Historia

Jak Jacek Kuroń stał się dowódcą armii pacyfikującej społeczny bunt

Tekstów apologetycznych, pisanych o nim z pozycji lewicowo-liberalnych jest dość. Jeśli już zatem ktoś wciąga na grzbiet koszulkę z Kuroniem, machając nią jak czerwonym sztandarem, to warto by wyjaśnił sensowniej niż „żelazną koniecznością ekonomiczną” akces dawnego czerwonego harcerza do neoliberalizmu.

Mateusz Werner i Jakub Moroz poświęcili współzałożycielowi KOR oraz dwukrotnemu ministrowi pracy i polityki socjalnej w III RP kolejny program „Sądy, przesądy – W powiększeniu”. Do dyskusji zaprosili: socjologów Michała Łuczewskiego i Adama Ostolskiego oraz publicystę Krzysztofa Wołodźkę. Emisja: z 20 na 21 października o godz. 1.10 w TVP3.

Jacek Kuroń. Dla „Krytyki Politycznej” – lewicowy wrażliwiec. Dla tych, którzy chcieliby sięgnąć poza piękny mit – postać o niezaprzeczalnych zasługach dla demokratycznej opozycji i w latach 50. gorliwy budowniczy Polskie Ludowej. I też człowiek, który w najtrudniejszym dla ogromnej części polskiego społeczeństwa momencie terapii szokowej, odwiesił lewicową wrażliwość na kołek. I gorąco zachęcał Leszka Balcerowicza, Czesława Kiszczaka i kogo tylko się dało do jak najradykalniejszych działań przeciw robotnikom, rolnikom i wszystkim, których życie przewracano jak pionki na szachownicy, w imię największej po 1944 roku rewolucji ekonomicznej w Polsce.

Kuroń uwielbiał patos wielkich idei i żywioły społecznych przemian, nawet jeśli przy ich okazji marnowano wokół życie ludzi. Może dlatego dawny marksista tak łatwo odnalazł się w nowej ideologii, na której ufundowano III Rzeczpospolitą.

Model bolesny dla ludzi, ale mniej uciążliwy dla staro-nowych elit

Na wolny rynek nawrócił go amerykański ekonomista, neoliberał bez najmniejszego cudzysłowu – Jeffrey Sachs. Wprost piszą o tym w szczerej, głębokiej biografii wybitnego opozycjonisty Anna Bikont i Helena Łuczywo.
Kwiecień 1989. Przed kontraktowymi wyborami do Sejmu w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego obradowali członkowie Komitetu Obywatelskiego Solidarność. Na zdjęciu obok Jacka Kuronia po prawej Marek Edelman. Fot. ka PAP/Jan Bogacz
Był 1989 rok, w słynnym kuroniowym mieszkaniu przy Mickiewicza na Żoliborzu byli opozycjoniści przeobrażali się w demiurgów transformacji. Sachs wspominał po latach, że i on się tam zjawił. Tłumaczył ekskomuniście wolnorynkowe reguły gry, a Kuroń – jak miał w zwyczaju – zapalił się niesamowicie do prostych pomysłów na szybkie, choć i bolesne zbawianie świata:

„Co kilka minut Kuroń walił ręką w stół i powtarzał: »Tak, rozumiem! Tak, rozumiem!« W pokoju było coraz gęściej od dymu, z butelki lał się alkohol. A ja mówiłem i mówiłem, chyba jeszcze dwie czy trzy godziny. Byłem zlany potem. Nie wiem, ile paczek papierosów wypalił tego wieczoru, miażdżąc niedopałki w przepełnionej popielniczce. Pod koniec powiedział: »Okej, ja to rozumiem. Tak zrobimy. Napisz plan«”.

