Rozmowy

Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać

Na trzecim roku w szkole filmowej przedstawiłem Kieślowskiemu mój pomysł na etiudę o siostrze Faustynie. Stwierdził, że to ciekawy temat. Ale inny profesor, Edward Żebrowski spytał mnie ironicznie, czy chcę być specjalistą od filmów religijnych. Wtedy się trochę tego przestraszyłem, stwierdziłem, że może rzeczywiście się w ten sposób szufladkuję – wspomina Krzysztof Żurowski. Jego najnowszy obraz „Zagłada redemptorystów Woli” zostanie zaprezentowany na warszawskim festiwalu filmowym „Kino z duszą”.

Festiwal Filmów Dokumentalnych „Kino z duszą” odbędzie się już po raz siódmy. W warszawskiej Kinotece, w dniach od 22 do 26 października, zaprezentowanych zostanie 27 dokumentów. Są wśród nich filmy o tematyce społecznej, historycznej oraz religijnej, które w tej edycji stanowią wyróżniającą się grupę.

– To wyjątkowy projekt prezentujący współczesną dokumentalistykę. Oceniamy zarówno przekaz, jaki niesie treść filmu, ale także w ogromnym stopniu warsztat filmowy i sposób realizacji dokumentu tworzące oryginalne konteksty symboliczne – komentuje prof. Andrzej Musiał z Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, który w tym roku jest przewodniczącym jury. Zasiadają w nim także: reżyser filmów dokumentalnych Maciej Drygas z tej samej uczelni, Bartłomiej Pulcyn, filmoznawca i krytyk filmowy, dr Ewa K. Czaczkowska, prezes Fundacji Areopag XXI oraz Grażyna Raszkowska, dyrektor Festiwalu „Kino z duszą”. – Selekcja filmów to zawsze trudne wybory, decyduje tematyka odpowiadająca charakterem naszemu festiwalowi „z duszą” – tłumaczy Grażyna Raszkowska. Wszystkie obrazy, dodaje, wpisują się w motto projektu: „Życie ma sens”.

Tegorocznemu festiwalowi będą towarzyszyć spotkania z twórcami i bohaterami filmów. Po filmie „Amnezja” odbędzie się spotkanie z reżyserem Maciejem Kucielem oraz z jednym z bohaterów dokumentu – muzykiem Muńkiem Staszczykiem, w sobotę zaś – z twórcami i bohaterami dokumentu o domu chłopaków w Broniszewicach w reżyserii Patryka Vegi. Po filmie „Zagłada Redemptorystów Woli” odbędzie się dyskusja z udziałem reżysera Krzysztofa Żurowskiego, Agaty Puścikowskiej, autorki książki „Wojenne siostry” oraz ks. Pawła Mazanki. Natomiast po projekcji filmu „Tajemnica Ojca Pio” w reż. José Marii Zavali będzie można wziąć udział w spotkaniu z Ewą K. Czaczkowską, autorką wydanej właśnie książki „Mistyczki. Historie kobiet wybranych”. Wszystkie niezbędne informacje oraz program festiwalu znajdują się na stronie kinozdusza.pl oraz na stronie Kinoteki w zakładce: wydarzenia

Tygodnik TVP objął patronatem medialnym tegoroczną edycję festiwalu „Kino z duszą”.
Wszystkie informacje oraz program festiwalu znajdują się na stronie www.kinozdusza.pl
TYGODNIK TVP: Pana film „Zagłada redemptorystów Woli” zostanie zaprezentowany podczas tegorocznej edycji festiwalu „Kino z duszą”. Dlaczego właśnie temu zagadnieniu postanowił pan się przyjrzeć?

KRZYSZTOF ŻUROWSKI:
Jak wiele rzeczy w życiu, tak i ten film jest poniekąd dziełem przypadku, ale jak wiadomo nic nie dzieje się przez przypadek (śmiech). Mieszkam w Warszawie i pewnego dnia niedaleko kaplicy Karmelitów zaczepił mnie pewien pan. Słyszał, że robię filmy, a jego kolega bardzo dobrze zna temat rzezi na warszawskiej Woli w 1944 roku. Po kilku miesiącach spotkałem się z tym człowiekiem, przeszliśmy trasą rzezi, a przy okazji opowiedział mi, że jeden z księży pisze książkę o tym, co się tam wydarzyło.

