Historia

Fascynujący rozmiar. Czyli jaki jest sens bycia ekstremalnym rogaczem?

Leniwiec był wielkości słonia i nie wisiał sobie na drzewie, tylko biegał po ziemi ze stosownym do masy 5 ton przytupem. Jak stanął na tylnych łapach i podparł się ogonem, to miał wysokość tyranozaura (ok. 6 m). Jak żarł, to sobie gałęzie zgarniał z drzewa, ale nie gardził też chyba mięsem, mógłby zjeść nawet tygrysa szablozębnego.

Rozumiem, pojechać na ryby i wyciągnąć z wody stary kalosz. Nawet miecz celtycki z V wieku w stanie dobrze zachowanym. Ale to? Dwóch rybaków z Irlandii Północnej wyciągnęło we wrześniu 2019 roku z jeziora Lough Neagh doskonale zachowane poroże „łosia” sprzed co najmniej 10,5 tys. lat, o rozpiętości łopat 1,8 metra. Ja się pytam: co to za gigantyczny „łoś”, dający się złapać, jak ryba w sieć?!

Panowie Raymond McElroy i Charlie Coyle wyłowili jakieś 800 metrów od brzegu, z głębokości 6 metrów, nienaruszony łeb z porożem imponującego osobnika Megaloceros giganteus. Tenże ostatecznie wyginął bez śladu jakieś 8 tys. lat temu (choć miał się gorzej już od 2 tys. lat wcześniej), u zarania holocenu, czyli epoki geologicznej, w której żyjemy do dziś. Miała wtedy miejsce drastyczna zmiana klimatu, z kilkoma dość gwałtownymi nawrotami zlodowacenia i odwilży, plus katastrofami niebieskimi (walnął meteor albo i dwa, były jakieś przedziwne zjawiska solarne, które ludzie dokumentowali na rysunkach naskalnych, o czym pisałam troszeczkę tu, bo zakończyło to krótki, a dynamiczny rozwój amerykańskiej kultury Clowis 13 tys. lat temu). Ostatecznie jednak nastała miłościwie nam ludziom panująca sytuacja umiarkowana, gdy lodem są skute jedynie bieguny i szczyty górskie, a i te coraz mniej.

Największy jeleń planety spotyka człowieka

My nauczyliśmy się wtedy uprawiać ziemię i zaczęliśmy prowadzić osiadły tryb życia, a wielkie ludy rolnicze (z Anatolii i Iranu) zaczęły swój wielki marsz odpowiednio na zachód i na wschód od swych kolebek, rozprzestrzeniając ten wiekopomny wynalazek po Eurazji. Ów zaś gigantyczny stwór należący do danielowatych po prostu sobie wziął i wymarł. Najpierw przeżywszy na Ziemi spory kawał plejstocenu, bagatela – pół miliona lat.


Należy dodać, że nauka kocha tego „łosia” od dawna, bo już francuski zoolog Georges Cuvier, żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX, twórca gałęzi drzewa wiadomości dobrego i złego zwanej paleontologią, wykorzystał jego wielki skamieniały łeb, by udowodnić, że w ogóle miały miejsce wymierania gatunków. I umieścił go w fundamencie dla budowy geologicznej skali czasu[1].

Skoro z rysunków naskalnych wynika, że człowiek plejstoceński, jeszcze łowca-zbieracz w przededniu swej największej kulturowej rewolucji, spotykał „łosia irlandzkiego” i polował na niego, warto być może zapytać, czy nie pomógł temu jeleniowatemu wyginąć. Na marginesie: spotykał go nie tylko na Zielonej Wyspie, choć tam odkryto najwięcej szczątków oraz te najstarsze, opisane naukowo już w 1697 roku, ale także na terenie całej północnej Euroazji oraz północnej Afryki. Wrócę jeszcze do tego, bo nie „łoś” jeden skończył wtedy marnie, i nie tylko jego monstrualne postaci ówcześni artyści uwiecznili w swych grotach, dając do zrozumienia, że choć stwór był wielki, jednak został pokonany i zjedzony.

Zjadał płazy, gady, larwy owadów i padlinę. Człowiek jest wszystkożercą

Marek Konarzewski, biolog: Nadal gustujemy w wędlinach tzw. dojrzewających, gdzie pracują enzymy uruchamiane po śmierci organizmu zwierzęcego.

zobacz więcej
Wiara Jeana Jakuba Russeau w niepokalane serce pierwotnego, dzikiego człowieka, które zarobaczywiła dopiero cywilizacja, była naiwna wielce, skoro ów plejstoceński „prostaczek” był być może w istocie zdolny wytępić całe gatunki[2]. Coś jak „betlejemski pastuszek” z kolęd, który okazuje się brodatym zbirem po wyroku, bo takie jednostki się trudniły wypasem w czasach ewangelicznych. Tu na marginesie naszych zażartych sporów „ekologicznych”, ostatnio do poziomu kąsania się nawzajem po łydkach – mają one często u podstaw to samo oświeceniowe, a jednak błędne przekonanie wielu z nas.

