Cywilizacja

Krychowiak na diecie warzywnej. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?

Kulinarni ekolodzy sławią zalety kuchni wegetariańskiej czy wegańskiej. Często odnoszę wrażenie, że nie przyjmują argumentów, które mogłyby podważyć ich przekonania. Nie reagują jak smakosze, raczej jak wyznawcy nowej wiary, członkowie sekty jarzynowo warzywnej.

Piłkarz Grzegorz Krychowiak wyznał, że zmienił orientację – z mięsnej na warzywną. Nawet ryby przestały kręcić go kulinarnie. Będzie rezygnował z ryb w nieodległej przyszłości. W stosownym czasie zapewne podzieli się na Instagramie informacją, jak mu poszło.

Kibice przesterowani na jarzynki niewątpliwie trzymają za niego kciuki. Kibice mięsożercy mogą popaść w rozterki. Skoro idol przeszedł na stronę wroga, to czy nadal jest ich idolem, czy już nie?

Zmian na talerzu Krychowiak nie dokonał ot tak sobie. Zrobił to z powodów zawodowych, jak twierdzi. O powodach ideowych nic nie wiemy, gdyż pan Grzegorz się tym nie chwalił. Jednak cele profesjonalne osiąga: lepiej mu się kopie piłkę, lepsze ma wyniki badań krwi. On to wiąże właśnie z dietą.
W świecie zwierzęcym każde stworzenie wie, co je. Menu jest zatwierdzone i nie ma odstępstw. Gepard nie przejdzie na sałatę. Na zdjęciu wa młode gaperdy w pogoni za impalą w kenijskiej sawannie. Fot. PAP/DPA.
No cóż, każdy może wiązać, co chce z czym chce. Pytanie – czy jest to fakt, czy złudzenie?

Z grubsza i ogólnie przebiega to następująco: ludzki organizm, który nagle nie dostaje tego, co dostawał regularnie, natychmiast się mobilizuje. Wpływa to korzystnie na jego sprawność i kondycję, tyle że przejściowo. Trwałość takiej poprawy zależy od predyspozycji indywidualnych. Oceny można dokonać po dłuższym okresie, porównując testy wysiłkowe, parametry fizjologiczne itp. Dopiero wtedy się dowiadujemy, czy dieta wyszła komuś na dobre, czy bokiem.

Sportowiec to też człowiek

Odżywianie to ważna rzecz, co najmniej z dwóch powodów: jest jedną z funkcji życiowych, to po pierwsze. Każdy organizm potrzebuje substancji pokarmowych, to po drugie. Pierwsze i drugie nie podlega apelacji, więc można uznać, że są to fundamentalne prawa natury. A sprawy odżywiania istot żywych natura rozpisała na nuty.

W świecie zwierzęcym każde stworzenie wie, co je. Nie ma: lubi czy nie lubi, smakuje, nie smakuje, wyszczupla czy pogrubia. Menu jest zatwierdzone i nie ma odstępstw. Gepard nie przejdzie na sałatę. Zebra nie skosztuje mięsa. Zwierzęta nie wiedzą, czy by im to zaszkodziło, bo nie sprawdzały. Człowiek sprawdzał długo i wnikliwie aż stał się wszystkożercą.

Sportowiec wyczynowy to też człowiek tyle, że jako gatunek zawodowy podlega podobnej selekcji konsumenckiej jak czworonogi. Jego dieta jest sformatowana pod rodzaj sportu, który uprawia.

Kolarz nie stanie do wyścigu po tłustej golonce. Miotacz nie wyjdzie na rzutnię wyłącznie po makaronie. Charakter wysiłku warunkuje sposób i skład żywienia. Na ten temat powstały uczone księgi, zajmują się tym sztaby dietetyków, od magistrów do profesorów.


Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej w Polsce wydaje fachowe broszury. Jedna z nich nosi tytuł „Zasady prawidłowego odżywiania sportowca”, więc żartów nie ma, gdyż chodzi o pryncypia. Edyta Śleszycka, lekarz i autorka tekstu już we wstępie zamieszcza poważne ostrzeżenie: „Właściwa dieta nie gwarantuje sukcesu w sporcie, ale nieprawidłowe odżywianie może znacząco zaburzyć proces treningowy i ograniczyć maksymalne możliwości wysiłkowe.”