Nie wiedziałem, że przed wojną i w czasie wojny zakon redemptorystów należał do elity intelektualnej i duszpasterskiej, miał taką pozycję jak obecnie dominikanie. Na ich rekolekcje czy msze przychodziły tłumy. Ludzie potrafili stać kilka godzin na mrozie. Ksiądz, z którym rozmawiałem powiedział mi, że do książki przydałaby mu się płyta z filmem. I tak powstał ten obraz filmowy. Zapadło mi mocno w pamięć to, że choć redemptoryści byli tak silnym zakonem, Niemcy wymordowali wszystkich z klasztoru na ulicy Karolkowej zaledwie w kilka godzin. To był największy jednorazowy mord na zakonnikach podczas tej wojny.

Nie raz pokazywał pan swoje filmy na tym właśnie festiwalu.

To impreza niezwykła. Mówię: niezwykła, bo choć nie jest to festiwal z metką „chrześcijański”, to wyświetlane są tam filmy z wartościami. Organizatorzy wychwytują naprawdę ciekawe produkcje, ciekawych twórców. Muszę z czystym sumieniem stwierdzić, że 90 procent filmów emitowanych na tym festiwalu, to naprawdę świetne dzieła. Kiedy bywam na innych imprezach tego typu, często trafiam na procentowo mniej mocnych filmów, tymczasem tu, na mój gust – bo wiadomo, że każdy ma odmienną wizję i gust – jest bardzo mało straty czasu i nudy.
Organizatorzy wychwytują naprawdę ciekawe produkcje, ciekawych twórców - twierdzi Krzysztof Żurowski. Ubiegłoroczną edycję festiwalu wygrał film włoskiej reżyserki Federiki di Giacomo „Uwolnij mnie”. Fot. Kadr filmu/Kino z Duszą
Pan też od lat dostaje nagrody na różnych festiwalach filmowych...

Nagrody nie raz pomogły mi w pracy.

A co sprawiło, że postanowił pan zająć się filmem?

Jako młody człowiek należałem do „Czarnej Jedynki”, czyli 1 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Już wtedy razem z kolegami dla zabawy kręciliśmy filmy na obozach i zimowiskach. Potem wybrałem się na studia na ASP. Koledzy z roku często mówili, że powinienem spróbować sił w aktorstwie. Ja tego w ogóle nie czułem, byłem przekonany, że zostanę plakacistą czy malarzem.

Pewnego razu jechałem samochodem razem z koleżanką i jej znajomym reżyserem. Trochę dla żartów, trochę na poważnie koleżanka powiedziała: „To teraz opowiedz Krzyśkowi, jak to jest w szkole filmowej, jak wyglądają egzaminy”. Najpierw w ogóle nie byłem zainteresowany tym, co ten człowiek ma do powiedzenia, ale gdy usłyszałem kilka konkretów, pomyślałem, że mógłbym spróbować. I zacząłem próbować sił na egzaminach do Łodzi i Katowic, aż w końcu trafiłem na reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego.

Hart ducha na ekranie, niewidomi i bezdomni na sali. W przyszłym tygodniu rusza festiwal „Kino z duszą”

Życie ma sens. Przegląd najbardziej wzruszających filmów dokumentalnych w warszawskiej Kinotece.

zobacz więcej
Zanim jednak dostał się pan do szkoły filmowej, był pan asystentem Krzysztofa Zanussiego na planie.

To prawda. Asystowałem mu podczas pracy przy trzech filmach. Polegało to na tym, że byłem, jak ja to mówię „chłopcem do bicia i do wszystkiego”. Zawoziłem scenariusze aktorom, pilnowałem rekwizytorów, kiedy trzeba było załatwić 300 studentów do zdjęć na lotnisku, a następnego dnia tyle samo emerytów w innym miejscu, to właśnie ja byłem za to odpowiedzialny. Czasem o drugiej w nocy okazywało się, że następuje zmiana planów i trzeba na szybko coś organizować. Nie było wtedy komórek, telefony nie działały zbyt dobrze, więc praca asystenta do prostych nie należała. Niemniej dzięki tej pracy wyrobiłem sobie mnóstwo kontaktów, które później mi się przydały. Dzięki temu od znajomego dźwiękowca mogłem pożyczyć magnetofon, ktoś inny dał mi taśmę. Poznałem Wojciecha Kilara, który podpowiedział mi, jak powinna być rozplanowana muzyka do jednej z moich etiud. Z Zanussim spotykałem się później w szkole filmowej, bo raz w miesiącu przyjeżdżał na wykłady do Katowic.

