Rozmowy

Stres nie ma znaczenia. Jesteśmy ofiarami klątwy rzuconej przez psychologów

W USA prowadzono badania zachorowalności na raka piersi w grupie prawie 38 tys. pielęgniarek na przestrzeni ośmiu lat. Okazuje się, że kobiety deklarujące wyższy poziom przeżywanego stresu są o 17% mniej podatne na zachorowanie niż żyjące w mniejszym napięciu ich koleżanki. W badaniach duńskich, trwających dwukrotnie dłużej, ryzyko zachorowań w grupie deklarującej wyższy poziom stresu było aż o 40% niższe. Podobny wynik uzyskano w przypadku nosicieli wirusa HIV: deklarowany poziom doświadczanego stresu nie miał przełożenia na późniejszą zachorowalność na AIDS w badanej grupie – mówi dr Tomasz Witkowski, psycholog, epistemolog psychologii i pisarz.

TYGODNIK.TVP.PL: Wywraca pan naszą wiedzę do góry nogami. „Psychologowie wysyłani do ofiar katastrof czy zamachów najczęściej im szkodzą.(…) To katastroficzny biznes” – czytam w najnowszym, trzecim tomie pana książki „Zakazana psychologia”. Skąd ta teza?

TOMASZ WITKOWSKI:
Tak wynika z poważnych badań. Czy pamięta pani 11 września 2001 roku? Ludzie płonęli żywcem lub wyskakiwali z walących się wież World Trade Center. Zamach na miarę apokalipsy pochłonął prawie 3 tysiące ofiar. Tym, którzy przetrwali lub utracili bliskich na pomoc bardzo szybko ruszyła wtedy armia psychologów i psychoterapeutów. Szacuje się, że na nowojorskie zgliszcza przybyło ich kilka tysięcy. Przez wiele lat monitorowano potem stan psychiczny świadków zamachu, ocalałych ofiar i ich rodzin, aż powstał słynny raport zatytułowany „Ten years later”, który przyniósł szok.

Co było w nim szokującego?

Z raportu wynika, że osoby, które otrzymały pomoc psychologów poradziły sobie z traumą dużo gorzej niż te, które nie były jej beneficjentami. Badanie na tysiącach osób dowiodło zatem, że stosowana bezkrytycznie na całym niemal świecie metoda interwencji pokryzysowej jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa.

Jaka to metoda?

Debriefing psychologiczny. Tuż po traumatycznym doświadczeniu, podczas jednej lub kilku sesji terapeutycznych, psycholog lub ratownik medyczny rozmawia z ofiarą zdarzenia analizując to, co przeżyła. Psychologowie mówią, że „przepracowuje się” emocje tej osoby. Tymczasem okazało się, że takie pogłębianie i intensywne mielenie świeżo przebytych, traumatycznych wydarzeń nie pozwala emocjom wygasnąć lecz przeciwnie: utrwala je.

Empatia nakazuje nam pomóc człowiekowi tuż po traumie, ale naprawdę nie trzeba do tego psychologa. Może to zrobić każdy, zapewniając ofierze poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy ciepły koc, kubek z herbatą i pewność, że już nic złego się nie wydarzy. To działa.

John Feal (po lewej), ratownik, którzy 11 września 2001 r. brał udział w akcji po ataku terrorystycznym na World Trade Center, i Jon Stewart, były gospodarz programu „The Daily Show” , cieszą się z decyzji Senatu USA, który w lipcu 2019 r. uchwalił ustawę „Nigdy nie zapominaj o bohaterach”. Donald Trump podpisał ją we wrześniu, zwiększając Fundusz Kompensacyjny Ofiar (opieka, pomoc medyczna i odszkodowania) o 10 mld dolarów i przedłużając jego działanie do 2092 roku. Fot. Caroline Brehman/CQ Roll Call
Metodę pomocy ofiarom, o której mówię, wymyślił na początku lat 80. Jeffrey Mitchell, strażak, będący jednocześnie ratownikiem medycznym, bez przygotowania psychologicznego. Miał jednak spore umiejętności marketingowe, wykorzystywał je zatem w promowaniu swojej metody. Debriefing oparty jest na nieprawdziwych, ale powszechnie przyjmowanych twierdzeniach psychoanalizy, jakoby emocje wymagały rozładowania, by nie znaleźć niespodziewanego ujścia gdzie indziej. To taka „hydrauliczna” koncepcja.

