Rozmowy

Dla himalaisty śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona

W 1987 roku podczas zdobywania południowej ściany Lhotse niespodziewany podmuch bocznej lawiny porwał mnie i mojego bliskiego przyjaciela, lekarza wyprawy, Czesława Jakiela. Zginął na miejscu. Ja natomiast przeżyłem, choć długo byłem nieprzytomny na lodowcu. Miałem zerwane kolano, zwichnięte więzadła, zniszczone biodro, pękniętą miednicę i mocno poturbowaną głowę – wspomina taternik, alpinista i himalaista Walenty Fiut, który wspinał się z Jerzym Kukuczką.

24 października mija 30 lat od śmierci legendarnego zdobywcy ośmiotysięczników. W 1989 roku Jerzy Kukuczka podczas zdobywania południowej ściany Lhotse, spadł w przepaść z wysokości ok. 8300 m n.p.m. Jego ciała nigdy nie odnaleziono.

TYGODNIK TVP: Ma pan za sobą dwie wspólne wyprawy z Jerzym Kukuczką na ośmiotysięczniki w Himalajach. Pierwsza była na Broad Peak w 1984 roku. Jak pan ją wspomina?

WALENTY FIUT:
Dopiero wtedy miałem okazję bliżej poznać Jurka, wcześniej widywaliśmy się przelotnie podczas wspinaczek w Tatrach.

Podczas wyprawy na Broad Peak byliśmy w odrębnych zespołach. Ja zamierzałem zdobyć szczyt razem z Krzysztofem Wielickim, Januszem Majerem i Ryszardem Pawłowskim. Natomiast Jurek chciał to zrobić ze swoim wieloletnim towarzyszem górskim Wojciechem Kurtyką.

Ze względów logistycznych i organizacyjnych postanowiliśmy razem dotrzeć do bazy i wspólnie tam zamieszkać. W tamtym czasie cały sprzęt i żywność trzeba było wieźć z Polski. Bo na miejscu wszystko było o wiele droższe. Podróż karawaną do bazy na wysokości 4, 5 tysiąca metrów n.p.m trwała około 10 dni. Gdy dotarliśmy na miejsce, spędziliśmy około miesiąca, aklimatyzując się przy zakładaniu trzech obozów. Potem nastąpiło ciężkie załamanie pogody z dużymi opadami śniegu. W tym czasie przebywaliśmy w bazie, czekając na odpowiedni moment na wejście na szczyt.

Głównie chodziło nam o dobrą pogodę. Obserwowaliśmy siłę i kierunek wiatru, pozycję chmur. Przez lornetki przyglądaliśmy się ścianie, czy jest zagrożona zejściem lawin. W wolnych chwilach czytaliśmy książki, graliśmy w szachy czy karty. To uczyło nas dużej cierpliwości.

Kiedy było to już możliwe, wyruszyliśmy w stronę szczytu. Nasz zespół – Janusz Majer, Rysiek Pawłowski i ja – zdobyliśmy ośmiotysięcznik drogą pierwszych zdobywców. Krzysiek Wielicki w ostatniej chwili zdecydował się wejść na szczyt w ciągu jednego dnia i to zrealizował. Natomiast Jurek z Wojtkiem postanowili wytyczyć nową trasę. Wspinali się, trawersując wierzchołki Broad Peak, systemem alpejskim, czyli bez zakładania obozów. To taka grań, która prowadzi przez Broad Peak północny, potem przełęcz i w końcu główny szczyt. Trwało to parę dni, ale plan się powiódł. Wcześniej nikt tego nie zrobił. To było bardzo duże osiągnięcie sportowe, zważywszy że to był jedynie dwuosobowy zespół. Wojtek z Jurkiem przez parę lat wspinali się we dwójkę i mieli na koncie wielkie osiągnięcia w Himalajach.

