Cywilizacja

Elita straciła kontakt z rzeczywistością. Gardzi Januszami i Grażynami z prowincji

Najnowsza książka laureata Nagrody Pulitzera Charliego LeDuffa nie oszczędza nikogo: ani demokratów, ani republikanów. To akt oskarżenia wobec wielkich mediów USA. Autor zarzuca im, że zwalczając Donalda Trumpa tak naprawdę go wylansowały.

Charlie LeDuff znany jest w Polsce przede wszystkim jako autor uhonorowanej Nagrodą Pulitzera książki „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”. Wydana u nas kilka lat temu pozycja była nie tylko wyrazistym, reporterskim opisem upadku robotniczej części klasy średniej w USA. Pokazywała też rozdźwięk między życiem metropolitarnej, liberalnej elity Stanów Zjednoczonych a egzystencją całego mnóstwa amerykańskich rodzin i społeczności, które straciły grunt pod nogami wskutek ekonomicznych i gospodarczych przemian ostatnich dekad – na czele z upadkiem rodzimego przemysłu motoryzacyjnego.

Porozmawiać z prawdziwymi ludźmi

LeDuff, uznany, dobrze zarabiający dziennikarz, który przedstawia się jako libertarianin, nie bez powodu pisał na ten temat jakby z nerwami na wierzchu – z emocjami, które u nas czyniłyby go nieledwie głosem lewicy społecznej. Samochodowe Miasto to jego mała ojczyzna. Rodzice LeDuffa należeli jeszcze do niebieskich kołnierzyków – czyli pracowników fizycznych, korzystających przez dziesięciolecia z prosperity czasów spełnionego amerykańskiego snu. Może to właśnie doświadczenie pochodzenia z niższej warstwy społecznej, inaczej niż często bywa, zdecydowało o pisarskiej i dziennikarskiej tożsamości autora „Detroit”.
"Pas rdzy", hrabstwo Schuylkill w południowowschodniej Pennsylvanii. Fot. Mark Makela/Getty Images
„Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje”, najnowsza książka LeDuffa, jest opowieścią o Ameryce w przededniu prezydentury Donalda Trumpa. Dziennikarz opisał w niej swoją pracę jako telewizyjnego reportera Fox News. W trakcie pierwszej rozmowy z wszechpotężnym swego czasu Rogerem Ailesem, twórcą tej stacji i jej sukcesu, tak zachwalał swój projekt: „Cały kraj się sypie, wszędzie wrze. (...) Chciałbym przejechać się po Ameryce kamerą, pokazać, jak to naprawdę wygląda między Los Angeles a Nowym Jorkiem. Porozmawiać z prawdziwymi ludźmi”. Ailes kupił pomysł, choć kazał swoim ludziom pilnować niepokornego reportera, by nadto nie brykał.

I tak LeDuff kręcił reportaże, które dobrze ilustrowały to, dlaczego nieco później Amerykanie pokazali wyciągnięty środkowy palec nie tylko elicie Demokratów, lecz także uładzonym i statecznym republikańskim kontrkandydatom Trumpa do prezydentury. Oczywiście, największy cios od wyborców otrzymała demokratyczna elita, którą reporter niedwuznacznie na kartach książki utożsamia z liberalną czy też lewicowo-liberalną oligarchią.

Żeby było jasne: do Trumpa reporter nie pała większą miłością i wyraźnie daje to nam odczuć na kartach książki. Ale nie przeszkadza mu to kąśliwie, wyraziście i bez najmniejszej taryfy ulgowej szkicować obrazu uprzywilejowanej najbogatszej Ameryki, która straciła wszelki kontakt z codziennym życiem opisywanych przez dziennikarza białych i kolorowych robotników, drobnych przedsiębiorców, lokalnych religijnych aktywistów i społeczników, pogardzanych przez liberalną Amerykę rednecków (slangowe określenie białych ubogich farmerów z południa USA – przyp. red.), dobrych i złych policjantów, strażaków zmagających się z ogniem i obcinaniem etatów, weteranów wojennych, którzy po powrocie do ojczyzny okazywali się zbędnymi ludźmi, nauczycieli tracących pracę i zdrowie, rzesz ludzkich pijących długo zatrutą wodę, bo ponad ich głowami lokalni decydenci zblatowani z wielkimi biznesem podejmowali niekorzystne dla lokalnych społeczności decyzje itd.

