Kultura

Ludzie w pudełkach. Z idei Bauhausu korzystali i naziści, i komuniści

Projekt tego miasta to ponura odhumanizowana utopia. A były czasy, że podobał się wszystkim. Architekt dostał sowiecką Leninowską Nagrodę Pokoju i watykański Order św. Grzegorza Wielkiego.

Od mniej więcej stu lat, czyli od końca I wojny światowej, nowe budowle w miastach i niekiedy na wsiach przypominają pudełka po butach i to na całym bożym świecie. Pudełko stojące na krótszej ścianie, to wieżowiec, na dłuższej – kameralny, przytulny blok mieszkalny, a na płasko – pawilon handlowy lub miejsce świadczenia innych usług. Większość z nas mieszka w tych pudełkach, nasuwa się pytanie – kto nas tam umieścił?

Dokładnie sto lat temu powstał Bauhaus, szkoła architektury i rzemiosł artystycznych. W Bauhausie studenci mogli się nauczyć projektować i budować domy, meble, ceramikę, armatury i nawet tkaniny, które będą wypełniały ich wnętrza.

Rewolucyjny zapał

Tworzący kadrę dydaktyczną artyści byli owładnięci rewolucyjnym zapałem i totalnie nastawieni na „nie” wobec wszystkiego, co było dotychczas. Kamienicom i willom z kolumienkami, reliefami, portalami, pretensjom do wszelkiego zdobnictwa. Także ciasnocie miejskich ulic i podwórek.
Nowe Muzeum Bauhausu w Dessau 8 września 2019 r. otworzyła Angela Merkel . Fot. Jens Schlueter/Getty Images
Miało być odtąd przestrzennie i zielono. Lud, którego coraz więcej przybywało do miast, miał zażywać przechadzek na świeżym powietrzu, sportu i jednocześnie jakimś cudem nawiązywać więzi społeczne w osiedlach, gdzie przejście od jednego domu do drugiego już aktywizowało fizycznie ze względu na odległość.

No, ale architekt w modernizmie, u którego podstaw stał między innymi Bauhaus, miał być projektantem życia społecznego, a nie tylko budowli. A to, że projektował integrację, a wyszła izolacja i warunki dla patologii blokowisk, to już zupełnie inna sprawa.

Pomiędzy domami rzucanymi fantazyjnie grupami na olbrzymich polach hulał zwykły wiatr i wiatr historii – większość ludzi Bauhausu i w ogóle architektów modernistycznych była komunistami. W siedzibie Bauhausu w Dessau rewolucyjny zapał kazał przeszklić ściany, co latem powodowało nieznośny upał wewnątrz, a zimą uniemożliwiało ogrzanie budynku.

Płaski dach, podstawa tej doktryny, powodował jesienią i zimą zacieki na ostatnim piętrze. Zanim nastała powszechna klimatyzacja, współczesna izolacja i materiały ocieplające, moderniści obdarzyli znaną już sobie wygodą mieszkania tylu ludzi ilu im pozwolono. Zniszczenia miast, szczególnie po II wojnie Światowej, były dla nich szansą – pozwolono na wiele.

Pycha i hipokryzja

Budynki i rzeczy w nich zgromadzone (meble i inne przedmioty codziennego użytku) miały być funkcjonalne i minimalistyczne. To znaczyło, że „ornament jest zbrodnią” i , że „mniej znaczy więcej” – jak mówią cytaty z wielkich modernistów.

Architektura miała służyć ludziom tworząc „maszyny do mieszkania”, których forma ma być podporządkowana treści, czyli właśnie funkcji mieszkalnej rozumianej jako nie tylko zaspokojenie potrzeb fizycznych, ale i psychicznych – wypoczynek, integracja społeczna. Architektura przemysłowa miała służyć wyłącznie produkcji, a nie łechtać ego kapitalisty.

