Cywilizacja

Zdrajca Kant i herb regenta. „Pełzająca germanizacja” Kaliningradu

Współczesny Kaliningrad niewiele ma wspólnego z Królewcem, podobnie jak obwód kaliningradzki z Prusami Wschodnimi. Oprócz historii oczywiście. Nawiązywanie do niemieckiej przeszłości regionu nie wszystkim się podoba. Ostatnie lata to wręcz polowanie na „separatystów”, których jedyną winą jest dbanie o pruskie pomniki czy duma z Immanuela Kanta.

16 września sąd w Czerniachowsku (Insterburg, Wystruć) orzekł, że obecny herb miasta łamie prawo, ponieważ zawiera „elementy obcej kultury”. Przyjęty przez radę miasta w 2002 roku znak opiera się na historycznym herbie sprzed 1946 roku, gdy miasto nosiło nazwę Insterburg. Przedstawia on Prusaka z rogiem oraz łacińskie litery G. F. To inicjały regenta Prus Jerzego Fryderyka, margrabiego Brandenburgii-Ansbach (1543-1603), który nadał Insterburgowi prawa miejskie.

Przez siedemnaście lat herb nikomu nie przeszkadzał, aż w czerwcu decyzję władz miejskich zaskarżyła do sądu prokuratura. Sąd zaś orzekł, że rosyjskie prawo nie pozwala na używanie obcych języków i symboli w rosyjskich symbolach państwowych, i wezwał władze miasta „do usunięcia wszelkich naruszeń prawa”. Problem polega na tym, że herb przyjęto kilka lat przed ustanowieniem tegoż prawa. Dlaczego nie przeszkadzało to nikomu aż do dziś?
Herby – od lewej – Czerniachowska (Insterburg, Wystruć), Bałtijska (Pillau, Pilawa) oraz Zełenogradska (Cranz, Koronowo). Fot. Wikimedia/Vector-images.com (dwa pierwsze) oraz Yu. Kalinkin (Ю. Калинкин); zmodyfikowany przez SibFreak - http://www.heraldicum.ru/russia/subjects/towns/zeleno.htm, Domena publiczna
Otóż jest to kolejny przykład paranoicznej wręcz polityki władz, która postanowiła walczyć z „pełzającą germanizacją” eksklawy. Kolejni lokalni urzędnicy, nie wspominając o aparacie bezpieczeństwa, zaczęli się prześcigać w poszukiwaniu i likwidacji wszelkich przejawów, które można by wiązać z „separatyzmem”. Także tym heraldycznym. Władze Bałtijska, do 1946 roku znanego jako Pillau (Pilawa), ogłosiły, że zmienią herb miasta, ponieważ znajduje się w nim korona króla pruskiego Fryderyka Wilhelma I. Tą samą drogą chce podążyć Zełenogradsk (Cranz, Koronowo) – bo podobno herb został miastu nadany jeszcze przez nazistowskiego gauleitera Prus Wschodnich Ericha Kocha…

Skazani na Kienigsbierg?

Powojenny los Prus Wschodnich rozstrzygnęły zwycięskie mocarstwa w Poczdamie w 1945 roku. Zapadła tam decyzja o podziale niemieckiego regionu na trzy części. Północna, czyli Kraj Kłajpedzki (Memelland) przypadła sowieckiej Litwie. Tak zwane południowe powiaty dostała Polska. Ale została jeszcze środkowa część, z Królewcem – ją Stalin wziął sobie. 7 kwietnia 1946 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRS powołało Obwód Königsberski Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Ale gdy dwa miesiące później zmarł wieloletni przewodniczący Rady Najwyższej Michaił Kalinin, już nazajutrz zmieniono nazwę Królewca (Königsberga) na Kaliningrad. Za tym poszła też zmiana nazwy obwodu.

