Rozmowy

W Australii mamy piękne widoki, ale to od polskich aż ciarki przechodzą

Wśród najbardziej znanych osób w australijskim biznesie jest Zygmunt Edward „Ziggy” Switkowski, który był dyrektorem generalnym największego operatora telekomunikacyjnego Telstra. Mamy też trochę znanych aktorów, sportowców czy prezenterów telewizyjnych. Natomiast słabe mamy zaangażowanie Polonii w politykę. Inaczej niż choćby Grecy czy Włosi, którzy mają swoich przedstawicieli – mówi Paweł Gospodarczyk, prezes polonijnego stowarzyszenia Strzelecki Heritage w Australii.

Organizacja między innymi propaguje największe dokonania polskiego podróżnika, badacza, odkrywcy, geografa i geologa Pawła Edmunda Strzeleckiego na antypodach. W latach 1839–1843 zbadał najwyższe pasmo górskie tego kontynentu – Wielkie Góry Wododziałowe, a najwyższy szczyt Australii nazwał Górą Kościuszki. W Australii mieszka prawie 200 tysięcy Polaków, najwięcej w Sydney i Melbourne.

TYGODNIK.TVP.PL: Wielu Polaków postrzega Australię jako zamożny raj, czy tak jest rzeczywiście?

PAWEŁ GOSPODARCZYK:
Dla fachowców, znających języki, to kraj mlekiem i miodem płynący. Australia stoi przed nimi otworem. Wśród specjalistów obecnie doceniani są szczególnie programiści, inżynierowie, a także geolodzy i górnicy ze względu na rozbudowę istniejących kopalń czy budowę nowych. Kopalnie australijskie dostarczają ogromne ilości węgla do Chin.

Minimalna pensja na rok to sto tysięcy dolarów australijskich. Można za tę kwotę naprawdę rozwinąć skrzydła. Oczywiście koszty życia są zdecydowanie wyższe niż w Polsce, ale wciąż jest to na tyle dobra pensja, że pozwala funkcjonować na całkiem niezłym poziomie. Generalnie minimalna stawka za godzinę pracy wynosi 20 dolarów, czyli 60 złotych. Za tę cenę można kupić w Australii koło 15 litrów benzyny.

Natomiast jeśli ktoś nie ma konkretnego zawodu, to przeprowadzka tutaj łączy się z dużym ryzykiem. Na początku może nie być łatwo. Warto więc mieć jakąś kwotę pieniędzy na start.

Pan wyemigrował wraz z rodziną do Australii 40 lat temu. Głównym motywem wyjazdu było właśnie poszukiwanie lepszego życia?

Najpierw wyjechał mój ojciec. To były lata 70. ubiegłego wieku. W Australii mieszkało już wtedy nasze kuzynostwo, a tata chciał sprawdzić, jakie ma szanse na znalezienie tam pracy. Był z zawodu ślusarzem i tokarzem, udało mu się znaleźć zajęcie. Planował zostać rok, ale ostatecznie były to trzy lata. Po tym okresie dostał obywatelstwo i stały pobyt dla całej rodziny. Wyjechaliśmy w 1979 roku, miałem wtedy 19 lat, a mój brat 22.
Paweł Gospodarczyk, obok w strojach krakowskich członkowie grupy folklorystycznej z Canberry. Zdjęcie na terenie polskiej ambasady. Fot. z archiwum prywatnego Pawła Gospodarczyka
Przez pierwsze dwa lata przeżywałem traumę, nie mogłem się odnaleźć w nowym miejscu. Brakowało mi szczególnie kontaktu z rówieśnikami, z którymi się w Polsce wychowywałem. Jak wiadomo, nie było wtedy internetu, a koszty połączeń telefonicznych były bardzo wysokie. Byłem w obcym kraju i na dodatek nie znałem angielskiego – za komuny w Polsce uczono nas jedynie języka rosyjskiego. W szkole podstawowej miałem nauczycielkę, która była Rosjanką i wmawiała nam wręcz, że rosyjski jest językiem międzynarodowym i na całym świecie będziemy mogli się w nim dogadać. Taką ciemnotę nam wciskała. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