Otóż o tym należy wiedzieć przed zmianą diety. Nie wątpię, że większość wyczynowców dojrzałych sportowo doskonale o tym wie. Dlatego stosują przeważnie standardowe procedury konsumenckie dla swojej dyscypliny. W tej branży dominuje pogląd, że karoseria wyczynowca i cywila wygląda mniej więcej tak samo. Ale silniki różnią się zasadniczo. Ten pierwszy jest nie gorszy niż w bolidzie F1. Ten drugi może być od hulajnogi. Ma to swoje konsekwencje.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Najważniejsze to paliwo i zużycie. Menu sportowca musi być wysokooktanowe. A mówiąc językiem pani doktor – „wydatek energetyczny musi być zrównoważony przez pożywienie o odpowiedniej wartości energetycznej”. Głównym źródłem energii są węglowodany, które spalają się najszybciej. Potem tłuszcze i w odpowiednim procencie białka. Lecz nie ma tak, aby coś można dowolnie wyrzucić z jadłospisu i nie ponieść sportowych strat.

Wysoka wartość energetyczna sportowej diety nie może być jednakże zbyt wysoka, bo kończy się to często poważnymi kontuzjami. Organizm wchodzi na obroty, których nie wytrzymuje. Szybciej zużywają się części i podzespoły, a o zamienniki nie tak łatwo jak w F1. Tak się dzieje za przyczyną składników farmakologicznych.

Autorka przytoczonej tu broszury ma na ten temat jednoznaczną opinię, którą formułuje raczej oględnie: „Nie jest zalecana suplementacja sztucznymi preparatami mineralno-witaminowymi.” Czerwona czcionka podkreśla znaczenie tej uwagi, chociaż nie dotyka problemu.

A tym problemem, rzecz jasna, jest doping. Nie są nim witaminki czy mikroelementy przyjmowane chociażby w kroplówkach, bez których współcześni atleci, nawet silni jak lwy, czuliby się słabi jak małe kocięta. Dlaczego? Bo uwierzyli, że bez tego się nie da.

Nie tylko w sporcie wiara w suplementy i lekarstwa, agresywnie promowana przez koncerny medyczne, sięga dziś absurdu. Tyle, że w sporcie liczba wierzących pokrywa się z liczbą praktykujących. Siłą rzeczy ważniejsze od tego, co jest na talerzu, staje się to, co jest w strzykawce. Jak mawiał jeden z mistrzów aren: „Szczypta koksu do śniadanka jeszcze nikomu nie zaszkodziła”.

Ofiarna polędwica

Podejście do odżywiania osób, którzy wyczynowo uprawiają sport, podejmują skrajne wysiłki, ponoszą ekstremalne wydatki energii, ewoluuje w rytmie cywilizacyjnych zmian. Obecnie nauka ma w tym większy udział niż kiedyś, lecz czy to się przekłada na lepsze efekty sportowe?

Żeby się przekonać, porównajmy to i owo. Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w pchnięciu kulą w Monachium w 1972 roku. Tomasz Majewski zdobył pierwszy taki medal w Pekinie 2008 i drugi w Londynie 2012. Obaj musieli ciężko trenować i obaj musieli jeść.

W latach 70. poglądy na żywienie sportowców zależały bardziej od możliwości finansowych ośrodków szkolenia niż od zaleceń dietetyków. Dla Komara zrobiono wyjątek.

