Rozmowy

Nawet ksiądz ma ornat łącki, a liturgia jest w gwarze

Pieśni religijne czasem też śpiewa się gwarą. Sama na ślubie mojej siostry postanowiłam przeczytać fragment Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian w języku gwarowym. Ksiądz ma ornat łącki, haftowany przez miejscowych twórców. Ostatnio można zaobserwować dużo ślubów, do których młoda para idzie w strojach regionalnych lub ma na sobie jakiś element regionalny – mówi filolog i etnomuzykolog Monika Kurzeja z Kiczni koło Łącka. Góralka jest autorką słownika gwary górali łąckich[1] i pracy na temat gry na listku.

Od 15 do 18 października w Nowym Sączu odbywa się Kongres Kultury Regionów – spotkanie osób z całego kraju, zajmujących się na co dzień ochroną dziedzictwa kultury niematerialnej. Są wśród nich m.in. dyrektorzy instytucji kulturalnych, naukowcy, regionaliści, instruktorzy czy animatorzy.

TYGODNIK.TVP.PL: Zamiłowanie do folkloru i ludowego muzykowania wyniosła pani z domu rodzinnego?

MONIKA KURZEJA:
Tak. Muzyka w moim domu była obecna zawsze. Rodzice bardzo często śpiewali podczas rodzinnych spotkań, uroczystości, choć nie umieli grać na żadnym instrumencie.

Miłość do kultury ludowej zaszczepiła we mnie szczególnie prababcia Anna Psonak. Pochodziła z dużego i znanego rodu Mikołajczyków z Kamienicy. Była bardzo przywiązana do tradycji. Pamiętam stojącą w jej pokoju, pięknie malowaną skrzynię wianną, w której przechowywała drogocenne przedmioty. Wśród nich książeczkę do nabożeństwa, różaniec oraz chusty.

Kiedy miałam 5-6 lat, postanowiła mnie nauczyć tradycyjnych pieśni ludowych. Zapisywałam potem te utwory w specjalnym zeszycie, więc przy okazji również je dokumentowałam. Niestety, ten zeszyt gdzieś się zawieruszył. Oddałabym teraz wiele, by go znaleźć.
Drugą osobą, która rozwinęła we mnie pasję muzyczną, był brat mojego dziadka – Franciszek Kurzeja, ludowy muzykant. Grał na skrzypcach. Dziadka nie pamiętam, ponieważ zmarł w młodym wieku, toteż Franciszek mi go w pewien sposób zastąpił. Mieszkał obok nas, więc często go odwiedzałam. Przyglądałam się, jak siedzi na pniu drzewa i klepie kosę; było to jego ulubione zajęcie. Wieczorami słuchałam jego barwnych opowieści, uwielbiałam je. Opowiadał o grze na skrzypcach, muzyce, swoich podróżach po Polsce i za granicą.

Franciszek Kurzeja to bardzo zasłużona postać dla regionu. Był samoukiem – gry na skrzypach i fujarce nauczył się podpatrując ojca, nie znając zapisu nutowego. Swoją pierwszą kapelę ludową założył już w 1937 roku. Był wielokrotnie nagradzany na festiwalach i konkursach.

W rodzinie stryjecznego dziadka muzyka również była towarzyszem codzienności. Wszyscy jego bracia na czymś grali. Jeden z nich na harmonii guzikówce, drugi na skrzypcach, a że był lutnikiem, to wykonał wiele instrumentów dla rodziny i okolicznych muzykantów. Siostra Franciszka grała na heligonce – to instrument diatoniczny przypominający akordeon, ale mniejszy i z guzikami zamiast klawiszy. Źródłem dźwięku są drgania blaszek wywołane strumieniem powietrza. Muzykantka na wsi to było w tamtych czasach nie do pomyślenia. Nie było to dobrze widziane. Rolą kobiety była wszak opieka nad dziećmi i zajmowanie się gospodarstwem domowym, a niekoniecznie muzykowanie. Odważna więc była z niej kobieta. Niestety zmarła młodo, jeszcze przed II wojną światową, na czerwonkę.