W Polsce skończyłem szkołę jako kuśnierz, dlatego niemal od razu po przyjeździe do Australii trafiłem do firmy kuśnierskiej prowadzonej przez polskich Żydów. To była moja pierwsza praca w życiu. Pracowałem razem z Australijczykami, których ze względu na barierę językową w ogóle nie rozumiałem. Czułem się ogromnie wyobcowany i zagubiony. Po dwóch latach pobytu rozważałem nawet powrót do kraju, ale ostatecznie zostałem.

To było zderzenie dwóch odmiennych światów: wyjechał pan z PRL-u, gdzie brakowało podstawowych produktów na sklepowych półkach, do kraju dobrobytu. Chyba to też był dla pana szok?

Moje problemy z porozumiewaniem się z Australijczykami przesłoniły mi dobrodziejstwa Australii. Byłem oczywiście zachwycony innym klimatem, egzotyczną przyrodą i dostępnością wielu produktów. Ale totalne wyobcowanie przyciemniło mi wszystkie zalety życia na wyższym poziomie od tego, jaki miałem wcześniej.

Polacy żyją w Anglii jak w srebrnych klatkach: jest im tu dobrze, ale czują się obco

Po decyzji o brexicie padały do nas ostre słowa: „My was nie chcemy”. Były pobicia, prześladowania w szkole. Emocje opadły, ale panuje niepewność – opowiada polski nauczyciel o życiu rodaków w Wielkiej Brytanii.

zobacz więcej
Dopiero gdy poznałem język, rozumiałem co do mnie mówią, odczułem ulgę. Moje mieszkanie w tym kraju zaczęło nabierać kolorów, głębszego sensu. Po trzech latach założyłem swój pierwszy biznes – szyłem kurtki z lisów dla jednego ze sklepów.

Kiedy nie było już zainteresowania kuśnierskimi wyrobami, zwłaszcza futrami, przestawiłem się na chałupnicze szycie ubrań. Kupiłem kilka maszyn dziewiarskich. Zajmowałem się tym potem przez 20 lat. Największym moim sukcesem było uszycie dla firmy Adidas kurtek, które nosili australijscy sportowcy podczas Letnich Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.

Kiedy rząd zdecydował, że można sprowadzać ubrania z Chin bez taryf, część firm dziewiarskich upadło, w tym również moja. Szukałem innej pracy czy biznesu. Moi rodzice kupili w Australii 12-hektarowe gospodarstwo i przez chwilę uprawiałem tam truskawki. Ostatecznie założyłem firmę telekomunikacyjną, którą prowadzę do tej pory. A w międzyczasie ożeniłem się i urodziło nam się troje dzieci.

Australijczycy są postrzegani jako ludzie życzliwi, z pozytywną energią, ogromnym optymizmem i otwartością. Czy taki też stosunek mają do imigrantów?

Ogólnie jest to naród bardzo przyjazny i życzliwy. Jeżeli jest się w porządku, to szanują cię po prostu jako człowieka. Rząd i cały system tutaj jest bardzo przyjaźnie nastawiony do nowo przybyłych emigrantów, choć od czasu do czasu są i nieprzyjemne incydenty w stosunku do obcokrajowców, ale to jest bardzo rzadkie zdarzenia.

Czuję się bardziej zaakceptowany przez nich niż przez Polaków, którzy czasem bywają zazdrośni i zawistni, są generalnie nieufni wobec siebie. Nie ma takiej jedności między rodakami, solidarności i współpracy. Mówi się, że „gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie”. Nie ma czegoś takiego, że nawet jak się nie zgadzamy ze sobą to łączy nas jakiś cel, robimy coś wspólnie dla jakiejś idei czy sportu. Jeżeli Polonia nie będzie zjednoczona, to nie będzie miała znaczącej pozycji w Australii i przez to wiele tracimy w stosunku do innych narodowości etnicznych.
Pomnik Pawła Edmunda Strzeleckiego w Jindabyne, miejscowości u podnóża Gór Śnieżnych, w odległości 37 km od Góry Kościuszki (2228m n.p.m), w pobliżu Parku Narodowego Kościuszki w stanie Nowa Południowa Walia. To dar Polski na jubileusz 200-lecia Australii w 1988 roku. Fot. z archiwum prywatnego Pawła Gospodarczyka
Na szczęście jest część polonusów, którzy mają tę świadomość i próbują coś zrobić dla naszej społeczności.

