Kultura

Dopadniemy twojego syna…

Tomasz Man opowiedział w teatrze IMKA historię zabójstwa Grzegorza Przemyka. I przy poczuciu pewnego niedosytu mówię: idźcie na to. Opowiadanie o PRL to nie archeologia. To jest O NAS.

Przedstawienie „Idę tylko zimno mi w stopy” autorstwa i w reżyserii Tomasza Mana pokazał prywatny teatr IMKA. W poniedziałek 21 października odbyła się premiera. Na następne przedstawienia trzeba będzie – z tajemniczych powodów – zaczekać do stycznia. Ale spektakl powstał.

Historia zabicia maturzysty Grzegorza Przemyka przez milicjantów w 1983 roku wywołała niedawno wtórną falę zainteresowania – dzięki historycznego reportażowi Cezarego Łazarewicza sprzed trzech lat „Żeby nie było śladów”. To dobrze napisana, rzetelna książka. Chwała za nią autorowi.

Można oczywiście pytać o konsekwencję liberalno-lewicowych środowisk, które książkę dziennikarza „Polityki” przyjęły dobrze, a którym nie przeszkadzał całkiem niedawno klimat adoracji choćby wokół Czesława Kiszczaka czy Jerzego Urbana, ważnych i ponurych aktorów tamtych zdarzeń. Ale to nie umniejsza mojego podziwu dla pracy Łazarewicza.

To mógł być ktoś z moich kolegów

Pierwsze przedstawienie inspirowane książką, zresztą o tym samym tytule co ona – w reżyserii Piotra Ratajczaka – wystawił Teatr Polonia. Ale i Tomasz Man już wcześniej wpisał się w powrót tego tematu. Zareagował głośnym słuchowiskiem osnutym na motywach poruszonych w reportażu Łazarewicza. Premiera „Idę tylko zimno mi w stopy” odbyła się 14 listopada 2017 roku w radiowej Jedynce.

To mocna rzecz, utrzymana w konwencji teatru faktu, a przecież wychodząca poza nią, w kierunku poetyckiego uogólnienia. Symboliczny jest w tej mierze już sam tytuł. 19-letni Grzegorz Przemyk pisał wiersze. Te słowa, wzięte z jednego z nich, tam padają.

Podobało mi się tamto słuchowisko. Choćby jako okazja do powtórki zdarzeń ważnych dla mnie osobiście – w roku 1983 byłem studentem pierwszego roku, starszym o rok od Przemyka, szedłem z konduktem jego pogrzebu i miałem przekonanie, że to mógł być równie dobrze ktoś z moich kolegów. Ale także jako sugestywna, ascetyczna opowieść o ludzkich sprawach.

Pewne „odbrązowienie” postaci Grzesia, w tej wersji młodego ekscentryka, i jego matki Barbary Sadowskiej, tyleż dzielnej w swoim sprzeciwie, co pogubionej w życiu, nie przeszkadzało mi. Ja zresztą znałem te życiowe historie jeszcze przed książką Łazarewicza. Miałem, przyznaję, pewną wątpliwość.

Wypisane na skórze mojego pokolenia

Można kłaść nacisk na uniwersalny wymiar tej historii. Żadna władza nie jest impregnowana na pokusy nadużywania przemocy, a także maskowania konsekwencji tej przemocy. Widzieliśmy to choćby przy okazji historii Igora Stachowiaka, katowanego całkiem niedawno na wrocławskim posterunku.

Ale i wtedy, kiedy bardzo ryzykowną brutalnością posługiwała się policja francuska wobec protestów żółtych kamizelek. Więc tak, to jest przestroga, do pewnego stopnia zawsze aktualna.
Tomasz Man , autor i reżyser spektaklu „Idę tylko zimno mi w stopy”. PAP/Andrzej Rybczyński
Tyle że ja pamiętam dobrze tamte czasy, bo je wypisano na skórze mojego pokolenia. To moje poczucie, że to mógł być każdy z nas, wynikało z konkretnych doświadczeń. Dla młodego warszawiaka każde spotkanie z patrolem ZOMO na ulicy mogło się wtedy skończyć tragicznie, a te patrole wędrowały po ulicach Warszawy, Wrocławia czy Gdańska bardzo gęsto.