Po powrocie wszystkich do bazy, zapanowała wielka radość. Było się z czego cieszyć, bo nie tylko zdobyliśmy szczyt, ale wróciliśmy z wyprawy cali i zdrowi.
Kolejną wspólną wyprawą była eksploracja Lhotse w 1985 roku. To czwarty co do wysokości szczyt Ziemi. Liczy 8516 metrów. Mówią, że to przeklęta góra, która pochłania wiele ofiar.

Wyprawa trwała w sumie trzy miesiące. W Nepalu, oprócz zimy, można się wspinać przed porą monsunową, czyli od połowy kwietnia do połowy czerwca. I po porze monsunowej, od połowy września do października. My byliśmy w tym drugim terminie. Razem z Jurkiem byłem w 12-osobowej drużynie, głównie byli to członkowie Klubu Wysokogórskiego z Katowic. Kierownikiem wyprawy był Janusz Majer. Zamierzaliśmy wejść na szczyt nową drogą przez południową ścianę Lhotse. Jurek Kukuczka był już znany z tego, że skompletował wejścia na wszystkie ośmiotysięczniki.

Wejście na górę nie było takie oczywiste. Przed nami próbowały tego inne ekipy z różnych krajów, ale bez efektu. Była nie do pokonania. Ta góra to jedno z największych urwisk ścianowych w Himalajach o wysokości 3200 metrów. Bardzo szeroka i rozczłonkowana ściana. Kryją się na niej różne formacje skalne oraz lodowe.

„Od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie”. Ostatnie wyzwanie Kukuczki

Niski, krępy, nie wyglądał jak himalaista. Ale był twardy jak skały, po których chodził.

zobacz więcej
Wytypowaliśmy możliwie najbezpieczniejszy wariant do przejścia systemem wynoszenia bagaży oraz lin i zakładania obozów coraz wyżej. W ten sposób poprzez kilkukrotne wchodzenie i schodzenie założyliśmy pięć obozów. Ostatni powstał na wysokości 8 tysięcy metrów n.p.m; ponad spiętrzeniem głównej ściany. Działaliśmy w dwuosobowych zespołach. Szliśmy w górę już bez lin poręczowych. W ostatnim moim wyjściu z obozu piątego w kierunku szczytu, wspinałem się z Krzyśkiem Wielickim, Arturem Hajzerem i Januszem Majerem. Powyżej 8 250 metrów n.p.m. natknęliśmy się na ogromne trudności skalne. Nie byliśmy na to przygotowani i nie mieliśmy odpowiedniego sprzętu. Z przykrością musieliśmy się wycofać.

Jurek Kukuczka poszedł w kierunku szczytu z obozu piątego z Rafałem Chołdą. Próbowali zdobyć ścianę inną trasą. Dotarli do podobnej wysokości. Zabrakło im jednak sprzętu biwakowego. I podczas powrotu, na wysokości 8 100 metrów n.p.m. Rafał najprawdopodobniej się potknął i spadł w przepaść. Przeleciał całą ścianę i zginął. To był najmłodszy uczestnik wyprawy. Miał jedynie 27 lat. Nie udało się nam odnaleźć jego ciała.

Po tym wypadku postanowiliśmy zakończyć wyprawę. Jurek Kukuczka był załamany, bardzo to przeżył. Ale takie są koleje losu w górach. Na szczęście jemu się nic nie stało.

Podczas eksploracji wysokogórskich wiele wypraw kończyło się bez powodzenia. Trzeba się było wycofać, nawet jak się już było bardzo blisko celu. Z różnych przyczyn, głównie z powodu złej pogody czy zagrożenia życia ludzkiego. I trzeba było się z tym pogodzić, mimo że kosztowało nas to wiele wysiłku i pieniędzy. Ale nas to nie zrażało, chęć zdobywania kolejnych szczytów nam nie przechodziła.
Jurek Kukuczka (1948-1989) był miły, sympatyczny i przede wszystkim bezkonfliktowy - wspomina Walenty Fiut. Fot. Krzysztof Wielicki
Jerzy Kukuczka też się nie zrażał. Był twardym mężczyzną z silnym charakterem. Podejmował kolejne wyzwania.