Smutek Jacka Kuronia

Wojciech Stanisławski o liście nauczycieli z Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia: – Istnieją wizje świata, z którymi nader trudno podjąć racjonalny dialog.

zobacz więcej
Jest jasne, że to nie sam Kuroń zdecydował o powstaniu planu Balcerowicza. A jednak człowiek o PPS-owskich korzeniach, który musiał przecież rozumieć, co różni nie tylko w kwestiach ekonomicznych, ale i społecznych doktrynę radykalnie liberalną gospodarczo od choćby socjaldemokratycznej, dał się Sachsowi i innym nawrócić szybko i łatwo. I podobnie jak niegdyś prostalinowscy marksiści, tak i on uznał, że istnieje tylko jeden model zmiany. Model, jak się okazało, najbardziej bolesny dla ogółu społeczeństwa, ale zdecydowanie mniej uciążliwy dla staro-nowych elit. Gdy do władzy doszedł rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kuroń zaczął sekundować Leszkowi Balcerowiczowi.

Terapię szokową legitymizował już jako minister pracy i polityki socjalnej, człowiek nie tylko od „kuroniówki”, czyli zasiłku dla przybywających nagle bezrobotnych i zupy rozdawanej za darmo warszawiakom w początkach przemian, ale także pan z telewizora, który w swoich pogadankach wyjaśniał, że biedę trzeba znieść, należy zacisnąć zęby w imię lepszego jutra. Aleksander Kwaśniewski ujął to lapidarnie: „Pogadanki Kuronia miały dla przemian zasadnicze znaczenie. To on ten towar wepchnął ludziom do rąk”.

Autorytet Kuronia był wówczas niezaprzeczalny: przekonywał włókniarki z Łodzi i górników ze Śląska, że teraz musi być im gorzej, bo już za chwilę będzie tylko lepiej. Kilka lat później, gdy zrozumieli, że transformacji nie robiono z myślą o ich życiowych interesach, byli już robotnicy i robotnice odwracali się od niego plecami.

Żądał od gen. Kiszczaka, żeby zrobił porządek z protestującymi

Pod koniec grudnia 1989 roku Sejm uchwalił dziesięć ustaw planu Balcerowicza. W całości poparli go także postkomuniści, którzy przepoczwarzali się właśnie w europejskich socjaldemokratów. Kuroń nie tylko chwalił radykalizm planów swojego kolegi z rządu. Choć oczkiem w jego głowie było zabezpieczenie emerytów, dla całej reszty społeczeństwa nie miał większych sentymentów.

Jacek Ambroziak, szef Urzędu Rady Ministrów w rządzie Mazowieckiego wspominał: „Balcerowicz chyba przekabacił go na swoją stronę. Jacek stał się jego obrońcą ku zdumieniu nas wszystkich, zwłaszcza samego Mazowieckiego”. Potwierdzał to sam premier: „Zauważyłem, że Jacek przestaje być przeciwwagą dla Balcerowicza, jest za bardzo zgodny. On się tym zafascynował, jak my wszyscy, tym, że robimy wielką zmianę ustrojową”.
Warszawa 23.11.1990. Protest kilkuset górników przed gmachem Sejmu. Górnicy manifestują przeciwko niewywiązywaniu się rządu z podjętych zobowiązań wobec resortu górnictwa. Fot. PAP/Teodor Walczak
Gdy w czerwcu 1990 roku rozpoczęły się rolnicze protesty, blokada dróg pod Mławą, były opozycjonista Jacek Kuroń nie miał wątpliwości, co z tym należy zrobić. Zdecydowanie poparł wysłanie policji przeciw chłopom i użycie siły. Z nutką przesady, bo to nie on jednak wydawał rozkazy siłom porządkowym, stwierdzał: „Kiedyś policja często wyruszała przeciw mnie. Teraz ja po raz pierwszy podejmowałem decyzję, żeby wysłać policję przeciw demonstrantom”.

„Wobec przemocy rząd ma prawo stosować przemoc” – powiadał Kuroń. Można to traktować jako prognostyk: w nowych ustrojowych realiach byli dysydenci łatwo rozgrzeszali się ze swoich działań przeciw buntującym się grupom społecznym i zawodowym – wszak doczekaliśmy demokracji. A on już nie był piewcą rewolucji, stał się dowódcą armii pacyfikującej społeczny opór. Janina Paradowska wspominała: „Słyszałam, że Kuroń wziął kartkę i jak generał sztabowy rysował strzałki, kierunki natarcia policji, rozlokowanie sił, które miały rozpędzić strajkujących”.

