielki natchniony płacz odrodzenia. Jajka stanieją. Ja zostanę wojewodą smoleńskim. God save general!”.

Rubryka ukazywała się co dwa tygodnie. Przemiennie z „Listami z Fiołkiem”, sygnowanymi przez Gałczyńskiego pseudonimem Karakuliambro. W jednym z nich opatentował termin: „Cywilizacja Przekroju”, określający – mówiąc najogólniej – czytelników magazynu jako ludzi „postępowych”, głodnych wiedzy, zorientowanych w sztuce i modzie.


Czyżby? Wertując pożółkłe annały gazety, trudno nie podzielić opinii Wiesława Pawła Szymańskiego zarzucającego „Przekrojowi”: „rozbrajająca funkcję błazenady będącą niczym innym, jak środkiem w służbie totalitarnego zniewolenia”.

Galczyński wsparł też piórem wymyślony przez szefa tygodnika efemeryczny kabaret „Siedem kotów” stanowiący trampolinę do błyskotliwej kariery aktorskiej Ireny Kwiatkowskiej, deklamującej wiersze poety i występującej w blackoutach Eilego. Na przykład w takim: „Na scenie zdenerwowany hrabia z przyjacielem, u drzwi lokaj w liberii. Hrabia: »Za chwilę żona będzie rodzić, a przepowiednia mówi, że jeśli będzie chłopiec, ojciec umrze«. Pielęgniarka (wchodząc): »Hrabina powiła dziecko płci męskiej«. Lokaj pada martwy”.

Cenzorzy chamstwa nie przepuszczali

Za to Stefanowi Kisielewskiemu zniszczyli 90 proc. tego, co chciał opublikować.

zobacz więcej
Wierszokletą pisma był przez dekady Ludwik Jerzy Kern, wspomagany z początku rymowanymi płodami tandemu Karol Szpalski - Marian Załucki. „Ich współpraca polegała głownie na tym, że Karol, mający handlową żyłkę i znajomości, załatwiał w wydawnictwach umowy, a Załuckiemu kazał je realizować, czyli pisać. Miał jeszcze w dodatku pretensje, że coś jest jeszcze nienapisane, a terminy tuż-tuż. Załuckiego w końcu to wkurzyło i spreparował wspólnikowi fraszkę:

Ty mi wyznaczasz terminy i stawki,
o, mój ty przełożony...
z lewej do prawej nogawki.


Bałwany socjalizmu

Z dokumentów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej wynika, iż w roku 1952 Urząd Bezpieczeństwa w Krakowie zarejestrował Eilego jako TW o pseudonimie „Komarnicki”. Teczka pracy się nie zachowała.

„W toku współpracy nie przekazał żadnych wartościowych materiałów, nie przychodził na spotkania i nie wykonywał poleconych mu zadań. Rozmowy z nim przeprowadzone wykazały, iż jest nieszczery w swoich wypowiedziach (...) Ujmując rzecz całościowo można stwierdzić, iż deklaracja współpracy nie przyniosła korzyści operacyjnych” – raportował oficer go prowadzący.

Archiwalia IPN-u przypisują Eilemu członkostwo w Stronnictwie Demokratyczny. Do PZPR-u mimo namów nie wstąpił. Ponoć nawet pilnował, aby w redakcji było zatrudnionych etatowo jedynie dwu partyjnych, bo do założenia komórki POP potrzeba trójki.

W kontaktach z politycznymi decydentami starał się lawirować, lecz w okresie bierutowszczyzny z pewnością poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa – dotyczące choćby relacjonowania procesu Adama Doboszyńskiego, uzasadnienia „reformy walutowej”, tudzież wiernopoddańczych hołdów składanych Staliowi. „Nawet pan sobie nie wyobraża, jak trudno żeglować po bałwanach socjalizmu” – wyznał kilkanaście lat później Adamowi Macedońskiemu, plastykowi, opozycjoniście, drukującemu w „Przekroju”.
Także Lucjan Kydryński, konferansjer, recenzent muzyczny i filmowy był związany z krakowskim tygodnikiem. Na zdjęciu z żoną, Haliną Kunicką na XII Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1974 roku. Fot. PAP/Ryszard Okoński
To chyba nie elastyczność i talenty negocjacyjne Eilego sprawiły, iż ingerencje cenzury zdarzały się z rzadka. Raczej peerelowscy włodarze traktowali pismo na zasadzie kija i marchewki.