Lwów i Królewiec mogły być w PRL. A Szczecin w NRD

Jedną z przygranicznych warmińskich wsi Polacy od sowieckich sołdatów odkupili za parę litrów spirytusu.

zobacz więcej
W tym czasie na dobre szło już wysiedlanie resztek Niemców, tych, którzy nie uciekli w 1945 roku przed nacierającym frontem, i tych, których nie zabiła wkraczająca do Prus Wschodnich Armia Czerwona. Na ich miejsce władze sprowadzać zaczęły tysiące ludzi, głównie z Rosji, Ukrainy czy Białorusi. Najczęściej ludność wiejską. Zasiedlony tzw. prizywami obwód kaliningradzki stał się chyba najbardziej sowieckim regionem ZSRS, bo tworzonym od podstaw i bez silnych tożsamości narodowych. Stalin postawił określone zadanie: za każdą cenę i wszelkimi środkami zniszczyć wszelkie pomniki przeszłości. Na dobre zetrzeć z ziemi wszystko, co kojarzy się z Niemcami. Było o tyle łatwo, że poprzednich mieszkańców już nie było, a alianckie naloty i walki niemiecko-sowieckie straszliwie zrujnowały Królewiec. Z czasem jednak część tych, którzy tu przybyli po wojnie, zaczęła wykazywać troskę o miasto, o przywrócenie na ile się da jego przedwojennego wyglądu. A w 1991 roku upadł Związek Sowiecki.

Okazało się, że poczucie regionalnej odrębności wśród kaliningradczyków jest całkiem silne. Na początku lat 90. w telewizji i rozgłośniach radiowych można było posłuchać utworu zespołu rockowego X-Ray, zatytułowanego „Kienigsbierg”. A w tej piosence takie choćby słowa: „Nie szukamy naszej Ojczyzny po całym rosyjskim terytorium, Kaliningrad jest pod Mytiszczami, a Kienigsbierg jedyny w historii”. Mowa tu o innym Kaliningradzie, tym leżącym pod Moskwą (w 1996 roku zmieniono jego nazwę na Koroliew). Wtedy też rozpowszechniło się – zwłaszcza wśród młodych – nazywanie Kaliningradu krótko „Kienig”, trochę tak, jak na Petersburg mówią „Piter”. Znaczące było to, że stara nazwa niemiecka okazała się popularniejsza niż nowa sowiecka. Nikt nie mówił i nie mówi o mieście nad Pregołą: Kalik.

Ale na tym się nie kończyło. Na początku lat 90. wśród mieszkańców eksklawy popularne były idee specjalnego statusu ekonomicznego obwodu, większej politycznej autonomii, a nawet suwerenności („czwarta republika bałtycka”). Zwolennicy tych pomysłów chcieli ograniczenia sił wojskowych w obwodzie i zacieśnienia współpracy z krajami sąsiednimi oraz w ramach struktur regionalnych nad Bałtykiem. Co ciekawe, taki pogląd był popularny wtedy także wśród lokalnej rządzącej elity. Pierwszy gubernator Kaliningradu po rozpadzie ZSRS Jurij Matoczkin dążył do niezależności ekonomicznej obwodu i jego jak najściślejszych związków gospodarczych z Zachodem. Oczywiście politycznie Kaliningrad nadal byłby częścią Rosji, ale już na większych prawach: nie obwodu, a republiki w ramach Federacji Rosyjskiej. W 1993 r. pojawił się nawet pomysł zorganizowania referendum w tej sprawie.
Przewodniczący Rady Najwyższej ZSRS Michaił Kalinin w 1942 r. podczas spotkanie przedstawicieli Polski i władz sowieckich. Po lewej ambasador rządu RP na uchodźstwie w ZSRR Stanisław Kot, po prawej wicekomisarz spraw zagranicznych Andriej Wyszyński. Fot. NAC/Archiwum Fotograficzne Czesława Datki, sygn. 18-305-4
Także lepsze możliwości rozwoju i podniesienie poziomu życia ludności były motywem działania zwolenników zwiększenia politycznej niezależności od Moskwy. Pojawił się ruch Reformy – Nowy Kurs, którego głównym postulatem było utworzenie w obwodzie kaliningradzkim bałtyckiej republiki autonomicznej w strukturach Federacji Rosyjskiej. Część środowisk akademickich proponowała referendum w sprawie utworzenia Bałtyckiej Republiki Rosyjskiej. Bałtycka Partia Republikańska twierdziła, że taka republika powinna być samodzielnym podmiotem prawa międzynarodowego, luźno stowarzyszonym z Rosją. Lider ugrupowania – którego rejestracji Sąd Konstytucyjny FR zresztą odmówił – Siergiej Paśko napisał nawet konstytucję Kaliningradzkiej Republiki Bałtyckiej.