Rzeczywiście był bardzo twardy. Porażki go nie zatrzymywały, tylko szedł dalej. Wspinanie się było dla niego wszystkim i raczej nie było w nim lęku przed trudnościami. Był wyjątkowo odporny i niezwykle sprawny fizycznie.

Bardzo go polubiłem. Był miły, sympatyczny i przede wszystkim bezkonfliktowy. Potrafił z każdym się dogadywać i dostrzegać rację drugiego człowieka. Nie stawiał na ostrzu noża spraw, które zaogniają sytuację w trudnych warunkach. Nie kwestionował planu, jeśli był słuszny.

Wyróżniała go też ogromna pracowitość. Wszystkie zadania w bazie wykonywał sumiennie i ze starannością. Taka złota rączka. Jeśli się coś zepsuło, na przykład sprzęt kuchenny, Jurek potrafił to naprawić.

Bardzo kochał góry. Nie wyobrażał sobie bez nich życia. Chciał realizować wielkie plany, bo miał wewnętrzną potrzebę rywalizacji. Chciał też to robić dla kraju, abyśmy byli w czołówce światowych himalaistów. A konkurencja nie spała. Stąd Jurek cały czas był w drodze, przeskakiwał z wyprawy na wyprawę, często kosztem najbliższych, ale moim zdaniem nie dało się tego logicznie pogodzić. Gdyby ten czas bardziej dzielił ze swoją rodziną, prawdopodobnie nie miałby na koncie tylu sukcesów.

Są takie miejsca w górach, gdzie ludzie skaczą w przepaść

Dochodziło do tego koło szczytu Sokolicy w Pieninach.

zobacz więcej
To były trudne czasy na wspinaczki wysokogórskie. W latach 70. i 80. wyjazd zagraniczny z komunistycznej Polski był niemal niedostępny. Koszty takich wypraw też były niebagatelne. Jak zdobywaliście pozwolenia i środki na ten cel?

Zezwolenie na wspinanie się w wysokich górach nie było tak trudno zdobyć. To był czas, kiedy eksploracje wysokich gór stawały się coraz bardziej popularne. Gorzej z gromadzeniem pieniędzy na zakup zezwolenia na wspinaczkę, sprzętu i żywności. Trzeba było też zorganizować transport, aby przewieźć to do Azji.

Jeśli to była narodowa wyprawa, Polski Związek Alpinizmu część pieniędzy otrzymywał od ówczesnego Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki. Natomiast wyprawy środowiskowe nie miały wielkich dotacji. Jedną z form zdobywania pieniędzy przez Kluby Wysokogórskie były prace wysokościowe. Zarobione środki szły na zakup sprzętu biwakowego, lin, namiotów, śpiworów, ubrań czy specjalnych butów. Ale trzeba jeszcze było dotrzeć do zakładów, które je produkowały. Bo wtedy hurtownie nie były dostępne tak jak dzisiaj.

Jeździliśmy więc po zakładach i zazwyczaj kupowaliśmy więcej towaru niż było nam potrzeba. Wszystko po to, aby później po drodze go sprzedać, na przykład w Indiach, Pakistanie czy Nepalu. Słyszałem też o handlu kryształami czy aparatami fotograficznymi. Za te środki kupowaliśmy dewizy na opłacanie zezwoleń, a w górach – tragarzy i szerpów, którzy nosili nasze bagaże.
W tamtych czasach wyprawy trwały wiele miesięcy. Fot Archiwum prywatne rozmówcy
Handel, przemycanie różnych wartościowych przedmiotów to było najlepsze źródło dewiz?

Można tak powiedzieć. Produkty przywożone z Polski cieszyły się ogromną popularnością w tamtych krajach. My stamtąd przywoziliśmy damskie ubrania, które miały bardzo duże wzięcie w kraju. Sprowadzaliśmy też sprzęt elektroniczny. Nie można było jednak dużo tego przewozić, bo groziły wysokie kary.