Czas anarcho-tyranii i chaosu ludów?

Antykomunizm w latach 90. przepoczwarzył się w bałwochwalczy kult wolności. Jarosław Zadencki to dostrzegł.

zobacz więcej
Na posiedzeniu Rady Ministrów Kuroń jako szef resortu pracy żądał od ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, czyli Czesława Kiszczaka, żeby „zachował się jak mężczyzna” i nakazał policji zrobić porządek z protestującymi rolnikami. Mazowiecki wspominał: „Jacek dzwonił do Kiszczaka i krzyczał: »Co oni tacy delikatni!«. Kiszczak się bronił, a Jacek atakował, dlaczego nie zrobią porządku”. Gdy policjanci dalej pertraktowali z chłopami, Kuroń mało nie krzyknął na Kiszczaka: „Panie generale, czy pana ludzie to policja, czy przedszkolanki?! Trzeba tę blokadę zlikwidować od razu!”.

Choć dziś wielu wyjaśnia sobie całą rzecz zmienionym ustrojowym kontekstem, łatwiej dzięki takim przykładom zrozumieć, dlaczego później tak często okazywało się, że środowiska lewicowo-liberalne mają tak mało cierpliwości dla społeczeństwa, szczególnie dla tej jego części, która znacznie lub nieco gorzej wyszła na przemianach. Chodzi nie tylko o przyzwolenie na siłowe rozwiązywanie konfliktów we wczesnych latach 90. przez władze wywodzące się już z demokratycznej opozycji czasów PRL, ale coraz wyraźniejszą i narastającą z czasem coraz bardziej obcość nowej elity wobec ludności gorzej sytuowanej i mniej liberalnej światopoglądowo.

W III RP nie tylko Kościół okazał się przeciwnikiem lewicowej inteligencji, związanej choćby z Komitetem Obrony Robotników, która nie była już skazana na przykościelne salki parafialne i kryjówki po plebaniach, bo zyskała własne pieniądze, władzę i swoją agorę. Także robotnicy, rolnicy indywidualni i popegeerowska wieś okazali się dla niej zbędni, czy wręcz niebezpieczni dla całego projektu ultraliberalnej ekonomicznej transformacji. Mniej zamożny świat pracy najemnej znalazł się na marginesie zainteresowania dawnej lewicy laickiej.

Nawrócił się, gdy dorastało już nowe pokolenie dziedziczące biedę

Jacek Kuroń, społeczny wrażliwiec i ex-komunista, w najbardziej gorącym okresie, który decydował o kolejnych dekadach, nie stał wcale tam, gdzie powinni stać ludzie korzeniami związani jeszcze z przedwojennym PPS-em. A choć w kolejnych latach żałował akcesu do neoliberalizmu, to jego późniejsze nawrócenie na alterglobalistyczną lewicowość ofiarom transformacji przydało się, jak umarłemu kadzidło.
Warszawa, 28.06.1995 Jacek Kuroń i lider SLD Aleksander Kwaśniewski wymieniają poglądy w przerwie posiedzenia Sejmu. Pół roku później ten drugi zostanie zaprzysiężony na prezydenta Polski. Fot. PAP-Wojtek Stein
Gdy politycznie już mało znaczył, choć oczywiście wciąż był społecznym autorytetem nie tylko w gronie przyjaciół, mógł do woli pisać gorące apele o opamiętanie, o ukrócenie niesprawiedliwości nowych czasów. Na nic nie miały już one wpływu; dorastało już zresztą nowe pokolenie, które często dziedziczyło poprzemysłową i popegeerowską biedę – Kuroń tym ludziom kojarzył się ewentualnie tylko z mocno pejoratywnie postrzeganą „kuroniówką”.