Bardzo często spotykam się z opinią, że negatywne emocje gromadzą się w nas i w jakiś sposób muszą znaleźć ujście. Także psychiatria radzi, by rozładowywać je szybkim spacerem czy innym rodzajem fizycznej aktywności.

Obawiam się, że to spore uproszczenie. Faktem jest, że aktywność fizyczna może pomóc rozładować emocje, warto więc wziąć sobie do serca taką radę. Nie znaczy to jednak, że nierozładowane emocje będą w nas pozostawać. One same z czasem ulegną wygaszeniu.

Wielu psychoterapeutów to ignoranci i naciągacze niebezpieczni dla naszego zdrowia i życia

Niszczą psychikę pacjentów, wmawiając im, że w ich życiu „coś jest nie tak”

zobacz więcej
Wracając zaś do debriefingu: Mitchell rozpowszechnił swoją metodę wśród innych strażaków i ratowników medycznych, skąd przejęła ją psychologia, lecz gdy zaczęto prowadzić nad nią badania okazała się w najlepszym razie nieskuteczna, w wielu przypadkach zaś również szkodliwa. Mało tego, badania prowadzone przez zespół amerykańskiego psychologa George’a Bonanno wykazały, że większość ludzi radzi sobie z traumą bez żadnej pomocy zewnętrznej. Zły stan psychiczny bezpośrednio po trudnym wydarzeniu jest bowiem naturalnym procesem, który samoistnie mija po upływie około 3 miesięcy. Negatywne emocje wygasają wtedy w sposób naturalny.

A jeśli tak się nie dzieje? Czas płynie a dla nas koszmar wciąż trwa…

Dopiero wtedy, jeśli mimo upływu trzech miesięcy nasze emocje nie słabną, powinien wkroczyć psycholog z terapią ukierunkowaną na syndrom stresu posttraumatycznego. Z badań wynika jednak, że taka sytuacja dotyczy najwyżej kilkunastu procent z tych, którzy przeżyli traumę.

Zdaję sobie sprawę, że empatia nakazuje nam szukać sposobu, by pomóc człowiekowi tuż po traumie, ale naprawdę nie trzeba do tego psychologa. Może to zrobić każdy, zapewniając ofierze poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy ciepły koc, kubek z herbatą i pewność, że już nic złego się nie wydarzy. To działa. Jeśli zaś ofiara sama z siebie bardzo chce mówić o tym, co się wydarzyło, niech mówi. Ale nie należy jej do tego zachęcać.

Trudno mi jednak dać wiarę, że metoda o udowodnionej szkodliwości stosowana jest na całym świecie.

Mnie to nie dziwi. W swoich książkach od dawna pokazuję, jak łatwo jest rozpowszechniać na rynku różne „prawdy”. Działa tu m.in. siła indolencji czy ignorancji. Co więcej, wielu utytułowanych psychologów wydaje się być „wykształconymi raz na zawsze”, hołdując tylko wiedzy zdobytej dekady temu. Gdy próbuje się ją podważać, uruchamiają się mechanizmy obronne i wszystko zostaje bez zmian. Tym bardziej, że przekaz wzmacniany jest na rynku także siłą autorytetu.

Polskie ośrodki naukowe wierzą w debriefing?

W Szkole Wyższej Psychologii Społecznej czy na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego metoda ta ma się całkiem dobrze. Jeśli zatem edukatorka prowadząca na przykład szkolenia dla linii lotniczych powołuje się na autorytet uczelni, laik nie ma powodu, by to kwestionować. Proszę zwrócić uwagę, że z jednej strony debriefing zaspokaja naszą potrzebę niesienia pomocy innym ludziom wynikającą z empatii, o czym już wspomniałem. Zaś z drugiej strony bardzo chętnie psychologizujemy lub medykalizujemy współcześnie wiele aspektów naszego życia, powierzając je „profesjonalistom”. Rodzica musi wspomagać jakaś „superniania”. Dorosłemu nie wystarczy już przyjaciel – potrzebny jest terapeuta lub osobisty coach itd.

Zły stan psychiczny bezpośrednio po trudnym wydarzeniu jest naturalnym procesem, który samoistnie mija po upływie około 3 miesięcy. Negatywne emocje wygasają wtedy w sposób naturalny.

