Kultura

Przerysowywał, robił małpy, wyginał się we wszystkie strony. I był cudowny. Zmarnowany Chaplin polskiego kina

Nie raz mówił o sobie, że jest wielkim kinomanem, któremu „z powodu lenistwa najwygodniej jest przed ekranem”. Gdy zafascynowany jego talentem i możliwościami komicznymi Stanisław Bareja proponował mu kolejne duże role, on za każdym razem zasłaniał się intensywną pracą w teatrze, mówiąc: „Stasiu, po starej przyjaźni zagram z przyjemnością, ale tylko jeden, dwa dni zdjęciowe”.

Pokora i inni. W poszukiwaniu komików

Współczesne komedie nie stawiają na ogół przed aktorami wygórowanych zadań. Gdzie mają oni ćwiczyć bycie śmiesznym, skoro nawet Juliuszowi Machulskiemu humor wyraźnie siada?

zobacz więcej
W pamięci zapisał się przede wszystkim jako wyśmienity aktor komediowy, choć wcześniej w teatrze pokazał też kunszt dramatyczny. Nigdy nie doczekał się wielkiej roli w filmie, ale być może po prostu jej nie chciał, staromodnie wybierając przede wszystkim teatralne deski. Stał się natomiast mistrzem epizodu i legendą telewizyjnego dowcipu.

Aktorem teatralnym był wybitnym – wpierw dramatycznym (grał m.in. wraz z Gustawem Holoubkiem w słynnych „Dziadach” Kaźmierza Dejmka z 1967 roku), by potem stawać się coraz bardziej człowiekiem komedii, kabaretu i rozrywkowych programów telewizyjnych. We wszystkich typach aktywności sprawdzał się więcej niż fantastycznie. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że Jan Kobuszewski był królem polskich komików i mistrzem polskiego kabaretu, choć przyszło mu żyć w czasach, gdy za partnerów miał tak wybitne komediowe osobowości jak Irena Kwiatkowska, Wiesław Michnikowski, Wojciech Pokora, Mieczysław Czechowicz, Jerzy Dobrowolski czy Wiesław Gołas.

Niekwestionowany komiczny talent Kobuszewskiego i wiążąca się z tym ogromna popularność – wręcz uwielbienie widzów – zupełnie nie korespondowały z propozycjami, które mógł mu zaoferować polski film. Przez pięćdziesiąt pięć lat jego artystycznej kariery kino nie znalazło dla niego odpowiedniej przestrzeni.

„Kobuszewski jest graficzny. Powinny wszędzie wisieć plakaty, obrazy i znaki drogowe z postacią Kobuszewskiego w tańcu” – mówiła o nim w książce „Fotonostalgia” (napisanej wraz z Zofią Nasierowską) Agnieszka Osiecka.

„Powinien powstać serial filmów animowanych pod tytułem «Przygody młodego znaku zapytania», a w roli znaku zapytania powinien wystąpić Jan Kobuszewski. Powinien być prowadzony w szkole teatralnej i filmowej specjalny kurs pt.: «Fenomen aktorstwa Jana Kobuszewskiego», ponieważ to jest aktorstwo, które zaprzecza wszelkim banalnym kanonom. Kanony powiadają, że nie powinno się przerysowywać, robić małpy, wyginać we wszystkie strony i śmiać się z własnych dowcipów, a Janek K. przegrywa, wygina i robi, a mimo to jest cudowny. Powinien, krótko mówiąc, narodzić się reżyser filmowy, który by życie poświęcił kręceniu komedii z Kobuszewskim, ponieważ warto. Tak się jednak nie stało, i Janek Kobuszewski jest zmarnowanym Chaplinem polskiego kina”.
Rok 1964. Jan Kobuszewski i Jan Kociniak w programie rozrywkowym „Wielokropek”. Fot. Zygmunt Januszewski/TVP
Te niezwykle gorzkie słowa autorki „Okularników” opisujące unikatowość niezapomnianego majstra ze skeczu „Ucz się Jasiu” z Kabaretu Dudek Edwarda Dziewońskiego są niestety prawdziwe. Jak to się mogło stać? Czyż naprawdę nie było interesujących i inspirujących dużych filmowych ról, które byłby dla Kobuszewskiego artystycznym wyzwaniem?

