Kultura

Nobel dla Tokarczuk i Handkego – królewski figlik Gustawa XVI

Pisarka stworzyła wizję świata stosunkowo może mało finezyjną literacko (jej zdania są zgrabne, ale nie zapadają w pamięć, nie powtarza się ich w zachwycie), ale – mimo przywoływania różnych epok i miejsc – jednorodną.

Wielu skłonnych było dogadywać Komitetowi Noblowskiemu, że brak mu (jak powiedziałby laureat Literackiej z 1989, Camilo José Cela) cojones – ale okazało się to opinią na wyrost. Mniejsza już o przyczyny, jakie stały za nieprzyznaniem Literackiej Nagrody Nobla w ubiegłym roku (What happens in Stockholm, remains in Stockholm), ale tegorocznym dubeltowym wyróżnieniem cny Komitet zdołał zamieszać w dwóch krajach „młodej Europy” naraz. I to uruchamiając w jednym i drugim przypadku dokładnie odwrotne emocje, a ściślej, galwanizując w dokładnie odwrotny sposób elity miejscowe oraz obserwatorów europejskich. Zupełnie, jakby chciał pokazać, że w całej tej nagrodzie idzie o zagranie ludziom na nosie. A tak przecież nie jest.

Spójna wizja

W Polsce – jak wiadomo – od wczoraj trwa obustronne wzmożenie: jedni, jak Jan Hartman chcą, w nie do końca może przemyślanej frazie, by Olga Tokarczuk „poprowadziła Polaków do urn”. Inni już nie tylko odsądzają ją od czci i wiary (to rzecz przy Noblach literackich w sumie zwyczajna), ale też deklarują w mediach społecznościowych, że nie zamierzają wziąć jej książek do rąk. Tutaj licytacja zaszła już dosyć daleko: najpierw deklarowano „nigdy nie czytałem nic Olgi Tokarczuk”, w kilka godzin później sięgnięto po futurum, zapowiadając „nigdy nie przeczytam nic Olgi Tokarczuk”.
Ponieważ ciśnienie nadal jest duże, istnieje ryzyko, że sytuacja wymknie się spod kontroli i niektórzy ogłoszą, że nigdy nie zamierzają przeczytać żadnego utworu nikogo, kto ma na nazwisko Tokarczuk, pozbawiając się (a szkoda) szansy na lekturę zbiorów homilii śp. arcybiskupa metropolity Ignacego Tokarczuka (w tym słynnych „Wytrwać i zwyciężyć, Editions Spotkania, Paryż, 1988); w dalszej kolejności, ze względu na bliskość alfabetyczną, zagrożeni zapisem są m. in. Trembecki i Tuwim, a następnie Bronisław Wildstein, co pozwoli Hartmanowi spotkać się z analfabetami na życzenie i raz jeszcze udowodnić, że les extrêmes se touchent.

Mało kto zwrócił uwagę, że nagrodzona została pisarka o wyjątkowo spójnej wizji świata. To wizja radykalnie odmienna od tej, do której przyzwyczajeni są niedzielni czytelnicy literatury. Ci, którzy mają z książkami do czynienia trochę częściej, rozpoznają wrażliwość, lęki, uprzedzenia, zachwyt, z którymi zetknęli się już (w innych proporcjach, w zupełnie innej stylistyce) a to u Ursuli Le Guin, a to u Margaret Atwood, a to u Toni Morrison (też noblistka!) czy Angeli Carter.

Olga Tokarczuk rzeczywiście, co przypominają teraz wszyscy, terminowała u Junga (nie tylko jako pracowita studentka psychologii, ale jako współautorka hermetycznego magazynu „Mandragora”, wydawanego w latach 80. we Wrocławiu, którego mistrzami duchowymi byli myśliciele tak nieortodoksyjni, jak Ireneusz Kania czy Jerzy Prokopiuk), u Eliadego, u kabalistów i antropozofów, ale warto było, skoro stworzyła całkiem osobną wizję świata. Wizję, dodajmy, stosunkowo może mało finezyjną literacko (jej zdania są zgrabne, ale nie zapadają w pamięć, nie powtarza się ich w zachwycie tak jak niektórych fraz Bułhakowa, Babla, Bruno Schulza czy mało u nas czytanej, a współtworzącej literaturę II RP Debory Vogel), ale – podkreślam – jednorodną, mimo przywoływania różnych epok i miejsc.