To, że większość ludzi radzi sobie z traumą bez żadnej pomocy zewnętrznej, wykazały badania prowadzone przez zespół amerykańskiego psychologa George’a Bonanno z Uniwersytetu w Kolumbii (pierwszy z prawej, obok stoi Matthieu Ricard – francuski biochemik, mnich buddyjski, towarzyszący Dalajlamie XIV jako jego „prawa ręka”, nazywany „najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi”). Na zdjęciu podczas Światowego Festiwalu Nauki w 2012 r. w Nowym Jorku. Fot. Cindy Ord / Getty Images dla World Science Festival
Wspomniał pan o trzymiesięcznym okresie powrotu do psychicznej równowagi. Prof. Daniel Gilbert, psycholog z Uniwersytetu Harvarda badał poczucie szczęścia w dwóch grupach ludzi. Pierwszą stanowiły osoby, które wygrały na loterii szczęśliwy los. Drugą – ludzie, którym niedawno amputowano jedną z kończyn. Okazało się, że po trzech miesiącach od wydarzenia poziom poczucia szczęścia u obu tych grup był bardzo podobny.

Owszem, prof. Gilbert zaprezentował wyniki tych badań podczas wykładu wygłoszonego w trakcie jednej z amerykańskich konferencji naukowych TED Conference. To bardzo dobry wykład. Prof. Gilbert mówi o zdolności ludzkiego mózgu do syntetyzowania poczucia szczęścia. Biologia wyposażyła nas bowiem w mechanizmy obronne, które po upływie pewnego czasu od psychicznego zachwiania pozwalają nam samoczynnie wrócić do stanu równowagi fizycznej i psychicznej. Stąd nadmierne psychologizowanie także wobec traumatyzujących wydarzeń wydaje się bezzasadne. Okazuje się, że codzienny stres także szkodzi nam o wiele mniej niż się powszechnie uważa.
W swojej książce sugeruje pan, że pojęcie stresu to w ogóle niemal kompletna bzdura.

Tak uważam. Pojęcie „stres” obejmuje bowiem niemal wszystko, co się nam w życiu przydarza. A wiemy z historii, że przez całe stulecia posługiwaliśmy się równie pojemnymi ideami, które okazały się bzdurą.


Podam przykład: czy zwróciła pani uwagę, że do początku XX wieku pojęcie stresu w psychologii w ogóle nie istniało? Przyczyną problemów, które teraz nazywamy stresem, były za to wapory, czyli ujmując rzecz w skrócie: opary fermentujących w organizmie wydzielin zwanych humorami. Dziś wiemy, że takie substancje w ogóle nie istnieją.

Albo: czy zdaje sobie pani sprawę, że jeszcze w połowie XIX wieku około połowę wszystkich kobiet diagnozowano jako histeryczki? Przyczynę histerii upatrywano zaś w „wędrującej macicy”. Lekarstwem było zamążpójście bądź usunięcie tego narządu. Także wibrator rozpoczął swoją karierę jako sprzęt medyczny do leczenia histerii. Może zna pani współcześnie jakąś kobietę z potwierdzoną diagnozą histerii?

Nie ma takiej jednostki chorobowej.

Nie ma. W wielu przypadkach zastąpiło ją bowiem pojęcie stresu. Jest to idea równie pojemna i wygodna, będąca prawdopodobnie najczęściej używanym pojęciem psychologicznym. Tyle, że jej podstawy naukowe są bardzo słabe. Zaczęło się z końcem XIX wieku, gdy amerykański neurolog Walter Cannon odkrył, że krew zwierząt poddawanych silnemu poczuciu zagrożenia podczas eksperymentów zawiera adrenalinę. Do tamtej pory nikt nie przypuszczał, że emocje są procesami zachodzącymi w całym organizmie. Wkrótce badacz opisał koncepcję reakcji na stres: „walcz lub uciekaj”. Chodzi o to, że w odpowiedzi na zagrożenie uruchamia się w naszym organizmie łańcuch reakcji przygotowujących go działania. Strach czy agresja to emocje z komponentem biologicznym, czyli takie, które mają nas przygotowywać do konkretnych aktywności: ucieczki albo obrony.

Co się z nami wtedy dzieje?

