Felietony

Był jak generał z Powstania Warszawskiego… Wspomnienie o Kornelu Morawieckim

„Jeśli popłynie nasza krew, popłynie i wasza” – taką wiadomość przesyłał komunistom i akceptował, by jego bliscy koledzy produkowali karabiny i bomby. Na wszelki wypadek.

Zło nie tylko dobrem trzeba zwyciężać, ale też walką

Kornel Morawiecki w wywiadzie z 2017 roku: Czasem walka o ewangeliczne wartości może skutkować tragedią.

zobacz więcej
Dlaczego milicja i SB nie mogły przez siedem lat złapać Kornela, gdy się ukrywał? Bo jak już się zasadzili na niego, to on zawsze się spóźniał – żartowali przez lata działacze Solidarności Walczącej o swoim przywódcy. Taki był w podziemiu i taki sam był, kiedy już wyszedł „na powierzchnię”. Niezłomny, nieprzewidywalny i niesterowalny. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie i kiedy się pojawi. Chodził własnymi ścieżkami. Na umówionych spotkaniach zdarzało mu się nie pojawiać, natomiast niespodziewanie lubił wpadać, kiedy go nie oczekiwano.

Skromny starszy pan

Kiedyś, w 2015 roku, w Gdyni czekaliśmy z rozpoczęciem spotkania z czytelnikami „Twierdzy” [„Twierdza. Solidarność walcząca – podziemna armia”, autor: Igor Janke, wyd. Wielka Litera 2014 – red.] na spóźniającego się bohatera książki, a ten – okazało się – był właśnie w zupełnie innym mieście. Innym razem miałem spotkanie z czytelnikami na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie obecność przywódcy SW nie była planowana. Nagle po pół godzinie dyskusji do sali po cichu wsunął się skromny, starszy pan. „Przepraszam, pomyślałem, że wpadnę” – mruknął i dosiadł się do debatujących kolegów, wywołując entuzjazm słuchaczy.
Kornel Morawiecki w roku 1990. Fot. PAP/Stefan Kraszewski
Wszyscy jego znajomi powtarzali, że nad Kornelem trudno zapanować. Kiedyś chciałem go poprosić, by zabrał głos w ważnej dla mnie sprawie. Zapytałem jednego ze znajomych, kto może na niego najbardziej wpłynąć. „Nikt. Przecież wiesz, że on jest niesterowalny. Żadnego polecenia nie posłucha. Nieważne, czy to będzie syn premier, czy prezydent, czy ktokolwiek. Sam go poproś, to masz największe szanse”. Z nikim nie konsultował swoich wypowiedzi, działań, czym jednych doprowadzał do białej gorączki, a innym sprawiał radość. „Wiesz, jaki jest Kornel” – to zdanie słyszałem wiele razy. I wszyscy rozumieli, o co chodzi.

Jeśli chciał publicznie powiedzieć coś, co wszyscy mu odradzali – robił to i nie dał się do niczego przymusić. Taki miał pogląd na daną sprawę i koniec. Wszyscy mu to wybaczali. Miało to swój urok, a jego prawdziwa niezłomność w sprawach najważniejszych nie miała swej ceny.

Bronił się na schodkach

Potrafił marzyć i stawiać wielkie cele. Kiedy w 1982 roku tzw. duża Solidarność walczyła o prawo do legalnego istnienia związku zawodowego, on postanowił założyć organizację, której celem było odzyskanie pełnej niepodległości Polski, pozbycie się z kraju wojsk sowieckich i doprowadzenie do rozpadu ZSRR. Szalone i wyglądające wówczas na kompletnie nierealistyczne marzenia spełniły się w stu procentach i po latach cel został osiągnięty. Jednak w 1982 roku nie było prawie nikogo, kto nie tylko mógł w to uwierzyć, ale miał odwagę takie cele sobie stawiać. Na tym polegała wielkość i magia 40-letniego wówczas fizyka. Dzięki swoim marzeniom, sposobowi myślenia, ale i umiejętności słuchania skupił wokół siebie nie tylko odważnych, patriotycznych, ale i inteligentnych i sprawnych w działaniu ludzi. Razem stworzyli organizację, która stała się magnesem dla tysięcy młodych ludzi i wielką legendą Wrocławia lat ‘80.