Dobrze współbrzmi

To zabawne, że świat wsi, przyrody, natury, obecny jest w literaturze polskiej stale, od Reja po wielkiego nienagrodzonego Noblem Wiesława Myśliwskiego, ale dopiero u Tokarczuk, bardziej niż u wszystkich zapomnianych „naturalistów” XIX wieku, naprawdę doszła do głosu Natura: dzika, nieokiełznana, wielogłosowa, podległa rytmom krwi i Księżyca, intuicyjna. To wizja – jak miałem już okazję gdzieś napisać – naturalnie politeistyczna, nie tyle anty-chrześcijańska, co a-chrześcijańska.

Świat Tokarczuk, choć pojawiają się w nim cuda, księża i płacząca nad ludzkim nieszczęściem Matka Boska z cudownego obrazu, to w gruncie rzeczy świat dionizyjski: świat Mocy, klątw, przeznaczeń, nawiedzeń, olśnieni i bachantek, opętanych tańcem, a wreszcie rozszarpujących racjonalność.
Austriacki pisarz Peter Handke w ogrodzie swojego domu w Chaville, niedaleko Paryża, 10 października 2019 r. W tym w dniu Akademia Szwedzkaą ogłosiła, że otrzymał on nagrodę Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury za 2019 rok. Fot. PAP/EPA, Julien de Rosa
Naturalnie, takie postrzeganie świata wpisuje się w wiele współczesnych porządków: i w naszych czasach Dionizos tańczy w najlepsze, współczesny feminizm bardzo chętnie sięga po postać „wiedźmy” i „czarownicy”, pozytywnie je rewaloryzując – i wiedząc to, można spojrzeć na nagrodę dla Tokarczuk trochę racjonalniej niż jako na perfidny spisek polityczny: jej pisanie po prostu wyjątkowo dobrze współbrzmi z dominującymi wśród jurorów Królewskiej Akademii Szwedzkiej wizją świata i człowieka. Oczywiście, może się to wydać osobliwe – ale nie bardziej niż Nobel dla Reymonta w dekadzie, w której otrzymali ten laur również inni autorzy solennych powieści: Knut Hamsun, Henrik Pontoppidian i Sigrid Undset.

My zaś zostajemy z perspektywą radykalnego rozszerzenia „polskiego kanonu literackiego” – co naprawdę będzie wyzwaniem poważniejszym intelektualnie niż dredy noblistki czy jej niesprawiedliwa, wręcz fatalna, ale udzielona w trybie wypowiedzi w wywiadzie, cytowana do znudzenia wypowiedź.

Uszczęśliwieni Serbowie

Czymże są jednak polskie kłopoty z Tokarczuk w porównaniu z austriackimi i serbskimi tropami z Peterem Handke! Przypomnijmy: wiecznie skrzywiony, wściekły, radykalnie zbuntowany pisarz, kolega innej noblistki-skandalistki, Elfrede Jellinek, z którą wspólnie szykowali się do podpalenia burżujskiego świata w szeregach Grazer Gruppe, skupiającej w połowie lat 60. lewicujących glittterati.

Świat podpalić się nie dał, rozczarowany Handke żył więc z pisania niezłych scenariuszy filmowych, po nocach pisał awangardowe, dekonstruujące język i obnażające pustkę międzyludzkich relacji powieści, idąc trop w trop za Thomasem Berhhardtem – aż w latach 90. zdobył się na naprawdę udaną prowokację: wbrew oburzeniu całego cywilizowanego świata, który o Bałkanach wiedział niewiele, w zasadzie jedno: że Bośnia jest OK, a Serbowie – be, Handke napisał, że może jednak jest inaczej?

Nie znaczy to, by o piekielnie skomplikowanych racjach, które towarzyszyły krwawemu rozpadowi Jugosławii wiedział dużo więcej od dziennikarek CNN. Był to gest z gatunku „odmrożę sobie uszy”, podyktowany w pierwszej kolejności ennui i przekorą. Ale gest kosztowny: z dnia na dzień z grona „zbuntowanych lewaków” stał się „nacjonalistycznym prawakiem”, z dnia na dzień jego sztuki zeszły z afiszów, wydawcy zamknęli przed nim drzwi, telewizje śniadaniowe przestały zapraszać na pogawędki o życiu pisarza – i nic, żadne szczeciniaste uściski partyzantów w przekrzywionych titowkach nie mogły mu tego wynagrodzić.