Wydziedziczono baców. Mówiono, że owce niszczą góry. Teraz wracamy!

Fujara ma dwa metry długości. Końcówka jest subtelna. Dwojnica ma sześć otworów i zarazem wcale. A trombita musi być szczelna. O co chodzi i jak to się robi?

zobacz więcej
W wieku 17 lat Franciszek Kurzeja stworzył pierwszą kapelę, z którą grywał na zabawach i potańcówkach. Po wojnie przez długi czas występował z Zespołem Góralskim „Wsi Tworzącej”, prowadzonym przez wybitnego sądeckiego regionalistę Mieczysława Czcibora-Cholewę. Związany był też z innymi zespołami ludowymi. W dawnych czasach muzykantów nie było zbyt wielu, nie każdy też miał własny instrument. Jak wspominał stryjek, aby dostać od sąsiada heligonkę na jeden dzień, musiał kilka dni pracować na jego polu.

Pierwsze skrzypce wykonał własnoręcznie. Struny były jelitowe. Nastroił je po swojemu, bez pomocy stroika. Potem, kiedy już miał kontakt z muzykantami, nauczył się poprawnego strojenia, aa z czasem mógł sobie również pozwolić na instrumenty fabryczne. Bo członek kapeli bardzo dobrze zarabiał. To była ważna postać na wsi.

Kiedy stryjek zauważył, że kocham muzykę tak jak on, to zaczął mnie uczyć gry na skrzypcach. Byłam wtedy w szkole podstawowej. Pamiętam, że stukał moją nogą o podłogę, żeby pomóc mi rytmicznie zagrać. Mój brat Rafał uczył się grać na basach i ten jego instrument mamy do dzisiaj. Z kolei wujek grał na sekundzie, bo w kapeli góralskiej są skrzypce prym i sekund – jest prymista, czyli muzyk wyznaczający główną melodię, a sekundy i bas grają akompaniament. I tak ze stryjecznym dziadkiem stworzyliśmy wspólnie kapelę rodzinną, z którą jeździliśmy na przeglądy.

Gra na instrumencie jest trudna, tym bardziej na skrzypcach, bo nie mają tzw. progów jak gitara – trzeba samemu znaleźć palcami miejsce, w którym wydobywa się właściwy dźwięk. Jest jeszcze trudniej, gdy się gra bez nut. To jest dar, a Franciszek miał dar szczególny, bo wyróżniał się słuchem absolutnym.
Ja również jestem wychowana na grze bez używania nut. Słyszę melodię i potrafię ją powtórzyć. Jeśli ktoś potrafi zagrać tylko z nut, to może mieć problem z improwizacją. To jakby ogranicza jego możliwości.

Dziś umiem grać na skrzypcach, fagocie i kontrabasie. Uczę się gry na heligonce, ale jak na razie bez większych efektów (śmiech). To wymaga czasu, cierpliwości i wytrwałości.

W swojej pracy o grze na listku udowadnia pani, że można zagrać na nim prawie wszystko, każdą melodię. Czyli można z niego wyczarować podobne dźwięki jak z profesjonalnego instrumentu?

To fascynujące, że część natury, na którą czasem nie zwracamy uwagi, może posłużyć za instrument. Pierwsza, nadana mu przez człowieka, funkcja listka była magiczna – był używany w zaklęciach czy rytuałach. Później zauważono jego inne zalety. Łatwiej było zerwać listek i próbować nauczyć się na nim grać niż kupić skrzypce, bowiem nie każdego było na nie stać.