Dlatego postanowił pan zaangażować się w działalność polonijną?

Chętnie brałem udział w różnych wydarzeniach polonijnych. Między innymi w Festiwalu Kościuszkowskim w Sydney. Na początku rozprowadzałem tam polskie gadżety, koszulki czy czapki.

Chciałem też bardziej rozpropagować wśród Australijczyków takie postacie, jak Tadeusz Kościuszko i Edmund Strzelecki. Jeżeli my jako Polonia nie będziemy upamiętniać i promować swoich bohaterów, to pójdą oni w zapomnienie. Dlatego zależało nam, aby przypominać ich zasługi jak największej liczbie mieszkańców tego kraju.

Jeszcze do lat 70. ubiegłego wieku nazwisko bohatera walk o wolność i niepodległość w Ameryce i Polsce Tadeusza Kościuszki w australijskich dokumentach pojawiało się bez litery „z”: Kosciusko. Nasza Polonia z Sydney wiele lat walczyła, aby to poprawić. Ostatecznie się to udało i pełna nazwa „Kosciuszko” została przywrócona.

Z okazji 200-lecia federacji australijskiej w 1988 roku (pod koniec XVIII wieku James Cook przebadał nowo odkryte terytoria i uznał, że nadają się dla Europejczyków; pierwsza osada Port Jackson, późniejsze Sydney, powstała w 1788 r., a wysyłano tam skazańców brytyjskich – red.), z inicjatywy Polsko - Australijskiego Towarzystwa Kulturalnego w Sydney powstał projekt pomnika Sir Pawła Edmunda Strzeleckiego, którego wykonawcą był wybitny poznański rzeźbiarz Jerzy Sobociński. Był to dar od ówczesnego rządu polskiego dla Australii, dla uczczenia tego jubileuszowego roku, i ten pomnik został odsłonięty 14 listopada 1988 r. w miejscowości Jindabyne w stanie Nowa Południowa Walia, nieopodal Parku Narodowego Kościuszki, w którym znajduje się najwyższy szczyt kontynentu australijskiego Góra Kościuszki.

Były też próby i dość ożywione dyskusje na poziomie rządu stanowego Nowej Południowej Walii, by zmienić nazwę Góra Kościuszki, którą nadał nasz polski odkrywca i badacz kontynentu Paweł Edmund Strzelecki. Jeden z polityków tego stanu rzucił hasło, aby zmienić nazwę tego szczytu na aborygeńską. Ostatecznie to nie przeszło, ale w tym czasie część Polonii zaczęła się jeszcze bardziej konsolidować i zainicjowała Festiwal Kościuszkowski. Poprzez śpiew, muzykę propagowała naszą kulturę.

To zaowocowało również tym, że założył pan stowarzyszenie Strzelecki Heritage? Na czym konkretnie polega jego działalność?

Organizacja Strzelecki Heritage powstała w maju 2009 roku. Jej celem było i jest przede wszystkim przypominanie i utrwalanie dokonań Pawła Edmunda Strzeleckiego.

