Kultura

Czy jesteśmy skazani na historyczne kino prościutkie, grające na emocjach?

Nie jest moim celem deprecjonowanie „Legionów” czy „Piłsudskiego”. Zostawiam to innym, którzy ocenę tych filmów zmieniają w rytualną manifestację swojego rzekomego pragmatyzmu, w istocie zwróconego nie w kierunku tamtych zdarzeń, a przeciw dziś rządzącym. Wyziera z takiej krytyki potężna porcja banału.

Polacy chcieliby się pochwalić historycznym hitem na miarę „Braveheart”

Tak „Piłsudski” , jak i „Legiony” nie do końca są hollywoodzkie. Nie są ani powrotem do „polskiej szkoły filmowej”, ani nie są to produkcje kameralne czy artystyczne. To filmy pomiędzy tymi gatunkami.

zobacz więcej
Filmy: „Legiony” Dariusza Gajewskiego i „Piłsudski” Michała Rosy mają oczywisty wspólny mianownik. Oba powstały trochę z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości, nawet jeśli się na ową rocznicę spóźniły. Oba wypełniają też znamienne historyczne luki. Te czasy, zdarzenia, postaci były słabo lub wcale nie opowiedziane. Teraz zajęło się nimi normalne komercyjne kino.

W przypadku „Legionów” film powstał jako inicjatywa fundatorów. Reżyser, skądinąd sprawny, dobry, został wynajęty do zrealizowania pewnej wizji. Rosa był bardziej podmiotowy w zabraniu się za konkretny temat. Nie zmienia to faktu, że obaj mieli oddać nie tylko realia, ale i legendę walki o niepodległość, ze skupieniem się na ludziach obozu skupionego wokół Józefa Piłsudskiego.

Historia widziana od dołu i z góry

Możemy też śledzić inne, czasem zabawne zbieżności. W obu filmach Grzegorz Małecki gra – niezmiennie dobrze – niesympatycznego reprezentanta opcji prorosyjskiej. Tyle że w „Piłsudskim” ulega przemianie.

Borys Szyc, który stworzył prawdziwą, krwistą kreację jako Ziuk (albo towarzysz „Wiktor”) w „Piłsudskim”, w „Legionach” pojawia się na chwilę jako dzielny Dunin-Wąsowicz ginący z szerokim gestem pod Rokitną. Z naturalnych powodów mamy też kilka scen „wspólnych”, dotyczących początków szlaku bojowego Legionów. Jest wymiana odznak między Drużynami Strzeleckimi i Strzelcem, a potem zwalanie rosyjskiego słupa granicznego.
Tu liczy się głównie batalistyka. Kadr z filmu „Legiony” w reżyserii Dariusza Gajewskiego. Fot. Jacek Piotrowski/Kino Świat
Reszta to już raczej różnice. „Legiony” opowiadają dzieje wojennego czynu od dołu, poprzez zwykłych bohaterów. Koncentrują się na ich walce ozdobionej historią miłosnego trójkąta, dość zresztą enigmatycznie zarysowanego, prawie bez słów. Liczy się głównie batalistyka, dzianie się, pięknie filmowane i chwilami wręcz poetycko oddawane, nie pozbawione w kilku miejscach suspensu. Choć i fabularnych szwów, naiwności, drobnych wpadek, jak w scenie wysadzania kolejowego mostu.

Czy na taki sposób opowiadania czekają widzowie, zwłaszcza młodzi, przy pewnym przesycie historyczną tematyką w ostatnich latach? Nie wiem. Na pewno to jakaś próba zbliżenia się do wzorca hollywoodzkiego, a raczej jednego z wzorców, bo amerykańskie filmy historyczne wcale nie są jednorodne. Ale czasem pokazywały, zwłaszcza wojnę secesyjną, w konwencji takiego barwnego widowiska. A trójkąt kojarzy się trochę z filmem „Pearl Harbor”.