On sam jak się zdaje nie zrozumiał, że w oczach społeczeństwa stał się kimś sprzecznym, że ludzie już się odwracają od dawnych liderów Solidarności. W 1995 roku, gdy kandydował na prezydenta Polski jako polityk Unii Wolności, sądził, że zbierze szerokie poparcie społeczne. Bikont i Łuczywo: „Uważał, że wybiorą go i ci, którzy wypadli za burtę przemian, biedni, bezrobotni – bo zasłynął jako ich obrońca, i beneficjenci transformacji – bo był jednym z jej twórców”. Okazało się jednak – o czym sporo też w jego biografii – że jednym i drugim nie jest już właściwie do niczego potrzebny. Na marginesie: kandydaturze Kuronia sprzeciwiało się wówczas prawe skrzydło partii, z Janem Rokitą na czele, popierające Lecha Wałęsę.

Im szybciej skończy się kult inteligencji, tym lepiej

Wysunięcie kandydatury Lecha Wałęsy na prezydenta oraz włożenie ogromu środków w jego kampanię miało upokorzyć Polaków – twierdzi prof. Ewa Thompson.

zobacz więcej
Lato-jesień 1995 roku. Bikont i Łuczywo: „2 września obchodzono rocznicę porozumień Sierpnia’80 w Jastrzębiu. Przyjechały czołowe postaci Sierpnia i Solidarności, Bogdan Borusewicz, Bogdan Lis, Karol Modzelewski, Jacek Kuroń. Uroczystość okazała się »kompletnym niewypałem«, jak to określiła »Trybuna Śląska«. »Nie było mieszkańców miasta« – pisał »Dziennik Zachodni«”. Sasza Malko, przyjaciel Kuronia, dziennikarz: „W rocznicę Sierpnia (…) poszliśmy pod pomnik Poległych Stoczniowców. Staliśmy przed krzyżami, z bramy w stoczni wychodzili pracownicy, widzieli Jacka. Kompletna obojętność, nikt się nie obejrzał, nie przywitał. (…) Tego dnia Kwaśniewski, otoczony tłumem, rozdawał kiełbaski w Sopocie”.

Joanna Szczęsna, pisarka i dziennikarka: „Pojechałam z nim w czerwcu na Śląsk. Nie było tłumów, nic radosnego, atakowano go. Bronił dzielnie 1989 roku, że to była pierwsza bezkrwawa rewolucja. Wszystkie zaniedbania brał na siebie”. Co można powiedzieć o tym po latach? Socjolog i anarchista Jarosław Urbański dekadę temu w serialu dokumentalnym „System 09” Andrzeja Horubały i Wojciecha Klaty dobrze tę „bezkrwawość” podsumował: „Nikt nie mówi o tych, co się wtedy z rozpaczy wieszali”. A jeśli ktoś chce jeszcze lepiej zrozumieć, skąd ten brak wdzięczności choćby wobec Kuronia wśród stoczniowców i górników, niech przeczyta książkę Katarzyny Dudy „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda. O ofiarach polskiej transformacji”.

„Antykomunizm zagraża demokracji”

Dla postkomunistów Jacek Kuroń był oczywiście kimś obcym, choć oswojonym nieco w okolicach Okrągłego Stołu. Ale już w III RP w istotnej sprawie okazał się ich sojusznikiem.

Owszem, jeszcze w 1989 roku ukazała się jego autobiografia, rozliczenie z komunizmem, czyli „Wiara i wina”, w której pisał, jak pomagał niszczyć przedwojenne harcerstwo i starych harcerzy, jak uczestniczył w stalinizmie i jaką cenę płacili za to inni (mówią też o tym wszystkim bez ogródek Anna Bikont i Helena Łuczywo). Potrafił też z mównicy sejmowej przypomnieć szykany i bestialstwa więzienne w tamtych czasach. Mówił i o tym, że rzekomo zgwałcono go, gdy siedział za PRL w więzieniu – a więc nie zapomniał, czym był tamten czas nie tylko w najkrwawszych i najbrutalniejszych latach 40. i 50. Ale w tym samym Sejmie zdecydowanie sprzeciwiał się dekomunizacji i potępieniu komunizmu.
Zabić w sobie nienawiść
Czy wynikało to z tego, że był człowiekiem skomplikowanym, intelektualnie – tak to ujmijmy – ekscentrycznym? Słynnym z wypowiedzi w rodzaju: „Jestem zdecydowanym przeciwnikiem aborcji. I właśnie dlatego głosowałem, głosuję i zawsze będę głosował za jej dopuszczalnością w pewnych warunkach”.