Jednak przewaga treści nad formą, kiedy treść jest trywialna, nie wróży formie za wiele dobrego. Pycha, chęć pokazania się, tworzy ozdoby, paradność, dekoracyjność, te wszystkie „zbrodnie” stylów historycznych. Ascetyzm formalny, to wynik pychy znacznie większej i przepełnionej hipokryzją. Takiej, która zdaje się mówić : „ urządzę wam całe życie, wszystko załatwię i zorganizuję tak, jak uważam za właściwe”.

Czego możemy zazdrościć Litwinom?

Budynek zaprojektował Daniel Libeskind, urodzony 73 lata temu w Łodzi supergwiazdor światowej architektury.

zobacz więcej
Ten rodzaj demiurgicznego egotyzmu przesłoniętego obłudnie płaszczem służebnej skromności podzielali twórcy wielu doktryn estetycznych XX wieku z twórcami ustrojów totalitarnych. Totalitarne nie jest samo projektowanie – miasta średniowieczne też projektowano – tylko skala.

Ordery z Moskwy i Watykanu

Lucio Costa i Oscar Niemeyer zaprojektowali nowa stolice dla Brazylii, Brasílię. Kilkusettysięczne miasto zbudowano błyskawicznie na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Brasílię tworzą dwie linie na kształt rzutu samolotu, Na podłużnej osi są instytucje, na „ skrzydłach” mieszkania, a w „kokpicie” pałac prezydenta i dzielnica rządowa z ambasadami. Między domami dużo przestrzeni. Nie ma chodników, bo ludność dowieziona z pracy przez sprawną komunikację miejską nie potrzebuje już wychodzić z „maszyn do mieszkania”.

Estetycznie miasto jest ekstraktem nowoczesności czasów zachłyśnięcia się podbojem kosmosu i aż dziwne, że nie wykorzystano go jako dekoracji do „Gwiezdnych wojen”. Na przykład parlament to pudełko na sztorc, duży szpikulec i dwa latające talerze, w tym jeden odwrócony. Pomiędzy domami kilometry wolnej przestrzeni, gdzie zieleń, rekreacja, integracja i samorealizacja.

Ponura, przygnębiająca, odhumanizowana utopia, co przyznają po latach nawet entuzjaści modernizmu. A były czasy, że taki kierunek rozwoju miast podobał się wszystkim. Oscar Niemeyer dostał Leninowską Nagrodę Pokoju i Order św. Grzegorza Wielkiego. Na piersi jednego komunisty spotkały się gusty i nadzieje na kształt postępu ludzkości Moskwy i Watykanu.

Między minimalizmem a monumentalizmem

Ożywcza intelektualnie swoja paradoksalnością myśl mówi, że przeciwieństwa się stykają. Częściej – co banalne – stykają się, a nawet pokrywają podobieństwa. Jak modernizm, którego częścią był styl Bauhausu z totalitaryzmami. I artyści i politycy chcieli szczegółowo zarządzać masami.

O Bauhausie sądzono latami, że był prześladowany przez nazizm i rzeczywiście kilku artystów trafiło do obozów koncentracyjnych, a sama szkołę zlikwidowano. Co nie przeszkadza temu, że pierwszy dyrektor Bauhausu marzył, że uda mu się wprowadzić w Niemczech to, co nazywał stylem państwowym w architekturze.
Wyemigrował z powodów finansowych, nie politycznych, jako członek Reichskulturkammer, rady artystów przy ministrze propagandy Goebelsie i do końca wojny liczył na swój powrót do ojczyzny. Walter Gropius ze swoimi pudełkami, funkcjonalizmem i standaryzacją nie tylko przemysłowej produkcji elementów, ale i estetycznych wymagań był utopistą minimalistycznym, gdy naziści byli utopistami monumentalistycznymi. Wszystko na chwałę Rzeszy musiało być gigantyczne i nawiązywać do architektury Imperium Rzymskiego w odpowiednim powiększeniu. Poza tym portyki, kolumnady i kopuły to było nie do pogodzenia z założeniami Bauhausu.