To był system nienawiści, zorganizowanej przez tamtą władzę, nie mający precedensu. Komenda na Jezuickiej była widownią zupełnie systematycznych, zorganizowanych masakr złapanych manifestantów. Na tym polegała wyjątkowość czasu stanu wojennego, który trwał nawet po formalnym jego przerwaniu. I chciałbym, aby młodzi Polacy trochę mocniej tamtą epokę pojęli. Żeby jeszcze dobitniej im o tym opowiedzieć. Także w teatrze. Żeby objaśnić im system.

Zaplanowany system nienawiści

Ale czy można tego żądać od pojedynczego dzieła artystycznego? Zwłaszcza, jeśli jest to słuchowisko, ściśnięte 45-minutowym formatem. Należyte oddanie najbardziej elementarnych zdarzeń i opatrzenie ich odrobiną poezji – to już całkiem sporo.

W tym kontekście spektakl teatralny był szansą na poszerzenie opowieści radiowej. I powiem od razu szczerze – z okazji, aby ją poszerzyć w stronę, o której marzyłem ja, Tomasz Man skorzystał w niewielkim stopniu.

Naturalnie mamy tu manipulatorów: Generała (Zdzisław Wardejn) i Śledczego (Marcin Przybylski) rzucających Piłatowe frazesy o prawdzie, a próbujących lepić ludzi jak plastelinę. Mamy też dramat tych, których się lepi, zwłaszcza Sanitariusza (Adam Cywka).

Mam jednak wrażenie, że Man bardziej nawet niż w wersji radiowej chciał nam po prostu opowiedzieć o ludziach zniszczonych przez straszny, ale dość przypadkowy ciąg zdarzeń. A przecież na początku opowieści Śledczy mówi Barbarze Sadowskiej: „Dopadniemy twojego syna”.

Tak się nie dzieje zawsze i wszędzie. To nie spotkało choćby rodziny Stachowiaka. A tak się stało wtedy, w maju 1983 roku, nawet jeśli sytuacja z zatrzymaniem na Placu Zamkowym chłopaka opijającego maturę była nieplanowana przez nikogo. Powtórzę: zaplanowany i BEZPRECEDENSOWY był system nienawiści, wynikły ze strachu, choć i z cynicznej kalkulacji tych, co go organizowali.

Długowłosy zomowiec

Miałem też, inaczej niż przy słuchowisku, wątpliwości co do konwencji opowieści. W radiu były same głosy. Tu mamy ruch sceniczny dziewięciu postaci przemieszczających się pośród ascetycznych dekoracji Anetty Piekarskiej Man (imitowane sądowe barierki, w tle wyświetlane napisy). Oni grają według metody zwanej „efektem obcości”, rodem z Bertolda Brechta. Aktor nie wciela się w postać, ale staje obok niej i przedstawia ją widowni.

Ostatnie kuszenie polskiego oficera

Demoniczny sowiecki oprawca prowadzi machiaweliczna grę o dusze Polaków uwięzionych w kozielskim obozie.

zobacz więcej
Nie mam nic przeciw tej metodzie. Ani nawet przeciw takiemu stężeniu umowności, że zomowiec nosi długie włosy, a wszystkim wypisano ich role w przedstawieniu na rękawach umownych ubrań. Są więc trochę jak Arlekin czy Dottore z commedii dell’arte. To po prostu aktorzy, którzy umówili się, że nam to opowiedzą. Ale też z jakichś powodów tak odgrywana ta akurat historia wciągała mnie tylko momentami. A przecież ja się łatwo, również i w takim teatrze, wzruszam.

A może gdyby było to dla mnie coś całkiem nowego, reagowałbym inaczej? Nie wiem, głośno myślę.