Syndrom aktora niewykorzystanego

Jest taka scena z repertuaru Dudka, w której Dziewoński, Gołas, Bogumił Kobiela i Kobuszewski w blond perukach z warkoczami, odziani w sukieneczki w kartkę znakomicie parodiują piosenkę „Filipinki – to my” popularnego w latach 60. żeńskiego zespołu.

Gdybyśmy baczniej przyjrzeli się filmowemu dorobkowi każdego z występujących w skeczu aktorów, doszlibyśmy do konstatacji, że wszyscy oni – za wyjątkiem Kobuszewskiego – już mogli się pochwalić (albo niebawem będą mogli) dużymi i znaczącymi kreacjami fabularnymi. Dziewoński – znakomita, wielowymiarowa rola w „Eroice” Andrzeja Munka, a także ciekawy drugi plan w „Zezowatym szczęściu” tegoż reżysera; Gołas – tytułowy bohater filmu Czesława i Ewy Petelskich „Ogniomistrz Kaleń”, znacząca postać Smółki w „Prawie i pieści” Jerzego Hoffmana, a przede wszystkim niezapomniana komediowa rola u Jerzego Gruzy w „Dzięciole”; Kobiela – wielka kreacja Jana Piszczyka w „Zezowatym szczęściu” Munka, a także doniosłe drugoplanowe role w „Eroice”, „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy, „Pożegnaniach” i „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa, kończąc na pierwszoplanowej komediowej kreacji w „Człowieku z M3” Leona Jeannota.

Marzył o rolach dramatycznych, a został komikiem. Zezowate szczęście Bogumiła Kobieli

Był zaprzeczeniem akademijnej drętwoty, ciemnych garniturków i przemówień. Dał się zapamiętać przede wszystkim jako Piszczyk z „Zezowatego szczęścia”. Właśnie mija pół wieku od jego śmierci.

zobacz więcej
Na tym tle fabularnie dokonania Jana Kobuszewskiego nie wyglądają okazale. Właściwie jedyną dużą rolą filmową okazał się jego serialowy debiut w komediowo-sensacyjnym obrazie z 1964 roku „Barbara i Jan” Hieronima Przybyła i Jerzego Ziarnika. Kobuszewski gra tam nieporadnego fotografa warszawskiej gazety „Echo”, o nazwisku nomen omen Jan Buszewski. Ale to nie z tej kreacji będziemy go pamiętali.

Ciążący na Kobuszewskim syndrom niewykorzystanego aktora filmowego zaskakuje. Oczywistością jest stwierdzenie, że potencjał dramatyczno-tragikomiczny predestynował go do kontynuowania tego, co w filmie polskim robił przedwcześnie zmarły (w 1969 roku) Bogumił Kobiela (choć zapewne bohater tego tekstu wskazałby na inny aktorski wzór – Tadeusza Fijewskiego). Pokazywał to nieraz w wielkim stylu w Teatrze Narodowym prowadzonym twardą ręką przez Kazimierza Dejmka.

Wybitną kreacją była rola Jana Macieja Karola Wścieklicy w sztuce Stanisława Ignacego Witkiewicza w reżyserii Wandy Laskowskiej. Jak pisała w 1966 roku Karolina Beylin na łamach „Expressu Wieczornego”: „Jan Kobuszewski w roli Wścieklicy łączył w sobie groteskę z dramatem, chwilami był szczerze komiczny, chwilami zaś żałosny.” Natomiast krytyk teatralny Roman Szydłowski w „Trybunie Ludu” dodawał, że bohater grany przez Kobuszewskiego „łączył bezbłędnie realizm z groteską, był prawie Witosem, wierzchosławickim chłopem, który zostaje prezydentem, ale jednocześnie był czymś więcej, zagrał całą problematykę filozoficzną sztuki.”