Jestem Japonką i jestem dzika, jak górale w Gorcach. Tu mogę spokojnie umrzeć

Akiko Miwa zamieszkała koło Nowego Targu, na polanie na wysokości 780 m n.p.m. i tu czuje się bardziej u siebie, niż kiedyś w Japonii.

zobacz więcej
Dźwięk wydobywany z listka przypomina dźwięk skrzypiec w wysokich partiach. Niesamowite, że taka mała cząstka natury potrafi wydobyć z siebie takie dźwięki. Można tak naprawdę zagrać na nim wszystko. I jest coś ujmującego w tej muzyce, jest taka tęskna, rzewna.

To narzędzie dźwiękowe, bo nie każdy traktuje go jako instrument, tak naprawdę nigdy nie zostało dogłębnie zbadane. Postanowiłam się tym zainteresować na studiach etnomuzykologicznych w Warszawie. Zainspirował mnie muzykant z Łącka Michał Piksa, który przed II wojną światową był mistrzem gry na listku.Wraz z moją kapelą dotarłam też w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk do archiwalnych nagrań 19 utworów wykonywanych na listku przez Wojciecha Klaga z Zarzecza. W latach 50-tych został zarejestrowany przez Polskie Radio w ramach Ogólnopolskiej Akcji Zbierania Folkloru Muzycznego.

Podczas swoich badań odkryłam, że na listku grano właściwie w całej Polsce i na jej Kresach, a także za granicą. Czyli grano w Beskidzie Śląskim czy na Kurpiach, grano na Wileńszczyźnie, jak i na Orawie. Kiedy miałam już opracowania naukowe i nagrania archiwalne, zaczęłam szukać współczesnych muzykantów. I znalazłam wielu. Wśród nich jest słynny Józef Broda, folklorysta, multiinstrumentalista oraz budowniczy instrumentów ludowych, czy skrzypek Ludwik Młynarczyk z Orawy, bardzo zasłużona postać dla muzyki orawskiej.

Każdy muzykant ma swój ulubiony listek. Najczęściej używają liści bzu, bluszczu lub gruszy. Najlepszy jest wiosenny, świeży liść. Można zagrać nawet na listku z rośliny doniczkowej, ale barwa jest wtedy inna.

Każdy z muzykantów ma też własną technikę grania na nim. Niektórzy biorą listek do ust, podwijają go, czyli zaginają jedną część i tworzą takie pole do wydobywania dźwięków. Inni z kolei składają listek i ręce jak do modlitwy. Są też mistrzowie w tym fachu, którzy nie muszą listka podtrzymywać podczas grania. Ojciec Józefa Józefowskiego z Rojówki, członka kapeli ludowej z Sądecczyzny, grał na listku ruszając jedynie ustami. Z tego też słynął Michał Piska – przygrywał na heligonce i wspomagał się listkiem. Potrafił wydobywać z niego niesamowite melodie.

Listek jest bardzo łatwo uszkodzić podczas grania. Trzeba podchodzić do niego z niesamowitą czułością, bo wystarczy mocniejszy podmuch lub delikatne szarpnięcie i może się rozerwać, a wtedy już nie nadaje się do niczego, trzeba wziąć kolejny. Niektórzy muzykanci szykują po kilka listków na jeden koncert, albo wręcz występują z całą gałązką i jak się jeden liść zerwie, to grają na kolejnym. Znam też muzykantów, którzy potrafią zagrać na sztucznych listkach. I tak sobie radzą z ich niedoborem w zimie (śmiech).
Kamil Bednarek / Józef Broda, Katarzyna Broda-Firla
Próbowałam nauczyć się gry na listku, ale bez efektu. Być może dlatego, że jestem fagocistką – gram na podwójnym stroiku i to mi zapewne zaburza zadęcie. Podczas nauki w szkole muzycznej musiałam układać usta w specyficzny sposób, a tu, w przypadku listka, trzeba trochę inaczej. Nie potrafię lub po prostu nie mam do tego talentu (śmiech).

Jest pani bardzo przywiązana do regionu, nie tylko ze względu na muzykę, ale też tradycje i zwyczaje. A górale łąccy mają ogromny dorobek.