Jakim był mentorem?

Kiedy byłem już w szkole filmowej, Zanussi pracował nad filmem biograficznym o Janie Pawle II, który nosił tytuł „Z dalekiego kraju”. Pamiętam, że pan Krzysztof zawsze zadawał mi mnóstwo pytań. Przepytywał mnie tak, że czasem po dłuższej chwili rozmowy z nim byłem okropnie spocony, w głowie miałem mętlik i dochodziłem do wniosku, że niewiele wiem. Kiedy pracował nad tym filmem, zabrał mnie na zdjęcia do Kalwarii Zebrzydowskiej. Dostałem operatora i mieliśmy za zadanie zrobić portrety żebraków, pielgrzymów, którzy przybyli tam, aby wziąć udział w misterium. To nie byli statyści, tylko prawdziwi ludzie tam obecni. Podglądaliśmy ich tą kamerą, a ja byłem bardzo zaskoczony, że Zanussi tak mi zaufał, że pozwolił mówić operatorowi, co ma robić, jak kręcić kolejne ujęcia. Potem okazało się, że ten człowiek był w szkole moim profesorem od sztuki operatorskiej.
Krzysztof Zanussi zawsze zadawał mi mnóstwo pytań - wspomina Krzysztof Żurowski. Fot Ireneusz Sobieszczuk/TVP
Drugim mistrzem, którego spotykał pan na korytarzach szkoły w Katowicach był Krzysztof Kieślowski.

Kieślowski był bardziej regularnym wykładowcą niż Zanussi. Przyjeżdżał do szkoły co dwa tygodnie na trzy dni i dzielił się z nami tajnikami sztuki filmowej. Długi korytarz w wytwórni filmowej do dziś kojarzy mi się właśnie z nim i pewną naszą rozmową, a właściwie długą chwilą milczenia. Pokazałem mu moją etiudę. Obejrzał ją, a potem szliśmy właśnie tym korytarzem. Nie mówił nic, zdawało mi się, że idziemy kilometrami i ta cisza stawała się coraz bardziej nieznośna. W końcu powiedział do mnie: Panie Krzysztofie, wiele widziałem bardzo złych materiałów i w zasadzie z każdego złego materiału da się wybrnąć dobrym montażem. Ale czegoś tak złego nie pamiętam. Ta bardzo mocna krytyka wbrew pozorom nie podcięła mi skrzydeł, ale zmobilizowała. Udało mi się dokręcić kilka ujęć i tak posklejać materiał, że wyszedłem z tego obronną ręką.

Kieślowski dawał jakieś konkretne wskazówki?

Kiedyś nie miałem pomysłu na temat filmu. Wybrałem się do niego do domu na konsultacje, a on zabrał mnie ze sobą do magla, bo żona kazała mu zanieść tam pranie. Poprosił mnie, abym opowiedział mu o swoim bohaterze. To był człowiek więziony przez SB, prześladowany, który uczestniczył w głodówkach w kościołach. W pewnym momencie powiedziałem, że moim zdaniem czerpie siłę z wiary. Kieślowski od razu to wychwycił i stwierdził, że właśnie to jest temat mojego filmu. Miał niezwykłą umiejętność wyszukiwania tematów w tym, co na pierwszy rzut oka było zbieraniną różnych myśli, takim filmowym chaosem. Kieślowski wymyślał też różne nietypowe akcje.

To, co najważniejsze...

Jak wygląda życie sióstr zakonnych w klasztorze benedyktynek w Staniątkach, których świat jest zamknięty dla osób z zewnątrz?

zobacz więcej
Na przykład?

W stanie wojennym kazał nam dzwonić do TVP. Chodziło to, aby wywołać w ten sposób pewnego rodzaju prowokację. Mieliśmy jak najdłużej wisieć na telefonie, gadać cokolwiek, żeby linie do jednego z programów były wciąż zajęte. Był wtedy okropny mróz, byłem na niego potwornie zły, a ze strachu, co chwila zmieniałem budki telefoniczne, ale nie potrafiłem mu odmówić wzięcia udziału w tej akcji. Takim był autorytetem.

