Cywilizacja

Memento mori. Jak przygotować się na szczęśliwą śmierć

Spacery po cmentarzu, jesienna atmosfera, zapalanie zniczy – to wszystko ma nie tylko przypominać nam o zmarłych, ale także uczyć nas życia. Niestety od kilkudziesięciu lat zapominamy stopniowo o tym, że gdy zapomni się o śmierci, nie sposób nauczyć się dobrego życia.

Nie będę ukrywał, że uwielbiam uroczystość Wszystkich świętych i Dzień Zaduszny. Uwielbiam, bo ustawiają one doskonale optykę naszego życia, sprawiają, że człowiek nabiera dystansu wobec codzienności i pozwalają zbliżyć się do tego, co najistotniejsze.

Gdy mijam kolejne nagrobki, odczytuję imiona, nazwiska, dary urodzin i śmierci myśl o własnej śmierci nasuwa się niemal automatycznie. I pytanie: czy ktoś będzie o mnie pamiętał? Czy na moim grobie będą kwiaty? Co po mnie zostanie? I wreszcie, czy jestem już gotowy na własną śmierć? Co bym zrobił, gdyby się okazało, że czeka mnie ona już za godzinę, dwie czy trzy? Jak bym się do nie przygotowywał?

Pytania te, choć oczywiście zadaje je sobie będąc człowiekiem wierzącym, są wspólne wszystkim ludziom. Już Platon wskazywał, że filozofia jest przygotowaniem do umierania, że jest szkołą śmierci, a co za tym idzie, że dobre życie, poprawne myślenie wymaga medytowania na temat śmierci.
"Trumna chłopska" pędzla Aleksandra Gierymskiego. Fot. Wikimedia/cyfrowe.mnw.art.pl
Wiele wieków później podobną opinię wyrażał niemiecki filozof Martin Heidegger, który podkreślał, że człowiek musi, jeśli chce doświadczyć autentycznej egzystencji, przeczuwać własną śmierć i „wybierać między jasnością a rozrywką”. Innej drogi dobrego myślenia, odczuwania nie ma.

Jeszcze mocniej widać to w chrześcijaństwie, szczególnie w jego tradycyjnych formach, w których medytacja nad dobrą śmiercią, a szerzej medytowanie o własnej śmierci i własnym rozkładzie jest fundamentem prawdziwej pobożności. Rozważania takie znajdziemy i u niemieckiego teologia i mistyka Tomasza à Kempis (1380-1471) i u założyciela zakonu jezuitów św. Ignacego Loyoli (1491-1556) i wreszcie u założyciela zakonu redemptorystów, doktora Kościoła, św. Alfonsa Marii Liguoriego (1696-1787), który ze świadomości śmiertelności uczynił jeden z głównych mechanizmów kaznodziejstwa.

XIX-wieczna duchowość i ascetyka także posługiwała się nimi niezwykle często. Obecnie ta prawda o śmierci, o tym, jak wyglądać będzie rozkładające się ciało ludzkie, zostało wyparte w kaznodziejstwie i ascetyce współczesnej przez inne tematy, ale warto do niego wracać. Jednym zaś z tych, którzy niezwykle mocno o tym pisali jest ojciec lwowski franciszkanin Wenanty Katarzyniec (1889-1921), który wręcz sugerował, by na Nowy Rok życzyć sobie dobrej śmierci.

Otóż̇ aby dostąpić́ tego szczęścia w tym roku, czy później – potrzeba o śmierci pamiętać́. (…) Powiedzmy sobie wszyscy, Drodzy Bracia i Siostry, tego roku umrę̨ i często to wspominajmy – a zapewnimy sobie pomyślność́ i prawdziwe szczęście. My wprawdzie słyszymy wiele o śmierci i patrzymy nieraz na śmierć́ – ale tak jakoś́ obojętnie, jak gdyby ów wyrok Bożym – „postanowiono jest człowiekowi raz umrzeć́” – nas nie tyczył. Lecz od dzisiaj niech będzie inaczej. Ilekroć́ tedy spotkamy orszak pogrzebowy, ile razy usłyszymy o czyimś́ zgonie, mówmy do siebie: mnie to samo jutro czeka.

Takie dopiero żywe przejecie się̨ chwilą śmierci sprawi w duszy naszej pożądany skutek, że już̇ nie będziemy ubiegali się̨ zbytnio za skarbami, które złodzieje kradną̨, które mól pożera i rdza psuje – ale raczej za skarbami, które wiecznie trwają̨ – to jest za cnotami, dobrymi uczynkami.
"Śmierć" pędzla Jacka Malczewskiego, rok 1902. Fot. Wikimedia/cyfrowe.mnw.art.pl
Ludzie światowi oburzają̨ się̨, gdy im ktoś́ wspomni o śmierci, o życiu pozagrobowym mówią̨: po co te krzyże, ta żałoba – dopóki się̨ żyje nie trzeba myśleć́ o śmierci i zatruwać́ sobie spokoju. Tymczasem Kościół święty, duch wiary katolickiej bardzo często przywodzi nam na pamięć́ ostatnie nasze chwilę na ziemi – nie w tym celu, aby nas przerażać́ i trapić́ – lecz aby nas przygotować́, aby nam zapewnić́ szczęśliwe zejście z tego świata – mówił w kazaniu ojciec Katarzyniec.