I jest ono, o czym tu jeszcze będzie, błędne nie tylko z punktu widzenia plejstoceńskich olbrzymów, które przestały oglądać ten najpiękniejszy ze światów, ale także całkiem współczesnych uczonych, zajmujących się egzystującymi obecnie ludami pierwotnymi puszczy Amazońskiej, żyjącymi jako wspólnoty łowiecko-zbierackie – takich jak antropolog, dr Tarzycjusz Buliński. Maleńki cytat o ich myślistwie, żeby nie być gołosłownym[3]:

„Rzetelne książki antropologiczne nie potwierdzają sądu o tubylcach-ekologach. Według nich, Indianie mają wobec świata zewnętrznego postawę łupieżczą, drapieżczą, tzn. próbują jak najmniejszym nakładem sił – i kosztem drugiej strony – osiągnąć pożądany skutek, nie troszcząc się wcale o długofalowe konsekwencje swojego działania. Spójrzmy np. na kwestię myślistwa. W tubylczych wypowiedziach i zachowaniach nie widać troski myśliwego o to, aby nie zabijać zbyt dużo i zbyt okrutnie – nie ma tego «filmowego» szacunku dla ubitej zwierzyny za to, że pozwoliła się ubić. Jest raczej odwrotnie. Indianie zabijają wszystko, co uda im się wytropić i to bez oglądania się na cierpienia zwierzęcia. Jeśli zdobycz jest tylko ranna, to tym lepiej – nie dobija się jej, gdyż konająca się nie psuje i można ją «świeżą» donieść do domu. Co więcej, nie ma tu kalkulacji realnych potrzeb, a stwierdzenia «zostawmy w spokoju tę dziką świnię, niech sobie biega, upolowaliśmy wystarczająco dużo mięsa» – nie mają miejsca. Mięsa jest zawsze za mało”.[4]

2 metry w kłębie, poroże 3,5 metra… Trzeba aż tak?

Wracając jednak do „łosia” z jeziora trzeba zwrócić uwagę, że choć miejscowy północnoirlandzki historyk Pat Grimes powiadomił świat o „imponującym odkryciu”, załączając niezłe zdjęcia, to łeb wyciągnięty z Lough Neagh nie stoi nawet na jednej półce z największymi odkrytymi dotąd, których rozpiętość poroża przekraczała 3,5 metra, a waga 40 kg. To zwierzę w kłębie było na ogół wysokie na ponad 2 metry. Większy jeleniowaty nigdy w dziejach nie biegał po Ziemi.

W jednym ze swych esejów, opublikowanych w Polsce pod zbiorczym tytułem „Niewczesny pogrzeb Darwina”, słynny paleontolog z Harvardu Stephen Jay Gould pyta o sens bycia aż tak ekstremalnym rogaczem. Tu wystarczy odrobina wyobraźni, by zobaczyć to stworzenie niezdolne biec przez las – za wielkie i za rozłożyste na przestrzenie, które pozostawiają drzewa.
No chyba, że to tundra. Jak w ogóle podnieść taki łeb do góry, a przecież czasem trzeba. Jeleniowate mają bowiem poroże do jednej, ale za to ewolucyjnie bardzo istotnej rzeczy – skutecznego seksu. Porożami staczają boje ze swymi rywalami do samicy i tymi samymi porożami jej imponują. Ale że to trzeba aż tak? Z panem Gouldem jeszcze tu porozmawiamy (jak ja musiałam to uczynić w roku 1992 na egzaminie końcowym z zoologii u profesora Tomasza Umińskiego, co było nader przyjemne i bardzo dobrze się skończyło), ale wszystko w swoim czasie.

Problem wielkości organizmu jest ściśle biologiczny i ewolucyjny, więc nie dotyczy wyłącznie „jelenia olbrzymiego”. Zanim zatem pokrótce opowiem, jak Gould to „dziwactwo” tłumaczył na łamach czasopisma „Evolution” już w 1974 roku, wypada, bym na rzecz spojrzała nieco ogólniej. Jak bowiem napisał rodzony brat Aldousa Huxleya (tego od „Nowego wspaniałego świata”), Julian Huxley, biolog i transhumanista, eugenik i internacjonalista z Oxfordu, pierwszy dyrektor UNESCO w historii, zmarły w 1975 roku: „rozmiar jest sam w sobie fascynujący”. Od czego zresztą wychodzi w swym tekście Gould. I bynajmniej nie chodziło mu wyłącznie o rozmiar… stopy. A wyjdziemy sobie w tym wywodzie na spokojnie, tak jak matka ewolucja, od moich ukochanych bakterii.

Odkryto nową formę życia na Ziemi! Ba – całe nowe królestwo! Osobną gałąź, która zmienia Drzewo Życia

Sam okaz, wolno żyjący w błocie drapieżnik, otrzymał nazwę na cześć pewnego ogra imieniem Kukwes.

zobacz więcej
Zakres wielkości, w jakich występują bakterie, jest doprawdy imponujący. Pojedyncza komórka może mieć średnicę liczoną w nanometrach (to 10 do potęgi -9 metra) i wtedy, podobnie jak wirusy, spokojnie „przełazi” przez standardowe filtry bakteriologiczne o średnicy pora 0,2 mikrometra. Nanobakterie sfotografowali i wyizolowali uczeni z Kaliforni w 2015 roku. Tzw. statystyczny bakteryjny pan Kowalski ma 2, czasem 5 mikrometrów średnicy (mikrometr to 10 do -6 metra). W 1997 roku jednak z dennego osadu u wybrzeży Namibii wyizolowano bakterię siarkową nazwaną Thiomargerita namibiensis, której komórki, umieszczone niczym koraliki na sznurku we wspólnej śluzowej pochewce, są zasadniczo widoczne gołym okiem, bo mają od 0,1 do 0,3 mm średnicy każda (milimetr to 10 do -3 metra).