Pół litra potu na scenie

To, że z filmem Kobuszewskiemu było nie po drodze wiemy również od niego samego. Nie raz mówił o sobie, że jest wielkim kinomanem, któremu „z powodu lenistwa najwygodniej jest przed ekranem”. Gdy zafascynowany jego talentem i możliwościami komicznymi Stanisław Bareja proponował mu kolejne duże role, on za każdym razem zasłaniał się intensywną pracą w teatrze, mówiąc (źródło: wywiad dla „Rzeczpospolitej” z 19 kwietnia 2019 roku): „Stasiu, po starej przyjaźni zagram z przyjemnością, ale tylko jeden, dwa dni zdjęciowe. Na więcej nie mogę sobie pozwolić, bo żaden dyrektor mnie nie wypuści.”
W szczerym uwielbieniu teatru Kobuszewski był konsekwentny, autentyczny i wiarygodny. Pokazywało to również, że ten „genialny minimalista filmowy” to artysta na wskroś ideowy, z zasadami, prezentujący stary aktorski etos. „W teatrze zarabialiśmy nic – mówił bez ogródek – ale nie wyobrażaliśmy sobie życia bez niego. Był dla nas przedłużeniem szkoły aktorskiej. Tu zdobywaliśmy doświadczenia teatralne i życiowe. Uważaliśmy, że nie telewizja, nie film, nie kabaret, ale właśnie teatr jest podstawą naszego zawodu. Pamiętam, jak będąc młodym aktorem, po zejściu ze sceny potrafiłem wyżąć z koszuli pół litra potu.” Być może to jest najprostsze rozwiązanie zagadki, dlaczego kino pozostało dla Kobuszewskiego „ziemią nie do końca rozpoznaną”.

Znany jest fakt, że Kobuszewski zrezygnował z roli jakby wprost skrojonej dla niego: nie dał się namówić, by zagrać tytułowego bohatera w „Akademii Pana Kleksa” Krzysztofa Gradowskiego. Ponoć ze względów zdrowotnych, ale jaka była prawda, tego nie dowiemy się nigdy. Post factum mówił, że dobrze się stało, iż w filmie tym pięknie wcielił się w postać Ambrożego Kleksa Piotr Fronczewski.


Rozżalenie, że Jan Kobuszewski nie stał się polskim filmowym odpowiednikiem „refleksyjnego komedianta”, „poważnego komika” na miarę tak znanych aktorów zachodnich jak Chaplin, Peter Sellers, Bill Murray czy Jim Carrey nakłada też na nas pewną powinność. Musimy z jeszcze większą uwagą przyjrzeć się temu wszystkiemu, co wieloletni aktor Teatru Kwadrat pozostawił nam w swym fabularnym testamencie. A zostawił mnóstwo, doskonałych, smakowitych i zapadających w pamięć epizodów i małych aktorskich perełek.

Człowiek Barei

Wiele z nich przeszło do historii polskiego kina. Ot, choćby niewielka rólka kochanka pewnej mieszkanki hotelu robotniczego (Kalina Jędrusik) z filmu „Ewa chce spać” (1957) Tadeusza Chmielewskiego; charakterystyczną postać dystrybutora filmowego rodem z Ameryki Południowej, który spotyka się polskim reżyserem Zygmuntem Zawadą (Jan Machulski) w obrazie „Pogoń za Adamem” (1970) Jerzego Zarzyckiego; ciekawa kreacja pociesznego, trochę nieporadnego policjanta/tajniaka Mańkowskiego z „Halo Szpicbródka” (1978) Janusza Rzeszewskiego, który bezskutecznie ściga sławnego międzywojennego kasiarza (Piotr Fronczewski). Zresztą trzy lata później przedwojenny sztafaż zaprezentował Kobuszewski ponownie, sugestywnie grając komika Tadeusza w innym filmie Rzeszewskiego „Miłość ci wszystko wybaczy” będącym fabularną biografią Hanny Ordonówny (Dorota Stalińska).

Dziś klasyka jest potrzebna, żeby robić z Kordiana kobietę

Współcześni reżyserzy czują się mądrzejsi od Szekspira. Dają do zrozumienia, że teatr nie potrzebuje nowych dramatów.

zobacz więcej
Osobną kategorią wybitnych epizodów zaprezentował Jan Kobuszewski w obrazach Stanisława Barei. Bo, zgodnie z niepisanymi ustaleniami, w każdym filmie Barei miał mały, charakterystyczny epizod. W „Nie ma róży bez ognia” (1974) był listonoszem; w „Żonie dla Australijczyka” (1963) dostawcą z delikatesów; w kultowej komedii „Poszukiwany, poszukiwana” (1972) stworzył postać, z której przez lata będzie pamiętany w Kabarecie Dudek – hydraulika, fachury (wcześniej także jako hydraulik pokazał się w serialu „Wojna domowa” Jerzego Gruzy). W filmie „Brunet wieczorową porą” (1976) zaproponował kolejną wariację na ten temat grając pracownika MPO uczącego młodego adepta Jasia, co kryje się za słowami „wydajność i oszczędność”, a także czemu kompletnie nie opłaca się zrzucać śniegu do Wisły, gdyż wystarczą odwieczne „siły przyrody w służbie człowieka”.