Polska nauczyła mnie pracować, a Hiszpania – żyć i korzystać z życia

Skrzypaczka ze Śląska opowiada o życiu Polaków na Balearach: Rdzenni Majorczycy są podobni do nas. Byli tak samo prześladowani i najeżdżani, mm.in. przez Hiszpanów. Łatwiej jest im zatem zaakceptować obcokrajowca niż Hiszpana.

zobacz więcej
Jest on dla mnie wielkim bohaterem. Odegrał ważną rolę w początkach eksploracji i zasiedlania Australii przez Brytyjczyków. Po powstaniu listopadowym opuścił Polskę, a w 1834 roku wyruszył z Liverpoolu w 9-letnią wyprawę dookoła świata. Badania prowadzone w jej trakcie zaowocowały licznymi sukcesami, począwszy od odkrycia złóż miedzi w kanadyjskiej prowincji Ontario, po złoża złota, srebra, miedzi, węgla oraz wielu innych surowców mineralnych w Australii i na Tasmanii. Szczególne znaczenie miały jednak sporządzane przez niego mapy i relacje z podróży, zamieszczane w dziennikach i raportach do władz prowincji i w Londynie. To zaowocowało pierwszymi poważniejszymi falami imigracji osadników z Wysp Brytyjskich, już od 1840 r., czyli jeszcze w czasie pobytu Polaka na tym kontynencie.

Efekty wypraw Pawła Edmunda Strzeleckiego przyniosły mu duże uznanie wśród środowisk naukowych, Złoty Medal Odkrywców, członkostwo Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i Królewskiego Towarzystwa Londyńskiego oraz obywatelstwo brytyjskie.

Gdy w 1846 r. klęska głodu nawiedziła Irlandię, Strzelecki zaangażował się w akcje pomocowe. Pomagał Irlandczykom i Brytyjczykom wyemigrować do Australii. Badania na terenie tego kontynentu, odkrycie złóż surowców mineralnych oraz znalezienie nowych terenów nadających się do osadnictwa zaowocowały też przyznaniem mu przez królową Wiktorię tytułu Rycerza Orderu św. Michała i św. Jerzego.

To były czasy, kiedy idąc w nieznane ryzykował wszystkim. To co zrobił było więc olbrzymim osiągnięciem.
Na szczycie Góry Kościuszki w Parku Narodowym Kościuszki w stanie Nowa Południowa Walia. Bieg na 11 km, organizowany przez Strzelecki Heritage Inc., marzec 2013. Fot. z archiwum prywatnego Pawła Gospodarczyka
Propaguje pan wielkiego odkrywcę między innymi organizując cykliczny Bieg na Górę Kościuszki.

Chciałem promować Strzeleckiego i Kościuszkę przez sport, który jest bardzo popularny wśród Australijczyków. Australia żyje nim na co dzień – jest wiele stadionów, mnóstwo klubów.

Pierwszy bieg odbył się w 2010 roku. Trasa w kierunku szczytu wynosiła 11 kilometrów. Na pierwsze wydarzenie przyjechał nawet Robert Korzeniowski. Było nas około 30 biegaczy, większość Australijczyków. Ze smutkiem muszę bowiem stwierdzić, że Polacy nie byli i nie są zbytnio zainteresowani bieganiem.

Wydarzenie organizowałem przez pięć lat do czasu, kiedy mieliśmy patronat polskiego urzędu konsularnego. Po zmianach administracyjnych nowa konsul nie była zainteresowana dalszym patronowaniem naszej akcji, więc postanowiłem ją zawiesić. Byłem rozczarowany. Biegi organizowałem częściowo z własnych pieniędzy, robiłem między innymi koszulki czy pamiątkowe medale, a nasza placówka dyplomatyczna – konsulat w Sydney – nie chciała jej dalej rekomendować. To był kubeł zimnej wody na moją głowę.

Obecnie stowarzyszenie zajmuje się między innymi sprowadzaniem książek z Polski, które trafiają do sobotnich szkół polonijnych. Robimy specjalne wystawy, część publikacji zostawiamy w wybranych placówkach. Podczas prezentacji opowiadamy o tym, co Strzelecki zrobił dla tego kraju.

W Australii żyje prawie 200 tysięcy Polaków, głównie w Sydney, Melbourne czy Perth. Jak sobie radzą, czy osiągają znaczące sukcesy?