Podstawowy rachunek wskazuje, że minimum od maksimum oddziela pięć rzędów wielkości. To tak, jakby obok tuwimowych Panów Maluśkiewiczów mierzących 1 cm żyli wśród ludzi olbrzymi, wysocy na kilometr. Ale tak to tylko w bajkach bywa. Nano-maluchy mają problem z opanowaniem lepkości wewnątrz komórki, bo w tej porażająco mikroskopijnej objętości muszą upakować ok. miliona par zasad DNA – tak długi jest ich genom. A DNA jest bardzo lepki. Jakieś białka się tam muszą też zmieścić, a te wiadomo, jak w jajku – gęste są i ciągną się, jakieś cukry, jakieś tłuszcze… Mało miejsca na różnorodne i przeciwstawne procesy życiowe. Dlatego taka miniaturyzacja imponuje biochemikom.

Zasada zaś zostania wielkoludem jest do objęcia rozumem i powiada, że każda komórka żywa (przyjmijmy dla uproszczenia, że ma kształt kuli) musi przez swą powierzchnię (rosnącą z kwadratem promienia) wyżywić i odtruć swoją objętość (która rośnie z sześcianem promienia). Każdy kolejny mikrometr średnicy oznacza zatem wielokrotnie większe obciążenie dla transportu błonowego lub konieczność jakiś tricków. Dlatego królują średniacy o promieniu 1-2 mikrometry. Namibijska siarkowa perła (bo tak się tłumaczy prześliczną nazwa największej bakterii na świecie) „wymyśliła” taki myk, że cała jej cytoplazma znajduje się w cieniusieńkiej, mikronowej grubości warstewce tuż pod błoną komórkową. Resztę zaś jej objętości stanowi gigantyczna gazowa kula, której nie trzeba żywić ni odtruwać, więc się „nie liczy”. Jest ona bakterii w dodatku niezbędna dla zdolności życia w środowisku niemal tlenowym, co akurat dla niej jest dość toksyczne, bo to bakteria metanogenna.

Dziwne, ale przetrwali nieproporcjonalni

Komórki wyposażone w jądro, takie jak nasze, ludzkie, są średnio dziesięciokrotnie większe od bakteryjnych, ale wykształciły w toku swych dziejów rozbudowany system błon wewnętrznych, tzw. retikulum endoplazmatyczne. Powierzchnia tych błon, a jest ona znaczna, dokłada się do powierzchni błony zewnętrznej w kwestii transportu i odżywiania oraz odtruwania objętości. Oczywiście największym w tym zakresie ewolucyjnym osiągnięciem na poziomie celularnym jest specjalizacja komórek. No i budowanie tkanek, a z nich narządów, a z nich organizmów tak, że już nikt nie jest samotną kulką. Tak, organizm może się rozrosnąć, a im odporniejszy i jednocześnie zapewniający wzrost będzie jego szkielet, tym bardziej.
Dlatego bezkręgowce, pozbawione szkieletu całkowicie lub też ograniczone szkieletem zewnętrznym (np. chitynowym pancerzykiem, jak owady) nie będą nigdy wielkie jak słoń. Wyjątkiem są tu głowonogi, ale ich wewnętrzna szczątkowa muszla działa w istocie jak szkielet wewnętrzny. Z kolei rośliny rządzą się tu nieco innymi prawami. Rosną, dopóki im nie zamrze merystem wierzchołkowy, czyli taka grudka komórek, które całe życie nic innego nie robią, tylko się dzielą. I to może trwać nawet niemal 10 tys. lat, jak u tego świerku odkrytego w Szwecji w 2004 roku. Jest czas, by piąć się w górę i jest sztywność – rośliny drzewiaste i wieloletnie mają zatem, na logikę, większe szanse na gigantyzm niż zielone i jednoroczne.

Ogólnie jest też tak, że w naturze królują proporcje. Teoria, wielce na faktach oparta, opisująca zjawisko zgodności rozmiarów z kształtem, anatomią i fizjologią zwierzęcia, nosi nazwę allometrii. Jednym z tych, którzy mocno ją rozwinęli, był wspomniany wcześniej Julian Huxley. Upraszczając mocno działanie stosowanej w tego typu kalkulacjach matematyce i statystyce, chodzi o to, by właściwie oceniać wielkość całego organizmu na podstawie posiadania tylko fragmentarycznej wiedzy o jego szkielecie. Lub na odwrót: przewidywać, jak wielki może być „dodatek” do ciała – typu kończyny, poroże, ogon – na podstawie znajomości rozmiaru ciała.

Dzień miał 22 godziny, rok – 385 dni, Polska leżała koło równika, a karaluchy były wielkości szczura

Wije były wielkości aligatora, ważki – sokoła, a karaluchy – szczura. Jak wyglądała Ziemia w karbonie i skąd o tym wiadomo?

zobacz więcej
W tym wszystkim sporo jest analizy porównawczej i inżynierii. Dzięki niej w allometrii króluje „prawo potęgi”, gdzie powiększenie się rozmiaru A wiąże się z rosnącym do potęgi rozmiarem B. Wzrostem rządzi zatem funkcja ekspotencjalna, kwestia jest jedynie, jaka to potęga. Prosto rzekłszy, niewielka zmiana np. masywności kręgów szyjnych (tu ciekawostka, bo cechą taksonomiczną ssaków jest liczba 7 – siedem kręgów szyjnych; tyle jest ich tak u żyrafy, jak i u delfina) wiąże się ze sporą zmianą np. dopuszczalnej przez naturę wielkości siekaczy – patrz: słoń.