Paśko był szefem stowarzyszenia drobnych przedsiębiorców nastawionych na współpracę z Europą. Zresztą dziś to właśnie kaliningradzcy biznesmeni są szczególnie podejrzani o „separatyzm”. Choć kierują się tylko chęcią zysku. Im więcej współpracy z niemieckim biznesem, im więcej niemieckich turystów – tym więcej pieniędzy. Jednak lokalny biznes poważnie cierpi na kremlowskiej polityce wobec obwodu: militaryzacji („lotniskowiec Kaliningrad”) zamiast komercjalizacji („bałtycki Hongkong”). Ta druga droga jest dziś uważana za herezję.

Czołgi wroga w ciągu pół godziny dotrą do Braniewa, po dwóch będą w Elblągu

Uzbrojone w ładunki jądrowe rakiety mają w zasięgu każdy region Polski. Stąd nadejdzie atak?

zobacz więcej
Z uwagi na centralizm polityki państwa rosyjskiego oraz przewrażliwienie Moskwy na każdą próbę „rewizji” historii Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w tym zmian granic ZSRR i Rosji po wojnie, nawet najmniejsze oznaki nastrojów proniemieckich czy sentymentu do okresu „sprzed Kaliningradu” wywołują gwałtowną reakcję i alarmistyczne tytuły prasowe w stylu „Kaliningrad zmienia się w Königsberg”. Bardzo źle widziane są próby wprowadzenia nazw ulic mogących się kojarzyć z niemieckim okresem historii miasta i regionu. Nawet napływ niemieckich turystów ma w tym kontekście drugie, niepokojące dno. To samo odnosi się do odnawiania przedwojennych budynków czy pojawiania się restauracji nawiązujących nazwą, wystrojem czy menu do pruskich czasów. Dosłownie wszystko, co może sugerować niemieckie korzenie tego regionu jest podejrzane. Do tego stopnia, że od razu pojawiają się głosy, iż to początek procesu powrotu Kaliningradu i całej eksklawy pod niemiecką kontrolę.

Zresztą to jest też główny powód niechęci do niemieckich inwestycji gospodarczych w obwodzie. Znany sowiecki reżyser Władimir Fokin, który niedawno odwiedził Kaliningrad z okazji festiwalu filmów, twierdził po powrocie, że jest zszokowany tym, co widział: transformacją miasta i regionu w kierunku, który rzekomo sugeruje, że władze i mieszkańcy są gotowi oddać Kaliningrad Niemcom. Fokin narzeka, że miejscowi urzędnicy nie tylko wydają pieniądze na odnawianie stosunkowo nowych rosyjskich budowli w stylu „königsberskim”, ale też zmieniają nazwy ulic z rosyjskich na niemieckie, na dodatek pisane łacinką, a nie cyrylicą. Mieszkańcy obwodu bardziej oglądają się na niemiecką przeszłość, niż spoglądają w rosyjską przyszłość – podsumowuje Fokin.

Niezależnie od historii, polityki czy sentymentów, nie mniej istotne są uwarunkowania demograficzne i socjalne. Sowieccy obywatele, którzy zajęli miejsce wysiedlonych Niemców, w 1950 roku osiągnęli liczbę 400 000. Dzięki wysokiej stopie urodzeń i trwającej wciąż imigracji, do 1989 r. ta liczba się podwoiła. Dziś populacja obwodu wynosi niemal milion.