Większość tlenu i energii kierowana jest do mięśni, co obniża nasze funkcjonowanie intelektualne. W ciągu ułamków sekund następuje m.in. bardzo silny wyrzut dwóch hormonów: adrenaliny i noradrenaliny. Doprowadza to do przyspieszenia akcji serca, oddechu, wzrostu ciśnienia krwi i rozszerzenia źrenic. Podnosi metabolizm i wyostrza percepcję. Jeżeli bodziec trwa dłużej, lub czynnik stresowy jest bardzo silny, aktywuje się kolejny system biologiczny: wydziela się m.in. kortyzol, ułatwiający mobilizację energii i innych substancji niezbędnych do podtrzymywania działań.

Kolejnym zaś etapem rozwoju koncepcji stresu były lata 40. XX wieku. Hans Selye, kanadyjski endokrynolog bezskutecznie poszukujący nieznanego, żeńskiego hormonu w organizmach zwierzęcych, podczas autopsji zwierząt zmarłych w trakcie eksperymentów odkrył trzy wspólne symptomy: wrzody żołądka, powiększone nadnercza i obkurczone tkanki systemu odpornościowego.

Stres jest uniwersalnym kocykiem przykrywającym niewygody i sprawy, których nie rozumiemy, także w medycynie. Staje się współcześnie uniwersalną przyczyną wszelkiego zła.

Hans Hugo Selye (1907 – 1982, na zdjęciu w 1974 r.), fizjopatolog i endokrynolog pochodzenia węgierskiego, w latach 30. wyjechał do Kanady, gdzie na Uniwersytecie w Montrealu kierował Instytutem Chirurgii i Medycyny Doświadczalnej, a potem założył Instytut Badań nad Stresem. Postawił hipotezę, że źródłem wielu chorób somatycznych jest stres. Z jego 30 książek o stresie najbardziej znana to „Stress without Distress” (pol. „Stres okiełznany”). Fot. John Olson / The LIFE Images Collection via Getty Images
Uznał te zmiany za efekt stresu, czyli maltretowania tych zwierząt?

Tak. Selye doszedł do wniosku, że jest to efekt negatywnych bodźców aplikowanych zwierzętom podczas doświadczeń. Rozpoczął zatem serię nowych badań nad szczurami, wystawiając je na różne zagrożenia. Okazało się, że efekt wciąż był ten sam. By go nazwać, badacz wykorzystał termin wprowadzony już do fizjologii przez Cannona, a używany wcześniej wyłącznie w metalurgii: stres.

W 1956 roku wyniki swoich badań Selye opublikował w książce „ The Stress of Life” (Stres życia). Problem w tym, że naukowcy od początku wskazywali na poważne braki w jego koncepcji. Ale on sam niestrudzenie propagował ją w mediach, szpitalach czy zakładach karnych. Dziesięć razy nominowano go także do nagrody Nobla, nigdy jej jednak nie dostał.

Młot na polityczną poprawność. Zwalcza gender i relatywizm. Jak się uchował na zachodnim uniwersytecie?

Marzą mu się rządy „białych mężczyzn” i „opresja kobiet”? Tak o nim myślą postępowcy.

zobacz więcej
Na czym polegała słabość koncepcji stresu?

Selye zdefiniował stres jako niespecyficzną reakcję organizmu na stawiane przed nim nadmierne oczekiwania. Reakcje stresowe podzielił także na eustres – rodzaj pozytywnego napięcia, jakiego doświadcza pani spotykając na przykład przyjaciółkę, i negatywny dystres, gdy dziecko przyniesie dwóję.

Idąc tym tropem: wszystkie emocje, jakie przeżywamy, są stresem?

No właśnie. Co więcej, według Selyego pewna ilość napięcia emocjonalnego jest nam wręcz niezbędna, aby żyć. Zastępując zatem pojęcie „stres” słowem „emocje” pozostajemy wciąż w tej samej rzeczywistości. Jako ludzie bezustannie przeżywamy przecież całą gamę uczuć: radość, nadzieję, strach, lęk, złość, smutek, wstyd czy poczucie winy, dokładniej oddających nasze stany wewnętrzne niż ogólne pojęcie stres. Podobnie na poziomie reakcji fizjologicznych, gdzie poszczególne emocje także mają odmienne profile wydzielanych hormonów. Inaczej wygląda neurofizjologiczny obraz strachu, gdy mamy chęć ucieczki, inaczej, gdy owładnie nas poczucie lęku i grozy, bo jest ciemno, a wokół szura coś…

Hans Selye mówił jednak o stresie jako reakcji na nadmierne oczekiwania.