Takie myślenie jest głęboko zakorzenione w katolickiej ascetyce. „Żyje się źle, bo się nie myśli o śmierci” – wskazuje św. Alfons Maria Liguori. Aby świadomość nieuchronności śmierci rzeczywiście na nas oddziaływała nie może być ona wypychana w podświadomość, przykrywana planami, ale codziennie ujawniana i stawiana przed oczy.

„Pewne jest, że umrzemy, ale niepewne kiedy” – wskazuje św. Alfons Maria Liguori. Rok, miesiąc, dzień i godzina naszej śmierci są już ustalone, ale jak wskazuje wielki mistyk i teolog, jest ona przed nami ukryta, tak byśmy byli „zawsze na nią przygotowani”.

Niestety świadomość tego przykrywa nam pozorna odległość śmierci. „Nawet najbardziej zgrzybiali starcy i osoby najbardziej chorowite łudzą się, że pożyją jeszcze przynajmniej trzy, cztery lata (…) Zaiste rzadko zdarza się śmierć nieprzychodząca niespodziewanie” – uzupełnia św. Alfons Maria Liguori.

Ojciec Wenanty Katarzyniec zaś tą samą myśl przedstawia w formie pewnej opowieści apologetycznej, która ma ukazać, jak istotna jest świadomość nieuchronności i nieokreśloności czasu naszej własnej śmierci dla naszego zbawienia.

Pewien młodzieniec ujrzał we śnie rękę kreślącą̨ słowa: Jeszcze sześć. Przeląkł się̨ i [pomyślał]: «Może już̇ tylko sześć́ godzin mam do życia». I użył tego czasu na nawrócenie się̨ i pokutę. Ale przeszło sześć́ godzin i powiedział sobie «sześć́ dni». Żył jak święty i używał dobrze każdej godziny, każdej minuty, chcąc ocalić resztkę młodości, aby nie stanąć z próżnymi rękoma przed sądem. Lecz sześć́ dni przeszło, po sześciu tygodniach więc oczekuje śmierci i cieszy się̨, że zyska na czasie, wciąż się spodziewa śmierci, a żyjąc w ustawicznym jej oczekiwaniu uświęca się. Sześć tygodni mija, czeka sześciu miesięcy – sześć lat – sześciu dziesiątek lat i według Pisma Świętego, zbliżała się doń śmierć, dożył sześćdziesiątego roku życia, a pamięć na cztery rzeczy ostateczne, które czekają każdego człowieka, uczyniły go świętym – wskazywał o. Wenanty Katarzyniec.
"Równość wobec śmierci" pędzla Williama-Adolphe'a Bouguereau. Fot. Wikimedia/arttribune.com
Owe cztery rzeczy ostateczne, o których wspominał tu franciszkanin to – przypomnijmy – nie tylko śmierć, ale także sąd, niebo i piekło. I właśnie pamięć o nich wszystkich ma sprawiać, że nasze życie nabierze świętości. Jeśli na poważnie traktujemy zarówno prawdę o tym, że jesteśmy stworzeniami, że zostaliśmy stworzeni dla Boga, że istnieje Sąd Ostateczny, przed którym nie wiadomo, kiedy staniemy, to nasze życie staje się zupełnie inne.

„Głupotą jest nie myśleć o śmierci, która jest nieuchronna, ale jeszcze większą głupotą jest myśleć o niej, lecz się do niej nie przygotowywać” – zauważa św. Alfons Maria Ligurori. Na czym polegać ma owo przygotowanie? Na dobrej spowiedzi, postanowieniu poprawy, a także unikaniu każdego, nawet najmniejszego grzechu, który sprawia, że stajemy się niewolnikami diabła.

Skąd tak potężne skutki grzechu? Otóż każdy grzech, a szczególnie grzech ciężki jest buntem przeciwko Bogu, stwierdzeniem, że sam jestem swoim Panem, i że nie muszę nikomu być posłuszny. W efekcie „każdy grzesznik zaciąga się w szeregi szatana, który jest zawziętym wrogiem Pana Boga, który ustawicznie walczy przeciwko Bogu”. Walka przeciw Bogu, oddanie się w niewolę szatanowi prowadzi nas zaś ku piekłu, które jest realną możliwością, a nie tylko mitem.