Tanie i wydajne fabryki śmierci

Funkcjonalizm za to, szczególnie w planach fabryk, to już była płaszczyzna wspólna. Plany obozu w Sachsenhausen wyszły spod ręki absolwenta Bauhausu, podobnie plany rozbudowy Auschwitz-Birkenau i Buchenwaldu, a w napisie na bramie tego obozu „Jedem das Sein” (Każdemu co mu się należy) wprawne oko rozpozna nieomylnie liternictwo opracowane w Bauhausie.

Autorem był Franz Ehrlich, który jako więzień spędził w Buchenwaldzie dwa lata. Po odsiedzeniu wyroku SS zaproponowało mu pracę – rozbudowywał obóz, umeblował dom komendanta, a jako że się sprawdził, przeniesiono go do Berlina, gdzie pracował nad planami Sacchsenhausen i domem dla gości przy rezydencji Hermana Goeringa. Po wojnie tłumaczył, że nie wiedział, co projektuje, choć przyznał, że przez pewien czas znajdował się w „złym towarzystwie”.

Uczniowie Gropiusa współpracowali blisko z naczelnym architektem Hitlera, Albertem Speerem, a wybitny grafik, twórca charakterystycznych plakatów rozsławiających Bauhaus, Herbert Bayer, sławił opracowaniami graficznymi broszur propagandowych również reżim nazistowski. To on zaprojektował materiały propagandowe dla cudzoziemców na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku.

Przykład najskrajniejszy to dwaj architekci bauhausowscy, którzy zostali oficerami SS. Fritz Ertl i Walter Dejaco służyli w obozie w Auschwitz. W 1972 roku Ertla oskarżono o przygotowanie planów pierwszego krematorium, a Dejaco o kierowanie planami rozbudowy obozu, Dejaco był jeszcze oskarżony o osobiste zamordowanie czterech więźniów.
Mimo mocnego materiału dowodowego obydwu uniewinniono. Obaj w Bauhausie nauczyli się projektowania tanich, wydajnych i nowoczesnych obiektów fabrycznych, co wykorzystali do stworzenia budynków do eksterminacji na skalę przemysłową.

Dumny awers modernizmu

Żeby nie brzmiało to jak coś w rodzaju argumentum ad Hitlerum warto zaznaczyć, że przez lata Bauhaus zażywał jednoznacznej opinii ofiary nazistów i tego rodzaju informacje zaczęły się pojawiać dopiero przed dekadą, z okazji 90-lecia szkoły. Było tak, że jedni absolwenci Bauhausu wegetowali w barakach zaprojektowanych przez innych absolwentów. Szkoła Bauhaus w ciągu 13 lat istnienia wypuściła 1300 absolwentów, z czego kilkunastu dotknęły represje nazistowskie, także wyroki skazujące na obozy koncentracyjne.

Wielu byłych studentów legendarnej szkoły wyemigrowało z III Rzeszy w tym – co oczywiste – absolwenci pochodzenia żydowskiego. To właśnie im zawdzięczamy najlepsze świadectwo idei Bauhausu, zmaterializowane w centrum Tel Awiwu.

Ponad dwa tysiące domów w centrum miasta zbudowali architekci Bauhausu. Przeważnie niewielkich, kilkukondygnacyjnych o zaokrąglonych na jednym rogu balkonach, z okrągłymi bulajami okiennymi, białych i morskich, nawiązujących swoimi elementami do statków. Są piękne, lekkie i radosne, jak najbardziej dla ludzi. Bardzo różne od tego do czego nas przyzwyczaił modernizm w Europie.

Mieszkaniec inspirowanej Bauhausem Gdyni poczuje się tam jak w domu. Nic tam nie przytłacza, nie przygnębia i nie izoluje. Bardzo dalekie od Brasilii, wielu modernistycznych realizacji niemieckich, czy francuskich. Także nie sposób dopatrzeć się tam klimatu inspirowanego Le Corbusierem warszawskiego Osiedla za Żelazną Bramą, czy falowców z gdańskiego Przymorza.