Polacy mieli mózgi sprane przez telewizję rosyjską

Moja gazeta przyjęła jednoznaczną pozycję krytyczną wobec tego, co Rosjanie robili na Ukrainie – mówi redaktor naczelny „Kuriera Wileńskiego”

zobacz więcej
Najwięcej Polaków wyemigrowało do Australii w latach 80. ubiegłego wieku. Z każdym rokiem napływają kolejni Polacy, sami bądź z rodzinami, ale jest ich dużo mniej niż jeszcze kilka lat temu.

Polacy są ambitni i przedsiębiorczy i potrafią odnaleźć się w trudnych warunkach. I całkiem sobie dobrze radzą pod względem ekonomicznym. Ponad 90 procent tych, którzy wyemigrowali do Australii, ma swoje domy bądź mieszkania. Dążą do tego, aby docelowo mieć coś swojego.

Mamy też osiągnięcia na innych polach. Wśród najbardziej znanych osób w australijskim biznesie jest Zygmunt Edward „Ziggy” Switkowski, który w latach 1999-2004 był dyrektorem generalnym (CEO) firmy Telstra, największego operatora telekomunikacyjnego.

Wśród znanych osób w Australii mamy też trochę aktorów, sportowców czy prezenterów telewizyjnych.

To, co jeszcze wymaga poprawy, to zaangażowanie Polonii w politykę. Z moich obserwacji wynika, że inne narodowości, jak choćby Grecy czy Włosi, lepiej się odnajdują na scenie politycznej. Mają swoich przedstawicieli. W przeciwieństwie do nas. Nie mamy nikogo w rządzie federalnym, kto mógłby pomagać nam w walce o nasze prawa etniczne, wspierać nasze działania i nas jednoczyć.
Paweł Gospodarczyk podczas wycieczki z grzybobraniem na górę Niemcową koło Kosarzysk na Sądecczyźnie. Fot. z archiwum prywatne PG
Czy wśród polonusów są tacy, którzy chcą wrócić do ojczystego kraju?

Niektórzy na emigracji są zagubieni. Głównie dotyczy to osób starszych. To one najbardziej tęsknią za Polską. Ale co ciekawe, kiedy uda im się wyjechać do rodzinnego kraju, to pomieszkają tam przez kilka lat i jednak wracają z powrotem do Australii. Zbyt długi pobyt na emigracji spowodował, że nie mogą się odnaleźć na nowo w Polsce. Okazuję się też, że nie mają już tak bliskich relacji z rodziną. Zauważają również trudniejsze warunki pogodowe – w Australii nie ma zimy, temperatura w tej porze roku oscyluje w granicach zera stopni, więc w chłodnej zimą Polsce nie czują się już jak u siebie.

No i, jak wspomniałem wcześniej, tu żyje się bardzo wygodnie, choć trzeba zauważyć, że w Polsce jest coraz lepszy standard życia. Tutaj u nas, jeżeli się ma w miarę dobrą pracę i ma się swój domek jednorodzinny, to życie w Australii jest całkiem spokojne i dobre. Służba zdrowia jest na niezwykle wysokim poziomie. Są też różne świadczenia socjalne. W Australii bardzo rozwinięta jest opieka nad starszymi osobami. Płacąc 5 lub 6 dolarów za godzinę można zamówić sobie pomoc do zrobienia zakupów, prasowania czy sprzątania, resztę dopłacają lokalne władze czy polonijne. Taką opiekę dwa razy w tygodniu ma moja mama, która ma 84 lata.

Jestem Japonką i jestem dzika, jak górale w Gorcach. Tu mogę spokojnie umrzeć

Akiko Miwa zamieszkała koło Nowego Targu, na polanie na wysokości 780 m n.p.m. i tu czuje się bardziej u siebie, niż kiedyś w Japonii.

zobacz więcej
Moje dzieci chcą żyć w Australii, tu się urodziły, tu jest ich ojczyzna. Raczej by się nie odnalazły w Polsce. One wychowały się tutaj i bliższa jest im ta rzeczywistość, choć czują się też Polakami. Mają rozdarte dusze, jak i wielu z nas.

