Kultura

Polacy chcieliby się pochwalić historycznym hitem na miarę „Braveheart”

Tak „Piłsudski” Michała Rosy , jak i „Legiony” Dariusza Gajewskiego nie są ani powrotem do „polskiej szkoły filmowej”, ani nie są to produkcje kameralne czy artystyczne. Nie do końca są też hollywoodzkie. To rodzące się na naszych oczach historyczne „kino pomiędzy” gatunkami.

Czy jesteśmy skazani na historyczne kino prościutkie, grające na emocjach?

„Legiony” i „Piłsudskiego” oglądałem z przyjemnością, choć oba filmy zatrzymały się przed bardziej dogłębnym roztrząsaniem polskiej historii.

zobacz więcej
Od kiedy powstała III RP, nasza narodowa historia powinna była inspirować polskich filmowców. Pokusa fabularnego opowiedzenia dziejów Polski już bez obostrzeń cenzury wydawała się duża, jak i zapotrzebowanie na takie filmy. Mimo to na początku lat 90. twórcy postawili na obrazy współczesne, będące lustrem rzeczywistości, jak „Psy”, i to one wygrywały. Produkcje historyczne miały zmienne szczęście.

Przez ostatnich trzydzieści lat zdarzały się co prawda filmy dobre i ciekawe („Szwadron”, „Poznań’56”, „Katyń”, „Obława”, „Róża”, „Miasto 44”, „Kamerdyner”), a nawet kasowe („Pułkownik Kwiatkowski”, „Ogniem i mieczem”, „Pan Tadeusz”, „Jack Strong”), zdobywające prestiżowe nagrody i wręcz wybitne („W ciemności”, „Ida”, „Zimna wojna”, „Wołyń”). Jednak poza nimi mieliśmy do czynienia z wieloma artystycznymi klęskami („Pierścionek z orłem w koronie”, „Tajemnica Westerplatte”, „Hiszpanka”, „Stara baśń”), a także z kompletnymi nieporozumieniami, na które wydano niemałe (jak na polskie warunki) kwoty („Quo vadis”, „1920. Bitwa Warszawska”, „Bitwa pod Wiedniem”, „Syberiada polska”, „Historia Roja”).

Tęsknota za hollywoodzką produkcją

Ostatecznie, jak widać po wymienionych (dość wybiórczo i subiektywnie) przykładach, obrazów o polskiej przeszłości powstało dość sporo, jednak poczucie niedosytu pozostało. Wciąż nawoływano do stworzenia w Polsce dobrego, atrakcyjnego i nowoczesnego kina historycznego uznając, że to co powstało po przełomie 1989 roku było bezbarwne, nużące i pozbawione błysku.
„Wołyń” (2016) Wojciecha Smarzowskiego zdobył około 20 nagród, w tym trzy na 41. Festiwalu Filmowym w Gdyni oraz 9 Orłów – Polskich Nagród Filmowych, m.in. za najlepsze: film, reżyserię, muzykę, zdjęcia, scenografię, montaż. Na zdjęciu kadr z filmu. Fot. TVP/Krzysztof Wiktor
Pamiętam ironiczne stwierdzenie aktora Jacka Braciaka, że polski film wojenny wygląda mniej więcej następująco: dwóch żołnierzy tkwi w okopach i w przydługim dialogu wymienia się uwagami o cierpieniu oraz okrucieństwach rozgrywającego się konfliktu. Tymczasem w produkcjach zachodnich, prócz kilku uwag tego typu, za plecami żołnierzy rozgrywała się prawdziwa apokalipsa, która widza wbija w fotel. Ta anegdota celnie pokazuje polską tęsknotę za hollywoodzką produkcją.

Chodzi o to, by film miał rozmach a nie był skromną rozprawką filozoficzną. Polacy chcieliby pochwalić się hitem na miarę „Braveheart”, bo przecież Niemcy, Rosjanie, czy nawet Czesi, nie mówiąc już o Brytyjczykach ani Amerykanach, robią takie filmy. Zaś my wciąż nie.