Skoro podstawowe zasady ogólne dotyczące rozmiaru w świecie bakterii i organizmów jądrowych już za nami, wróćmy do irlandzkiego „łosia”, który w istocie jest kuzynem daniela, nie łosia. Stworzenie to bowiem miało być młotem na Darwina właśnie w kwestii swego gigantyzmu i rozpiętości łopat, a wyszło, jak zwykle. Czyli Darwin przetrwał młotkowanie. I tu Stephen Jay Gould buduje argumentację, co następuje, a zbadał temat osobiście. Pomierzył 79 dobrze zachowanych czaszek giganta, w celu odpowiedzi na dwa podstawowe pytania[5]. Po pierwsze, czy Megaloceros, ze swym maksymalnym rozmiarem ciała, leży na linii ekstrapolowanej dla allometrii: rozmiar vs. poroże, wyprowadzonej dla znacznie mniejszych jeleniowatych? Po drugie, czy wewnątrzgatunkowa różnorodność obserwowana wśród dorosłych „łosi irlandzkich” rządzi się zasadą, że im większy osobnik, tym większe jego poroże?

Gould stwierdził, że w obu przypadkach odpowiedź brzmi: TAK. Prosto rzekłszy, Megaloceros miał łopaty poroża tak wielkie, jak wynika wprost z jego rozmiaru. Ani za duże, ani za małe. To nie łeb, którego nie dało się podnieść, ani łopaty, co zahaczały o drzewa, stały się tu przyczyną wymarcia. Zaś selekcja działała przez setki tysięcy lat, promując powiększanie się rozmiarów ciała irlandzkiego „łosia”. A że łoś bez cudzysłowu ma mniejsze poroże… cóż, okazuje się, że to łoś jest mało proporcjonalny. Aczkolwiek on przetrwał. Tylko dlaczego?

Tu musi się pojawić dygresja na temat kolejnego – chybionego, jak dziś wiemy – pomysłu na rozumienie ewolucji, czyli lamarckizmu, zwanego też ewolucją ortogenetyczną. Chodzi w skrócie o to, że według Darwina EWOLUCJA ZMIERZA DOKĄD ZMIERZA, zaś wg Lamarcka, Teilharda de Chardin[6] czy Bergsona – EWOLUCJA ZMIERZA DO CELU. A celem tym doskonałość, wyrażająca się jako jak największa biologiczna złożoność.

Na marginesie: czy zauważyliście Państwo, że to oznacza, iż uczą nas w tej szkole podobno Darwina, uczą, a i tak myślimy Lamarckiem? I uważamy człowieka, jako bardziej skomplikowanego od ameby (z tym da się polemizować, ale przyjmijmy dla dobra tego wywodu) za doskonalszego. I mamy głowy zapchane tymi piramidami stworzenia, gdzie stoimy na szczycie (wynika z tego nawet nazwa całego rzędu – Primates, czyli Naczelne). Tylko że w naturze nic nie jest doskonałe. Wszystko zaś jest, jakie jest, aż się nie zmieni na drodze mutacji i rekombinacji w coś nieco innego lub nie wymrze. A wszystko za sprawą selekcji.
Ergo: mechanizm ewolucyjny według ortogenezy jest wewnętrzny (to posiadanie lub też nawet świadomość owego celu jest tu napędem), a nie zewnętrzny, jak w darwinizmie (dobór naturalny) [7]. Zatem poroże irlandzkiego „łosia” było maczugą do wymachiwania przed nosem darwinistom przez ewolucjonistów znacznie bardziej „panabożych”, jak de Chardin. Ich zdaniem Megaloceros wyginął, gdyż trend wzrostu jego poroża nie był dostosowany do celu – czyli osiągnięcia doskonałości.

Miały puste kości, a czasem nawet pióra. Rewolucja miękkich dinozaurów

Uroczo puchaty tyranozaurek więcej mówi o współczesności, niż o erze mezozoicznej

zobacz więcej
Skoro Gould wziął te skamieniałe szkielety w liczbie 79 i pomierzył, a nikt inny nie zrobił tego przed nim, mnie pozostaje przyjąć (do momentu aż ktoś WYKAŻE, że jest inaczej) iż Megaloceros miał takie poroże, jakie mógł mieć. Wymarł zaś, bo klimat się drastycznie zmienił, a ludzie mieli oszczepy (z wynalazkiem miotacza oszczepów) i łuki. Wymierał zatem tak, jak dziś wymierają na niektórych obszarach niedźwiedzie polarne czy orangutany – bo ginie ich środowisko życia, a brak im plastyczności, niezbędnej, by dostosować się do innego. Gould także wykazał – porównując godowe ruchy głową różnych jeleniowatych – że rozrost poroża Megalocerosa niezmiernie pomagał w skutecznym imponowaniu samicom, więc był selekcjonowany przez dobór naturalny. Wystarczyło, że gigant uniósł głowę prosto, by pokazać, jaki z niego niesamowity samiec – inne jeleniowate muszą się w tym celu sporo nakręcić szyją.