Wyprawy trwały wiele miesięcy, więc trzeba było zaopatrzyć się w spore ilości żywności. Ale sklepowe półki w Polsce świeciły pustkami. Brakowało niemal wszystkiego. Jak zdobywaliście produkty i później przewozili je za granicę?

Jedzenie musiało przetrwać długą podróż, zazwyczaj transportem samochodowym. Stąd pod uwagę brane były głównie produkty w puszkach; konserwy mięsne, rybne, słonina oraz owoce i kompoty.

Przypomina mi się zabawna historia z Jurkiem Kukuczką. Na pytanie, co najbardziej lubi ze słodyczy, zawsze odpowiadał, że golonkę(śmiech). Także starał się ją zdobyć na taką wyprawę.

W niektórych przypadkach przewożono produkty samolotem, ale to było bardzo drogie przedsięwzięcie. Ten wariant udawał się w przypadku narodowych wypraw.

Była w niebie i zaczęła płakać. Śpiączka to nie był koniec życia

Każdy ma swoje Himalaje do pokonania. Katarzyna jeździ na wózku inwalidzkim, a zdobywa najwyższe szczyty w Tatrach, Gorcach, Beskidach… I chce jechać w Apeniny.

zobacz więcej
Zdarzało się też przewozić je statkiem, ale nie zawsze kończyło się to szczęśliwie. W 1979 roku w ramach jednej z wypraw załadowaliśmy cały sprzęt i tony żywności na statek w Gdyni, który płynął do Bombaju. Skąd mieliśmy dalej transportować to do Nepalu. Niestety, nasz bagaż nie dotarł do celu. Podczas postoju na redzie w pakistańskim Karaczi, z niewyjaśnionych przyczyn wybuchł pożar i statek całkowicie spłonął. Został sam szkielet. Miejscowi ludzie mówili, że na tym statku jakieś „bombki” wybuchały.

Dostałaliśmy niewielkie odszkodowanie za bagaż, bo na szczęście był ubezpieczony. Członkowie wyprawy mieli jeszcze możliwość zarobić w Polsce dodatkowe pieniądze podczas prac wysokościowych (konserwacja wysokich kominów) i w krótkim czasie zorganizowaliśmy kolejny transport. Tym razem zdecydowaliśmy się na drogę powietrzną.

Żywność, tak jak i sprzęt, też nabywaliśmy w zakładach produkcyjnych. Na przykład jeździliśmy do Dębicy, Koszalina, Gdańska i do wielu innych zakładów, gdzie wyrabiano konserwy. Czasami były to specjalne fabryki produkujące żywność dla sklepów, w których zaopatrywali się członkowie PZPR. Była zatem wysokiej jakości. Trafiała też na statki handlowe (Baltona), do peweksów czy kantyn oficerskich czy milicyjnych.

Zdarzało się, że braliśmy do wyprawy kogoś, kto był związany z partią. I przez taką osobę można było łatwiej pewne rzeczy załatwić. Przykładowo miała ona dobry kontakt do I sekretarza wojewódzkiego. Od niego dostawało się specjalne glejty, czyli papiery, które zezwalały na to, żeby dany zakład produkujący żywność mógł nam sprzedać bądź przekazać ją jako dotację na cele wyprawy.

Zaginęła w strefie śmierci. Tragiczny los Wandy Rutkiewicz

Do historii weszła 16 października 1978 roku, gdy jako pierwsza Europejka i trzecia kobieta zdobyła Mount Everest.

zobacz więcej
Służba Bezpieczeństwa musiała się wami w tym czasie szczególnie interesować?

Ja nie znam takich drastycznych historii. Członkowie Klubów Wysokogórskich byli oczywiście sprawdzani w Komendach Wojewódzkich i albo ktoś uzyskiwał paszport , albo nie. Ale rzadko komuś odmawiano wyjazdu na takie wyprawy.