Żeby nie żyć jak bydło. Podróż po człowieczeństwo

Jak opowiadano historie o Żołnierzach Wyklętych?

zobacz więcej
A przecież w PRL nasza kinematografia, za sprawą słynnej „polskiej szkoły filmowej”, w zasadzie została uformowana na obrazach odwołujących się do przeszłości. Nazwiska mistrzów: Andrzeja Wajdy, Wojciecha Jerzego Hasa, Andrzeja Munka czy Jerzego Kawalerowicza są tego najlepszym przykładem. Tylko czy „polska szkoła filmowa” robiła kino hollywoodzkie? Czy „Kanał”, „Eroica”, „Popiół i diament” albo „Westerplatte” to są takie obrazy? I tu zaczyna się problem.

Jak mówił Zbigniew Banaś, krytyk filmowy i wykładowca na Uniwersytecie Loyola w Chicago: „Kinematografia amerykańska jest wyćwiczona w tworzeniu tego typu filmów, nie stara się wyważać już otwartych drzwi, a reżyserzy nie mają żadnego problemu z powielaniem sprawdzonych wzorców. Kino historyczne nie stanowi więc elementu artystycznej wypowiedzi twórcy, lecz jest tworem gatunkowym zrealizowanym tak, by podobał się publiczności. […] Polscy filmowcy, nawet gdy biorą się za filmy komercyjne, wykazują ogromne przywiązanie do kina autorskiego, miotając się pomiędzy schematami gatunkowymi a własną wizją artystyczną i eksperymentowaniem z formą. Być może wynika to z faktu, że twórcy unikają rozwiązań konwencjonalnych, bojąc się posądzenia o sztampowość”.

Jak to zatem jest? Czy polscy twórcy powinni tworzyć to co czują najlepiej i nie kopiować amerykańskich wzorów? Ale dlaczego nie mieliby robić kina popularnego, używając historii jako kostiumu, skoro z powodzeniem czynią to inni?

Festiwal w Gdyni – kino historii i sensacji

Ostatnio polskie kino co roku chwali się kilkoma premierami obrazów historycznych i są to produkcje, jak na nadwiślańskie warunki, realizowane za coraz większe pieniądze i coraz bardziej profesjonalnie. Mieliśmy ich istny wysyp na zakończonym właśnie 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Czy pokazały nowe trendy i czy doczekaliśmy się polskiego „Szeregowca Ryana”, albo filmowej biografii w stylu brytyjskiego obrazu o Winstonie Churchillu „Czas mroku”? Co nam mówią historyczne filmy prezentowane podczas gdyńskiego festiwalu?

W konkursie głównym gdyńskiego festiwalu historyczne obrazy były pokazywane w kilku gatunkach – od wielkich produkcji, po bardziej kameralne propozycje. Jeśli chodzi o czas rozgrywających się historii, to był to wyłącznie wiek XX. Co potwierdza tezę socjologów, mającą swe odbicie w badaniach opinii społecznej przeprowadzonych w ramach programu Narodowego Centrum Kultury wraz z TNS Polska jeszcze z 2016 roku, że polska historia została spłaszczona i skrócona do XIX i XX wieku. Twórcy jakby zakładali, że odległe w czasie opowieści nie będą widzów interesować.
Philippe Tłokiński jako Jan Nowak-Jeziorański. 34-letni polski aktor urodzony Bois-Bernard we Francji, jest synem byłego piłkarza Widzewa Łódź Mirosława Tłokińskiego. Wychowywał się w Genewie i ukończył Wyższą Szkołę Teatralną w Saint-Étienne. Fot. TVP/Bartosz Mrozowski
W tym roku z obrazów dotyczących II wojny światowej należy wymienić „Kuriera” Władysława Pasikowskiego, zrobionego w konwencji kina sensacji. Obraz poświęcony pamięci Jana Nowaka-Jeziorańskiego i jego misji, która wedle wskazówek gen. Kaźmierza Sosnkowskiego miała przestrzec Komedę Główną Armii Krajowej przed powstaniem w Warszawie, poprowadzona jest sprawnie i wartko. Wcale nie bombastycznie, gdyż na plan pierwszy wybija się odważny, ale nie w stylu Jamesa Bonda, a często wręcz nieporadny bohater, stylowo zagrany przez Philippe Tłokińskiego.