Owszem, tylko jak wyodrębnić te nadmierne? Poziom napięcia emocjonalnego czy, jak pani woli, stresu wcale nie jest obiektywnie wymierny. Podam przykład: w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku, za kadencji Ronalda Reagana, kontrolerzy lotów zażądali podwyżki płac argumentując, że ich praca jest bardziej stresująca od innych, czyli towarzyszy jej o wiele więcej napięcia emocjonalnego. Ich protest sparaliżował ruch lotniczy, podjęto więc natychmiastowe działania mające temu zaradzić. Prezydent zarządził sprowadzenie najlepszych specjalistów zajmujących się badaniem stresu, by mogli ocenić jego poziom i porównać ze stresem doświadczanym przez pracowników na innych stanowiskach.

I co się okazało?

Historia skończyła się w sposób typowy dla rządów Ronalda Reagana. Gdy poinformowano go, że nie ma niczego takiego, jak wskaźnik intensywności stresu, 11 tysięcy strajkujących kontrolerów lotów zostało wyrzuconych na bruk. I, tymczasowo zastępując ich kontrolerami wojskowymi, polecono szybko szkolić nowych. Nie było i nie ma bowiem naukowych metod pozwalających obiektywnie mierzyć poziom przeżywanego stresu.

Psychoterapia nie ma dla fizycznej kondycji organizmu żadnego znaczenia. Nie obniża nawet poziomu kortyzolu, będącego „hormonem stresu”.

Do XX wieku niekontrolowane wybuchy emocji u kobiet – np. krzyk, śmiech, płacz, czasem konwulsje – nie uważano za efekt stresu, ale za histerię wywołaną „wędrującą macicą”, mającą uciskać organy. Hipokrates uważał to za skutek braku aktywności seksualnej kobiety. Na obrazie „Lekcja kliniczna w Salpêtrière” (1887, André Brouillet) neurolog Jean-Martin Charcot wywołuje napad histerii poprzez hipnozę. Ostatecznie uznał ją za chorobę psychiczną. Jego uczniem był m.in. Zygmunt Freud. Fot. Getty Images
Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że praca kontrolera lotów czy kardiochirurga jest bardziej stresująca niż bibliotekarza. Istnieje także popularny kwestionariusz Social Readjustment Rating Scale (SRRS), gdzie uszeregowano 43 sytuacje życiowe od najbardziej do najmniej stresującej. Najmocniej destrukcyjna jest według niego śmierć współmałżonka, potem rozwód.

Niestety, z metodologicznego punktu widzenia nie ma to żadnej wartości. Kwestionariusze, o jakich pani mówi, oparte są na deklaracjach osób badanych, które według uznania przypisują podanym wydarzeniom różne liczby. Co więcej, nie dla każdego z nas śmierć małżonka będzie największym stresem. Chodzi przy tym nie tylko o to, że małżeństwom różnie się układa. Równie istotna jest bowiem nasza tolerancja na silne bodźce emocjonalne, a każdy z nas ma inną. W wielkim stopniu zależy to od wrodzonego temperamentu. Osoby nisko reaktywne będą zatem wręcz poszukiwać silnych bodźców. Być może wspomniany przez panią kardiochirurg jest człowiekiem potrzebującym na co dzień pewnej dozy napięcia emocjonalnego, by dobrze funkcjonować. A gdyby przyszło mu układać fiszki w bibliotece…

Wielkie oszustwa. Nauka bywa nie tylko areną wiekopomnych odkryć…

Nie ma już „mistrzów i ich szkół”. Jest masowe wytwarzanie „inteligencji” i biznes nazywany nauką.

zobacz więcej
… z nudów by zwariował?

( śmiech) Tak. Wobec braku stymulacji z pewnością przeżywałby frustrację. Na tej samej zasadzie dla kogoś, kto predysponowany jest do spokojnej pracy w aptece, przejście przez ruchliwą jezdnię może być tym, co nazywa stresem. Nie ma zatem sensu przykładanie tych samych mierników napięcia emocjonalnego do różnych ludzi. Podobnie irytuje mnie, gdy po wielu badaniach słyszę od lekarza, że moja somatyczna choroba może być wynikiem stresu. Oznacza to dla mnie, że geneza mojej choroby tak naprawdę jest nieznana. Stres bowiem staje się współcześnie uniwersalną przyczyną wszelkiego zła.