Na wysokim szczeblu zapadła decyzja, że Władzio, który ważył 136 kg, ma być karmiony wysokokalorycznie, konkretnie wysokobiałkowo, ponieważ jest miotaczem, a miotacze potrzebują więcej białka. Ponadto był też potencjalnym medalistą igrzysk, a potencję należało wykorzystać. Tyle wiedzieli działacze.
Mniej więcej po tygodniu codzinnego konsumowania polędwicy wołowej Władysław Komar nie mógł patrzeć w stronę swojego talerza. Na zdjęciu polski kulomiot podczas mityngu lekkoatletycznego w 1 maja 1972 roku na stadionie Skry w Warszawie. Fot. PAP
Gdyby Grzegorz Krychowiak mógł zobaczyć to, co lądowało wtedy na talerzu Władysława Komara, pewnie zemdlałby z wrażenia. Na każdy obiad Władek dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej, a trener pilnował rzetelnej konsumpcji. Wiem to, bo jadałem wówczas w tej samej stołówce, często przy jednym stoliku z Władkiem.

Mniej więcej po tygodniu Komar nie mógł patrzeć w stronę swojego talerza. Czuł się jak na torturach. Na jego szczęście trener nie zawsze zdążył na obiad. Ofiara prześladowań mogła wówczas podzielić się z kolegami. Tadek Ślusarski zawsze był przy apetycie. Ja także coś tam skubnąłem, podobnie jak połowa męskiej reprezentacji olimpijskiej.

Idąc tropem myślenia ówczesnych działaczy, można by rzec: bez tej ofiarnej polędwicy nie byłoby złota w Monachium. Ale nie można iść tym tropem, choćby z uwagi na Tomka Majewskiego, który nie jadał tyle mięcha, zresztą jak na miotacza jadał niewiele, a zdobył „złotka” aż dwa. Wniosek – nie ma prostej zależności między dietą a wynikiem sportowym.

Przez Alpy na makaronie?

Choć konsumpcję pod przymusem można uznać za rodzaj mobbingu, by nie powiedzieć – sadyzmu, to jednak polędwica jako taka, mieści się w obszarze potraw właściwych oraz prawidłowego odżywiania wyczynowca. A nieprawidłowe odżywianie może „znacząco zaburzyć” formę i wyniki, przed czym przestrzega pani doktor. Czy rzeczywiście?

Zdzisław Krzyszkowiak był mistrzem olimpijskim na 3000 km z przeszkodami. Jerzy Chromik trzykrotnie poprawiał na tym dystansie rekordy świata. Obaj zaczynali w latach 50., a biedne to były powojenne czasy. Głównym składnikiem ich diety były wówczas ziemniaki, czasem polane zagęszczanym mąką sosem, rzadko z kawałkiem mięsa. Na śniadanie serwowano im chleb z dżemem, niekiedy trzy lub cztery plasterki tłustej kiełbasy i jajko na twardo.

Czy można to uznać za prawidłową dietę sportowca? Czy było to pożywienie „o odpowiedniej wartości energetycznej?” No nie było i nie mogło być. Dawni mistrzowie biegali na debetach energetycznych, a jednak dawali radę. Niskie oktany podkręcali wysokimi ambicjami. Marne żywienie korygowali żelazną dyscypliną w duchu ideałów olimpijskich.

Współczesne pokolenie sportowców nie ma bladego pojęcia o tamtych warunkach treningowych. Może dlatego tak chętnie i bezstresowo chadza na skróty. Może dlatego wszelkie ideały, które dziś wydają się mętne, wymienia tak ochoczo na jedyną ideę, która do tej generacji przemawia – na ideę skuteczności.
„Alp nie da się przejechać na makaronie” - mówił Zenon Jaskuła. Na zdjęciu polski kolarz pod Pirenejami podczas 17 etapu Tour de France w lipcu 1993 roku. Fot. REUTERS/Eric Gaillard
Zenon Jaskuła, dotychczas jedyny Polak, który stanął na podium w Tour de France, zasłynął nie tylko z tego sukcesu. Także ze spontanicznych i szczerych wypowiedzi. Najbardziej znana i często przytaczana jest właśnie ta związana z kolarską dietą. Naciskany przez dziennikarzy w sprawach dopingu wyznał rozbrajająco otwarcie: „Alp nie da się przejechać na makaronie.”

A na czym się da? Na to pytanie odpowiedział sobie i całemu światu Lance Armstrong. Z takim fachowcem trudno polemizować. Lance udowodnił, że kluski należy popychać sterydami oraz EPO, bynajmniej nie dla smaku, lecz dla skuteczności wygrywania.

