Cywilizacja

Król światowej lewicy. Piękny Justin Trudeau

Zdjęcia wyciekły w połowie września, na początku krótkiej, ledwie sześciotygodniowej kampanii wyborczej. Na jednej z fotografii z lat 90. Trudeau ma twarz brązową. Turban na głowie wskazuje, że przedrzeźniał Arabów. Na kolejnych fotografiach kolor buzi jest czarny. Do tego peruka afro, machanie rękami i pokazywanie języka.

Kiedy obserwując postępowców, myślicie Państwo, że widzieliście już wszystko, zawsze znajdzie się coś jeszcze. Elita światowej lewicy przyzwyczaiła nas do oceniania wszystkiego i wszystkich zgodnie z kryterium tzw. polityki tożsamościowej oraz do tworzenia kolejnych kategorii wykroczeń albo – cytując Orwella – „myślozbrodni”. Ich popełnienie niemal zawsze łączy się z żądaniem eliminacji z publicznego lub politycznego żywota.

Codzienny Armagedon wymaga radykalnych praktyk i ciągłych ofiar, zwykle z prawej strony sceny politycznej. Tym razem szok, bo transgresja przydarzyła się niekoronowanemu królowi światowej lewicy, a do tego w kraju uważanym przez siły wszechświatowego postępu niemal za modelowy. W Kanadzie zbrodnia, zbrodnia niesłychana, bo pan udawał pana.

Oczywiście, nie zwykły pan – chodzi o sprawującego funkcję premiera i ubiegającego się o reelekcję Justina Trudeau. A rzecz dotyczy malowania twarzy na czarno, co jeszcze kilkanaście lat temu uznawano za – może niesmaczny, ale jednak sztubacki – żart.

Ale nie dziś, gdyż w dobie politycznej poprawności, jeden błąd dotyczący kwestii tożsamościowych, rasowych, płciowych czy narodowych może zdecydować o „być albo nie być” polityka – i oczywiście polityczki – z pierwszych stron gazet na całe życie.

Wstyd mi za samego siebie

Historia działa się pod koniec lat 90. (ostatni przypadek w 2001 r.), gdy Justin Trudeau prowadził – mówiąc oględnie – mniej uporządkowane życie.

Najstarszy syn legendarnego premiera, uważanego za twórcę „nowoczesnej Kanady” Pierre’a Trudeau, nie myślał jeszcze o polityce. Miał 29 lat i wiódł życie raczej playboya, będąc nauczycielem w ekskluzywnej, prywatnej szkole w Brytyjskiej Kolumbii. Przebieranki i malowanie twarzy na czarno, w angielskiej terminologii tzw. blackface zdawało się wtedy należeć do stałego repertuaru zabaw studentów i nauczycieli.

Po kilkunastu latach okazało się to być przyczyną wielkiego skandalu w środku kanadyjskiej kampanii do parlamentu federalnego.
„Arabska Noc” 29-letniego nauczyciela, dziś jest powodem bólu głowy premiera (Justin Trudeau drugi z prawej). Fot. Reuters
Zdjęcia wyciekły w połowie września, na początku krótkiej, ledwie sześciotygodniowej kampanii wyborczej. Na jednej z fotografii z lat 90. Trudeau ma twarz brązową. Turban na głowie wskazuje, że przedrzeźniał Arabów. Na kolejnych fotografiach kolor buzi jest czarny. Do tego peruka afro, machanie rękami i pokazywanie języka.

Zdjęć Justina w wersji blackface jest co najmniej kilka. Nie wiadomo, czy wszystkie wyszły już na jaw, bo premier jako rasowy polityk niczego definitywnie nie wyklucza. W myśl starej zasady: jeśli nie pamiętasz, ile razy zrobiłeś coś, co nie podoba się prasie, oznacza to tylko tyle, że było tego dużo.

Sprawa przez co najmniej tydzień nie schodziła z czołówek kanadyjskich mediów ku uciesze opozycyjnych konserwatystów oraz polityków New Democratic Party (NDP), będących nieco na lewo od Partii Liberalnej premiera.