Uważa pan, że życie w intensywnym napięciu emocjonalnym nie ma wpływu na nasze fizyczne zdrowie?

Może mieć. Ale by potwierdzić taką tezę, warto wziąć pod uwagę kilka zmiennych, a przynajmniej siłę temperamentu. Pozbyć się też przekonania, że im więcej stresu, tym gorzej, bo to nieprawda. W swojej książce cytuję badania prowadzone w USA pod kątem zachorowalności na raka piersi w grupie prawie 38 tys. pielęgniarek na przestrzeni ośmiu lat. Okazuje się, że kobiety deklarujące wyższy poziom przeżywanego stresu są o 17% mniej podatne na zachorowanie niż żyjące w mniejszym napięciu ich koleżanki. W badaniach duńskich, trwających dwukrotnie dłużej, ryzyko zachorowań w grupie deklarującej wyższy poziom stresu było aż o 40% niższe. Podobny wynik uzyskano w przypadku nosicieli wirusa HIV: deklarowany poziom doświadczanego stresu nie miał przełożenia na późniejszą zachorowalność na AIDS w badanej grupie.

Z doświadczenia kilku onkologów, których pytałam, także wynika, że motywacja i stosunek do życia nie mają wpływu na przeżywalność wśród chorych na nowotwory. Skądś wzięły się jednak zmiany fizyczne u stresowanych w laboratoriach Cannona i Selya szczurów?

„Stresowanych” to łagodne stwierdzenie. Koncepcję wpływu stresu na organizm wypracowano opierając się na badaniach nad zwierzętami, które przez bardzo długi czas były wręcz maltretowane fizycznie i psychicznie. Jak bardzo? Zadawane im cierpienia można porównać z przetrzymywaniem człowieka w obozie koncentracyjnym. Mówię o długotrwałym, ciągłym, intensywnym napięciu emocjonalnym wynikającym z niedoboru snu, niedożywienia, bólu fizycznego i poczucia zagrożenia. Takie warunki mają zdecydowany wpływ na zdrowie psychiczne i fizyczne. Tylko czy współcześnie doświadczamy takich warunków na co dzień?

Nie wszyscy. Ale na damskich forach bywają kobiety sypiające w dresie, by wyrwane ze snu błyskawicznie mogły uciekać z domu przed pięścią pijanego męża.

To rzeczywiście warunki porównywalne z eksperymentalnym maltretowaniem zwierząt w trakcie prac nad stresem. Wpływ napięcia emocjonalnego na zdrowie może dotyczyć właśnie m.in. wielokrotnych ofiar przestępstw, o jakich pani mówi.

Nie było i nie ma naukowych metod pozwalających zmierzyć poziom przeżywanego stresu.

Koncepcję wpływu stresu na organizm Hans Selye (na zdjęciu w laboratorium podczas eksperymentów) wypracował, opierając się na badaniach nad szczurami, które przez bardzo długi czas były wręcz maltretowane fizycznie i psychicznie – zadawane im cierpienia można porównać z przetrzymywaniem człowieka w obozie koncentracyjnym. Tylko czy współcześnie doświadczamy takich warunków na co dzień? Fot. John Olson / The LIFE Images Collection via Getty Images / Getty Images
Proszę zrozumieć: nie kwestionuję przekonania o jedności psychofizycznej organizmu. Nie znamy jednak granicy napięcia, jakie każdy z nas bez problemu zdoła unieść. Stąd w mniej drastycznych przypadkach wpływ codziennego stresu na zdrowie fizyczne nie jest tak oczywisty, jak nam się często wmawia.

Opublikowana w czerwcu tego roku obszerna metaanaliza dotycząca wpływu psychoterapii na zmianę niektórych markerów biologicznych towarzyszących chorobom psychicznym wykazała, że psychoterapia nie ma dla fizycznej kondycji organizmu żadnego znaczenia. Nie obniża nawet poziomu kortyzolu, będącego „hormonem stresu”. Inaczej niż leczenie farmakologiczne, istotnie wpływające na te parametry.

Skąd wzięły się wrzody żołądka u stresowanych szczurów?