Po skończeniu szkoły, już w latach 90. zaczął pan współpracę z księdzem Wojtkiem Drozdowiczem przy popularnym, dziś uznawanym nawet za kultowy programie „Ziarno”.

Rzeczywiście to była niezwykła przygoda. Ksiądz Wojtek sam mnie znalazł. Potrzebował współautora pasjonata spoza telewizji, zwłaszcza, że chciał wyjść ze studia, marzyły mu się zdjęcia w plenerze. Z księdzem Wojtkiem świetnie się współpracowało dzięki jego „kosmicznej” wyobraźni. Dużo się od niego nauczyłem. Cieszyłem się iż również w „Ziarnie” robiliśmy różne formy i to w sposób zwariowany; dokument, reportaż, inscenizację Poza zdjęciami plenerowymi, robiliśmy w programie teatrzyki kukiełkowe, teatr cieni, animację. Bywało, że ekipa czekała na nas o 7 rano, siedząc w samochodzie pod oknem plebanii, a my jeszcze kończyliśmy scenariusz. W tym samym czasie zacząłem też częściej pracować nad filmami dokumentalnymi. Najwięcej zrobiłem ich dla redakcji katolickiej TVP.
W „Ziarnie” robiliśmy różne formy i to w sposób zwariowany - mówi Krzysztof Żurowski. Fot. TVP
Co sprawiło, że poszedł pan w stronę filmów religijnych, dotyczących ludzi i spraw wiary?

Wiara jest dla mnie bardzo ważna w życiu. A w filmie starałem się i wciąż się staram robić to, co jest dla mnie istotne. Na trzecim roku w szkole filmowej przedstawiłem Kieślowskiemu mój pomysł na etiudę o siostrze Faustynie. Stwierdził, że to ciekawy temat. Ale inny profesor, Edward Żebrowski spytał mnie ironicznie, czy chcę być specjalistą od filmów religijnych. Wtedy się trochę tego przestraszyłem, stwierdziłem, że może rzeczywiście się w ten sposób szufladkuję i wymyśliłem coś innego. Po latach żałowałem, że tego jednak nie pociągnąłem. Ale życie pokazało mi, że jak się za coś zabierałem, to w tym zawsze pojawiał się temat wiary. Dziś jestem świadomy, że to moja droga jako filmowca.

W latach 80. praca nad takimi filmami pewnie nie należała do najłatwiejszych?

To Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać i jako filmowiec robić to, co uważam za słuszne. Tak naprawdę nie miałem zresztą żadnych większych kłopotów. Jedyna historia, jaką pamiętam i dziś wspominam jako zabawną, wydarzyła się w 1983 roku. Robiłem film dla znajomego księdza w Krakowie o beatyfikacji brata Alberta. Z tej racji miałem akredytację na mszę, która odbyła się podczas ówczesnego przyjazdu Jana Pawła II do Polski. Pewnego dnia dostałem dziwny telefon od starszego pana, który przedstawił się jako mecenas Kara. Stwierdził, że chyba go szukam, bo w swoich drzwiach znalazł wetkniętą moją wizytówkę. To był inteligentny żart, który odebrałem jako ostrzeżenie, że za to, co robię może mnie spotkać „kara”, ale czy był to rzeczywiście dowcip? Tego nie wiem.

A który z bohaterów filmów, które dotąd pan nakręcił, jest tym najbardziej ulubionym?

Oczywiście ojciec Leon Knabit. To postać, która ciągle jest w ruchu i nie może usiedzieć w miejscu. Mimo, że współbracia na niego krzyczą, przez ponad 200 dni w roku jest poza klasztorem, a przecież reguła benedyktyńska nakazuje obecność w murach klasztornych. To niezwykły człowiek, trudny do złapania, ale gdy się już uda to zrobić, jest niezwykle zdyscyplinowany.

Pamiętam, jak kręciliśmy 5-minutowe filmiki na temat świętych dla telewizji. W każdej odgrywał sceny nawiązujące do charakteru danej postaci. Jednym z bohaterów był święty Wojciech. Poprosiłem ojca Leona, aby na jednym z ujęć szedł w habicie w stronę Wisły. Na moje hasło: „stop”, miał się zatrzymać na brzegu. Ale zapomniałem to zrobić, bo ujęcie było tak dobre, że razem z operatorem się na nim skupiliśmy. W pewnym momencie zobaczyłem, że o. Leon wchodzi do wody. Zatrzymał się dopiero, gdy zacząłem krzyczeć, że już wystarczy. Gdybym tego nie zrobił, zanurzyłby się cały.