Dziś wiara w skuteczność dopingu przyćmiewa wiarę w skuteczność właściwego odżywiania, co niestety należy brać pod uwagę, rozpatrując współczesne diety sportowców. A tak naprawdę nie ma najmniejszych szans, by stwierdzić, że dobry wynik ma jakiś związek z dobrym żywieniem, póki nie zna się wszystkich składników „pokarmowych”.

Wyznawcy nowej wiary

Moda na zdrową żywność i zdrowe odżywianie to wartość dodana do koncepcji kulinarnych naszych czasów. Jednak spożywanie jarzyn i owoców zamiast mięsa nie jest niczym odkrywczym. Przed wiekami robili to pustelnicy. Nie-pustelnicy także wybierali takie opcje z przyczyn religijnych albo z powodu rytuałów plemiennych. Nie o to chodzi. Chodzi o modę, która wynika ze zbiorowych fascynacji.

Od razu zaznaczam, że nie jestem wrogiem wegetarian, wegan itp. Wolność jednostki obejmuje także wolność odżywiania czym kto chce i tyle, ile chce. Jednak trudno nie zauważyć, że ta moda jest wielowarstwowa. Najważniejsze jest zadowolenie i dobre samopoczucie konsumentów, których szeregi rosną dynamicznie – i na zdrowie.

Za zdrową żywność trzeba zdrowo płacić, i trudno. Rynek ma swoje prawa, a rynek modowy wyższe ceny, to naturalne. Zresztą na rynku żywienia odbywa się obecnie swoiste przeciąganie liny. Kuchnie tradycyjne walczą o swoje. W programach telewizyjnych kucharze celebryci i małe dzieci pitraszą smacznie, chociaż niezdrowo. Każdy może wybierać, co lubi i w co wierzy.

Otóż to, znowu wiara ma tu znaczenie. Pewnie wielu z nas ma w rodzinie albo wśród znajomych kulinarnych ekologów, którzy sławią zalety kuchni wegetariańskiej czy wegańskiej. Pewnie niektórzy próbują przeciągać niewiernych na swoją stronę.

Znam kilka takich osób i często odnoszę wrażenie, że nie przyjmują argumentów, które mogłyby podważyć ich przekonania. Nie reagują jak smakosze, raczej jak wyznawcy nowej wiary, członkowie sekty jarzynowo-warzywnej, która osiągnęła wyższy poziom cywilizacyjny. To bywa nawet zabawne.

Biesiada wampirów. Krew w różowej willi

Doping już nie jest żadną plagą sportu. Doping stał się standardem we wszystkich dyscyplinach, od kolarstwa i biegów narciarskich, przez futbol, aż po curling, szachy i brydża.

zobacz więcej
Wyznanie Grzegorza Krychowiaka trochę wpisuje się w ten model, choć na szczęście tylko trochę, gdyż jak piłkarz zaznaczył, bardzo starannie monitoruje swój organizm, na bieżąco wyciąga wnioski, znaczy – racjonalizuje dietę. I nie może być inaczej w przypadku zawodowca, bo byłby to duży oraz ryzykowny błąd.

Jadać z głową

Wegetarianie nie jedzą mięsa ani żadnych zwierających je produktów. Weganie idą dalej, odrzucają nie tylko mięso, ale i mleko, miód, nabiał, jajka. Spożywają wyłącznie pokarmy roślinne jak warzywa, owoce, pieczywo z pełnego ziarna, rośliny strączkowe, orzechy i nasiona. Twierdzą, że to pychota, a liczba kalorii w pełni zaspokaja ich potrzeby.

Weganin sportowiec raczej miałby z tym poważny problem. Wprawdzie apologeci, a zwłaszcza reklamodawcy tego menu zapewniają, że jest to dieta marzeń, również dla wyczynowców, lecz podejrzewam, że coś kręcą albo za słabo znają sport i to, jak funkcjonuje ludzki organizm pod presją przeciążeń.