Górale łąccy są czasem nazywani łącko-kamienickimi lub białymi. Ta ostatnia nazwa etnograficzna pojawiła się w połowie XIX wieku. Wprowadził ją do literatury Seweryn Goszczyński. Zamieszkują trzy pasma górskie: Beskid Sądecki, Wyspowy i Gorce.

Czarne, z biskupką na głowie, agresywne i chowają się po krzakach. A rządzą góralami

Mają się coraz lepiej, tak jak wciąż popularne wierzenia magiczne, choćby rzucanie uroków czy trzymanie sznura wisielca.

zobacz więcej
To co nas wyróżnia, to odświętny strój. Mężczyźni noszą białe spodnie, czyli po naszemu portki, z wyhaftownaymi czerwonymi parzenicami w kształcie węzła rycerskiego. Poza tym mają białą koszulę i gurmanę – inaczej cuchę, czyli taki wierzchni strój – i kapelusz z muszelkami. Na nogach – skórzane kierpce. Kobiety obowiązkowo nosiły bogato zdobione gorsety i spódnice z materiału zwanego tybetem. Są na nim motywy kwiatowo-roślinne. Stroje były haftowane nićmi bądź koralikami. Starsze kobiety zamiast gorsetów miały na sobie katanki, a na głowach czepce.

W naszej kulturze przenikają się wpływy góralskie i lachowskie, bowiem górale łąccy żyją na pograniczu góralsko-lachowskim. Skład kapeli jest typowo góralski, czyli są instrumenty smyczkowe: skrzypce prym, skrzypce sekund i basy. Pojawiają się też czasem instrumenty pasterskie, jak fujarka, czy wspomniany listek. Gra się też na zwykłym kawałku słomy – tak jest na przykład w regionie limanowskim. Są też wzmianki o używaniu dud w Łącku, grał na nich na przykład Wincenty Pyrdoł z Zarzecza. No i używa się heligonek zwanych guzikówkami. Ten starodawny styl muzykowania wciąż jest obecny w kapelach ludowych. Są nowe brzmienia, ale też chętnie wraca się do źródeł.

Muzyka jest żywiołowa, bardzo radosna. Grane są na przykład charakterystyczne polki, których do tej pory uczy się w szkółkach muzykowania ludowego. Cieszy mnie, że to wciąż trwa i jest przekazywane kolejnym pokoleniom.

Kultura górali łąckich to nie tylko strój, muzyka i taniec, ale też specyficzny kod językowy. Stworzyła pani specjalny słownik gwary łąckiej[1], w którym zebranych zostało prawie sto fotografii i ponad trzy tysiące haseł z opisem ich użycia. Jak wyglądała dokumentacja tego ginącego języka?

To była przede wszystkim praca w terenie i wywiady z mieszkańcami. Gwary do tej pory używa się na wsiach, szczególnie w przysiółkach sadowniczych. Posługuje się nią głównie starsze pokolenie, ale są też miejscowości, w których mówią nią również dzieci. To język tylko dla wtajemniczonych, gdy przyjedzie osobna z zewnątrz, może mieć problem ze zrozumieniem. Oczywiście w razie potrzeby mówi się tzw. poprawną polszczyzną, której uczy szkoła.

Mój tata do tej pory posługuje się gwarą, również mama tak rozmawia z babcią. Dlatego jestem osłuchana i potrafię używać gwary, jeśli zaistnieje taka potrzeba. Znam słowa, ich brzmienie, a jak się zna zasady języka, to można go skopiować. Oczywiście język ten ciągle ewoluuje, niektóre słowa giną, inne wchodzą do użytku.
Kiedy w Łącku powstał oddział Związku Podhalan, to język gwarowy wprowadzono również do liturgii w Kościele. Na zdjęciu szkółka muzykowania ludowego w Łącku. Fot. ze zbiorów Piotra Krzywdzińskiego
W słowniku są różne pola tematyczne, m.in. czary, zabobony, gospodarstwo, rzemiosło, pasterstwo, sadownictwo. Są także: ubiór, muzyka, taniec, kultura, zwyczaje i obrzędy. Ale warto też w nim zauważyć specjalny rodział: bimbrownictwo. Łącko słynie przecież w całej Polsce z produkcji śliwowicy. Odkryła pani 300 słów związanych z tą działalnością.