Mam osobiste doświadczenie związana ze służbami SB. W 1982 roku Polski Związek Alpinizmu zorganizował dwumiesięczną wyprawę w Alpy Francuskie. Załapałem się do zespołu. Część jego członków pojechała za granicę pociągiem, a ja z dwoma kolegami postanowiliśmy pojechać samochodem. Oprócz swoich bagaży zabraliśmy rzeczy naszych znajomych, którzy po ogłoszeniu stanu wojennego nie mogli mieć żadnego kontaktu z Polakami za granicą. Były to m.in. listy czy świadectwa ukończenia szkoły. Miały trafić do ich rodzin czy przyjaciół, którzy mieszkali na Zachodzie.

Dojechaliśmy do przejścia granicznego w Łysej Polanie. Tam doszło do kontroli naszego samochodu, podczas której wykryto te prywatne dokumenty i listy. Zatrzymano nam paszporty. Później dojechali panowie z SB, którzy nas przesłuchiwali w komendzie w Zakopanem przez niemal półtora dnia. To, co wzbudziło dużo podejrzeń, to treść jednego z listów. Mój kolega pisał w nim do znajomej z Wiednia takie oto słowa: „Pytasz mnie, jak jest w Polsce, powiem źle to jest mało powiedziane, jest gorzej niż źle, ale co się będę rozpisywał. O tym Ci opowie Walek”. Więc zaczęli mnie maglować, co zamierzałem jej powiedzieć (śmiech). Ostatecznie sobie odpuścili. Oddali nam paszporty i zgodzili się na nasz wyjazd w Alpy. Powiedzieli, że to robią, abyśmy nie myśleli, że komuna jest taka zła. Niestety, listy i świadectwa zatrzymali. I nie dotarły do adresatów.
Warszawa, listopad 1984. Członkowie warszawskiego Klubu Wysokogórskiego kończą prace na zlecenie Spółdzielni Mieszkaniowej osiedla "Górczewska". Fot. PAP/CAF/MAREK WYCHOWANIEC
Wielomiesięczne wyprawy musiały być niezmiernie trudne dla waszych rodzin. Z czego żyły w tym czasie wasze żony i dzieci?

Tak jak wcześniej wspominałem, Kluby Wysokogórskie miały zezwolenie na prace wysokościowe, które polegały m.in. na malowaniu i czyszczeniu wysokich kominów, wież ciśnieniowych, statków czy uszczelnianiu szczelin w wysokich blokach z wielkiej płyty. Myśmy na takiej ławeczce na linkach zjeżdżali ze ściany i umieszczaliśmy kit w szczelinach. Było to bardzo trudne i niebezpieczne zajęcie, ale bardzo opłacalne. Zarobione pieniądze wystarczały nam na pokrycie większej części kosztów wypraw, jak i na utrzymanie rodzin w czasie naszej nieobecności. Tak to było przynajmniej w moim przypadku.

Większość wspinaczy miała wyższe wykształcenie. Byli to między innymi pracownicy naukowi czy profesorowie. Czasem udało się im dostać urlopy płatne. I z tego tytułu też mieli dodatkowe dochody.

Ja miałem szczególnie wyrozumiałą żonę. Dwa tygodnie po ślubie wyjechałem na wyprawę na trzy miesiące. Żona nie robiła mi z tego powodu większych problemów, była z tym pogodzona. Miała świadomość za kogo wychodzi za mąż (śmiech). Poza tym byłem jakoś wewnętrznie przekonany, że wspinaczka nie może się inaczej zakończyć jak powodzeniem i szczęśliwym powrotem do domu. To przeświadczenie miałem silnie zakodowane w głowie i przekazywałem je najbliższym, żeby się nie martwili. Nie brałem pod uwagę, że mogę nie wrócić z takiego wyjazdu.

Wtedy nie było tak łatwego kontaktu z rodziną jak dzisiaj. Teraz można ze szczytu zadzwonić do najbliższych z telefonu komórkowego. Wówczas list docierał po trzech tygodniach. Przepływ informacji był bardzo ograniczony, ale myślę, że to było w pewnym sensie zdrowsze. Dla całego otoczenia.