Kinem gatunkowym jest także „Czarny mercedes” Janusza Majewskiego, który w entourage’u Generalnego Gubernatorstwa, okupowanej Warszawy i getta warszawskiego łączy kryminał z melodramatem i konwencją wojennego filmu szpiegowskiego. Nadkomisarz Rafał Król w kreacji Andrzeja Zielińskiego jest jakby polskim wcieleniem Philipa Marlowe’a, a sam film nie ma zbyt dużych pretensji, prócz tej, by się go dobrze oglądało.

Kurier do Londynu

Historia żołnierza, konspiratora, wysłannika AK, powstańca warszawskiego - już w kinach. A w Tygodniku TVP fotosy i zdjęcia z uroczystej premiery.

zobacz więcej
Do innej kategorii należały natomiast filmy zanurzone w PRL-u. Świetny „Pan T.” Marcina Krzyształowicza, opowiadający wycinek z życia pewnego pisarza, zmagającego się z trudnym losem outsidera z wyboru, miota się w czasach głębokiego stalinizmu. Postać doskonale minimalistycznie zagrana przez Pawła Wilczaka jako żywo przypomniała Leopolda Tyrmanda, przeżywającego swój największy kryzys egzystencjalny, ale w jakimś sensie też twórczy, tuż przed napisaniem swojego opus magnum, czyli „Złego” (w filmie nazywanego „Dobrym”). „Pan T.” jest dobrym przykładem tego, jak umiejętnie tworzyć film biograficzny, będący zarazem szerszą alegorią, a przy tym obrazem w udany sposób balansującym na wysokich i niskich tonach i pokazującym ważne tło epoki. W tym wypadku stalinizm.

Natomiast filmem, w którym niepoślednią rolę, choć jakby przy okazji, grają krwawa historia Powstania Warszawskiego, jak również Pałac Kultury i Nauki (pierwszy raz od czasów „Ekstradycji”!), był klasyczny film szpiegowski „Ukryta gra” Łukasza Kośmickiego. Niezwykle „amerykański”, mogący robić furorę na Zachodzie i to nie tylko z powodu międzynarodowej obsady (dobry Bill Pullman, demoniczny Aleksiej Serebriakow), zgrabnie osadzony w scenerii polskiej stolicy lat 60. Polskie imponderabilia delikatną kreską przemyca tu Robert Więckiewicz. Pod względem scenariuszowej konstrukcji to film wręcz bez zarzutu.