Obwód kaliningradzki jest od reszty Federacji Rosyjskiej oddzielony geograficznie, a na dodatek – co musi budzić niepokój Moskwy – zaczyna się też coraz bardziej różnić demograficznie. Piszą o tym autorzy artykułu analizującego procesy migracyjne w eksklawie – Saławat Abylkalikow i Witalij Sazin z Wyższej Szkoły Ekonomii. Ich zdaniem, narasta wśród ludności obwodu poczucie odrębności od reszty Rosjan. Nie bez znaczenia jest fakt, że kaliningradczycy częściej jeżdżą do Polski czy na Litwę niż do Rosji (zwłaszcza w latach, gdy obowiązywał mały ruch graniczny). Miejscowa populacja staje się też coraz bardziej homogeniczna i coraz mniej związana z innymi częściami Federacji. Co wynika z malejącego przepływu mieszkańców innych części Rosji do kaliningradzkiej eksklawy. Od 2007 roku do Kaliningradu przyjechało z Rosji 31,5 tys. ludzi. Niemal dziesięć razy mniej niż planowała Moskwa. Jeszcze w 1973 roku tylko 73 proc. mieszkańców eksklawy było w niej urodzone. W 1993 roku było to już 97 proc.
Co więcej, nowe pokolenia czują się coraz mniej związane z innymi regionami kraju. Dla nich ewentualne zerwanie z Rosją nie byłoby niczym szokującym. Szczególnie, gdy są podstawy do coraz większej wrogości wobec Moskwy i otwarcia na Europę. Kryzys gospodarczy w Rosji powoduje, że w całym kraju narastają antyrządowe nastroje. Ludzie odczuwają, że mają mniej w kieszeniach, że kuleje system opieki socjalnej. Ale ci w Kaliningradzie mają dodatkowo możliwość porównania swej obecnej sytuacji z tą sprzed kilku lat na tle sąsiadów, czyli Litwy i Polski, a także w pewnym stopniu Niemiec.

Regionalistyczne postawy są w Rosji Putina nie do zaakceptowania z zasady. W przypadku Kaliningradu postrzegane są one nawet jako coś gorszego. Nie tylko jako zjawisko antymoskiewskie, ale też jako pierwszy krok ku utracie przez Rosję jednego z wojennych trofeów i wręcz pierwszy krok ku restauracji wielkich Niemiec na zachodnich granicach Rosji. Każda zmiana statusu eksklawy, a tym bardziej jej odłączenie jest nie do przyjęcia, bo stanowi przykład dla innych podmiotów Federacji. Poza tym, byłby to poważny cios dla strategicznej pozycji Rosji w całym regionie Bałtyku – wszak w obwodzie stacjonuje Flota Bałtycka.

Kant „na kolanach pełzał”

Zwodowano tu pierwszy polski galeon, skręcano cygara dla całej Europy, budowano okręty dla Chin. Miasto odcięte od morza

Nawet po przekopie Mierzei Wiślanej elbląski port nie stanie się zagrożeniem dla Gdańska.

zobacz więcej
Dość silne jeszcze na początku lat 90. nastroje separatystyczne z biegiem lat właściwie zanikły. Za to coraz więcej mieszkańców obwodu zaczęło z dumą powoływać się na historię swej małej ojczyzny – tę sprzed panowania sowieckiego. Za tym poszły czyny: przywracanie budynków i symboli czasów pruskich. Na przykład w Tylży (obecnie Sowieck) do parku miejskiego wrócił (w formie kopii) stary pomnik królowej Prus Luizy. Pod Czerniachowskiem przystąpiono do restaurowania zamku Georgenburg, podobnie jak starej pruskiej posiadłości w Jasnej Polanie (pol. Trakeny, niem. Trakehnen). W 2010 roku ówczesny gubernator Kaliningradu Georgij Boos zaproponował nawet publicznie, żeby przywrócić Tylży (Sowieck) dawną niemiecką nazwę Tilsit. To, jak wiele się zmieniło od tamtego czasu, pokazuje historia właśnie z tego miasta.

Anżelika Szpiljowa była dyrektorem Muzeum Historycznego w Sowiecku. Ostatnio podpadła władzy, bo nie chciała pomniejszać wielowiekowej niemieckiej przeszłości regionu i zerwać kontaktów z różnymi kulturalnymi organizacjami w Niemczech. Miejscowym politykom nie podobało się też, że muzeum utrzymuje kontakty z byłymi mieszkańcami Tylży, którzy musieli po wojnie opuścić miasto. Jednak poważne problemy zaczęły się w 2017 roku, gdy Szpiljowa zorganizowała w muzeum wystawę z okazji 100. rocznicy urodzin mieszkańca Tylży, niemieckiego poety i pacyfisty Johannesa Bobrowskiego.