Monstra wśród malizny

Historia paleontologii zaczęła się od „łosia”. Na nim się jednak nie skończyła. Czas na innych wymarłych gigantów fauny plejstoceńskiej (która, choć jest określana megafauną, to i tak nic w porównaniu do wymarłych mezozoicznych gadów). Wśród bowiem żywych, poza wielorybami, słoniami i niedźwiedziami polarnymi, sama, że tak się wyrażę, malizna, a nie to co kiedyś. Oni tu będą robili za ilustrację przyczyn, dla których zwierzęta osiągają – jako gatunki, bo indywidualnie to wiadomo, że zdarzają się anomalie – rozmiary monstrualne. Zmiany bowiem wzrostu mają swoje przyczyny ewolucyjne.

Na początek waran z komodo – monstrum pośród waranów. Wspominałam już o nim w opowieści o smokach. Jest piętnaście razy większy od jakichkolwiek swoich żyjących kuzynów, należących do tego samego rodzaju. Jest przykładem, że na wyspach ewolucja przebiega dziwacznie, a mianowicie według tzw. zasady Fostera. Z jednej strony mamy gigantyzm wyspowy, i tu przykładami są obok smoka z Komodo także wymarłe orły Hassta oraz nieloty moa z Nowej Zelandii, ale też żyjące i dziś na tej wyspie wielkie, reliktowe owady (szarańczaki z rodzaju Deinacrida) zwane weta.



Czy żyjąca nadal, choć już ostatnia ze swego rodzaju, fossa madagaskarska i wiele innych zwierząt. Na przykład olbrzymia gęś Garganornis ballmanni, która dreptała po wyspach Gargano i Scontrone u wybrzeży Italii jakieś 11 do 5 mln lat temu. A wśród, ssaków: gigantyczne owadożerne (rząd Eulipotyphla: ryjówki, jeże, krety na Korsyce, Sardynii i Balearach), gryzonie (jak wspomniany szczur z Teneryfy, ale i myszy polne, nornice i norniki oraz szczury wymarłe na Majorce, Menorce, Jamajce itd.), zajęczaki, a wśród nich mikre niczym chomiki górskie zwierzątka, zwane lokalnie pika, zaś po polsku jakże wdzięcznie – szczekouszkowate. Na Korsyce i Sardynii przedstawiciel tego rodzaju, Prolagus sardus, ważył pół kilo.
Porównanie wielkości między 4 gatunkami ptaków moa i człowiekiem: 1. Dinornis novaezelandiae (3 metry wysokości); 2. Emeus crassus (1,8 m); 3. Anomalopteryx didiformis (1,3 m). 4. Dinornis robustus (3,6 m). Rysunek: Conty - Own work, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11611522
Plejstocen na wyspach, jak Madagaskar czy Hispaniola, obfitował też w wielkie naczelne. Nie będę porażać dalej danymi, ale niech same nazwy pobudzą wyobraźnię: lemur goryli, lemur pawiani, czy lemur-koala, a w Azji rodzaj Gigantopithecus – człekokształtna małpa wysoka na 3 m i ważąca ponad 500 kg. Po Australii, która nie jest przecież niczym innym, niż wyspą, choć sporą, 40 tys. lat temu biegał i skakał gigantyczny kangur Simosthenurus occidentalis, o twarzoczaszce „krótkiej”, jak u koala, a uzębieniu, jak u pandy. Workowiec ten żywił się twardymi liśćmi, więc taki zgryz mu pasował. To znaczy, abyśmy znowu nie popadli w lamarckizm: mutacje sobie zachodziły, twarz się zmieniała, to i inne pożywienie zaczęło być dostępne, a że było go sporo i nie trzeba było o nie bardzo walczyć, to i kangur się sprawnie mnożył, wydając na świat płodne potomstwo. A potem pożywienia brakło i wymarł, zaś przewagę zyskali ci trawożerni.

Smok wawelski istniał naprawdę. Zapraszamy tam, gdzie mieszkają bestie

Dwunożny potwór wgryzał się w ofiarę, z apetytem kruszył i zjadał jej kości.

zobacz więcej
Oczywiście nie są, czy nie były to zwierzęta większe niż wszelkie inne, ale w swoim rodzaju albo rodzinie przerosły kilku- czy wielokrotnie pobratymców. Tu też warto zauważyć, że doprawdy poza kilkoma przykładami drapieżnych ssaków, poza wielką sardyńską wydrą i wspomnianą fossą madagaskarską, drapieżne ssaki na wyspach się nie rozrastają, bo nie mają z czego – brak wystarczającej liczby ofiar do zjedzenia. Kwitną z kolei, aż do wyczerpania zasobów lub wytępienia przez ludzi, gigantyczni roślinożercy. Natomiast do monstrualnych rozmiarów „rosną” tu w toku ewolucji ptaki: taka plejstoceńska sowa z Krety mogła sobie spokojnie z lotu, szponami, upolować małą kozicę. Nie mniejsze były jej dalekie kuzynki z Karaibów czy wyspy Gargano.

Patrzeć w oczy wroga

Innym zjawiskiem, o którym nie wolno nam zapominać, gdy przyglądamy się wszystkim zwierzętom dużym i małym, jest ta prawidłowość, że u stałocieplnych mniejszy rozmiar oznacza na ogół szybszy metabolizm i krótsze życie, a więc np. relatywnie wcześniejszą zdolność do płodzenia i rodzenia. Szybciej bije serce, temperatura ciała jest z natury nieco wyższa, zjadane porcje są oczywiście znacznie mniejsze w stosunku do masy ciała (no chyba, że się jest chomikiem), ale muszą być pochłaniane częściej. Poza tym małe ssaki wiodą na ogół nocny tryb życia, wielkie zaś – dzienny.