W Polsce Ludowej rozgrywa się także biograficzna opowieść o jednej z ikon polskiego jazzu lat 60. – zapomnianym dziś, wybitnym, niewidomym pianiście Mieczysławie Koszu. „Ikar. Legenda Mietka Kosza” Macieja Pieprzycy to historia człowieka (dobra rola Dawida Ogrodnika) obdarzonego wielkim talentem, lecz samotnego, ulegającego z wolna narastającej depresji, walczącego z wewnętrznymi demonami, które ostatecznie doprowadziły go do samobójczej śmierci. Obraz ten jest kolejnym głosem w dyskusji nad budową filmowych biografii o muzykach. Niektóre z tego typu propozycji są udane („Control” o Ianie Curtisie), a inne zawodzą (niedawny „Rocket Man” o Eltonie Johnie). Odnoszę wrażenie, że mimo wielu nagród w Gdyni polski obraz nie przejdzie do historii.
Borys Szyc jest jednym z lepszych Piłsudskich w historii polskiego kina, świetnie oddaje ducha i charyzmę wodza. Fot. Jarosław Sosiński/SF Kadr/Mat. prasowe Next Film
Natomiast najbardziej wyczekiwane w polskim kinie historycznym były dwa filmy (doskonałego i zwycięskiego w Gdyni „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland należy potraktować osobno), będące pokłosiem obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Mowa rzecz jasna o „Piłsudskim” Michała Rosy i „Legionach” Dariusza Gajewskiego. Produkcyjne kłopoty tego drugiego (premiera „Legionów” zaplanowana była pierwotnie na listopad 2018 roku) sprawiły, że obydwa obrazy zostały pokazane w tym samym czasie. Porównania były nieuniknione. (Szerzej pisze Piotr Zaremba w tekście „Czy jesteśmy skazani na historyczne kino prościutkie, grające na emocjach?”)

Oba obrazy są także doskonalą egzemplifikacją naszych bolączek, oczekiwań i pragnień co do wielkiego filmu o polskiej historii. Zaryzykuję tezę, że tak „Piłsudski”, jak i „Legiony” nie są ani powrotem do czegoś, do czego powrócić się nie da, czyli „polskiej szkoły filmowej” (choćby dlatego, że tworzone był w bliskości wydarzeń, o których mówiły), ani też nie są to produkcje kameralne czy artystyczne według „przepisu” Jacka Braciaka. Wreszcie obydwa obrazy są nie do końca hollywoodzkie. To filmy trochę pomiędzy tymi gatunkami.

Piłsudski prawie jak Nixon

Jaką Polskę pokazuje polskie kino? Czasem środowisko filmowe potrafi się nie mylić…

Wielki film „z życia kleru”, mroczne barwy patologii, bezkarność silnych, ludzie niepełnosprawni i popieprzeni. Festiwal w Gdyni 2019.

zobacz więcej
Michał Rosa porwał się na rzecz niezwykle trudną, trochę szaloną, bo jak odświeżająco opisać postać tak ikoniczną i mitotwórczą dla historii Polski, jak Józef Piłsudski. Ojciec polskiej niepodległości, genialny wojskowy i autor sukcesu w bitwie warszawskiej 1920 roku, wytrawny polityk, wreszcie rozgoryczony dyktator. Tego Piłsudskiego dobrze znamy, a przynajmniej w polskim imaginarium jest on dość zakorzeniony.

Ale jest jeszcze inny Piłsudski. Działacz rewolucyjny, szalony wizjoner, groźny terrorysta, furiat, który nie przebierał w słowach, człowiek uczuciowy a zarazem brutalny, wreszcie namiętny kochanek. I właśnie tą drogą podążył Michał Rosa. Dlatego też główną rolę w jego filmie otrzymał Borys Szyc, dla którego ta kreacja okazała się jakby skrojona na miarę.

W gatunku historycznego obrazu biograficznego Rosa zachował się odważnie. Z jeden strony zrezygnował z opowiadania całej historii Józefa Piłsudskiego (jak uczynił to Oliver Stone w „Nixonie”), z drugiej – nie poszedł drogą wybranego fragmentu biografii, będącego kluczem do zrozumienia opisywanego bohatera (tak postąpił wspominany już Marcin Krzyształowicz w „Panu T.”, czy Andrzej Wajda w „Dantonie”). Z początku można byłoby uważać, że to błąd, ale ostatecznie to się opłaciło.

Zabieg ten udał się Rosie dzięki hollywoodzkiej grze Borysa Szyca. Aktor nie schodzi z ekranu, jest jednym z lepszych Piłsudskich w całej historii polskiego kina! A przypomnijmy, że wystartował on w tej swoistej konkurencji z nie lada wirtuozami swojego zawodu: Jerzym Duszyńskim („Śmierć prezydenta”), Ryszardem Filipskim („Zamach stanu”), Zbigniewem Zapasiewiczem (serial „Marszałek”) czy Mariuszem Bonaszewskim (młody Piłsudski w tymże serialu, a także w sztuce Teatru TV „Marszałek”).