Treści propagandowe sąsiadowały na łamach z prozą Borgesa, Sartre’a, „Witaj, smutku” Saganki i „Wojny domowej” Marii Zientarowej vel Miry Michałowskiej, z reprodukcjami dzieł Picassa czy Dalego, relacjami z mocno zaprzyjaźnionej z redakcją Piwnicy pod Baranami, fotoreportażami uwieczniającymi rajdowe osiągnięcia Sobiesława Zasady, tudzież afirmacją jazzu – wielkiej fascynacji Eilego. To on wydatnie pomógł zaistnieć mu wśród Polaków. Współtworzył Festiwal Jazzowy w Sopocie, patronował Jazz Campingowi na Kalatówkach. Obydwu imprezom towarzyszyły skandale – najskuteczniejszy chwyt reklamowy – vide reportaż Wojciecha Giełżyńskiego „Dziesięć dób w stylu jazzowym”.

50 dolarów

Kres panowania Eilego w „Przekroju” nastał w roku 1969. Antysemicka kampania rozpętana po wojnie sześciodniowej przez dominująca w PZPR-u frakcję wywalała u niego depresję. Nie dostał jednak wymówienia, pozwolono mu wyjechać do Paryża. Może przyczyniła się do tego opinia Służby Bezpieczeństwa: „W okresie agresji Izraela na kraje arabskie oraz podczas wydarzeń marcowych w roku 1968 nie ujawniono z jego strony wypowiedzi wskazujących na fakty solidaryzowania się z polityką Izraela i elementami wichrzycielskimi wśród młodzieży.”

Tomasz Potkaj wyjaśnia: „Wyjechał z powodu antysemityzmu (...) Ten jego strach nie był zwyczajny. Był potworny. Poczuł się odrzucony przez władze (...) Akcentował, iż z tym ustrojem jest przede wszystkim dlatego, żeby już nigdy nie zostać nazwany miazmatem. Nawiązywał do w wiersza pt. »Do Pana Józefa w dniu imienin« Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

znów się Żydzi rozplenią i znów stwierdzą ludzie,
że wszystko było przez nich i że Żydzi w brudzie,
rozsiewają miazmaty, i że trzeba szyby,
i sklepy im rozwalić, i zęby im wybić.”


Eile we Francji współpracował (jako grafik) z tabloidem „Le Soir”. Z wątpliwości zwierzył się eks-podwładnemu z „Przekroju”, potem dziennikarzowi „Polityki”, Kazimierzowi Koźniewskiemu, konfidentowi bezpieki o pseudonimie „33”, stachanowcowi można rzec, skoro pozostawił piec grubych tomów donosów, analiz i opracowań, w sumie kilka tysięcy stron!!!

Król fotoreporterów II RP

Skandal sądowy ani mu szkodził, ani przeszkadzał. Po prostu – dodatkowa forma reklamy. Był trochę romantykiem, trochę fantastą, ale i człowiekiem interesu.

zobacz więcej
Eile opowiedział mu o swojej chorobie. Zapewnił, iż trzyma się z dala od polityki i unika kontaktu z polskimi emigrantami. Stanowczo odrzuca skłaniających go do emigracji. Do Polski zamierza wrócić. Koźniewski drobiazgowo zrelacjonował to SB w obszernym raporcie. Wynagrodzono go 50 dolarami z puli dewizowej Departamentu III MSW.

Dla porównania Eile zarabiał w 1960 toku 10 tysięcy złotych miesięcznie, a przeciętne uposażenie w Polsce wynosiło wówczas 1560 zł.

Samotność na mansardzie

Powróciwszy do Krakowa w 1970 roku, Eile złożył dymisję. Przyjęto ją, dziękując za 24-lata pracy i 1277 numerów „Przekroju”, ale przy okazji posadę w tygodniku straciła Ipohorska. Podłamało to ją psychicznie i fizycznie. Zmarła, mając 67 lat.

Eile porzucił dziennikarstwo, wyjąwszy epizodyczną współpracę ze „Szpilkami”, na rzecz niespełnionego marzenia – sztuki. Lato 1971 roku spędzał w Jastrzębiej Górze wspólnie z Kisielem, który zanotował: „Dotychczas w rozmowie ze mną unikał tematów politycznych teraz o polityce mówi niemal nieustannie. (...) Wbijał mi w głowę, że aparat komunistyczny rządzi nie dla społeczeństwa czy dla jakiejś idei, ale dla siebie. Musiało minąć wiele lat, by zrozumiał to, co dla wielu innych było jasne od dawna (...) Agresywny, wyśmiewał się z mojego katolicyzmu i patriotyzmu”

Innego diarystę, Jana Józefa Szczepańskiego irytowała: „błyskotliwa płaskość i pewność siebie Eilego oraz jego nachalny snobizm, niby skromny, a agresywny. Zależy mu przede wszystkim, aby być osamotnionym w swoich sądach (bo nikt nie powinien dorównać mu w subtelności). (...) za każdym razem to samo irytujące wrażenie, że on potrzebuje interlokutora tylko po to, żeby pogwarzyć z samym sobą i przy okazji sobą się zachwycić”.