Trudeau nie ustawał w przeprosinach, które dla ucha wytrenowanego w PRL coraz bardziej przypomniały samokrytykę. Choć na początku próbował sztuczki z „nie pamiętam”, gdy zaczęły wypływać kolejne zdjęcia kolejnych zabaw, zmienił taktykę.

Biedroń w spódnicy

Miejsce lewicy i prawicy zajęli nowi aktorzy: lud z piwiarni i wielkomiejscy hipsterzy.

zobacz więcej
– Niezależnie od kontekstu, malowanie twarzy na czarno, jest zawsze nie do zaakceptowania ze względu na rasistowską historię tzw. blackface. Powinienem to rozumieć wtedy i nigdy tego nie zrobić – tłumaczył się Trudeau.

Gdy to nie wystarczyło, nadszedł czas na użycie klisz o „uprzywilejowanym życiu” białego mężczyzny, członka elity, który korzystając z życia pozbawionego dyskryminacji doświadczanej przez imigrantów, dworuje sobie z nich, nic nie robiąc z ich doświadczeń życiowych.

– Wiem, że jest wielu, bardzo wielu Kanadyjczyków, których głęboko dotknąłem moimi czynami sprzed lat. Ale będę pracował naprawdę ciężko, aby udowodnić, że walka z nietolerancją i rasizmem wciąż leży mi na sercu – mówił Trudeau.

Coś, co można uznać za błędy może niezbyt chlubnej, ale jednak młodości (kto sam nie uczestniczył w zakrapianych alkoholem dzikich imprezach, niech pierwszy rzuci kamieniem), urosło do wielkiego problemu. Ale kto polityką tożsamościową walczy na co dzień, sam może od niej polec.

Jestem feministą

Kim jest 48-letni Justin Trudeau? Przystojny, elokwentny, o dobrze przyjmowanych lewicowych poglądach. Na wyrzeźbionym uprawianiem boksu lewym bicepsie modny tatuaż motywu z wierzeń Indian Heida: kruk przynoszący światło światu.
Polityk, premier, twórca „nowoczesnej Kanady”, ojciec Justina. Pierre Trudeau (1919-2000). Fot. Reuters
Syn legendy kanadyjskiej polityki. Jego ojciec, Joseph Philippe Pierre Yves Elliott Trudeau był przez 15 lat i 164 dni – trzeci wynik co do długości – premierem Kanady: od 1968 r. do czasu przejścia na emeryturę w 1984 r., liderem Partii Liberalnej. Niesamowicie barwna postać nie tylko politycznie (media rozpisywały się o jego podbojach miłosnych, sugerując, że był nawet kochankiem Barbary Streisand).

Również mama Justina wiodła raczej niekonwencjonalne życie, często przebywając w Nowym Jorku wśród rockendrolowców na imprezkach w sławnym „Studio 54”. Wiązano ją z Mickiem Jaggerem i senatorem Tedem Kennedym. A ponieważ polityka nie do końca szła w parze z imprezowaniem, państwo Trudeau rozwiedli się w 1977 r., gdy Justin (ma dwóch młodszych braci) miał sześć lat.


Choć polityka była chyba od początku w jego krwioobiegu, zajął się nią stosunkowo późno, po latach pędzenia żywotu playboya bez określonego celu. Trudeau młodszy studiował, ale dyplomu nie zrobił. Uczył w szkole, amatorsko uprawiał boks, był ochroniarzem w nocnym klubie i instruktorem snowboardu.

Pierwszy raz został wybrany do parlamentu federalnego w 2008 r. Miał wtedy 37 lat. Jako 42-latek został liderem – jak ojciec – opozycyjnej wówczas Partii Liberalnej. A dwa lata później, w 2015 r., doprowadził liberałów do oszałamiającego zwycięstwa.

W momencie rozpisywania wyborów liberałowie byli w sondażach trzecią partią. Przez kilka tygodni 2015 roku, nie dość, że zdobyli pozycję lidera, to jeszcze zwiększyli stan posiadania z 36 deputowanych do 184 na 338 możliwych. A Justin jako 44-latek osiągnął to, co ojciec: został premierem Kanady.