Bakterie wywołują raka żołądka, a nawet miażdżycę, Parkinsona i Alzheimera

Czy będziemy leczyć te choroby antybiotykami?

zobacz więcej
Nie wiem, bo nie szukano odpowiedzi na to pytanie. Być może jest to choroba większości tych zwierząt żyjących w niewoli? Związek wrzodów i stresu już dawno legł w gruzach. Dziś wiemy, że owrzodzenia powoduje bakteria helicobacter pylori i leczy się je antybiotykami. Niemniej przez dobre kilkadziesiąt lat wrzody leczono zaleceniami dotyczącymi trybu życia i psychoterapią. Wciąż jednak uważa się, że choroby układu krążenia, m.in. zawały serca, mają związek ze stresem.

A nie mają?

Odpowiem pytaniem: czy słyszała pani o zawale serca u kobiety poniżej 25. roku życia? Z pewnością nie, bo hormony kobiece chronią serce. Zawały występują zaś głównie u ludzi mających zaawansowane zmiany miażdżycowe w układzie krwionośnym. Są to osoby nie pilnujące diety, wagi, ani rozsądnego trybu życia. Statystyki pokazują zresztą, że co najmniej połowa zawałów ma miejsce podczas wysiłku, jakim jest wydalanie, naprawdę trudno nazwać to jednak stresem. Wyzwalaczem zawału jest wysiłek: ktoś podbiegł do autobusu czy ruszył w góry, ale też mógł przestraszyć się czy zdenerwować. Wspomniałem już, że strach, a także gniew zwiększają tętno i szybkość oddychania.

Proszę zrozumieć, że stres może być każdą reakcją organizmu na to, co niesie życie. I, nie będąc bardzo intensywnym i długotrwałym, nie ma wpływu na nasze zdrowie. Jest za to uniwersalnym kocykiem przykrywającym wszelkie niewygody i sprawy, których nie rozumiemy, także w medycynie. Modne ostatnio podejście holistyczne, traktujące człowieka jako całość, także postrzegam zresztą jako obłudnie dwulicowe.

Dlaczego?

Psychologowie zarzucają lekarzom, że traktują ludzki organizm jako wyłącznie biologiczny „przypadek”. Ale czy odwiedzając z kolei psychologa jesteśmy pytani o wyniki badań fizykalnych? Czy psycholog pyta o jakość morfologii, poziom hormonów, albo o przyjmowane leki? W swoich książkach wielokrotnie opisywałem osoby z niedoczynnością tarczycy przez lata poddawane nieskutecznej psychoterapii jako „depresyjne”. Prawdziwie holistyczne podejście polega na zbadaniu organizmu pod kątem obecności różnych markerów biologicznych, by przed podjęciem psychoterapii wykluczyć przyczyny somatyczne. Lubimy także powtarzać, że nasze czasy są „niezwykle stresujące”.

Tempo życia w naszej części świata bardzo wzrosło.

To prawda, ale nasi ojcowie czy dziadkowie przeżyli co najmniej jedną wojnę, gdy poczucie lęku i zagrożenia było nieporównywalne z tym, czego doświadczamy dziś. Ludzie martwili się, czy starczy im pożywienia do kolejnej wiosny. Kobiety zaś rodziły dzieci niepewne, czy będzie im dane przeżyć kolejny poród. Większość z nich traciła zresztą co najmniej jedno dziecko w niemowlęctwie, zwykle na własnych oczach. Wobec braku dostępu do opieki medycznej, bolesna choroba i śmierć były brutalną codziennością. Współczesne narzekanie na „niezwykle trudne czasy” zakrawa więc na śmieszność.

Warto pozbyć się też przekonania, że im więcej stresu, tym gorzej, bo to nieprawda.

„Bez stresu” – znak z takim napisem wskazuje, że przybyłeś do „Kostas”, tawerny na malowniczej greckiej wyspie Kos. Fot. Xavier TESTELIN / Gamma Rapho via Getty Images
Śmierć ze stresu porównuje pan w swojej książce do śmierci voodoo. Człowiek umiera wtedy pod wpływem sugestii, że ciąży na nim klątwa. Przyznaje pan także, że stres jest piętnastą z kolei przyczyną zgonów w Stanach Zjednoczonych.