„Piłsudski” pokazuje zdarzenia w dłuższym przedziale czasowym, bo z lat 1901-1918, z perspektywy samej góry. To ważny kawałek biografii lidera obozu niepodległościowego.

Nie całkiem słusznie opisywano mi ten film jako rodzaj rozbudowanego „teatru telewizji” z nieustannie gadającymi głowami. Początkowa scena ucieczki Piłsudskiego z rosyjskiego szpitala psychiatrycznego zrealizowana jest w konwencji emocjonującego kina przygody. Dramatyczne sceny masakry na placu Grzybowskim w Warszawie otwierającej rewolucję 1905 czy napadu na pociąg w Bezdanach w roku 1908, godne są kina akcji.

Ale oczywiście sporo jest tu rozmów, dyskusji, sporów. Próbuje się dociec motywów Piłsudskiego, opisać jego koncepcje i racje. Przy okazji pokazać też życie prywatne, charakter, otoczenie, po części to samo, co później, w II RP.

Sporo się tu więc można dowiedzieć ważnych rzeczy o naszych dziejach. Przy odrobinie wysiłku znajdziemy nawet wytłumaczenie, dlaczego późniejszy Piłsudski, zawsze szorstki i skoncentrowany na sobie, stał się potem kandydatem na dyktatora. Ileż razy musiał pokonywać nieludzkie trudności, łamać opór innych, borykać się z własną samotnością. Po prostu stwardniał. Był zresztą przez dobrych parę lat terrorystą, co ten film wydobywa.

Nie ma co więc tych filmów bezpośrednio porównywać. Różne są ich założenia, różne cele. Mnie osobiście bardziej ciekawi sposób opowiadania o historii prezentowany w „Piłsudskim” – widzi się ją przez pryzmat sprawców historii, robienia polityki. „Liczy się wola” – mówi w pewnym momencie Ziuk-Szyc do swojego antagonisty. To tu można jej szukać.

Jaką Polskę pokazuje polskie kino? Czasem środowisko filmowe potrafi się nie mylić…

Wielki film „z życia kleru”, mroczne barwy patologii, bezkarność silnych, ludzie niepełnosprawni i popieprzeni. Festiwal w Gdyni 2019.

zobacz więcej
Ale poważam popularyzatorską ambicję „Legionów”. Nie bardzo też rozumiem, dlaczego na festiwalu w Gdyni nie doceniono choćby pięknych zdjęć odtwarzających sceny walki. Wyjąwszy nagrodę dla Magdaleny Boczarskiej grającej pierwszą żonę Piłsudskiego, te filmy nie dostały zresztą nic. Dotyczy to także trzeciego obrazu z tryptyku najnowszej historii Polski – „Kuriera” Władysława Pasikowskiego pokazującego ważny epizod II wojny światowej.

„Legiony” – triumf dziania się

A równocześnie… W „Legionach” uderza mnie redukcja całego historycznego tła do niezbędnego minimum. Rozumiem, dlaczego nie poznajemy motywacji prostego Józka Wieży (Sebastian Fabijański), który w szeregi Legionów trafia przypadkiem. Proces edukacji, także obywatelskiej, analfabety to skądinąd ważny, choć prowadzony bardzo dyskretnie wątek tego filmu. Ale niewiele dowiemy się o tym, skąd wzięli się inteligenccy bohaterowie filmu: Król (Mirosław Baka) czy Zbarski (Bartosz Gelner), także kobieca główna bohaterka grana przez Wiktorię Wolańską.

Czy można było opowiedzieć o nich coś więcej, unikając zbędnego gadulstwa? Chyba jednak tak. Ja jestem wychowany na ostatnim odcinku serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Pokazany wiosną 1980 w peerelowskiej telewizji, zwiastował solidarnościowy Sierpień.