Utrzymanie w tych warunkach temperatury ciała to zupełnie inne wyzwanie. Zatem w sytuacji jednej nocy bez pożywienia, mała mysz ma mniejsze szanse na przeżycie niż wielki słoń. Ale w długotrwałym niedostatku żywności, np. podczas zmiany klimatu trwającej setki lat, zdolności adaptacyjne wielkoluda są znacznie mniejsze niż karzełka. Ten wyda trzy mioty w sezonie, a nie potrzebuje 10 lat i więcej, żeby mieć pierwsze młode, przeżyje na okruszkach, byle miał je regularnie, a nie musi zeżreć raz na tydzień, ale za to setek kilogramów trawy czy liści naraz.

J. Bristol Foster zaproponował swą regułę w roku 1964 na łamach „Nature” po tym, jak dokonał pomiarów 116 gatunków wyspowych, z ich odpowiednikami kontynentalnymi. Mali stawali się wielcy, gdyż na wyspie brakowało drapieżnika, który by je trzymał pod kontrolą. I to było dolą warana na Komodo – sam stał się największym lokalnie drapieżnikiem, z braku innych drapieżnych ptaków i ssaków. W ten sposób mamy tam taką w skali mikro pokazówkę sytuacji mezozoicznej, gdzie na szczycie łańcucha pokarmowego stoi i szczerzy zęby gad. Podobnie iguan, scynek czy gekonów, które przybrały rozmiary potworne, było w plejstocenie wg paleontologów znacznie więcej.

Z drugiej strony obserwuje się karłowatość wyspową. Wielcy – np. słonie, mamuty, hipopotamy, leniwce, jeleniowate, wielkie węże-dusiciele oraz ludzie – karleli. Gdyż wyspa ma znacznie bardziej ograniczone zasoby niż stały ląd, choćby dlatego, że w wypadku suszy czy powodzi nie ma po prostu gdzie uciec w poszukiwaniu nowych.
Porównanie rozmiaru mamuta karłowatego (Mammuthus exilis – pomarańczowy) z człowiekiem i innymi gatunkami mamutów: włochatym (właściwym, primigenius – czerwony), kolumbijskim (columbi – granat), stepowym (trogontherii – zielony) i południowym (meridionalis – szary). Rys. FunkMonk – na podstawie wysokości ramion podanych w: Lister, A.; Bahn, P. (2007). Mammoths - Giants of the Ice Age. Londyn: Frances Lincoln. ISBN 978-0-520-26160-0, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=41200038
Przeciekawym przykładem jest tu mamut-pigmej (Mammuthus exilis), który wyewoluował ze swego kolumbijskiego przodka przemierzającego Amerykę Północną (M. columbi). Kontynentalny „pradziadek” miał 4,3 m wysokości i ważył tonę. A na wyspach Santa Barbara u wybrzeży Kalifornii skarlał sobie powolutku, pokolenie za pokoleniem, do wysokości takiej, że po 30 tys. lat mógł spokojnie patrzeć w oczy swemu największemu wrogowi – ludzkiemu myśliwemu. Który nie omieszkał polować na niego, piec w ogniu i wyjadać mu mózg z czaszki, na co są dowody archeologiczne. Było nadal co jeść (jakieś 700 kg mięsa i kości wypełnionych odżywczym szpikiem), a polowanie było znacznie prostsze, bo i obiekt mniejszy. Inny przykład też miał trąbę – były to karłowate słonie żyjące w plejstocenie na wyspach Morza Śródziemnego.

Obcy są wśród nas. Długo po innych gatunkach na Ziemię przybyły ośmiornice

Ziemię zasiedlają kosmiczne organizmy. Takie, które żyją w żołądkach ziemskiego bydła, ale równie dobrze radziłyby sobie na Marsie. I takie, które żywią się energią jądrową i przeżyłyby na księżycu Jowisza.

zobacz więcej
Słonie jednak, te większe, przetrwały. W Afryce i w nieco skromniejszym rozmiarze w Azji południowo-wschodniej. Inne wielkie trąbowce, te z rodzaju Stegodon, kuzyni mamutów i słoni indyjskich, wymarły całkiem – tak w swym wariancie kontynentalnym, rozmiarów znaczących, jak i karłowatym, np. na wyspie Flores. Tym ostatnim w postawieniu krzyżyka obok nazwy gatunkowej we wszystkich encyklopediach dopomógł z pewnością lokalny, prehistoryczny, nieoskrobany cywilizacyjnie ani na jotę łowca-zbieracz.

Wyobraźmy sobie też jednak kontynentalne giganty biegające po zalesionych lub trawiastych równinach Ameryki Południowej i Środkowej, jak leniwce, zwłaszcza „wielka bestia” – megaterium (Megatherium). Leniwiec wielkości słonia, który nie wisi sobie na drzewie leniwie, tylko chyba znacznie mniej leniwie biega po ziemi ze sporym, stosownym do masy 5 ton przytupem. Jak stanął na tylnych łapach i podparł się ogonem, to miał wysokość, aczkolwiek nie długość, tyranozaura (ok. 6 m). Jak żarł, to sobie gałęzie zgarniał z drzewa, ale nie gardził też chyba mięsem. Potrafiłby zjeść i niektórzy uczeni twierdzą, iż zjadał, tygrysa szablozębnego, czyli mówiąc poprawnie Smilodona, oraz stworzenie wyglądające jak gigantyczny pancernik, zwane Glyptodonem.