Obecnie każdy wypadek w górach jest w niesamowitym tempie nagłaśniany. Jeszcze nie zna się obiektywnych przyczyn tragedii, nie ma się bezpośredniego kontaktu z uczestnikami wyprawy, a już snuje się różne hipotezy. Tragedia na Broad Peak z 2013 roku, kiedy zginęło dwóch himalaistów: Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, jest tego świetnym przykładem. Pojawiło się tyle odmiennych głosów, zdań krytycznie oceniających wspinaczy. Za naszych czasów nie było tego szumu medialnego. Po wyprawie ukazywał się jedynie artykuł, że dany szczyt został zdobyty bądź nie. I czy himalaiści wrócili zdrowi do kraju.
Byłoby lepiej dla wszystkich, żeby Jurek żył do tej pory - mówi Walenty Fiut. Na zdjęciu Jerzy Kukuczka z żoną na Balu Mistrzów Sportu w 1988 roku. Fot. PAP/Teodor Walczak
Złota dekada himalaizmu pochłonęła jednak wielu wspinaczy, nie tylko legendarnych Jerzego Kukuczkę czy Wandę Rutkiewicz. To nie zniechęcało was jednak do dalszych eksploracji.

Śmierć wybitnych himalaistów to były niepowetowane straty. Zdaję sobie sprawę, że to był też ogromny cios dla najbliższych. Nie zgadzam się też ze zdaniem, że śmierć w górach jest najpiękniejsza i wymarzona dla himalaisty. Tak się tylko utarło. Byłoby zdecydowanie lepiej dla wszystkich, żeby Jurek żył do tej pory. Żona nie straciłaby męża, dzieci ojca. On nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on żył górami, nie wyobrażał sobie bez nich życia.

A tam są jednak nieprzewidziane sytuacje, przed którymi trudno się ustrzec. Mimo, że wspinający starali się przestrzegać wszelkich zasad poruszania się w wysokich górach, to pogoda zawsze może zaskoczyć. Wtedy trzeba było intuicyjne ją wyczuć, bo nie mieliśmy internetu i bieżących danych na temat zjawisk pogodowych.

W 1987 roku podczas zdobywania południowej ściany Lhotse sam uległem wypadkowi. Niespodziewany podmuch bocznej lawiny porwał mnie i mojego bliskiego przyjaciela Czesława Jakiela z Trójmiasta, który był lekarzem wyprawy. Zginął na miejscu. To było dla mnie szczególnie trudne doświadczenie, bo sam go namówiłem na ten wyjazd. Był zachwycony tym pomysłem. I zdarzył się wypadek, którego on nie przeżył. Ja natomiast tak, choć długo byłem nieprzytomny na lodowcu. Koledzy mnie ocucili i zostałem przetransportowany helikopterem do szpitala. Miałem zerwane kolano, zwichnięte więzadła, zniszczone biodro, pękniętą miednicę i mocno poturbowaną głowę. Po hospitalizacji czekała mnie wielomiesięczna rehabilitacja.

Matka Cześka bardzo długo miała do mnie żal o śmierć syna. Był jedynakiem. Kiedyś powiedziała do moich kolegów: „ Dlaczego mój syn zginął, a Walek żyje?” Uważała, że to ja przyczyniłem się do śmierci jej syna. Trudno było jakoś jej to rozsądnie wytłumaczyć. Po paru latach odważyłem się pojechać do niej i porozmawiać o tym. Wtedy emocje już opadły. Powiedziała do mnie ze spokojem: „Może tak musiało być” . Chyba już była pogodzona z jego śmiercią. Ale nie wiem, czy kiedykolwiek pozbyła się żalu do mnie.

Po tym wypadku bardzo chciałem wrócić w góry. Tęsknota była ogromna, nie raz mi się śniły. Ale niestety już nie mogłem . Noga nie była w pełni sprawna, tak jak kiedyś. I tak już zostało. Bałem się, że będę ciężarem dla innych uczestników wypraw. Po 20 latach wspinaczki definitywnie musiałem zakończyć eksploracje wysokogórskie. Po tej tragedii uświadomiłem sobie, że jeszcze mam coś innego do zrobienia w tym życiu. Pan Bóg dał mi drugą szansę.
Dziś z Himalajami coraz częściej mierzą się ludzie, którzy mają słabe przygotowanie do dużych wysokości . I ofiar nie brakuje. Nie pomaga specjalistyczny sprzęt i nowoczesne technologie .