Gdy w 1987 roku komunistyczne władze przez pośredników zaproponowały Solidarności Walczącej porozumienie – za rezygnację z postulatu wyrzucenia z Polski armii sowieckiej zapewniano bezpieczną przyszłość organizacji – Kornel się nie zgodził. W więzieniu odmawiał wykonywania czynności, które uznawał za upokarzające – takich jak meldowanie się czy kucanie przed wyjściem na spacerniak.
Andrzej Kołodziej, Czesław Bielecki, Jacek Pawłowicz i Kornel Morawiecki podczas pokazu przedpremierowego filmu dokumentalnego "Solidaruchy z Rakowieckiej" w reżyserii Arkadiusza Gołębiewskiego, rok 2016. Fot. TVP/Natasza Młudzik
Płacił za to wysoką cenę. Kiedy komuniści wyrzucali go siłą z Polski po złapaniu w 1987 roku, najpierw bronił się na schodkach samolotu, by nie wprowadzono go do maszyny lecącej do Rzymu, a kiedy jednak skutego go wywieziono, po krótkim czasie wrócił przez zieloną granicę z Zachodu do komunistycznego państwa, o którego wolność chciał dalej walczyć. Nikt do niczego nie mógł go zmusić. Tą niezłomnością zawsze imponował swoim towarzyszom walki.

Pracujemy dalej

Twardy, a jednocześnie poczciwy, ciepły, lubiący ludzi, uwielbiający śmiać się z siebie i opowiadanych przez siebie i innych historii. Kpił z siebie i ze swoich oprawców. Przy tym nie bał się twardych działań i deklaracji. „Jeśli popłynie nasza krew, popłynie i wasza” – taką wiadomość przesyłał komunistom i akceptował, by w Trójmieście jego bliscy koledzy Andrzej Kołodziej i Roman Zwiercan produkowali testowo karabiny i bomby. Na wszelki wypadek.

Uznawał to za najlepszą polisę ubezpieczeniową dla działaczy SW. Komuniści muszą wiedzieć, że jeśli nam stanie się coś naprawdę złego, to samo stanie się im – powtarzał on i jego najbliżsi współpracownicy. Okazało się, że ta metoda była najbardziej skuteczna. Wzniosłe idee, gorące serce, drobiazgowa analiza, precyzyjne plany i chłodna kalkulacja – taki był Kornel i jego organizacja.

Inna ważna cecha, którą miał w sobie przywódca Solidarności Walczącej, to ufność. Ufał ludziom. Kiedy w latach 80. ścigała go niemal cała bezpieka i milicja komunistycznego kraju, on ufał bezgranicznie swoim współpracownikom, którzy dbali o jego bezpieczeństwo, ale też ufał ludziom, którzy pozwalali mu się ukrywać w ponad sześćdziesięciu różnych mieszkaniach w ciągu siedmiu lat.

Kiedyś na jedno z zakonspirowanych zebrań ktoś przyszedł z wiadomością, że za chwilę wpadnie SB, bo ktoś sypnął. Wszystkich na moment zmroziło, bo oznaczało to, że donieść musiał któryś z najbliższych współpracowników siedzących obok, uczestniczących w spotkaniu.

Pierwsza myśl: Kornel musi uciekać. A on zamyślił się na chwilę i spokojnie powiedział: „To nie ma sensu. Jeśli mnie namierzyli, to i tak już mnie mają. Jeśli tak jest, to znaczy, że wydała mnie osoba, która jest wśród nas. A jeśli wśród nas jest kapuś, to wszystko i tak nie ma sensu. Pracujemy dalej”. I pracowali. Nikt nie przyszedł.
Kornel Morawiecki, rok 2010. Fot. PAP/Wojciech Pacewicz
Moi rodacy nie pozwalali przejść

Sam wielokrotnie podkreślał, że w tym czasie, kiedy był najbardziej zakonspirowanym człowiekiem w Polsce, spotkał około 1500 osób. „I nikt mnie nie zdradził, nikt nie doniósł, to było wspaniałe” – lubił opowiadać. Podobnie w wolnej Polsce ufał ludziom, choć wtedy już byli tacy, którzy chcieli tę jego ufność niecnie wykorzystać.

Nic nie było wstanie zmienić jego podejścia do ludzi. Zawsze otwarty na innych, zasłuchany, zaciekawiony drugim człowiekiem, gotów do słuchania racji innych.

Kiedy przed Sejmem w 2016 roku z furią zaatakowali go działacze KOD, zablokowali mu przejście, szturchali go i krzyczeli: „Zdrajca! Hańba! Będziesz siedział! Będziesz siedział!”, spokojnie przeszedł obok, a gdy policjant zapytał, czy „nie nastąpiło naruszenie jego nietykalności cielesnej” i nie trzeba mu pomóc, odpowiedział: „Nie, proszę proszę pana, to tylko moi koledzy… no moi rodacy… nie pozwalali mi przejść. Nic się nie stało. Dziękuje bardzo, że pan chciał mi pomóc” I po chwili dodał z uśmiechem: „Krzyczą na mnie, że będę siedział, ja już przecież siedziałem, mili państwo”.