Jednym z najcenniejszych bogactw regionu jest klimat sprzyjający sadownictwu. Przez kolejne stulecia rozwijano tę gałąź gospodarki, dlatego szczególne miejsce w mowie mieszkańców Łącka i okolic zajmuje słownictwo związane właśnie z sadownictwem i produkcją śliwowicy. Są to leksemy dotyczące nazewnictwa każdego etapu tej działalności. A zatem narzędzi i naczyń, np.: becka, boniok, cebrzyk, cop, cyrpadel, dusa, dynarek, groty, kijoki, kłaki, parnik, rurki, wozownica, zeleźniok. Potem składników – jak dymaski, dymiorki, wogierki – oraz procesu produkcji, m.in.: braja, kisnŏć, przepuscać, siedzieć na korbie, sparnica, z piyrsygo. Następnie nazewnictwo smaku, wyglądu oraz barwy owoców, np.: chropawo, chrobacno, liska, obolało, oźrało, parchatka, psiora, suska, torka, zeprzało, zbolało, źrało, źrółka. A na koniec to związane z konsumpcją trunku, czyli m.in.: chlapnŏć, dodurkać sie, golnŏć, mieć ciasno w butach, nadurkony, ociapać sie, siarpie nogom, śmierdzi gumom, śkło sie morduje.

Ile śliwowicy łąckiej jest ze śliwek, ile ze spirytusu, a ile z aromatu? Jak odróżnić fałszywą od oryginalnej?

Produkuje ją co drugi sadownik udając, że dla własnych potrzeb, bo handel jest nielegalny.

zobacz więcej
Ze względu na owiany tajemnicą proces wytwarzania lokalnego trunku, słownictwo z nim związane także jest zróżnicowane. I tak w jednej wsi pędzi się śliwowicę pod smrekomi w zeleźnioku. Na spód kładzie troko albo wkłod. Pod zeleźniokom stoi kagonek. W zimnej wodzie, w cebrzyku, chłodzą się groty albo kijoki. Groty z przykrywą łączy fajka.

A w innej wsi bimber kręcą w paryji na parniku. W środku jest dusa, która chroni śliwki od przypalenia. Pod parnikiem stoi dynarek. W zimnej wodzie w chłodnicy zanurzone są rurki albo wozownica. Rurki z pokrywą łączy kociuba.

Wspólne jest to, że jak przepuści się ten bimber przez parnik dwa razy, to gradusów ma moc i nie tylko daje krzepę i krasi lica, ale niejednego cepra praśnie w młako.

Kiedyś wstydzono się mówić gwarą, w szkole był wręcz zakaz jej używania. Teraz regionalizm wraca do łask.

Tak. Mieszkańcy Łącka i okolic są dumni z bogactwa swojego regionu. To jest coś pięknego, co nas wyróżnia. Powstają nowe zespoły ludowe, a nawet przedszkola regionalne. Dzieci śpiewają gwarą.