Brak mi też, choćby w formie dygresji, zasygnalizowania, skąd koncepcja Legionów. Owszem Piłsudski grany przez marsowego Jana Frycza pojawia się na moment, każe wymieniać odznakami, ale o co mu chodzi? Dalibóg nie wiemy. Autorzy scenariusza zakładają zdaje się, że to oczywiste. Przy okazji unikają wszelkich kontrowersji. Choćby wokół kontekstu tworzenia polskich sił zbrojnych u boku jednego z zaborców.

Tym bardziej, piszę to jako historyk, znika dramatyzm sporu o geopolitykę. Demoniczny carski oficer polskiej narodowości grany przez Grzegorza Małeckiego nie wystarczy, aby objaśnić komplikacji ówczesnych sporów. Jest on po prostu zdrajcą, podczas gdy patriotyczny Król (Mirosław Baka) staje się jednoznacznym rzecznikiem polskości. Film jest krystalicznie antyrosyjski. To ma wystarczyć za całą myśl.
Film jest pięknie filmowany i chwilami wręcz poetycko oddany - zauważa autor. Fot. Kadr z filmu „Legiony” w reżyserii Dariusza Gajewskiego. Fot. Jacek Piotrowski/Kino Świat
Tymczasem wszystko to było uwikłane w większe dwuznaczności. Marzę o tym, aby ktoś dramatycznie pokazał w kinie sytuację, gdy po obu stronach zderzali się Polacy, czasem nie tylko na skutek poboru w swoich państwach zaborczych, ale i na skutek przekonań. Z tego wynikało bardzo wiele. W filmie jest jeden sygnał: wspomniany już Dunin-Wąsowicz przed szarżą pod Rokitną w roku 1915 skarży się, że Austriacy wysyłają legionistów na pewną śmierć.

Pewnie nie chciano zamęczać zwykłego widza teorią. Ale prawda jest też taka, że fundatorzy, producenci i scenarzyści są piłsudczykami i pewnych pytań nie zadają, uważając racje legionistów za oczywiste. Mają do tego prawo, choć trochę też ukrywają przed publiką dylematy. Może na takie kino, prościutkie, grające na emocjach, jesteśmy skazani? Skądinąd mnie tradycja legionowa jest bliska.

A film dobrze się ogląda, żeby była jasność. Baka, Małecki, Fabijański, Gelner, Modest Ruciński i inni grają z talentem, raz czy drugi łza się w oku zakręci. Przynajmniej na powrót umiemy poradzić sobie z batalistyką, choć podobno ciężko było znaleźć kogoś, kto podjąłby techniczną spuściznę Jerzego Hofmana. Udało się.

„Piłsudski” – racje niepodległościowego rewolucjonisty

Z „Piłsudskim” jest inaczej. Oczywiście i jego autor, Michał Rosa, który jest i scenarzystą i reżyserem, dokonuje arbitralnych wyborów. Nie poznamy bohatera tej historii z czasów młodości, nie zobaczymy jego korzeni ani rodziny. Potem też całe połacie czasu są pomijane, zwłaszcza kilka lat legionowych.
Nie pokazuje się nam choćby zerwania z Państwami Centralnymi podczas tzw. kryzysu przysięgowego. Ma wystarczyć raczej apokryficzna wypowiedź Piłsudskiego o stawianiu najpierw na Wiedeń i Berlin, potem na Paryż i Londyn. Czy reszta po prostu się nie zmieściła, czy może aranżowanie scen bitewnych przekraczało możliwości filmu? Nie wiem. Ale akceptuję taki wybór.

I tak opowieść trwa dwie godziny. Mamy za to dotknięcie tematu współpracy twórcy Legionów z austriackim wywiadem, choć w najbardziej dla niego korzystnej wersji. Wypełniania jest więc dziura pozostawiona w „Legionach”, chociaż nie do końca.