Po upadku komunizmu nowa Polska nie witała go z otwartymi rękami. Jako przeciwnik Okrągłego Stołu nie był mile widziany wśród nowych elit. Nie zapraszano go na bankiety, do studiów telewizyjnych, na konferencje, długo państwo polskie nie chciało mu podziękować za jego zasługi dla walki o wolność. Ale i on pozostał w wewnętrznej opozycji do tego, co działo się w postkomunistycznym kraju.

Nie był człowiekiem przystającym do współczesnego świata, do brutalności i bezwzględności dzisiejszej polityki. Nie był charyzmatycznym przywódcą wiecowym głośnym krzykiem mogącym pociągnąć tłumy. Nie był powołany do budowania frakcji, wycinania przeciwników z list, zbierania haków, toczenia walk, zderzania się na mównicy z wrogami, atakowania, strzelania niszczącymi konkurentów bon motami. Chciał rozmawiać, szukać porozumienia, pomagać innym i ciągle naprawiać świat.

Niósł w sercu Polskę. Jak żagiew

Ten sam ciepły, uroczy człowiek, wydawałoby się niezdolny do agresji był twórcą najbardziej radykalnej podziemnej antykomunistycznej organizacji w latach ‘80. Przyciągał do siebie młodych ludzi, którzy chcieli walczyć z komuną, wielu z nich gotowych było chwycić broń, a Kornel był dla nich jak generał z Powstania Warszawskiego.
Kornel Morawiecki, rok 2010. Fot. TVP/Jan Bogacz
Jego charyzma nie była wiecowa, ale był w stanie sprawić, że na jego wezwanie przekazane na ulotkach tysiące mężczyzn i kobiet maszerowali w demonstracjach, walczyli z milicją, rzucali butelkami z benzyną i kamieniami, przez setki godzin siedzieli w piwnicach, drukując bibułę, ryzykując zdrowiem i życiem. Rozwozili je potem po całej Polsce, przełamując paraliżujący strach. A Kornel powtarzał im, że robią niewiele, bo tak naprawdę ryzykowali i cierpieli ich rodzice w AK i w powstaniach.

Pod koniec życia, kiedy Polska wreszcie go doceniła, wygłosił jedno z najbardziej przejmujących, choć cichych i spokojnych, przemówień, jakie można było usłyszeć w polskim Sejmie po 1989 roku. „Niosę Cię Polsko jak żagiew, jak płomienie. Gdzie doniosę – nie wiem. To słowa z podziemia, autor nieznany. Po latach 80. donieśliśmy Polskę do naszych dni. Niesiemy Ciebie Polsko, jak żagiew, jak płomienie. Gdzie cię doniesiemy?” Tak w polskiej polityce nie mówił już nikt.

Dla wielu młodych ludzi w latach 80. był nauczycielem, moralnym wzorem i przewodnikiem. Wielu z nich, którzy trafili do SW, by walczyć ze znienawidzonymi komuchami, zaczęło dzięki Kornelowi i jego ludziom czytać polską literaturę i książki historyczne.

Magia Kornela działała w sposób niezwykły. Skromny, pochylony, niedbale ubrany, cichy człowiek o potężnym uroku. Dla wszystkich, którzy go poznali, było jasne, że ten człowiek w środku miał wielki ogień. Niósł w sercu Polskę. Jak żagiew.

– Igor Janke

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor był dziennikarzem, jest prezesem Instytutu Wolności, opublikował m.in. książkę „Twierdza. Solidarność Walcząca. Podziemna armia”, wyd. Wielka Litera 2014
30.09.2019
Zdjęcie główne: Kornel Morawiecki, rok 2010. Fot. PAP/Wojciech Pacewicz
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Nawalny to żaden liberał
Polak, który powiedziałby to co on, byłby uznany za „ruskiego agenta”.
Felietony Najnowsze wydanie
Umiał się wczuć w emocje złodziei. Hojnie go za to obdarowali
Był skłopotany i wtedy panowie powiedzieli: – Prosimy, niech się pan nie przeraża. Te rzeczy są kradzione, ale w Berlinie.
Felietony Najnowsze wydanie
Celebrował trzy czynności: rozmowę, rysowanie i parzenie herbaty
Mieszał gatunki, zieloną i czarną, wyparzał czajniczki. Znał niesłychaną liczbę języków. A pół pokoju poza rysunkami to były książki.
Felietony Najnowsze wydanie
Pytania
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Do wytępienia
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.