Cena przejścia do historii

Jeszcze bardziej niż przy okazji wersji radiowej cała historia wydała mi się zdominowana (nadmiernie?) przez prywatny portret Barbary Sadowskiej i jej syna. Dla tych, co zachowali w pamięci heroiczną wersję zdarzeń, mogą być one cokolwiek szokujące. Oglądamy rodzinę tyleż kolorową, swobodną jak na tamte czasy, co niepozbieraną. Matkę romansującą z kolegą syna i mało odpowiedzialną.

Patrząc na tę rodzinę w teatrze, miałem momentami poczucie zaglądania w intymność ludzi, których wystawiono na widok publiczny z powodu ich śmierci (dotyczy to także zmarłej kilka lat po synu Sadowskiej). Może bardziej mi się to rzuciło w oczy w teatrze IMKA niż przy okazji z natury bardziej dyskretnego słuchowiska. Ale przecież to wyciągnięto na wierzch jeszcze przed obydwoma spektaklami Mana. I może nie dało się tego uniknąć. Może to cena przejścia do historii? Straszna cena.

Elementy układanki

Gdy już się decydujemy na takie rozłożenie akcentów, szczególnie potrzeba perfekcji w wykonaniu. Z naturalnych powodów Man postawił na ekipę bardzo różnorodną, IMKA to teatr impresaryjny bez zespołu.

Mamy więc ludzi z różnych stron Polski, i z różnych zakamarków teatru. Przyjaciela gra lalkarz z Trójmiasta Marcin Marzec, Lekarza znakomity aktor z Wrocławia Wiesław Cichy. Trójka aktorów: Mateusz Kmiecik (Syn), Zdzisław Wardejn i Maciej Kowalik (Zomowiec) występowała już w słuchowisku.

Jak to się sprawdziło? Świetni są macherzy od wyciszania zbrodni: Zdzisław Wardejn i Marcin Przybylski. Ale to postaci, poza paroma momentami, dość jednowymiarowe, nawet jeśli Man kazał im prezentować własne racje, jakby były równoprawne. Ta równoprawność po prostu nie wynika z fabuły.

Bardzo ludzki jest Sanitariusz Adama Cywki. Sugestywnie niejednoznaczny, choć bardziej marginalny wydaje się Lekarz Wiesława Cichego. Doceniam Zomowca Macieja Kowalika, Przyjaciela – Marcina Marca czy, z największym i wątpliwościami, Dziewczynę Grzegorza w wykonaniu Joanny Wiśniewskiej. Ale też wszyscy oni jawią się bardziej jako elementy układanki niż postaci z krwi i kości. Przy takim ujęciu tematu kluczem jest jednak Syn, Grzegorz Przemyk, i Matka, czyli Barbara Sadowska.
Cezary Łazarewicz, autor książki "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", na motywach której powstał spektakl Tomasza Mana. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Jak Mozart z „Amadeusza”

Rola Przemyka też wpisuje się w żonglowanie umownościami. Aktor Teatru Narodowego Mateusz Kmiecik grał go już w radiu, ale na scenie widać gołym okiem, że jest starszy. Ma 29 lat. W pierwszym odruchu wolałem kogoś zbliżonego wiekiem do bohatera, choćby studenta Akademii Teatralnej.

Ale w teatrze wiek jest do pewnego stopnia umowny, tak mnie wiele razy przekonywano. I trzeba powiedzieć, że Kmiecik zagrał bardzo dobrze. To nie jest Przemyk z bajki o bohaterze „Solidarności”.

Możliwe, że będziecie zaskoczeni jego wizerunkiem nadpobudliwego, ekscentrycznego chłopaka. Ale pomyślałem, że może właśnie taka niekonwencjonalna postać, która mnie kilka razy kojarzyła się z Mozartem z „Amadeusza”, pozwoli współczesnym młodym ludziom jeszcze bardziej poczuć grozę tamtych czasów.