Młodszy Trudeau wygrał, bo zręcznie przedstawił się jako „nowe” w polityce. A Kanadyjczycy byli już zmęczeni prawie dziesięcioma latami solidnych, ale nudnych rządów konserwatystów pod przewodnictwem premiera Stephena Harpera. Na domiar złego konserwatyści prowadzili kampanię przeciwko – jak go przedstawiano – niedoświadczonemu, „nie gotowemu” do sprawowania władzy synowi byłego premiera.

Macron abdykuje. „Żółte kamizelki” tworzą nowy ustrój

Mistrz uroku osobistego, który chciał być „królem” Francji. Okazał się okrutnym narcyzem mszczącym się za brak współczucia po śmierci babci.

zobacz więcej
Ten zaś sam nazywał siebie „feministą” walczącym z rasizmem i niesprawiedliwością, i przedstawiał się jako bojownik o pokój i szczęście ludzi jak, nie przymierzając, Barack Obama z sąsiednich Stanów Zjednoczonych.

Po objęciu władzy przez Trudeau między obydwoma politykami od razu zresztą zaiskrzyło. Połączyła ich wspólnota poglądów i celów: nowy, lepszy świat według lewicowej recepty.

Naprawdę mam mu podać rękę?

Wielki świat od razu pokochał kanadyjskiego premiera. Zachwycały się nim nie tylko postępowe dziennikarki w typie Moniki Olejnik, że taki piękny, młody i z odpowiednimi poglądami. To była powszechna ekscytacja ludzi aspirujących do lewicowej elity.

Zwłaszcza że Trudeau podejmował wyłącznie tematy popularne wśród wielkomiejskich wyborców: poparcie dla praw kobiet (czytaj: prawa do aborcji) oraz rdzennej ludności Kanady, Indian; deklarował otwartość na emigrantów; obiecywał walkę z rasizmem, nacjonalizmem (jakkolwiek go pojmujemy i z globalnym ociepleniem.

Jako premier Kanady, Trudeau przez ostatnie cztery lata nie zawiódł sympatyków. Przy dobrej koniunkturze utrzymał w ryzach gospodarkę z bardzo niskim bezrobociem. Sprowadził 25 tys. uchodźców z Syrii i zalegalizował palenie marihuany w celach rekreacyjnych oraz możliwość zakończenia życia z pomocą lekarzy (tzw. asystowane samobójstwo).

Dodatkowo swój gabinet zbudował ściśle według parytetów: prawie połowę stanowią w nim kobiety, a wśród ministrów jest aż czterech Sikhów oraz jeden imigrant urodzony w Somalii. Jeśli dodamy do tego pełne poparcie dla praw mniejszości seksualnych, trudno się dziwić, że po zakończeniu prezydentury przez Baracka Obamę, to Justin Trudeau stał się symbolicznym liderem lewicowego świata.
Słynne zdjęcie z Gabinetu Owalnego. Justin Trudeau w czasie spotkania z Donaldem Trumpem w lutym 2017 roku. Fot. Reuters/Kevin Lamarque
Na zdjęciu z 13 lutego 2017 r. w Białym Domu. Rozwalony w fotelu Donald Trump wyciąga dłoń do uściśnięcia. Siedzący na fotelu obok premier Kanady nie podejmuje gestu. Przez sekundy trzyma dłonie splecione, łokieć na oparciu fotela. Z wysoka, z ledwo zauważalnym uśmieszkiem, jakby komunikującym: „Naprawdę mam mu podać rękę?”, patrzy z góry na wyciągniętą dłoń gospodarza Białego Domu.

Strzelające flesze aparatów i sensacja gotowa. Choć scena trwała raptem sekundę czy dwie (co dobrze widać tu na zapisie wideo), szybko urosła do rozmiarów legendy.

Dla lewicowców zachowanie Trudeau stało się wzorem tego, jak należy postępować z troglodytami i populistami, którzy próbują zachwiać porządkiem świata, a których symbolem stał się Trump.