W filmie poznajemy zasadniczy motyw Ziuka, niepodległościowego rewolucjonisty. Była nim stała obawa przed psychicznym pogodzeniem się z niewolą, traktowanie czynu jako samoistnej recepty, kult walki jako wartości nadrzędnej.
Piłsudski nie ma tu żadnych rozterek. I chyba nie miał ich w rzeczywistości - pisze autor. Na zdjęciu: Borys Szyc w filmie „Piłsudski” w reżyserii Michała Rosy. Fot. Jarosław Sosiński/Mat. prasowe, Next Film
Ludziom, którzy przy okazji tego filmu cieszyli się, że wreszcie odbiera się Piłsudskiego prawicy (ostatnio Janusz Wróblewski w „Polityce”), odpowiem: tak, przypomina się tu Polakom o jego wieloletnich związkach z PPS. Ale też nie znajdziemy w tym obrazie żadnego dowodu na zainteresowanie bohatera socjalistyczną doktryną czy przejawów jego społecznej wrażliwości. Doktryny, partyjne barwy, Piłsudski traktował równie instrumentalnie jak ludzi. I Rosa to pokazuje, zgodnie z historią.

Także i w tym filmie mnie, historykowi, czegoś brakuje. Nie pominiętych fragmentów biografii, ale zasadniczego wątku portretowanych czasów.

Piłsudski spiera się tu głównie z innymi socjalistami, nawet z własną żoną, o terrorystyczne metody walki. Można by rzec o drogę do ewentualnej niepodległości. Są to wybory czasem dramatyczne, jak w scenie, gdy bojowcy PPS zabijają w zamachu nie tylko rosyjskiego generała Margrafskiego, ale i jego syna, dziecko. Rosa pokazuje to ostro, nawet drapieżnie, choć bez konkluzji, zwłaszcza, że sam Piłsudski nie ma żadnych rozterek. I chyba nie miał ich w rzeczywistości.

Nie ma za to sporu geopolitycznego przed pierwszą wojną światową. Poza epizodycznymi zderzeniami z kolejnym rzecznikiem opcji prorosyjskiej granym przez Małeckiego, co ma jednak naturę głównie etyczną. Fikcyjny pan Szczucki radzi się przystosować, brać to, co jest. Piłsudski chce prać po mordzie – w imię moralnego i narodowego maksymalizmu. W „Legionach” starcie jest jeszcze bardziej schematyczne. Ale tu niewiele mniej.

Pewnie byłoby trochę inaczej, gdyby pokazano spór Piłsudskiego z Romanem Dmowskim, intelektualnym rzecznikiem oparcia się o Rosję. Trzeba by się jednak angażować w rekonstrukcję awanturniczej wyprawy Ziuka do Japonii. Filmowo to trudne. I trzeba by się odważyć na wymyślenie debaty z Dmowskim w Tokio, o której nic pewnego nie wiemy. Ale to dopiero byłoby malowniczą okazją do aktorskiego koncertu. Zważywszy też na różnice w typach psychologicznych Piłsudskiego i Dmowskiego, oraz na fakt, że rywalizowali kiedyś o jedną kobietę. Tu wszyscy grają dobrze, ale Borys Szyc nie ma silnego kontrapunktu.

Czy postawienie na takie historyczne obrachunki zmieniłoby film z wartkiej jednak biografii w coś nadmiernie dyskursywnego? Nie wiem. Pretensji w sumie nie mam, bo historię da się pokazać w sztuce na sto różnych sposobów. Zawsze dokonuje się wyborów. Jednak zrezygnowano tym samym z szansy na rozmowę o realiach, uwarunkowaniach, okolicznościach. Polacy jej potrzebują. Pytanie, czy w kinie. Mocno brzmią w tej sytuacji racje samego bohatera. Jego antagoniści są mniej konkretni, rozmyci. Warto mieć tego świadomość.

Zarzucano mu konformizm i peerelowskie uwikłanie. Czy jeszcze za nim zatęsknimy?

„Pokolenie”, „Kanał” i „Popiół i diament” miały dla Wajdy znaczenie formatywne i naznaczyły jego dalszą drogę artystyczną.

zobacz więcej
Na tym tle najpełniej rozmawia się o realiach w „Kurierze”. Realiach z roku 1944. Choć i tu debata nagle się urywa. Iranek-Osmecki, przeciwnik Powstania Warszawskiego w Komendzie głównej AK wypowiada kilka ważnych zdań potem milknie. Ale przynajmniej tytułowy Kurier, Jan Nowak-Jeziorański zmaga się sam z sobą. Jest przeciwnikiem powstania, który wie, że ono musi wybuchnąć.