No tylko że… przez okres paleogenu (66-24 mln lat temu) Ameryka Południowa była olbrzymią wyspą, dlatego takie, głównie roślinożerne potwory były w stanie tam wyewoluować ze znacznie bardziej mikrych przodków. Potem, gdy wynurzył się przesmyk panamski, zwierzęta pobiegły w obie strony obu Ameryk, a potem, gdy plejstocen się kończył, megateriony były ulubionym obiektem polowań myśliwych. Zostały być może po prostu wytrzebione, co jak już wspominałam, zasmuciłoby niepomiernie Jana Jakuba Russeau i wielu współczesnych miłośników jego filozofii.

Cały zatem ten plejstoceński świat wyspowych karłów i gigantów oraz gigantów kontynentalnych zginął ok. 10 tys. lat temu z oczu ludzkich. Czasem tylko znacznie później – już w XVIII, XIX i XX wieku, zwłaszcza jeśli to gady z rejonów tropikalnych lub niejadalne ssaki owadożerne czy gryzonie. Wydarzenie nosi nazwę wymierania czwartorzędowego.

Jak przeżyć masowe wymieranie. Poradnik surwiwalowca

Trwa właśnie szósta katastrofa w dziejach świata. Ale bądźmy optymistami. O ile nie przeraża nas myśl o ludziach mierzących trochę ponad pół metra wzrostu i zakładających rodziny w wieku dziesięciu lat.

zobacz więcej
Megafaunę – niezdolną do wielkiej plastyczności, bo duży może więcej, ale musi w tym celu duuuuużo jeść – osłabiła znacznie gwałtowna zmiana klimatu na przełomie plejstocenu i holocenu. To wymieranie – bardzo wyjątkowo w dziejach świata – spowodowało brak ekologicznych sukcesorów dla wielu gatunków, które wymarły. Mówiąc wprost, nikt nie zastąpił w Ameryce Południowej gigantycznego leniwca, nikt nie wskoczył w dziurę po nim i nie rozwinął się równie bujnie. Miało zatem miejsce całkowite przesunięcie porządku we wcześniej ustanowionych przez matkę ewolucję relacjach pomiędzy zwierzętami w ich naturalnych habitatach.

Rzecz cała zaczęła się jakieś 130 tys. lat temu, a znacząco przyspieszyła, wręcz zapikowała, 13-8 tys. lat temu. Gdy na arenę dziejów Eurazji, Oceanii i obu Ameryk wszedł w dużej liczbie afrykański[8] człowiek współczesny, aczkolwiek mało jeszcze cywilizowany. Choć zdolny do pozostawienia po sobie jaskiń w Lascaux. Z dużym zatem prawdopodobieństwem, jak twierdzi dziś liczne grono uczonych, człowiek z dzidą, kamieniem i ogniem w rękach walnie przyczynił się do zagłady plejstoceńskich gigantów[9].

Nie potrzebujemy cywilizacji zachodniej i sztucera, by chcieć więcej mięsa, więcej nawet, niż możemy go zjeść. Bardzo bowiem dawno wynaleziono sposoby konserwacji mięsa – od prostego suszenia, przez wędzenie do… kiszenia, zatem z pewnością nic się nie marnowało. I choć to brzmi brutalnie, to nie zmienia faktu, że na przełomie plejstocenu i holocenu my daliśmy sobie populacyjnego i ewolucyjnego „kopa w górę” i nie sądzę, aby był z tej drogi odwrót. Zwłaszcza, że powrót do jaskiń nie gwarantuje żadnego „życia w zgodzie z naturą”, tylko jeszcze bardziej życie w walce z nią, cokolwiek owe uogólnienia by dokładnie nie znaczyły. A leniwca, gdy stał na tylnych łapach wysokiego jak tyranozaur, mamuty, tygrysy szablozębne, gigantyczne „pancerniki” i kangury żywiące się jak pandy oraz sowy zdolne wzlecieć w górę z upolowaną górską kozicą, oglądamy skamieniałe we wzniesionych przez siebie muzeach. I na tym między innymi polega cywilizacja – na budowaniu muzeów.

– Magdalena Kawalec-Segond,
doktor nauk medycznych, biolog molekularny, mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii”


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Autorka serdecznie dziękuje dr. hab. Tomaszowi Kozłowskiemu, profesorowi UMK w Toruniu z Katedry Archeologii Środowiskowej i Paleoekologii Człowieka za uważną recenzję i krytyczne uwagi do niniejszego tekstu

Przypisy:



1. Cuvier był ponadto twórcą anatomii porównawczej, czyli w skrócie rzecz ujmując – udręczającej nas w liceum tabelki z tymi sercami, mózgami, układami krążenia i oddechowymi od ryb po ssaki. Pozostawał też kreacjonistą! Był twórcą tzw. teorii katastrof, która tłumaczyła m.in. wymieranie gatunków. Zdaniem Cuviera, Bóg stwarzał życie na Ziemi kilka razy, najpierw eliminując te „stare gatunki”.

Obcinano im palce na znak, że należą do zamkniętej kasty. Elity okaleczonych „szamanów” – malarzy

Wchodzili w głąb europejskich jaskiń, by malować na skałach. Tysiące lat temu podpisywali się odciskiem dłoni – bez kciuka, często bez palca serdecznego i małego.

zobacz więcej

2. Oczywiście człowiek nie jest niezbędny, by wymarły stare filogenetycznie wielkie grupy organizmów na Ziemi, całe grupy taksonomiczne. Bardziej niezbędna wydaje się jakaś kosmiczna katastrofa, typu uderzenie meteorytu. Vide permskie wymieranie – ponad 70% gatunków, następnie wymarcie dinozaurów, które zakończyło erę mezozoiczną, wymieranie naczelnych z początkiem plejstocenu, etc.