Bobrowski, który służył w Wehrmachcie na froncie wschodnim i spędził cztery lata w sowieckiej niewoli, był potem (zamieszkał w NRD) ceniony w ZSRS, gdzie masowo wydawano jego twórczość. Na wystawie w Sowiecku nie brakowało, obok miejscowych oficjeli, niemieckich dyplomatów, a nawet deputowanych Bundestagu czy uniwersyteckich profesorów. Początkowo wszyscy byli zachwyceni. I nagle coś się zmieniło. Dyrektor usłyszała, że ma zdjąć wystawę, a potem złożyć rezygnację ze stanowiska. Powód? Podobno zdjęcie Bobrowskiego w niemieckim mundurze na wystawie.

Szpiljowa odmówiła. Wtedy postraszono ją, że zostanie skazana za promowanie ekstremizmu. I tym razem nie rezygnowała. W czerwcu 2018 roku urzędnicy ogłosili, że zamkną lokalne muzeum historii z powodu cięć budżetowych. Szpiljowa zdołała zmobilizować opinię publiczną i lokalne media w obronie placówki. Nie została zamknięta. W końcu jednak, w listopadzie 2018 roku przyszła delegacja czworga urzędników do jej biura i przekazała decyzję o zwolnieniu, bo Szpiljowa „straciła zaufanie” władz miasta. Musiała odejść z muzeum po przepracowaniu w nim 36 lat, w tym 18 na stanowisku dyrektora.

Nieco wcześniej, bo we wrześniu 2018 roku posadę po 20 latach nauczania straciła w Kaliningradzie profesor socjologii Anna Alimowa, znana aktywistka proekologiczna. Powód? Agencja informacyjna Regnum (znana z powiązań ze służbami, skupiająca się na regionie bałtyckim) nagłośniła rzekomy donos jednego ze studentów Alimowej, w którym twierdził on, że profesor promowała „kaliningradzki separatyzm” wśród studentów. Wszystko wskazuje na to, że donos był zmyślony i nie ma takiego studenta. Ale władze uczelni zyskały pretekst, by pozbyć się Alimowej.
Antyniemiecka fobia w Kaliningradzie szczególnie ostro objawiła się pod koniec 2018 roku – a zaczęło się od niewinnej na pozór internetowej sondy, w której mieszkańcy eksklawy mogli wybrać patrona lokalnego portu lotniczego. Kandydatami były dwie postacie z XVIII wieku oraz dwóch wybitnych dowódców Armii Czerwonej. Caryca Elżbieta (córka Piotra I) była znana z wrogości do Prus, toczyła z nimi wojnę, podczas której Rosjanie zajęli Królewiec. Immanuela Kanta przedstawiać nie trzeba – zdobył dla uniwersytetu w Królewcu wielką sławę. Generał Iwan Czerniachowski odznaczył się podczas walk o Prusy Wschodnie (i doczekał się „własnego” miasta, czyli Czerniachowska), zaś marszałek Aleksandr Wasilewski zdobył w 1945 roku Królewiec.

Bardzo długo liderem głosowania był Kant. Wywołało to kampanię wymierzoną w tego najbardziej znanego i wybitnego mieszkańca Królewca. Pojawiły się głosy, że jego postać obraża… weteranów ostatniej wojny. Kanta zgromił deputowany do Dumy Andriej Kolesnik. Nieznani wandale oblali różową farbą nagrobek filozofa u ścian katedry oraz jego pomnik przed uniwersytetem, noszącym zresztą jego imię. Ktoś rozrzucił ulotki zachęcające do „odżegnania się prawosławnym krzyżem” od „zdrajcy ziemi ruskiej”.

Lasery bojowe, rakiety hipersoniczne, bezzałogowe łodzie podwodne. Rosja przyspiesza zbrojenia

Dotąd Moskwa zakładała użycie broni atomowej wyłącznie w charakterze odpowiedzi na atak. Teraz może powrócić do doktryny uderzenia wyprzedzającego, znanej jeszcze z czasów sowieckich.

zobacz więcej
Ale największe wrażenie zrobiło nagranie wideo, które wyciekło do internetu. Widać na nim wiceadmirała Floty Bałtyckiej przemawiającego do załóg dwóch okrętów wpływających do Bałtijska. – Co do Kanta, to wszyscy mówią: Kant to, Kant tamto… Ten człowiek zdradził swoją ojczyznę, poniżył się i na kolanach pełzał, by dano mu katedrę, rozumiecie, na uniwersytecie, by tam wykładał. Pisał jakieś niezrozumiałe książki, których nikt z tu stojących nie czytał i nigdy czytać nie będzie – mówił Igor Muchamietszysz. Głosowanie zakończyło się 1 grudnia 2018 roku. Ostatecznie głosowanie na ostatniej prostej wygrała cesarzowa Elżbieta, córka cara Piotra I.