Szyc świetnie oddaje ducha i charyzmę Piłsudskiego. Dzięki jego kreacji możemy lepiej zrozumieć, jak towarzyszowi „Ziukowi” udało się skupić wokół siebie ludzi chcących skoczyć za niego w ogień. Dowiadujemy się też, dlaczego kochały go kobiety, a gdy dokonywał zamachu majowego w 1926 roku wielu działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej wciąż w niego wierzyło, a raczej – jak twierdzą niektórzy historycy – było nadal pod jego urokiem.
Dzięki „Piłsudskiemu” możemy lepiej zrozumieć, jak towarzyszowi „Ziukowi” udało się skupić wokół siebie ludzi chcących skoczyć za niego w ogień i dlaczego kochały go kobiety. Fot. Jarosław Sosiński/SF Kadr/Mat. prasowe Next Film
Wokół roli Szyca Rosa zbudował cały film i mógł dołożyć wiele scen pokazujących, czym był niepodległościowy PPS, zaznaczyć problem, że niewielu Polaków w latach 1904-1914 chciało za swój naród walczyć (tu kłania się świetny epizod jedynego fikcyjnego bohatera „Piłsudskiego”, którego gra Grzegorz Małecki), ale też jak dwuznaczny moralnie był sam Piłsudski, że możemy go z powodzeniem nazwać twórcą terroru indywidualnego, przypominającego nam współczesne akcje palestyńskiego Hamasu.

Kostiuchnówka głupcze!

Na drugim biegunie „kina pomiędzy” lokują się „Legiony” Dariusza Gajewskiego. W założeniach miała być to polska superprodukcja, wychodząca naprzeciw oczekiwaniom na choćby namiastkę amerykańskiego kina historycznego. Tu kluczem nie miał być główny bohater, ale rozmach scen batalistycznych i to wszystko co sprawiłoby, że widz po zobaczeniu świszczących kul i padających w ogromnej liczbie żołnierzach będzie pod wrażeniem.
Dwie centralne i jak na polskie kino długie sekwencje bitewne – szarża pod Rokitną (13 czerwca 1915 roku) oraz bitwa pod Kostiuchnówką (4–6 lipca 1916 roku) – wypadły okazale. Więcej, sceny te powinny wyleczyć nas ze wszelkich kompleksów względem porównywalnych obrazów w kinie światowym. W zasadzie udowodnił to już Jan Komasa w „Mieście 44”, ale dla filmu Gajewskiego to sprawy wręcz kluczowe.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego zwłaszcza mordercze, z takim pietyzmem oddane stracie pod Kostiuchnówką to newralgiczna rzecz. Otóż, gdy zaczynała się „zapomniana” przez Polaków I wojna światowa, tak zwana sprawa polska na arenie międzynarodowej praktycznie nie istniała. Upór Piłsudskiego przy budowie jednostek paramilitarnych brany był za jego kolejne wariactwo. Dalej było jeszcze gorzej, bo wejście 6 sierpnia 1914 roku pierwszej Kompanii Kadrowej, która ruszyła z Krakowa do Kongresówki, okazało się totalną klapą. W Kielcach zamykano przed polskimi żołnierzami okna (sceny te są pokazane tak w „Piłsudskim”, jak i pośrednio w „Legionach”). A właśnie wejście wojska polskiego na tereny zaboru rosyjskiego miało wywołać powstanie i dać cesarstwu austro-węgierskiemu argument za odtworzeniem choćby kadłubowego państwa polskiego.