Choć Man nie do końca oddaje tamtą atmosferę, nie do końca unaocznia nam typowość sytuacji na Placu Zamkowym, to przecież jakże przemawiają kilka razy powtarzane przez Syna – w wykonaniu Kmiecika – słowa o wolności.

Jego aktorstwo jest powściągliwe, nawet trochę chropawe. A przecież mamy niezawodny test na ocenę gry – sytuacje, kiedy pozostaje jedynie cicha obecność aktora, w tle scen granych przez innych. Obecność nieżyjącego już Grzegorza tu po prostu się czuje, i to bardzo mocno.

Wędrówki duchów

Nieco inaczej jest z Katarzyną Strączek grającą Matkę. Łatwo przyćmić przy tym układzie tekstu jej tragedię detalami jej natury: kobiety-wiecznego dziecka. Tego udało się uniknąć Dorocie Landowskiej, która za tę rolę w słuchowisku otrzymała nagrodę na festiwalu Dwa Teatry. Była idealnie polifoniczna. Nie całkiem się to jednak powiodło, moim zdaniem, Katarzynie Strączek. Cóż…

Przemówiła do mnie dopiero w ostatniej scenie, kiedy oboje, Sadowska i Przemyk, już nie żyją. No właśnie, bo jest jeszcze finał. I wiem, jak to zabrzmi – wędrówki ducha Grzesia (a w tej scenie duchów), spotkania z innymi postaciami, komuś to może zatrącać kiczem. Ja odniosłem wrażenie dużej subtelności w rozegraniu takiego zakończenia. Ba, to ono mnie najmocniej przekonało z całego przedstawienia. Wreszcie poczułem to, na co czekałem przez cały czas: oczyszczające wzruszenie.

Dużo to w sumie, czy mało? Nie wiem. Na pewno chwała Manowi za podjęcie tematu. Z rozmów po premierze wywnioskowałem zresztą, że niektórzy widzowie, których zdanie cenię, byli bardziej poruszeni niż ja. Lojalnie o tym informuję. I zachęcam: sprawdźcie sami.

Nikt by się dziś nie odważył

Moje poczucie niedosytu może wynikać z czegoś jeszcze. Z nieustannego czekania, aż polski teatr powie coś ważnego, uogólniającego, fundamentalnego na temat czasów PRL-u. Jest to przecież teatr mocno upolityczniony. A jednak, choć można wskazać trochę przedstawień „z epoki”, mocnego głosu na temat natury systemu zawsze brakowało.

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Piotr Semka: Kiedy ogłaszaliśmy przerwę milczenia, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów.

zobacz więcej
Może najbliżej tego był Wojciech Tomczyk ze swoją „Norymbergą”, opowieścią o groźnej dłoni służb, ciążącej nie tylko nad państwem i tym dawnym i nawet tym obecnym, demokratycznym, ale i nad losem jednostki. W roku 2005 pokazał ją niemal równocześnie Teatr Narodowy i Teatr Telewizji (w tej drugiej wersji reżyserował Waldemar Krzystek, a obraz zdominowała rola Janusza Gajosa).

Mam wrażenie, że dziś żaden teatr by się nie odważył „Norymbergi” wystawić. Za bardzo wplątano spór o PRL w kontrowersję polityczną, w której większość artystów jest po stronie niekoniecznie zainteresowanej drążeniem prawdy.

Naturalnie mamy trochę obrazków, wypisów z PRL-u, czasem zresztą urokliwych i nawet mądrych, że przypomnę „Złego” Leopolda Tyrmanda w Teatrze Powszechnym z roku 2010 czy „Madame” Antoniego Libery wystawioną całkiem niedawno, zręcznie, w Teatrze Dramatycznym. Są to skądinąd adaptacje literatury, co więcej mam wrażenie, że za każdym razem realizowano je na zasadzie swoistego wyjątku, ewenementu.

Radio rozmawia

Prób oddania relacji między jednostką, a systemem, czy nawet specyficznej obyczajowości tamtych czasów, pojawiło się stosunkowo niewiele. A przecież poza historycznymi obowiązkami teatru (zaryzykuję tezę, że one istnieją) mamy kapitalny powód do poszukiwań prawdy o tamtej epoce: jej wpływ na dzisiejsze życie, na kształt społeczeństwa, na naszą mentalność.