Polowanie na „separatystów” i walka z „pełzającą germanizacją” przybierają czasem absurdalny wymiar. Na początku 2016 roku holenderski właściciel kaliningradzkiego browaru, Heineken, wyprodukował piwo „Königsberg”, stosując niemiecką wymowę nazwy miasta zamiast wcześniej używanej wersji zrusyfikowanej „Kienigsbierg”. – Teraz na froncie butelki nie znajdziecie jednego słowa po rosyjsku – oburzał się nacjonalistyczny portal Russkij Mir. – Ale znajdziecie w dwóch różnych miejscach hasło „Mit respekt zu den Deutschen brautraditionen”.

Co najmniej od 2016 roku lokalna telewizja państwowa i inne mniejsze media regularnie serwują historie o rzekomej „germanizacji” regionu. W 2017 roku państwowe media opisały sprawę Aleksandra Orszulewicza i innych członków Bałtyckiej Awangardy Rosyjskiego Oporu (BARS), marginalnej organizacji określającej się jako „nacjonalistyczna” i „monarchistyczna”, ale opowiadającej się za wejściem Kaliningradu do UE i powrotem historycznej nazwy. Właściwie nikt o nich nie słyszał – do czasu aresztowania czterech członków latem 2017 roku po paru ich wypowiedziach w telewizji. Wciąż nie usłyszeli wyroku.

Sprawa BARS wywołała oburzenie innych aktywistów. Podkreślają oni, że choć nie zgadzają się z poglądami aresztowanych dotyczącymi separatyzmu, to jednak BARS była za radykalną dekomunizacją i osądzeniem zbrodni Stalina i innych sowieckich liderów. Rzekome związki z BARS to jeden z zarzutów wobec wieloletniego dyrektora kaliningradzkiego Domu Niemiecko-Rosyjskiego Wiktora Gofmana. W 2017 roku oskarżono go o promowanie nazizmu i ekstremizmu, częściowo z powodu rzekomego „popularyzowania” urodzonej w Królewcu niemieckiej poetki Agnes Miegel, która należała do NSDAP. Gofman oczyścił się z zarzutów przed sądem, ale doznał zawału i zrezygnował ze stanowiska. Przejął je lokalny znajomy Putina Genrich Martens.
W 2017 roku pojawiły się apele o dymisję rektora Bałtyckiego Uniwersytetu Federalnego im. Kanta Andrieja Klemeszewa (pierwszy od prawej, obok gubernator obwodu kaliningradzkiego Anton Alikhanov i po lewej minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow). Rektor został oskarżony o promowanie „akademickiego separatyzmu” i zdrady. Na zdjęciu: spotkanie ze studentami uczelni, czerwiec 2017 r. Fot. Alexander Shcherbak \ TASS via Getty Images
Moskwa i nacjonaliści na celownik wzięli środowisko akademickie z Bałtyckiego Uniwersytetu Federalnego im. Kanta. W 2017 roku pojawiły się apele o dymisję Andrieja Klemeszewa, rektora uczelni. Został oskarżony o promowanie „akademickiego separatyzmu” i zdrady, jak też dążenie do oderwania „samoświadomości młodych mieszkańców Kaliningradu od Wielkiej Rosji”. W sierpniu 2018 roku samozwańcza rosyjska grupa patriotów pod nazwą Akademia Problemów Geopolitycznych, kierowana przez emerytowanego generała Leonida Iwaszowa, oświadczyła, że zachodnia promocja sentymentów separatystycznych w Kaliningradzie odnosi sukcesy w penetracji lokalnych władz. „Patrioci” wezwali do czystek w obwodowej administracji, na uczelniach i w instytucjach kulturalnych.