Niezmiernie mocno przypomina o tym w swoich „Ćwiczeniach duchowych” św. Ignacy Loyola, gdy nakazuje medytować na temat obrazów przedstawiających piekło. „Uszami słyszeć płacz, narzekania, krzyki i bluźnierstwa przeciw naszemu Panu i przeciw wszystkim Jego świętym. Czuć powonieniem dym, siarkę, smród i zgniliznę. Smakiem odczuwać gorycz: łzy, smutek i wyrzuty sumienia. Odczuwać zmysłem dotyku to mianowicie, jak płomienie owe dotykają dusz i je obejmują” – nakazuje odprawiającym „Ćwiczenia duchowe” św. Ignacy. Obrazy te mają nas skłonić do unikania każdego, nawet najmniejszego grzechu.

Próba wyobrażenia sobie tego momentu, medytowania na temat nadchodzącej śmierci ze świadomością wszystkich moich grzechów, ale także obrzydliwości szatanów i wreszcie lęk przed Sądem Ostatecznym niewątpliwie dają moc do unikania grzechów, a także do dążenia do świętości przynajmniej tym, którzy realnie wierzą w Bożą sprawiedliwość, a także w rzeczy ostateczne.

Dla himalaisty śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona

Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.

zobacz więcej
Myśl o śmierci, nieustanna jej świadomość, zgodnie z całą wielką tradycją Kościoła nie ma być jednak wcale tylko źródłem lęku, ale wręcz przeciwnie radości. Już Tomasz à Kempis w fundamentalnym dla katolickiej ascetyki „O naśladowaniu Chrystusa” wskazywał, że „szczęśliwy, kto ma stale przed oczyma godzinę swojej śmierci i każdego dnia na śmierć się gotuje”.

Śmierć w ten sposób przemedytowana, przemodlona staje się nie tyle złem, ile szansą na spotkanie z miłującym Bogiem. „Człowiek święty nie doznaje trwogi przed śmiercią̨, ale z radością̨ myśli o tej chwili, w której będzie mógł rzucić́ się̨ w objęcia umiłowanego Boga” – wskazuje sługa Boży Wenanty Katarzyniec. Takie podejście wymaga jednak rzeczywistej, szczerej wiary w życie wieczne, w to, co następuje po śmierci, w to, że słowa liturgii pogrzebowej o tym, że życie ludzkie się zmienia, ale nie kończy wyrażają nie tylko ludzką nadzieję, ale fundamentalną prawdę naszej egzystencji.

Nie ma innej drogi rodzenia w sobie tej wiary, umacniania jej, niż właśnie medytacja na temat własnej śmiertelności, a także otwarcia naszego istnienia na wieczność. Jak to robić? Ojciec Wenanty tego nie proponuje, ale wydaje się, że bliski mógłby mu być pomysł św. Jana Bosko, który swoim uczniom proponował raz w miesiącu „ćwiczenia dobrej śmierci”. Jak one wyglądały? Otóż raz w miesiącu wszyscy wychowankowie księdza Bosko przygotowywali się do tego, że następnego dnia mają umrzeć. Istotna była w tym dniu „ostatnia” spowiedź, a także uporządkowanie swoich rzeczy, oddanie rzeczy pożyczonych, odpisanie na zaległe listy, przeproszenie za wszelkie niedociągnięcia i zaniedbania. Wszystko to miało nauczyć ich żyć w perspektywie końca własnego życia, a to oznacza w perspektywie wieczności.

Niestety współczesny świat przesłonił nam te prawdy, sprawił, że zapominamy nie tylko o niebie czy piekle, ale nawet o tym, że kiedykolwiek umrzemy. W efekcie tracimy z oczu to, co naprawdę istotne, zajmujemy się bzdurami, i jak to pięknie sugeruje Heidegger wybieramy pustkę rozrywki w miejsce sensu. Zapomnienie o śmierci, pozbawienie jej znaczenia, uniemożliwia nam więc normalne, pełne życie. A o tym przypomina nam nie tylko katolicka ascetyka, ale i grecka filozofia.

– Tomasz P. Terlikowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Cmentarz Rakowicki w Krakowie. Fot. Artur Widak/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Państwa, które utraciły władzę
Kto nami rządzi? Facebook i Google. MKOl. i FIFA, VISA i Mastercard. Standard & Poor’s i Moody’s.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Krychowiak na warzywach. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?
Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w 1972 roku. Wcześniej codziennie na obiad dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jądra motorem ewolucji
W mosznie ukrywa się wiele niedocenianej dotąd mocy. A wszystko za sprawą mutacji.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Żołnierze siłą trzymani w wojsku, czyli „maskirowka”
Rosyjscy wojskowi i politycy ukształtowali się w sowieckiej tradycji oszukiwania wroga.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy James zostanie Luną? Jak zmienić 7-latkowi płeć
Jeffrey Younger alarmował, że w „przemianę” jego syna w dziewczynkę zaangażowani są wszyscy, łącznie z instytucjami.