Polityczne uwikłanie jest dla pisarza niebezpieczne

Dla czytelnika, którego uwiodła opowieść Olgi Tokarczuk o nieustannym dążeniu do prawdy, wybory polityczne pisarki jawią się jak zaprzeczenie własnej drodze.

zobacz więcej
Handke nacjonalistą? Coś takiego mogły wymyślić tylko przysłowiowe dziennikarki CNN, nieświadome snadź, że żadna europejska lewica nie jest tak ojkofobiczna, jak austriacka. Nie wiedzieli tego jednak i Serbowie, uszczęśliwieni bezgranicznie (skąd my to znamy?), że w obcym, nieprzyjaznym świecie znalazł się ktoś – jakiś Sławny Pisarz – który wie, że wielkie potęgi są przeciwko nam i pochyla się nad naszą krzywdą.

Handke w pewnym sensie sam sobie spłatał figla: chciał zagrać na nosie światu, a trafił do zabiedzonego, wyniszczonego sankcjami kraju, gdzie brali go w objęcia a to mężczyźni obwieszeni złotymi łańcuchami i co chwila pociągający nosem, a to utlenione żurnalistki pociągające nosem z innego powodu, a mianowicie z patriotycznej egzaltacji – a wszyscy odmieniający przez wszystkie przypadki słowo „naród”. Mało, sam Slobodan Milošević powołał go jako świadka obrony przed Trybunałem w Hadze!

Za dredy

Handke znosił to cierpliwie przez 20 lat, w 2017 jednak cierpko zauważył (w czerwcu 2017, dla tygodnika „Nedeljnik”) „Dziwne, wszyscy w Serbii mnie uwielbiają, ale nikt mnie nie czyta; ba, nie ma nawet moich przekładów!”. Rzeczywiście, byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że przecież nie za cierpką, wielopiętrową, pokręconą prozę lubiano go w dolnym biegu Dunaju, lecz za brodę (rzadką, lecz zawsze); na podobnej zasadzie, na której nad Wisłą spora część populacji nie lubi Tokarczuk nie za splątanie losów Markiza w „Podróży ludzi Księgi”, lecz za dredy.

I kiedy już wszystko się trochę ułożyło, Handkego zaczęto po trosze wydawać, a Serbia krok po kroku, bardzo mozolnie sunie ku kompletnie tym niezainteresowanej Unii Europejskiej, nagle – Nobel! Belgrad oniemiał, prawdziwi patrioci, którzy dawno już prześnili swój sen o Wielkiej Serbii, rzucili się do odszpuntowywania beczułek ze śliwowicą, a bardzo prounijne i liberalne władze wycedziły powinszowania dla noblisty w sposób, który każe współczuć im ciężkiego przypadku szczękościsku. Kto wie, może nawet coś mu teraz przełożą na serbski…?
Król Szwecji Karol Gustaw XVI podczas rozpoczęcia noblowskiego bankietu 10 grudnia 2018 r. w Sztokholmie. Fot. Pascal Le Segretain / WireImage/Getty Images
I tak plączą się losy: intuicjonistka okrzyknięta „feministką” i nihilista okrzyknięty „nacjonalistą” niczym na awersie i rewersie jednej szwedzkiej korony. Król i Akademia tylko się uśmiechają: kto wie, może za rok postanowią powtórzyć ten żart, ponownie obracając żeton, i pokojowego Nobla dadzą premier Serbii, pani Anie Brnabić, która nie tylko uczęszcza na belgradzką Paradę Równości, ale też czynnie hołduje jej ideałom, pozostając w związku z przyjaciółką. Tylko kto wówczas, dla symetrii, odbierze nagrodę w Polsce?

Nawet jednak, jeśli tak się nie stanie – tylu konsumentów medialnych uproszczeń czeka jeszcze w kolejce, by wystrychnąć ich na dudka! – i tak zazdroszczę królowi Karolowi XVI Gustawowi i innym uczestnikom grudniowego noblowskiego bankietu: wiele bym dał, by usłyszeć pierwszą wymianę zdań Olgi Tokarczuk i Petera Handkego.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Olga Tokarczuk pozuje do zdjęć 10 paździenika 2019 roku, po tym, gdy otrzymała informację, że została nagrodzona Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury za 2018 rok. Fot. REUTERS/Thilo Schmuelgen
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.