Czysto bauhausowski Tel Awiw to dumny awers modernizmu. Rewers jest nie tylko bardziej wszechobecny, ale także nieludzko mechanistyczny. Nie służy ludziom, tylko architektom i władzom, które ich zatrudniły po to, by tanio zakwaterować masy ludności w zniszczonych przez wojnę miastach Europy.

Maszyny do mieszkania

Jeżeli na zachód od żelaznej kurtyny modernizm zwany stylem międzynarodowym – dlatego, że takie domy mogą stać wszędzie, bo otoczenie i miejscowa tradycja nie ma na ich formę żadnego wpływu – zalecał się czasem do widza bryłą z łączonych prostopadłościanów, łamał powierzchnię lica budynku zmiennym rytmem loggi i balkonów, stosował słupy w parterze i inne zabiegi zrywające z monotonia kilometrów pudełek, to po wschodniej stronie żelaznej kurtyny z konieczności obowiązywał bieda-modernizm.
Jak to wygląda wszyscy wiemy, bo tam jeszcze mieszkamy. Bywają i zalety. Trzy razy biegiem wokół największego falowca na Przymorzu to 5 kilometrów, całkiem przyzwoita trasa na jogging.

Coś takiego, jak wielokondygnacyjny dom o długości 860 metrów nie pochodzi ściśle z ducha Bauhausu. Architekci z Weimaru i Dessau projektowali jednak na skromniejsza skalę, choć byli nie tylko częścią modernizmu, ale stali u jego źródeł. Natomiast w takich „maszynach do mieszkania” chętnie by widział ludzi architekt używający pseudonimu Le Corbusier zwany „papieżem modernizmu”.

Standaryzacja, budowa z prefabrykatów i drobiazgowe, oderwane od tradycji i rzeczywistych ludzkich potrzeb planowanie wszystkiego zrodziło się w tym samym czasie w głowach artystów nie tylko w Bauhausie. Le Corbusier nie projektował wprawdzie Brasilli, ale stoją za tym projektem jego idee. Przesławny, nagradzany, większości projektów (na szczęście) nie zrealizował. Obdarzał nimi nie proszony władze wielkich miast, które nie korzystały, gdyż mistrz wymagał burzenia tego, co już stało. To on umieścił ludzi w pudełkach. Jego pierwszy duży blok w Marsylii to 337 mieszkań i 12 pięter. Umieścił w pudełkach ludzi Zachodu. W tzw. „maszynach do mieszkania” mieszkania były duże. U nas w bieda – modernizmie na takiej powierzchni zmieściło by się trzy razy tyle mieszkań. Przynajmniej ponad dwa, jak w Superjednostce w Katowicach – 764 mieszkania.

IKEA i spółdzielnia Ład

Zatem nie tylko Bauhaus urządził nam życie w owianych wiatrem i wiatrem historii mrówkowcach. O Bauhausie w roku jubileuszowym warto nadmienić, że jego projekty i idee są wszędzie obecne. Wystarczy pójść do salonu IKEA – wykonanie tandetne, ale myśl Bauhausu. Kto żył świadomie w latach 60 – tych i 70 – tych spotykał jeszcze wiele bauhausowskich foteli i krzeseł na szkielecie z giętych stalowych rur.

A lepszą, polską wersją firmy IKEA była działająca jeszcze po wojnie spółdzielnia „Ład”. Popularne, produkowane masowo, proste lampy na biurko i sufitowe w stylu Bauhausu jeszcze niedawno dominowały biura i mieszkania. Także nie każdy, kto siedział na krześle z oparciem z giętych grubych prętów wie, że to też projekt Bauhausu.

Pomimo różnych emocji, jakie może budzić Bauhaus, a szczególnie rozwinięcie jego idei po naszej stronie żelaznej kurtyny, nie sposób pominąć tego zjawiska mówiąc o estetyce XX wieku.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Siedziba Bauhausu w Dessingen została zaprojektowana przez Waltera Gropiusa w latach 1925-26. Fot. Alan John Ainsworth/Heritage Images/Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.