Eile nigdy nie chciał mieć dzieci. Mówił, że są okrutnie i zazdrosne o rodziców. No i wymagają czasu. Bezcennego dla artystów, a za takowego się uważał. Ostatnie lata życia spędził samotnie w mieszkaniu – mansardzie. Brakło mu kobiety, czego dowodzi niedwuznaczna propozycja złożona jednej z pozujących mu do fotografii modelek czy flirt – a może coś więcej – z sąsiadką.
Słynny numer z datą 13 grudnia 1981 roku, który nie trafił do kiosków.
Nie wiadomo, czy po swoim odejściu czytał „Przekrój”. Raczej nie wiedział o największej aferze w jego dziejach. Numer z datą 13 grudnia 1981 roku jako jedyny w historii pisma miał się ukazać w kolorach czarnym i białym. Na okładce ulica Floriańską, padający śnieg i dwa unoszące się ponure ptaszyska. Wojciech Jaruzelski ogłosił jednak stan wojenny, cały nakład wycofano i nie trafił do kiosków.

Redaktorów pytano potem, skąd wiedzieli, że wybuchnie polsko-jaruzelska wojna. Tymczasem odpowiedź była prosta: drukarnia miała tak mało farby, że kolegium podjęło decyzję w wydaniu czarno-białej gazety w numerze przedświątecznym, żeby wydanie bożonarodzeniowe mogło być kolorowe”.

„Życie jest jak tramwaj, kiedyś trzeba z niego wysiąść” – brzmiał jeden z aforyzmów Eilego. Ziścił się 2 grudnia 1984 roku.

„Przekrój” egzystuje do dziś. Chociaż z przerwami. Zmieniał format, częstotliwość wydawania, edytorów, naczelnych i adres – na warszawski. O nakładzie, przekraczającym za komuny pół miliona egzemplarzy, może tylko pomarzyć.

– Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Źródła:

• Tomasz Potkaj „Przekrój Eilego”
• Andrzej Klominek „Życie w »Przekroju«”
• Stefan Kisielewski „Alfabet Kisiela”, „Dzienniki”
• Mariusz Urbanek „Zły Tyrmand”
• Sławomir Mrożek „Baltazar”
• Jerzy Putrament „Pół wieku”
• Wiktor Woroszylski „Zapiski z niewiadomym opóźnieniem”
• Jan Józef Szczepański „Dziennik”
• Gabriel Michalik „Kobieta pracująca”
• Joanna Siedlecka „Kryptonim »Liryka«”
• Zofia Komedowa „Komeda, Zośka i inni”

Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Naziści byli dla niego za mało radykalni
Fetowali go czołowi politycy Europy, od kanclerza Niemiec Helmuta Kohla po prezydenta Francji François Mitteranda.
Historia wydanie 13.03.2020 – 20.03.2020
Czarne Osy nadleciały zza morza. Jak Kuba przejęła Wenezuelę
Hawana zdobyła ogromne wpływy na świecie. Szkoliła terrorystów, obalała prezydentów, wspierała reżimy.
Historia wydanie 13.03.2020 – 20.03.2020
Niemiec, który bronił prymasa
Kardynał Stefan Wyszyński wspominał, że w chwili próby nie opuścił go tylko Niemiec oraz pies, który ugryzł jednego z ubeków.
Historia wydanie 13.03.2020 – 20.03.2020
Dali mu wiarę i charakter. Rodzice papieża
„Miłość moich najbliższych dawała mi poczucie bezpieczeństwa i mocy" – mówił Jan Paweł II na wadowickim rynku w czasie pielgrzymki do ojczyzny w 1999 roku.
Historia wydanie 6.03.2020 – 13.03.2020
Życie bezkompromisowe. Fundamentalista Jan Zieja
Kościół katolicki na pewno zmierza od surowości ku miłości, ale tak daleko, jak ksiądz Jan w 1920 roku, nie zaszedł jeszcze do dzisiaj.