Owszem. W tych samych Stanach Zjednoczonych Abiola Keller ze swoimi współpracownikami porównywała losy 30 tysięcy osób deklarujących wysoki poziom stresu i przekonanych przy tym, że stres szkodzi ich zdrowiu oraz tych, które mimo doświadczanego stresu uważały go za czynnik obojętny. Okazało się, że to nie deklarowany poziom przeżywanego stresu, ale przekonanie o jego szkodliwości miało istotny wpływ na ludzką przeżywalność. Najwyższą śmiertelność odnotowano w grupie o wysokim poziomie doświadczanego stresu przekonanej, że jest to zgubne dla zdrowia.
Jako założyciel Klubu Sceptyków Polskich twierdzi pan, że to siła sugestii?

Jasne, że nie. Powrócę do porównania ze śmiercią voodoo, o którym pani wspomniała. Wydaje się, że taki zgon jest samospełniającą się przepowiednią. Nikt z badaczy nie miał jednak bezpośrednio do czynienia ze śmiercią voodoo i Walter Cannon także opisywał ją na podstawie relacji osób trzecich. Co ciekawe, nie były to zgony szybkie ani gwałtowne. Ofiary przekonane, że dosięgła je klątwa, przytłoczone i zrezygnowane kładły się po prostu do łóżka, odmawiając wody i pożywienia, by w końcu umrzeć. Wątpiący sugerują co prawda możliwość podtruwania ofiar w celach „marketingowych”, by legitymizować skuteczność magicznych praktyk. Jeśli jednak ingerencji nie było, mamy do czynienia ze śmiercią w wyniku zaniechania podstawowych czynności życiowych. Podobnie zaś jest ze stresem.

Sugeruje się nam, że stres szkodzi?

Psychologowie przekonują, że stres szkodzi. A ci, którzy im wierzą, nie broniąc się umierają wcześniej. Jesteśmy zatem ofiarami klątwy rzuconej przez psychologów.

– rozmawiała Ewelina Pietryga

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Tomasz Witkowski
(ur. 1963) ukończył psychologię na Uniwersytecie Wrocławskim. Był pracownikiem naukowym Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Prowadził badania poświęcone psychologii społecznej oraz motywacji na uniwersytetach w Bielefeld oraz w Hildesheim. Opublikował kilkadziesiąt artykułów naukowych oraz ponad sto popularnonaukowych, m.in. w „British Journal of Social Psychology”, „Polish Psychological Bulletin”, „Journal of Social Psychology”, „Skeptical Inquirer” oraz w „The Scientific Review of Mental Health Practice”.

Jest autorem i współautorem wielu książek, m.in.: „Psychomanipulacje. Jak je rozpoznawać i jak sobie z nimi radzić” (2000); „Psychologia kłamstwa. Motywy, strategie, narzędzia. Wałbrzych” (2002); „Inteligencja makiaweliczna. Rzecz o pochodzeniu natury ludzkiej” (2005); „Zakazana psychologia. Pomiędzy szarlatanerią a nauką”, tom 1 (2009); „Zakazana psychologia. Nauka kultu cargo i jej owoce”, tom 2. (2013); „Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach” (2018); „Zakazana psychologia. O cnotach, przywarach i uczynkach małych wielkich uczonych”, tom 3. (2019). W 2015 ukazała się w USA jego książka „Psychology Gone Wrong. The Dark Sides of Science and Therapy” (napisana wraz z Maciejem Zatońskim), a rok później „Psychology Led Astray: Cargo Cult in Science and Therapy”.
Tomasz Witkowski. Fot. Wikimedia/Hapana99 - Praca własna, CC BY-SA 4.0
Krytykuje psychologię jako dyscyplinę i praktykę, terapię opartą na tzw. syndromie dorosłych dzieci alkoholików, programowanie neurolingwistyczne (uznaje NLP za pseudonaukę, wnioskując z wyników badań naukowych, że założenia NLP nigdy nie zostały empirycznie potwierdzone), wartość naukową i praktyczną testów projekcyjnych. Zwolennik zastosowania sztucznej inteligencji i nowych technologii w psychologii.

Jest założycielem Klubu Sceptyków Polskich. W 2010 roku za swoją działalność został uhonorowany nagrodą Racjonalista Roku przyznawaną przez Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów.

Biogram i zdjęcie za https://pl.wikipedia.org/wiki/Tomasz_Witkowski
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.