Trudeau przyznał później, że w drodze do Waszyngtonu naradzał się ze współpracownikami, jak najlepiej wykorzystać wizytę u Trumpa właśnie pod względem obrazu. I się udało – do czasu mocniejszego wejścia na arenę światową prezydenta Francji Emmanuela Macrona, to on był ulubieńcem lewicowych salonów, co się Trumpowi nie kłaniał.

Ale trzeba też przyznać, że Trudeau nie był nowicjuszem, który dla udanych memów i sukcesów w internecie narażałby interesy Kanady. Podczas tej samej wizyty u Trumpa, mówił: „Nie ma chyba dwóch krajów sąsiadów na świecie tak gruntownie powiązanych ze sobą”. Niczym wytrawny dyplomata oświadczył, że ostatniej rzeczy, jakiej oczekują od niego Kanadyjczycy, jest „pouczanie innych krajów, jak mają się rządzić”, a tak naprawdę chodzi o to, aby prezentować światu Kanadę jako „pozytywny przykład”.

Rysy na „słonecznym” wizerunku

Wizyta w Białym Domu potwierdziła, że Trudeau to mistrz kreowania swego politycznego wizerunku. Lewicujące media zaś są elementem w jego kampanii wizerunkowej.

Trump rośnie w siłę. Na tle radykalnych Demokratów staje się symbolem normalności

Program amerykańskiej lewicy: aborcja także po narodzinach, pochwała marksistowskich dyktatur, likwidacja wszystkich samochodów, samolotów i… krów.

zobacz więcej
Podczas ostatniego skandalu z malowaniem twarzy amerykański dziennik „New York Times”, medialne guru światowej lewicy, z ubolewaniem pisał o kłopotach „lidera widzianego zarazem jako humanitarysta, jak i członka elity, który potrafi czynić dobro”. Jest on przecież „symbolem humanistycznego państwa w erze Trumpa”.

Mimo to trudno nie zauważyć, że na profesjonalnie i z wdziękiem pielęgnowanym wizerunku pojawiła się rysa. Pytanie, na ile i czy trwale zmieni ona dynamikę kampanii wyborczej, która ma się zakończyć głosowaniem 21 października.

Faktem jest, że przez cztery lata u władzy wizerunek Trudeau jako człowieka od „słonecznych sposobów” rozwiązywania problemów nieco się zużył.

Z powodu swojej do bólu doskonałej politycznej poprawności stał się już nawet obiektem drwin. Zwłaszcza w czasie wyprawy do Indii, gdy przebrany w tradycyjny pomarańczowy strój hinduski, wyglądał i zachowywał się groteskowo, składając pokłony lokalnym politykom.

Uśmiech politowania budzą też ciągłe wygibasy językowe premiera, starającego się dopasować swoją mowę do wymagań politpoprawności (z najsławniejszym zachęcaniem do mówienia o ludzkości „peoplekind” zamiast tradycyjnego „mankind”, bo to ostatnie wyrażenie… dyskryminuje kobiety). Ale wszystko to jednak tylko margines.

W lutym tego roku gabinetem Trudeau wstrząsnął skandal o wiele groźniejszy, bo o posmaku korupcji. Poszło o interwencję premiera na rzecz SNC-Lavalin, wielkiej korporacji inżynieryjnej z Montealu. Chodziło o porzucenie śledztwa w sprawie korupcyjnej w Libii, a Trudeau miał obcesowo nalegać na „skręcenie” sprawy.

Rzecz stała się głośna, gdy z funkcji prokuratora generalnego zrezygnowała Jody Wilson-Raybould. W tle były nagrane na telefon komórkowy niedwuznaczne naciski wywierane przez premiera na prokuratora.
Ulubieńcy lewicowego establishmentu: premier Kanady i prezydent Francji Emmanuel Macron. Fot. Ludovic Marin/Reuters
Na domiar złego doszło tu – co może jeszcze gorsze dla „feministy” Trudeau – do klasycznego pojedynku płci, w którym stojący na uprzywilejowanej pozycji mężczyzna (premier) po staremu wywierał nacisk na kobietę (Wilson-Raybould), by osiągnąć swoje cele dla politycznego zysku.