Organizm sportowca spala pokarmy jak piec. Musi dostawać wszystkie potrzebne składniki, proporcjonalnie zrównoważone. Nie musi pochłaniać codziennie dwukilogramowej polędwicy, by uzupełnić deficyt białka. Postęp wiedzy rozszerzył pole manewrów kulinarnych. Nowe wyznania konsumpcyjne to pole zawężają.

Z taką konkluzją żaden weganin pewnie się nie zgodzi. Oni mają swoje sposoby na deficyt białka, są przekonani, że wystarcza ryż brązowy, kasza jęczmienna, chleb pełnoziarnisty, ciecierzyca, soczewica, mleko sojowe, tofu, ponadto szpinak, brokuły i banany. Pytanie tylko – ile? Tona tofu… na 140-kilogramowego chłopa, powiedzmy od kuli?

Rzecz jasna żartuję. Jednak kłopot z nowymi dietami w przypadku sportu wyczynowego polega na tym, że nie istnieją żadne badania na szerokiej populacji zawodników i w wielu różnych dyscyplinach prowadzone wystarczająco długo, by uzyskać wiarygodne wyniki. Że ktoś odstawił mięso i czuje się lepiej, to za mało.
Odejście od sportowych rygorów żywienia na rzecz cywilnej samowolki może zmienić każdego chudzielca w Diego Maradonę. Na zdjeciu były piłkarski gwiazdor 2 listopada 2019 jako trener drużyny Gimnasia y Esgrima La Plata podczas meczu argentyńskiej Superligi. Fot. Chris Brunskill/Fantasista/Getty Images
Zresztą aktywni sportowcy i tak mają przerąbane na odcinku żywieniowym. Nawet bez ortodoksyjnej ekologii pokarmowej cierpią liczne wyrzeczenia. Powinni unikać słodyczy, do kuchni mamy zaglądać raz, najwyżej dwa razy do roku podczas świąt. Dlatego po karierze niektórzy silnie odreagowują.

Najbardziej niebezpieczne są pierwsze dwa, trzy lata po sporcie. Odejście od sportowych rygorów żywienia na rzecz cywilnej samowolki. Taka wolta może zmienić każdego chudzielca w Diego Maradonę. Wtedy rzeczywiście najlepiej przejść na jarzynki, bo spalarnia zaczęła strajkować.

W sumie i w sporcie, i w cywilu dobrze jest jadać z głową. Myśleć, jedząc i jadać, myśląc i robić to przed i po posiłkach. Wprawdzie nawet jadanie przez rozum nie daje gwarancji sportowych sukcesów, jak twierdzą dietetycy. Jednak stwarza nadzieję na mniejsze szkody w organizmach i sportowca, i nie-sportowca. Wiara w cuda talerzu, a zwłaszcza w pigułce, już niekoniecznie.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Autor jest dziennikarzem sportowym, w przeszłości był płotkarzem, trzykrotnym mistrzem kraju w tej dyscyplinie i reprezentantem Polski na igrzyskach olimpijskich w Monachium w 1972 roku.
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Antysemityzm – myślozbrodnia Polaków
Pojęcie „Żyd” ma się kojarzyć z Holokaustem, nie z elitą finansową, akademicką, czy medialną. Nacji ocalonej z Holokaustu łatwiej jest osiągać swe cele manipulując poczuciem winy i nie całkiem czystym sumieniem wszystkich innych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy trener pracujący z kobietami jest jak gość tańczący na linie?
Seksualne powikłania zdarzają się w sporcie. Bliskie spotkania szkoleniowców ze szkolonymi czasem tłumaczone są względami szkoleniowymi.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak człowiek udomowił człowieka
Kim byli sprytni osobnicy, którzy oswajali swoich kuzynów?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Galileusz żył w luksusie, a Darwin się mylił
Edukowanie współczesnego człowieka w kwestii „obskurantyzmu Kościoła” zaczyna się od najmłodszych lat i nie jest wynalazkiem dzisiejszych czasów, lecz trwa od oświecenia.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Nowa Jałta nie jest potrzebna
Moskwa ma polityczne i gospodarcze atuty, za pomocą których uzależnia od siebie wianuszek państw buforowych.