Pan jest akurat w komfortowej sytuacji: przez niemal pół roku mieszka pan w Polsce, resztę czasu spędza pan w Australii.

Po zadomowieniu się w Australii, nie brałem pod uwagę, że kiedyś wrócę do Polski. Swój sentyment do ojczyzny odziedziczyłem po ojcu, który bardzo tęsknił za krajem. Kiedy po raz pierwszy wrócił z Australii, postanowił kupić dom i gospodarstwo na wsi. Mieszkaliśmy wtedy w Radomiu. Chcieliśmy się wynieść z miasta, szukaliśmy zacisznego miejsca i dojechaliśmy do Żegiestowa kołu Muszyny. Tam zatrzymaliśmy pana idącego chodnikiem pytając, czy nie ma tu ktoś na sprzedaż gospodarstwa. Odpowiedział, że właśnie on chce sprzedać swoją ojcowiznę. Kupiliśmy i tata zbudował tam dom, a po jego śmierci ja opiekuję się tym miejscem.

Od 10 lat regularnie tam jeżdżę. To jest takie miejsce wypadowe dla mojej rodziny i znajomych. Kocham góry. Tu można naprawdę wypocząć. Zajmuję się w tym czasie eksportem polskich produktów do Australii, jak choćby wody mineralnej, soli kłodawskiej, soków czy przypraw. Corocznie staram się też brać aktywny udział w Igrzyskach Polonijnych, organizowanych w kraju przez stowarzyszenie „Wspólna Polska”.

Teraz jestem zachwycony, wręcz zachłyśnięty ojczyzną, szczególnie moją wsią w górach. Te tereny są magiczne. Przyroda w Polsce jest niepowtarzalna. Rozkoszuję się tutaj różnymi porami roku, czego nie ma w Australii. Te przejścia pór roku robią na mnie wyjątkowe wrażenie. Jesień jest szczególnie cudowna. W Australii czy Nowej Zelandii mamy piękne widoki, ale swojskie inaczej „smakują”. To nawet trudno ująć w słowa. Ciarki przechodzą przez człowieka. Nawet nie wiemy, dlaczego to lubimy, ale siedzi to w nas bardzo głęboko.

W Polsce mamy też znakomite i smaczne jedzenie. Nasze restauracje są wspaniałe z wyglądu i różnorodności naszych typowych dań i przysmaków. Powinniśmy być z tego dumni. W Australii nie da się odtworzyć takiej atmosfery i klimatu, jakie panują w naszym kraju, a w szczególności naszych polskich gór i ich uroków.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Paweł Gospodarczyk na Górze Kościuszki. Fot. z archiwum prywatnego PG
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Nawet po Katyniu uważał, że trzeba rozmawiać z Sowietami
12 grudnia opublikowano tzw. Listę Ładosia – spis ponad 3,2 tys. Żydów, dla których polscy dyplomaci w Szwajcarii przygotowali latynoamerykańskie paszporty, próbując ratować ich przed Holokaustem.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Agnieszka Romaszewska: Polacy muszą włączyć się we wspólne...
Szefowa TV Biełsat rozważa, czy Białorusini mogą zarazić się etnicznym szowinizmem.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Reżyserki, etyczki, ministry… Najbardziej irytuje mnie gościni
Gombrowicz ironizował, że pisarka to gorszy rodzaj pisarza. A kiedy Wisława Szymborska dostała Nobla, w niektórych artykułach w uznaniu jej zasług pisano, że należy ją nazywać poetą, nie poetką.
Rozmowy wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Polska czerpie niemałe przychody z bitcoina. Czy nad Wisłą są...
Będziemy płacili librą Facebooka albo walutą chińską. Chyba, że powstanie narodowy pieniądz cyfrowy.
Rozmowy wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Szeptuchy odwracają uroki, huculskie voodoo zabija wiedźmy
Znam mnóstwo zaklęć, więc znajomi czasami proszą mnie o pomoc. Jedna koleżanka powiedziała, że dzięki mnie zaszła w ciążę – opowiada etnolog badająca magię ludową.