Wszystko zmieniła bitwa pod Kostiuchnówką. Bohaterstwo Polaków zachęciło dwóch cesarzy – Niemiec i Austro-Węgier – do deklaracji odtworzenia Królestwa Polskiego. Rzecz jasna na początku był to tylko krok pozorowany i wizerunkowy, głównie w celu zyskania polskiego „mięsa armatniego”, ale z czasem okazało się, że bitwa ta otworzyła nam drogę do niepodległości. Ktoś zapyta: jaki ma to związek z „Legionami”, skoro tego w filmie Gajewskiego nie ma? Owszem, nie ma, ale jest bardzo dobrze pokazana hekatomba, jaką była bitwa pod Kostiuchnówką. Bez zbędnej pedagogiki i nudnawego historycznego wykładu, którego do żadnego filmu włożyć się nie da.

Ale właśnie to jest ważne! Krwawe i zrobione z rozmachem sceny mogą zaciekawić, dzięki czemu widz w ogóle dowie się o wadze tego wydarzenia. Jednak jeśli ktoś myśl, że „Legiony” to tylko pięknie pokazana batalistyka, która w „długim trwaniu” ma wartość poznawczą, myli się. Pierwsza cześć filmu to również ciekawie pokazany obraz antywojenny. Paradoksalnie polemizujący z kinem z gatunku „pięknych wojen”, w stylu „Zielonych beretów” z Johnem Wayne’em, albo słynnych obrazów z Rambo.
Obraz Gajewskiego uniknął plakatowości i płytkości produkcji na zamówienie, zwłaszcza w kontekście wciąż trwających obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Dlatego postacią, którą na pewno zapamiętamy z tego filmu, będzie Sebastian Fabijański. Bohater, którego rodzące się Legiony Polskie z początku nic a nic nie obchodzą. On chce po prostu przeżyć i wrócić do rodzinnej Łodzi, gdzie już ma obmyślany genialny pomysł na interes życia. Postać ta przypomina mi (oczywiście toutes proportions gardées) kreację Kazimierza Kaczora jako Leona Kurasia z serialu „Polskie drogi”.

Lepiej nie być kserem
Owszem, „Legiony” mają swoje braki i wady, zwłaszcza jeśli chodzi o kreacje aktorskie. Poza Fabijańskim, Mirosławem Baką (gra historyczną postać Stanisława Kaszubskiego „Króla”) i Grzegorzem Małeckim (demoniczny Polak w rosyjskim mundurze) reszta postaci gra bezbarwnie.

Także „Piłsudski” ma kilka mielizn, na czele z zupełnie niezrozumiałą sceną z zimową wspinaczką górską tytułowego wodza, którą ten odbył wraz ze swoim adwersarzem z PPS-u Stanisławem Jędrzejewskim (Łukasz Garlicki). Nic to! Ważne, że dzięki temu filmowi Piłsudski został wreszcie zdjęty z cokołu i zobaczyliśmy w nim prawdziwego człowieka. „Legiony” zaś zaakcentowały udział polskich żołnierzy w Wielkiej Wojnie, pokazując wymiar i ciężar ich ofiary, bez której niepodległość nie mogłaby się ziścić po 123 latach.

Poza tym filmy Rosy i Gajewskiego są niezwykle ciekawą propozycją „kina pomiędzy”; artystycznym odcięciem pępowiny i marzeń o nowej „szkole polskiej”, a także uznaniem, że rodzima kinematografia niekoniecznie musi kopiować amerykańskie wzorce jeden do jednego. Polski film zawsze znacznie lepiej radził sobie z materią przeszłości, gdy traktował historyczne realia jako wartość dodaną, a nie zwykłe ksero.

– Mikołaj Mirowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: W „Legionach” dwie długie sekwencje bitewne – szarża pod Rokitną (na zdjęciu) oraz bitwa pod Kostiuchnówką – wypadły okazale. Więcej, sceny te powinny wyleczyć nas ze wszelkich kompleksów względem porównywalnych obrazów w kinie światowym. Fot. Jacek Piotrowski/Kino Świat
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.