Gdy z kolei kręciliśmy materiał o św. Hieronimie, ojciec Leon opowiadał, że był to święty, który jako tłumacz złośliwie wykańczał konkurencję. Za rekwizyt posłużył nam kaktus, którym na początku opowieści ojciec Knabit specjalnie miał się pokłuć, by pokazać, że jest ostry tak, jak charakter świętego Hieronima. Święta Brygida została z kolei określona mianem „bizneswoman w dziedzinie duchowości”. Ojciec Leon ma spojrzenie lekkie i dowcipne, a przy tym bardzo głębokie. Praca z nim to sama przyjemność, choć czasem bardzo niewyraźnie mówi.
Ulubiony bohater o. Leon Knabit (na zdjęciu: na planie programu „Sekrety mnichów”). Fot. Patrycja Szczerbińska/TVP
Filmy o takiej tematyce wyszły już z salek parafialnych, pokazywane są w kinach. Ale czy dyskutuje się o nich tak samo, jak kiedyś?

Moim zdaniem nie i tego mi bardzo brakuje. Kiedy bywałem na pierwszych festiwalach w Niepokalanowie, projekcje odbywały się w szalenie skromnych warunkach. Projektor na krześle i prześcieradło jako ekran w stołówce, ale rozmowy, a właściwie długie dyskusje po projekcjach, były bardzo ciekawe, autentyczne. To były wręcz zażarte kłótnie, podczas których czasem nawet skakaliśmy sobie do gardła.

Pamiętam, że w moim krótkim filmie fabularnym „Ambrozja”, o dziewczynie, która chce wstąpić do karmelitanek, jest scena, w której bohaterka rozmawia ze swoim ojcem, żegna się z nim i unikając rozmowy o powołaniu, nerwowo uderza różańcem w zdjęcie. Ktoś uznał to za skandal. Dyskusja, która się potem wywiązała, dotyczyła tego, czym był dla niej ten różaniec, czy w tym akcie furii nie była to dla niej pewnego rodzaju broń, istotna dla niej. Te dyskusje były do bólu szczere. Dziś nie ma już takiej krytyki. Po projekcji pojawiają się grzecznościowe formułki typu: „Dziękujemy za film”, „był bardzo piękny”. Dla mnie to nie jest żadna informacja zwrotna.

Jest coś, czego panu w nurcie filmów religijnych brakuje?

Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się to, że zaczyna coś w pewnym sensie rozkwitać. Przykładem niech będą filmy Michała Kondrata o ojcu Kolbe czy o siostrze Faustynie – „Miłość i Miłosierdzie”. Można rzecz jasna mówić zarówno o ich plusach, jak i minusach, ale faktem jest, że te filmy miały bardzo mocną dystrybucję, którą stworzył sam twórca. Zorganizowanej, mocnej dystrybucji filmów religijnych bardzo brakuje, bo zapotrzebowanie na tego typu produkcje zawsze jest, było i będzie. Nie chodzi też o to, aby to były filmy-laurki o tym, że święty był już dobry i niezwykły w łonie matki. Potrzeba filmów duchowych, w których wiara jest istotnym tematem, czasem również trudnym, prowokacyjnym, stawiającym egzystencjalne pytania. Dlatego też bardzo czekam na film Jana Komasy „Boże Ciało”. Trzeba pamiętać o tym, że sprawy duchowe, widzenia świętych, mistycyzm nie jest łatwo przenosić do scenariusza, potem na obraz, ale próbujmy. W końcu po to jest ta dziedzina.

– rozmawiała Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Krzysztof Żurowski (ur. 20 lutego 1953 w Warszawie) – reżyser, scenarzysta, operator filmowy i scenograf, członek Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego (1984). Autor filmów dokumentalnych o tematyce społecznej i religijnej. Współpracował z TVP, francuskimi FR3, A&PT, meksykańską TV4, a także realizował dla TVP1 i TVP2 filmy dokumentalne i reportaże (m.in. „Tryptyk o Kościele na Białorusi”, „Wędrówka” czy „Masakra w klasztorze”).
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.