Ale przecież z ciekawą rozmową o polskiej współczesności też mamy kłopot. Jest albo fascynująca, jednak trochę już się powtarzająca Dorota Masłowska, albo płomienne lewicowe manifesty, gdzie ego autorów i reżyserów przesłania tematy. I niewiele więcej.

Pod tym względem na plus wyróżnia się radio. Ono wystawiając całe masy premier rocznie, nie bojąc się nawet rocznicowego myślenia i rozmaitych obligów, może najpełniej rozmawia z nami o współczesnych Polakach. A w ramach tej tematyki także o PRL-u.

Nie dążą za konkretem

Tak się złożyło, że tuż przed premierą widowiska „Mana” trafiłem w teatrze polskiego radia na „Latawiec z betonu”, radiową adaptację powieści Moniki Milewskiej. Wawrzyniec Kostrzewski wyreżyserował bezpretensjonalną i zwyczajnie wzruszającą opowieść o falowcu, sławnym gdańskim zakrzywionym budynku, i o jego mieszkańcach.

Główny bohater grany przez Piotra Adamczyka, choć naczelny inżynier, jest typowym peerelowskim everymanem. Rzecz zachodzi także na czasy wolnej już Polski. Ocierając łzy nad losem człowieczka uwikłanego i bezradnego, zaczynamy myśleć o tylu rzeczach naraz. O naszych korzeniach.
Rola Janusza Gajosa zdominowała „Norymbergę” autorstwa Wojciecha Tomczyka, reżyserowaną przez Waldemara Krzystka i pokazaną przez Teatr Telewizji w 2006 roku. Na zdjęciu Gajos z Dominiką Ostałowską. Fot. TVP/Jan Bogacz
W teatrze rzecz cała zostałaby uznana za zbyt błahą. Choć te same teatry zajmują się jeszcze bardziej błahymi sztukami zachodnimi, albo dekonstruują na potęgę klasykę, albo ogłaszają nam najbardziej ostateczne werdykty na temat historii w ogóle. Za konkretem nie podążą. Pójście takim tropem interesuje je najmniej. Wyjątki w tej materii potwierdzają regułę.

Nieprzypadkowo to właśnie w radiu Tomasz Man podjął temat zabójstwa Przemyka. I nawet jeśli wersja sceniczna jego oferty nie w pełni mnie porwała, myślę, że polska młodzież powinna się dowiedzieć, kim był Grzegorz Przemyk. Stąd powtórzę swoją radę: idźcie na to.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Grób Grzegorza Przemyka na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
W Narodowym: o strasznym łańcuchu pokoleń
Piotr Zaremba: Czy przywoływanie klasycznego już scenariusza filmowego Ingmara Bergmana ma sens dziś – w obliczu pandemii, która niszczy wszystkim życie?
Kultura Najnowsze wydanie
400 iniekcji i prześwietlenie. Pacjentka z Jasnej Góry
Zastrzyki czy wlewki? Wosk czy klej? Jak podtrzymać „zdrowie” cudownego obrazu?
Kultura Poprzednie wydanie
Dla pielgrzymów, kupców, szpiegów i ...
„Przewodniki literackie” powstają dla ludzi, dla których literatura jest bardziej prawdziwa niż życie. A już na pewno równie ważna.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Angielska klasyka, polska aktualność. Teatr czasów koronawirusa
Piotr Zaremba: Chodzę teraz na przedstawienia kilka razy w tygodniu. Chodzę w strachu, że uczestniczę w czymś nad wyraz kruchym, co lada dzień może się skończyć.
Kultura wydanie 9.10.2020 – 16.10.2020
Nazywam się Bond, James Bond. Jestem żywym trupem
Agent 007 przeżył 130 zamachów, a w jego stronę oddano 4622 strzały. Powalił go dopiero COVID-19.