A jednak i w tym wypadku premier odrobił polityczne straty, trzeźwo przedstawiając całą sprawę jako troskę o 8 tysięcy miejsc pracy w koncernie SNC-Lavalin.

Jak utrzymać się na nogach?

Gdy czytacie Państwo te słowa, do wyborów w Kanadzie pozostały trzy tygodnie. Trudeau robi wszystko, aby wyborcy czym prędzej puścili w niepamięć skandal z brązowo-czarnymi twarzami. Szermuje więc kolejnymi obietnicami z repertuaru globalnej lewicy. Tym razem mówi o obcięciu o połowę podatków tym wszystkim firmom kanadyjskim, które do 2050 r. będą dysponowały technologią gwarantującą zerową emisję węgla do atmosfery, by „po latach móc powiedzieć swoim dzieciom, że zrobiliśmy coś w walce ze zmianami klimatycznymi”.

Tyle że po raz pierwszy od tygodni opozycja wysunęła się w sondażach lekko na prowadzenie. Konserwatyści mogą liczyć na 35-36 proc., a liberałowie 30-33 proc. Wydaje się, że część wyborców liberałów odpłynęła do bardziej lewicowej alternatywy – NDP.

To nie jest, rzecz jasna, rozstrzygająca przewaga, ale kampania zamiast walki na programy coraz bardziej staje się plebiscytem w sprawie premiera Kanady. Czy Trudeau jest kompetentny? Czy jest wiarygodny? Czy wreszcie jest wart zaufania, aby powierzyć mu stery federalnego rządu Kanady na kolejne cztery lata?
Andrew Scheer ma Kanadę „zawrócić wstecz”. Fot. Reuters/Carlos Osorio
Lider opozycji, Andrew Scheer praktykujący i afiszujący się z tym katolik jest łatwiejszym celem ataków: przedstawia się go jako homofoba, przeciwnika praw kobiet i generalnie człowieka, który Kanadę „zawróci wstecz”.

Trudeau zaś ponownie gra na elektorat w dwóch najludniejszych prowincjach: francuskojęzycznym Quebec i Ontario. Ma tam naturalne rezerwuary głosów: imigrantów i „młodych, wykształconych, z wielkich miast” w przeciwieństwie do bardziej konserwatywnych z prowincji na zachodzie Kanady.

Poza wszystkim, Trudeau ma charyzmę: potrafi skupić na sobie uwagę rozmówców i tłumów. Wreszcie, jak sam podkreślał kiedyś, amatorski boks nauczył go jednego: jak utrzymać się na nogach i kontynuować walkę, gdy ktoś naprawdę mocno trafi cię w głowę.

Dlatego nie należy wykluczać, że także po 21 października, premierem Kanady będzie wciąż lider Partii Liberalnej o nazwisku Trudeau.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Nowa Jałta nie jest potrzebna
Moskwa ma polityczne i gospodarcze atuty, za pomocą których uzależnia od siebie wianuszek państw buforowych.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Niebezpieczne związki. O księciu, który został bezrobotnym
59-letni Andrzej, książę Yorku, syn królowej Elżbiety II stracił stałą pracę.
Cywilizacja wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Chemsex, czyli geje, narkotyki i AIDS
Wraca „gejowska dżuma”. Wśród homoseksualistów dramatycznie i gwałtownie wzrasta liczba zakażonych HIV/AIDS. Nie tylko w Londynie, ale i w Amsterdamie, Moskwie czy Kijowie…
Cywilizacja wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Bardzo ciemne interesy ludzi władzy
Malta zdumiewająco upodobniła się do Sycylii z jej mafijną kulturą.
Cywilizacja wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Po co gramy? I czym się różni pasja od uzależnienia?
Nauczone zabawy w chowanego, szczury z Berlina rezygnowały na chwilę z kiziania-miziania po brzuchu, by grać dalej. Czy zrezygnowałyby dla gry z pokarmu lub snu?