A może powody były szersze? Kuroń uważał – o czym pisał wówczas w „Gazecie Wyborczej” – że „antykomunizm zagraża demokracji”. W czasie debaty parlamentarnej na ten temat przekonywał, że skoro w czasach PRL „uprawiano ziemię, budowano domy, pisano książki, uczono i leczono” w ramach „narzuconego Polsce systemu totalitarnego”, to komunizmu potępić nie wolno, a parlament nie jest od „rozstrzygania historycznych sporów”.

Elity III RP są w defensywie. Utraciły kontrolę nad rzeczywistością

Ugryziony w tyłek żubr, jak napisał swego czasu Jarosław Marek Rymkiewicz, przebudził się i pędzi w niewiadomym kierunku.

zobacz więcej
Czy zdawał sobie sprawę, że tego typu argumentacja wcale nie odżegnuje się od oceny dziejów, ale proponuje inną ich wykładnię, bardziej korzystną dla katów niż dla ofiar? I że cywilizowanych elementów struktury PRL, naturalnych w każdym współczesnym demokratycznym europejskim państwie, nie można traktować jako usprawiedliwienia dla niegodziwości całego systemu, kłamstw założycielskich PZPR i całej „ludowej”, powojennej Polski, służącej ustrojowemu ubezwłasnowolnieniu społeczeństwa i narodu? Czy naprawdę zapomniał lekcję Starszych Państwa z Komitetu Obrony Robotników, w którym było sporo przedwojennych PPS-owców, o tym co różniło II Rzeczpospolitą od PRL?

Najprawdopodobniej Kuroń, jak wielu ludzi głęboko uwikłanych w budowanie zrębów PRL, zachował w sobie podskórny sentyment do komunizmu jako płomiennej, rewolucyjnej ideologii z początków XX wieku. Nawet gdy po dekadach musiał już wiedzieć, jak liczne rzesze ludzi, także spośród biedniejszych warstw społecznych i całych narodów, komunizm wpędził nie tylko w biedę, ale i do grobów. Musiał przecież w latach 90. mieć pełną świadomość, jaką katastrofę aksjologiczną komunizm sprowadził na społeczeństwa, na gruncie których potraktowano go jako szczepionkę na kapitalizm i kolonializm. Choć często był też po prostu narzędziem nowej rosyjskiej dominacji.

A jednak pewnego rodzaju „wzruszenie źródłowym komunizmem”, jego rzekomym humanitaryzmem – zdruzgotanym już właściwie u początków sowieckiej Rosji, zaś później coraz bardziej skorumpowanym, w Polsce pasącym „towarzyszy szmaciaków” i karierowiczów PZPR-owskich z lat 80. – było dla pokolenia i środowiska Kuronia czymś charakterystycznym, stanowiło część ich światopoglądowego dziedzictwa. Nie przeszkadzało im to równocześnie rozkochać się we wszelkich możliwościach jakie dała im kolejna wielka transformacja ustrojowa – już pod koniec XX wieku.