Kiedy w Łącku powstał oddział Związku Podhalan, to język gwarowy wprowadzono również do liturgii w Kościele. Pieśni religijne czasem też śpiewa się gwarą. Sama na ślubie mojej siostry postanowiłam przeczytać fragment Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian w języku gwarowym. Ksiądz ma ornat łącki, haftowany przez miejscowych twórców. Ostatnio można zaobserwować dużo ślubów, do których młoda para idzie w strojach regionalnych lub ma na sobie jakiś element regionalny. O takie odświętne ubranie dbają również członkowie kapel weselnych.
Zespół „Górale Łąccy” w 2015 r. Fot. Piotr Droździk, ze zbiorów Małopolskiego Centrum Kultury SOKÓŁ w Nowym Sączu
Łącko ma szczęście do ludzi, którzy tę kulturę pielęgnowali. A zaczęło się od muzykantów, którzy promowali ten region. Najstarszy zespół w regionie sądeckim to właśnie zespół z Łącka „Górale Łąccy”. Powstał w 1933 roku. Ruch regionalny zaczął kiełkować w okresie międzywojennym, i to naturalnie dalej się rozwijało. W zespołach są całe pokolenia: dziadkowie, rodzice, dzieci. Powstają w nich pary, związki małżeńskie.

Musi być pani szczególnie dumna ze swoich korzeni.

Jestem dumna. Zawsze podkreślałam, że jestem góralką i pochodzę z tego regionu. Cieszę się, że wyrosłam w rodzinie z tradycjami muzycznymi. Nie zamieniłabym się z nikim. To niesamowita wartość, coś, co głęboko siedzi w moim sercu, w mojej duszy. Bo to, w czym się wyrasta, zostaje w człowieku na zawsze.

Ostatnio znalazłam swoje zdjęcie z uroczystości zakończenia szkoły podstawowej. Miałam na sobie tradycyjny strój góralski. Rodzice wpoili mi do niego szacunek i dbali, abym go nosiła podczas ważnych wydarzeń. Strój zazwyczaj przekazywany był z pokolenia na pokolenie. Do tej pory mam gorset po mojej praprababci, który przedstawia dla mnie wielką wartość nie tylko kulturową, ale też sentymentalną. Jest to dla mnie coś wręcz świętego – taka relikwia.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



SŁOWNICZEK – zwroty przydatne turyście

Bukiety na ścianach, girlandy wokół okien, szlaczki pod sufitem. Kwiatowe są nawet psie budy. To bombonierka ludowej sztuki

To jedyna miejscowość Polski umieszczona na japońskiej liście 30 najpiękniejszych miejsc w Europie, które koniecznie trzeba zobaczyć.

zobacz więcej
BABIORKA – owoc dzikiej róży
BACIARKA – beztroskie życie w stanie kawalerskim, obfitujące w zabawy
BARONICA – zimowa czapka ze skóry baraniej
BOJSKO – stodoła
BONDURZYĆ SIĘ – o niebie: pokrywać się chmurami
CHODOK – chłopak
CESAĆ – o deszczu: padać mocno, intensywnie
CYFRUWONY – wyszywany, haftowany
CYRNICA – jeżyna
DOWIĆ – dusić
DUCALA – przerębel
DUĆ – wiać
DZIOPA – dziewczyna
FERFLASIA – blaszana piersiówka
FUJAWICA – zamieć śnieżna
GARY – ubrania
GOŚCIONEC – droga
HARNASIĆ SIĘ – kłócić się
HAW | HAWOK – tutaj
HERBATKA – herbata ze śliwowicą
JAŹWIEC – borsuk; głośna, rozwrzeszczana osoba
NIEPILOK – ktoś obcy, nie będący członkiem rodziny
PAJŎK – okolicznościowa ozdoba wykonywana z pociętych słomek, opłatków, bibuły, wzorzyście ponawlekanych na nitki, lub z postrzępionego materiału, wieszana pod sufitem
POPŚNIĆ – robić coś gorzej niż się robiło, popsuć się
SMREK – świerk
ŹDZIORNY – brzydki
Zdjęcie główne: Święto sadowników, zwane Świętem Kwitnącej Jabłoni, 13 maja 2007 r. w Łącku. Po uroczystej mszy barwny korowód uczestników imprezy udał się do leśnego amfiteatru na wspólną zabawę. Fot. PAP/Grzegorz Momot
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.