Celność i wzruszenia

Nie jest moim celem deprecjonowanie „Legionów” czy „Piłsudskiego”. Zostawiam to innym, którzy ocenę tych filmów zmieniają w rytualną manifestację swojego rzekomego pragmatyzmu, w istocie zwróconego nie w kierunku tamtych zdarzeń, a przeciw dziś rządzącym. Wyziera z takiej krytyki potężna porcja banału.

Oba filmy oglądałem z przyjemnością i zainteresowaniem. „Piłsudskiego” z większym intelektualnym wysiłkiem , choć w istocie oba filmy zatrzymały się przed bardziej dogłębnym roztrząsaniem polskiej historii. Nie wiem, czy możliwym, kiedy poszukuje się kinowej atrakcyjności i łatwej komunikacji z publiką.

Realia są oddane chyba nieco lepiej w „Piłsudskim”. Czasem drobnymi filmowymi dygresjami. Gdybym miał wskazać scenę przekazującą syntetycznie jakąś ważną prawdę o polskiej historii, wygrywa także „Piłsudski”. I jest to scena bez udziału głównego bohatera.
Na premierze filmu sala była pełna. Fot. PAP/Wojciech Olkuśnik
Legioniści zaczynają swój marsz. Nie natykają się na okna zatrzaskiwane w Kielcach (to akurat pokazane jest w „Legionach”), ale muszą się wdzierać do wiejskiej chałupy. Na deklamacje Tadeusza Kasprzyckiego, późniejszego ministra spraw wojskowych u schyłku sanacji, o nadchodzącej Polsce, chłop reaguje leniwym: „Na jak długo”. Kasprzycki odpowiada agresją: „Jebał was pies”. Co jest zapowiedzią legionowej urazy wobec własnego narodu.

Ale ta chałupa ma biedne wnętrze, to też jakieś dotknięcie beznadziejnej kwestii społecznej. Na ile mogła być bardziej powiązana ze sprawą Niepodległości? Skądinąd legioniści najczęściej byli jednak demokratami i lewicowcami. Do pewnego stopnia także nawet ówczesny Ziuk.

Sumą czysto ludzkich wzruszeń zwyciężają za to „Legiony”. W „Piłsudskim” może najbardziej ujmuje postać Walerego Sławka – Jan Marczyński świetnie gra młodego, szlachetnego dziwaka – i w scenie, kiedy oddycha pełną piersią na antycarskiej manifestacji, i potem, kiedy boryka się z własnym, nabytym przypadkowo kalectwem. Rozumiemy, dlaczego to jeden z niewielu autentycznych przyjaciół ponuraka Ziuka. On sam akurat wielu wzruszeń nie generuje, może poza finałem, kiedy ogłasza Niepodległość.

W „Legionach” mamy nieporadnego, prostego Wieżę, który czeka na okazję, aby postawić krzyż na grobie człowieka, który był dla niego dobry. Całe Legiony spełniają poniekąd w stosunku do niego taką rolę. Dopiero tam doczekał się zainteresowania, opieki. A zarazem trójkąt miłosny ma w tym filmie przewrotnie społeczny, niemal klasowy charakter. Twórcom zabrakło jednak odwagi, aby pójść dalej tym tropem.

Oba filmy oglądałem w salach multipleksu na warszawskiej Pradze. Na „Legionach” siedziały poza mną dwie inne osoby. Na „Piłsudskim” – sześć. Nie traktuję tego jako werdykt. Były to wieczorne seanse w niedzielę i poniedziałek. Ale niewątpliwie frekwencja na tych filmach będzie sprawdzianem żywotności historycznych pasji Polaków.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.