Koszulka z Kuroniem jak czerwony sztandar

Fakt, że starszy już Kuroń stał się w okolicach millenium idolem Sławomira Sierakowskiego i że pisał listy wraz z młodym Adrianem Zandbergiem, dziś, jesienią 2019 roku upewnia w przekonaniu, że lewica w Polsce może być jedynie polityczną i ideologiczną figurą w grze super-beneficjentów transformacji: albo postsolidarnościowych, albo postkomunistycznych liberałów.
Jacek Kuroń jako kandydat na prezydenta Polski rozmawia ze słuchaczami Polskiego Radia PIK w Bydgoszczy. Fot. (kru) PAP/Wojtek Szabelski
Także Kuroń właśnie na to, w tamtym newralgicznym momencie, także solidnie zapracował, pomagając uruchomić mechanizmy ekonomiczne, polityczne i społeczne, które w późniejszych latach pchnęły sporą część zmęczonego transformacją społeczeństwa w objęcia postkomunistów. A oni – w praktyce nie rezygnując z mocno liberalnego podejścia do gospodarki – zgrabnie połączyli w jedno antytransformacyjną retorykę i własną wizję polityki historycznej, nastawioną na zachowanie jak największych realnych wpływów w staro-nowym państwie.

Ktoś powie, że nadto to krytyczny wobec Kuronia tekst. Rzecz w tym, że artykułów apologetycznych, pisanych o nim z pozycji lewicowo-liberalnych jest dość. Jeśli zatem ktoś wciąga na grzbiet koszulkę z Kuroniem, machając nią jak czerwonym sztandarem, to warto by wyjaśnił sensowniej niż „żelazną koniecznością ekonomiczną” akces dawnego czerwonego harcerza do neoliberalizmu. Z drugiej zaś strony, mało ciekawe są, inspirowane chyba jeszcze esbeckimi fałszywkami, krytyki Kuronia jako Żyda i anty-Polaka.

Charyzmatyczny lider znacznej części demokratycznej opozycji jest też symbolem tego, co stało się z polskim inteligentem w XX wieku. Nikt nie może odmówić mu dzielności, nadstawiania piersi na opozycyjnych barykadach w czasach PRL, dobrych pomysłów na sprzeciwianie się komunie. Tym smutniejszy jest fakt, że jako demiurg transformacji tak chętnie budował ład społeczno-gospodarczy jak najdalszy od przedwojennej PPS-owskiej tradycji, spółdzielczej, propracowniczej, nastawionej na budowę efektywnych, wspierających instytucji i prawodawstwa. A jeśli tak często przez dekady krytykował to, co nie udało się w II RP, także pod kątem kwestii społecznych, to jemu i jego środowisku w III RP udało się w tych sprawach jeszcze mniej.

– Krzysztof Wołodźko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wszystkie cytaty w artykule pochodzą z książki „Jacek” Anny Bikont i Heleny Łuczywo, Wydawnictwo Agora, 2018 rok
Zdjęcie główne: Warszawa, 12.09.1989. Sejm zatwierdza skład rządu Tadeusza Mazowieckiego. Na sejmowym korytarzu wicepremier Czesław Kiszczak (z lewej), minister spraw wewnętrznych i Jacek Kuroń, minister pracy i polityki socjalnej. Fot. PAP/CAF/Henryk Rosiak
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa
Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.
Historia Poprzednie wydanie
Posełki w pierwszym Sejmie niepodległej Polski
50 parlamentarzystek II RP – nie stały się czarownicami i powychodziły za mąż.
Historia Poprzednie wydanie
Zapomniany gigant z Domu pod Gigantami
Był jednym z największych darczyńców w dziejach Polski, hojniejszym od najbogatszych magnatów. Jego dzieła zna niemal każdy Polak, choć prawie nikt nie wie, jak się nazywał.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Jak zabić czerwonego cara. Stalin na celowniku
Ribbentrop zaproponował Hitlerowi, że zaaranżuje konferencję z udziałem sowieckiego satrapy, podczas której osobiście zastrzeli go ze specjalnego długopisu pistoletu.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Seks w służbie proletariatu
Ulicami przejeżdżały parady miłości, ich uczestnicy poprzebierani byli za duchownych, jedni całowali się i obmacywali, inni wykonywali sprośne gesty. Po rewolucji bolszewickiej w Rosji wybuchła rewolucja seksualna.