Separatyzm? Tylko pretekst

Kaliningradzki separatyzm to jednak mit. Samodzielna lub szeroka autonomia eksklawy jeszcze na początku lat 90. miała poparcie nawet co trzeciego mieszkańca. Ale po dekadzie było to już zaledwie 6 proc. Dziś prawdziwych separatystów w Kaliningradzie już nie ma. Nawet takich, dla których istotna jest tylko zmiana nazwy Kaliningradu na Królewiec lub Kantograd.
Nie oznacza to też jednak, że to jakoś szczególnie „patriotyczny rosyjski” region. Historię tej części Prus Wschodnich po zakończeniu drugiej wojny światowej trudno w ogóle nazwać okresem rosyjskim. To były czasy sowieckie, pod każdym względem. Rosyjski był jedynie język mieszkańców, język urzędowy. Po 1991 roku Moskwa bardzo długo niewiele z tym robiła. Dopiero ostatnie lata to próby swego rodzaju „rusyfikacji” eksklawy. Wygląda to jednak dość absurdalnie – jak choćby powstanie kaliningradzkiego Kozactwa. Obecnie w obwodzie zarejestrowanych jest 29 wspólnot kozackich, z których większość wchodzi w skład Bałtyckiego Kozackiego Związku. Sęk w tym, że Kozaków w Prusach Wschodnich nigdy nie było...

Represyjna polityka Moskwy i aparatu bezpieczeństwa wobec wszelkich przejawów sentymentu do presowieckiej historii regionu nie wynika wcale z obaw przed germanizacją i oderwaniem obwodu od rosyjskiej macierzy. Takiego zagrożenia po prostu nie ma, także dlatego, że nic takiego nawet nie przychodzi do głowy Niemcom. Nie tylko wtedy, gdy mówimy o tzw. czynnikach oficjalnych. Przecież nawet Powiernictwo Pruskie założone przez członków Ziomkostwa Prusy Wschodnie, gdy pojawia się kwestia roszczeń, mówi tylko o majątkach pozostawionych w polskiej części byłych Prus Wschodnich. Do Rosji żadnych pretensji nie mają. Mówienie o zagrożeniu utratą obwodu kaliningradzkiego na rzecz Niemiec to zatem czyste fantazjowanie.

Tak naprawdę władza walczy z „separatyzmem königsberskim” tylko dlatego, że jest to w eksklawie ważny element społeczeństwa obywatelskiego i konkurencyjna wizja rozwoju dla tej moskiewskiej, autorytarnej, euroazjatyckiej, a nie europejskiej. Każdy model rozwoju i rządów na Rusi (Rosji), odmienny od moskiewskiego, jest brutalnie niszczony przez gospodarzy Kremla od wieków. Wystarczy przypomnieć tragiczny los republiki kupieckiej w Nowogrodzie Wielkim.

Zatem dziś i w obwodzie kaliningradzkim wyszukuje się i ściga „separatystów”. Nie dlatego jednak, że chcą oni „germanizować” Kaliningrad, ale dlatego, że nie odpowiada im rola naszpikowanego wojskiem wysuniętego bastionu. Co wyróżnia ich „separatyzm”? Chcą żyć w Europie, robią zakupy w Polsce, wolą gotycką architekturę i szczycą się Immanuelem Kantem.

– Antoni Rybczyński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Ekspozycja w Muzeum Kanta w Kaliningradzie. Fot. Vladimir Smirnov/TASS
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Państwa, które utraciły władzę
Kto nami rządzi? Facebook i Google. MKOl. i FIFA, VISA i Mastercard. Standard & Poor’s i Moody’s.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Krychowiak na warzywach. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?
Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w 1972 roku. Wcześniej codziennie na obiad dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jądra motorem ewolucji
W mosznie ukrywa się wiele niedocenianej dotąd mocy. A wszystko za sprawą mutacji.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Żołnierze siłą trzymani w wojsku, czyli „maskirowka”
Rosyjscy wojskowi i politycy ukształtowali się w sowieckiej tradycji oszukiwania wroga.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy James zostanie Luną? Jak zmienić 7-latkowi płeć
Jeffrey Younger alarmował, że w „przemianę” jego syna w dziewczynkę zaangażowani są wszyscy, łącznie z instytucjami.