Teraz każdy ma paszport w kieszeni. Przed wyjazdem w wysokie góry nie trzeba się zapisywać do szkoły wspinaczkowej i uczyć się pokonywać pierwsze drogi, na przykład w Tatrach, w Alpach czy na Kaukazie. Wystarczy mieć pieniądze i dopisać się do jakiejś wyprawy. I bez większego doświadczenia próbuje się zdobyć wierzchołek.

My nabywaliśmy doświadczenie w górach przez wiele sezonów. Czasem w ekstremalnych warunkach. Na przykład spędzaliśmy w zimie trzy lub więcej dni w ścianach skalnych i lodowo - skalnych w Alpach lub innych wysokich górach. W wichrach i mrozie. To nas hartowało.

Poza tym przebywając tyle czasu razem, znaliśmy się jak łyse konie. I sobie ufaliśmy. To ważne podczas wspólnego wspinania. Wtedy myśli się nie tylko o sobie, ale też o swoim partnerze. Wszystko po to, aby wyprawa była bezpieczna dla wszystkich. Teraz bywa z tym różnie. Wśród partnerów wspinaczkowych zdarzają się niesnaski, które decydują o dalszym losie wyprawy. Kiedyś było to prawie nie do pomyślenia.

Z czego to wynika? Z ambicji? Z chęci bycia najlepszym?

Teraz jest wielka pogoń za sukcesem. Liczy się szybkość. Aby być pierwszym. Nie patrzy się na fizyczne możliwości. A może pojawić się na przykład problem z aklimatyzacją. Dla jednych wystarczy dziesięć dni, a drudzy muszą się przystosowywać dwadzieścia. Jeśli ktoś nie pamięta o takich podstawowych zasadach, o tragedię nietrudno.

Mnie wysokogórskie wyprawy nauczyły wielkiej pokory. Na początku wydaje się nam, że jesteśmy panami sytuacji, decydujemy o tym, którędy iść dalej. A natura wie swoje i potrafi pokazać swoje groźne oblicze. Z wysokości człowiek uświadamia sobie, że jest tylko maleńkim ziarenkiem w świecie.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wysokogórskie wyprawy nauczyły mnie wielkiej pokory - przyznaje Walenty Fiut. Fot. Archiwum prywatne
Walenty Fiut (ur. 1947 r.) jest jednym z czołowych polskich wspinaczy, zdobywających najwyższe szczyty świata w złotym okresie polskiego himalaizmu. Był między innymi uczestnikiem pierwszego polskiego przejścia zimowego północnej ściany Grandess Jorasses drogą przez Całun w 1977 roku. Ma na swoim koncie pierwsze polskie, zimowe przejście północnej ściany Eigeru, czego dokonał w ciągu 4 dni (1- 4 marca 1978 r.) razem z Andrzejem Czokiem, Januszem Skorkiem i Janem Wolfem. Uczestniczył w wyprawie na Mount Everest w 1980 r., zakończonej pierwszym zimowym wejściem na ten najwyższy szczyt Ziemi. Wraz Krzysztofem Wielickim, Andrzejem Czokiem i Krzysztofem Pankiewiczem dokonał też szybkiego wejścia na Pik Komunizma i zdobył kilka innych szczytów w Pamirze. Jest zdobywcą licznych szczytów andyjskich w Peru i Kolumbii, wulkanów w Meksyku, siedmiotysięczników w Hindukuszu afgańskim i pakistańskim. Uprawiał też m.in. wspinaczkę w Kaszmirze i Gharwalu w Indiach oraz eksplorował drogi i bezdroża Kaukazu.
Jurek
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.