Nie mogło zabraknąć epizodu Jana Kobuszewskiego w słynnym serialu „Alternatywy 4” (1983), gdzie w dwóch pierwszych odcinkach gra kombinatora mieszkaniowego, snującego się po placu budowy, by znaleźć naiwniaka, któremu wręczy do podpisu pisemko informujące o rezygnacji z lokalu z powodu poczynionych fuszerek. W innym, równie słynnym i do tej pory oglądanym serialu Barei, czyli „Zmiennikach” (1986) Kobuszewski wciela się w postać włamywacza „Ksywy”. Rabunku mieszkania towarzysza Winnickiego (Janusz Gajos) dokonuje z łatwością do momentu niespodziewanej wizyty „komisji inwentaryzacyjnej”.
Jan Kobuszewski i figura Stańczyka z pomnika Jana Matejki. Fot. PAP/Maciej Kłoś
Prawdziwy koncert epizodycznego aktorstwa daje jednak Kobuszewski w piątym odcinku „Czterdziestolatka” (1974-1977), szczytowego osiągnięcia Jerzego Gruzy. Jako bufetowy po przejściach na etacie w klubie sportowym wpierw przedstawia Stefanowi Karwowskiemu (Andrzej Kopiczyński) powody, dlaczego uprawiany niegdyś przez niego dziesięciobój to nudna i nieciekawa dyscyplina. By potem z rozżaleniem przyznać się, że miał zadatki na to, aby stać się wybitnym zawodnikiem, ale zaczął chlać i choć „miał wyniki”, to „zakochał się w nafcie”. „Chleje pan?” – dwukrotnie pyta zaambarasowanego Karwowskiego w jednej z najbardziej barwnych i dowcipnych scen całego serialu.

„Miałem coś do powiedzenia”

„Myślę, że skala aktorstwa – mówił w jednym z ostatnich wywiadów Jan Kobuszewski – wyraża się również w epizodach, to nie sztuka przykuć uwagę widzów, gdy gra się główną rolę i niemal nie schodzi z ekranu”. On był w tej dziedzinie doskonały i niezastąpiony. Jego przypadek pokazuje również, że jedną z najbardziej wymagających wyzwań dla aktora jest bycie komikiem, który swą frywolność przekuwa w tragizm.

„Wśród ról […] wybierałem te, w których miałem coś do powiedzenia nie tylko wesołego, ale też poważniejszego, refleksyjnego, bo takie jest życie. I tak prywatnie, po cichutku jestem z tego dumny, że to nie była płaska komedia, lecz że przemycało się w niej sprawy poważniejsze, głębsze” – mówił.

To była jego naczelna dewiza. Dziś niewielu mamy artystów, którzy mogliby sprostać takiemu wyzwaniu. Jan Kobuszewski był jednym z ostatnich aktorów swego pokolenia, który traktował swój zawód jako posłannictwo i misję, wiedział, że po to jest na scenie czy planie filmowym, by dać nam, widzom odrobinę ciepła, radości, jak również wiele niezbędnej refleksji.

– Mikołaj Mirowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Nagroda imienia „Kobusza” – od Piotra Zaremby dla…
Nie opowiadajcie bajek, że wszystko co po Janie Kobuszewskim, to podróbki. Zdarzają się bowiem brylanty.
Kultura Poprzednie wydanie
Nobel dla Tokarczuk i Handkego – królewski figlik Gustawa XVI
Nad Wisłą spora część populacji nie lubi noblistki nie za splątanie losów Markiza w „Podróży ludzi Księgi”, lecz za dredy.
Kultura wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
A mógł pozostać Szalonym Kapelusznikiem z posiwiałą plerezą...
Z hipisowskich lat zachował otwarte podejście do ludzi. Potem wessała go polityka, choć sam woli określać to jako obywatelską powinność.
Kultura wydanie 27.09.2019 – 4.10.2019
Skazani na historyczne kino grające na emocjach?
„Legiony” i „Piłsudskiego” oglądałem z przyjemnością, choć oba filmy zatrzymały się przed bardziej dogłębnym roztrząsaniem polskiej historii.
Kultura wydanie 27.09.2019 – 4.10.2019
Skalpelem pokazuje grzech i jego konsekwencje
Nie poucza maluczkich ani nie gromi grzesznych. Nie sprzyja Karnawałowi ani nie popiera Postu – u obydwu przeciwników dostrzega nieczyste chwyty i zagrania.