3. https://dzikiezycie.pl/archiwum/2004/pazdziernik-2004/czy-istnieje-dobry-dzikus-rozmowa-z-antropologiem-dr-tarzycjuszem-bulinskim

4. Liczy się oczywiście przede wszystkim pozyskanie zasobów pozwalające utrzymać się przy życiu. Choć współcześni łowcy-zbieracze pozyskują przez polowanie około 20% całego pożywienia, reszta pochodzi ze zbieractwa. Efektywne sposoby polowania nie są humanitarne, a prymitywne łowiectwo nie jest efektywne. Humanitaryzm (ale już nie empatia) to tylko „wymysł” naszej cywilizacji. Ranne zwierzę jest zwykle niebezpieczne – także donoszenie go do siedzib to nie są jakieś powszechne praktyki, a dziczyzna musi również najpierw skruszeć – czyli w kilkudniowym procesie dochodzi w zabitym zwierzęciu do autolizy tkanek, ułatwiającej później przyswojenie zjedzonego po obróbce termicznej pożywienia (jest mniej ciężkostrawne). Nawet przy „głodzie” mięsa nie stanowi ono istotnej komponenty w diecie, zawsze go brakuje, a jest najbardziej pełnowartościowym pokarmem. Większość współczesnych ludów łowiecko-zbierackich zjada wszystko, co się nawinie – w Amazonii nawet wielkie jak ręka ptaszniki, bo białka zwierzęcego zwyczajnie brakuje.

5. The Origin and Function of „Bizarre” Structures: Antlers Size and Scool Size In the „Irish Elk” Megaloceros giganteus („Pochodzenie i funkcja dziwacznych struktur: wielkość czaszki i poroża łosia irlandzkiego Megaloceros giganteus; Stephen Jay Gould, Evolution 28, pp/ 191-220, 1974)

6. To jezuita, który gdyby nie umarł, to by był ekskomunikowany. Brał udział w pracach wykopaliskowych w Zhoukoudian i Piltdown.

7. Zwracam tu na absolutnym marginesie uwagę, że rzecz sama ma się nijak do TEOLOGALNEGO CELU istnienia świata i człowieka. Spokojnie i zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nadal możemy (my i wszechświat cały) istnieć, aby Pana Boga czcić, chwalić i uwielbiać.

8. Istnieje jeszcze teoria tzw. multiregionalna pochodzenia człowieka współczesnego – patrz np. M. Wollpoof, czy A. Thorne.

9. Należy tu jednak wspomnieć jeszcze, że William J. Ripple z Uniwersytetu Stanowego w Oregonie i Blaire Van Valkenburgh z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles twierdzą, iż zagłada megafauny była skutkiem pojawienia się człowieka, ale nie polegała ona na prostym wymordowaniu zwierząt przez „nowego drapieżnika”. Zdaniem tych badaczy doszło do zjawiska określanego mianem kaskady troficznej, czyli zaburzeń w łańcuchu pokarmowym, wynikających ze zmiany jednego z jego elementów (np. zniknięcia albo dodania drapieżnika). Przez tysiące lat w Ameryce Północnej utrzymywała się krucha równowaga między największymi drapieżnikami i będącymi ich pożywieniem dużymi roślinożercami. Pojawienie się ludzi dodało kolejnego drapieżnika, co spowodowało wzrost konkurencji o zasoby. To zaś w długim okresie skutkowało znaczącym uszczupleniem megafauny i zniknięciem wielu jej gatunków, co następnie doprowadziło do wymierania wyspecjalizowanych wielkich drapieżników. Problem ten nie dotknął jednak wszystkożernych ludzi, którzy mieli zróżnicowane źródła pożywienia.

Źródła:



https://www.livescience.com/63521-giant-elk-skull.html
https://www.livescience.com/11293-world-biggest-beasts.html
https://www.sciencealert.com/giant-kangaroos-that-roamed-australia-40-000-years-had-this-in-common-with-a-panda
https://dinoanimals.pl/zwierzeta/gigantyzm-wyspowy-i-karlowacenie-wyspowe

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Salutowali im generałowie
W II RP weterani powstania styczniowego otoczeni zostali szczególną opieką.
Historia Najnowsze wydanie
Twierdza poczciwych cyników
Eile starał się lawirować, lecz w okresie bierutowszczyzny poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa.
Historia Poprzednie wydanie
Wirus we Wrocławiu. Przywlókł go chory oficer wracający z Azji
Skala zagrożenia spowodowała, że miasto zostało otoczone kordonem sanitarnym.
Historia Poprzednie wydanie
10 największych dokonań Polaków w historii himalaizmu
Biało-czerwoną flagę, krzyżyk i różaniec wnieśli 40 lat temu na Mount Everest Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Było to pierwsze zimowe wejście na „dach świata”, a to tylko jeden z sukcesów Polaków we wspinaczkach w najwyższe góry Ziemi.
Historia wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Polacy zesłani na „białe niedźwiedzie”
Chodzili po wagonach, nosząc pod rękami zmarzłe dzieci, niemowlęta, pytając się czy „zamierszczych rebiat nima”.