Bezdomni w przyczepach

To równocześnie opowieść o tym, jak bardzo zmieniły się amerykańskie media: od rzetelnego opisu rzeczywistości do kultu klikalności. Wielokrotnie powracająca na kartach książki teza brzmi: większość opiniotwórczych, nie tylko liberalnych, mediów straciła z oczu Amerykę zwykłych ludzi, coraz mniej zamożną, coraz częściej bezdomną albo wegetującą w przyczepach campingowych, z niespłacanymi od dawna kredytami. Niebezpiecznie bowiem było o nich pisać bez narażania się możnym sponsorom.

Inaczej się ubierają, jedzą i myślą. Religijni frustraci kontra aroganckie elity. Czy Trump uratuje Amerykę?

Blisko 60 procent wyborców Hillary Clinton nie odczuwa szacunku wobec zwolenników Trumpa.

zobacz więcej
Media – zdaniem LeDuffa – tak bardzo zagapiły się na Wall Street i Waszyngton, że w dzień wygranej Donalda Trumpa po prostu nie mogły uwierzyć w to, co się stało – bo do końca śpiewały o wygranej Hillary Clinton. A równocześnie, idąc za presją klikalności, wcześniej pracowały, choćby wbrew sobie, na popularność kontrowersyjnego biznesmena. To jego ostre wystąpienia gwarantowały im clickbaity wkurzonych ludzi, którym nie przeszkadzały żadne grzechy przyszłego prezydenta, bo wobec tych osób najbardziej zawiniła amerykańska klasa polityczna.

„Shitshow!” jako reportaż nie jest tak dobry jak „Detroit”. W przypadku poprzedniej książki historia narastała wokół miasta, budowała jego pełen krajobraz. Nowy tytuł przypomina nieco patchwork, zamiast pełnych odpowiedzi dostajemy, owszem, znakomite bon moty, ale nadto przypominające komiksowe dymki. Częste przenoszenie reporterskich ujęć przypomina współczesne seriale i hiper-dynamiczną telewizję, w której nikt już nie wierzy na ogół, że uwagę masowego widza można przyciągnąć na dłużej.

Dla czytelników, którzy znają Stany, „Shitshow!” to świetne uzupełnienie tematu. Nowicjusze powinni rzecz potraktować trochę jak przystawkę: rzecz smaczną, ale na zaostrzenie apetytu.

A jednak „Shitshow!” to nie tylko książka o Ameryce.

Najważniejsze wszelkie mniejszości

LeDuff potrafi lapidarnie scharakteryzować globalny już problem z liberalnymi elitami i pokazać – na konkretnych przykładach – jak bardzo polityka, którą robią, przestała uwzględniać potrzeby zwykłych ludzi.

Oto wymowny przykład hipokryzji amerykańskich elit lewicowo-liberalnych, które w pogoni za interesami wszelkich możliwych mniejszości straciły z oczu żyjącego w biedzie białego człowieka. Powołując się na ustalenia „Washington Post”, Le Duff przypomina, że w 2015 i 2016 roku w USA z rąk policjantów zginęło około dwukrotnie więcej białych niż czarnych. Zauważa przy tym, że nad losem tych pierwszych nigdy nie pochylały się wielkie liberalne amerykańskie media.
Prezydent Donald Trump podczas wiecu w fabryce w Corapolis w Pensylwanii w styczniu 2018 roku. Fot. Jeff Swensen/Getty Images
Zaraz potem dziennikarz pyta i odpowiada (konieczny będzie dłuższy cytat): „Skąd te białe plamy w informacjach o białych ofiarach śmiertelnych? Można by podejrzewać, że według statystyki większość białych, którzy giną z rąk policji, pochodzi z gorszej części miasta: biedny biały chłopak, nieokrzesany, z brakami w uzębieniu i edukacji; chuligan, który się źle zachowuje, chodzi po barach i wdaje się w bójki, ćpun, bezrobotny, może kiedyś w wojsku, a może robił przekręty, produkt zdesperowanych niższych klas. Taki człowiek ma niewielu przyjaciół w świecie mediów, ponieważ świat mediów zamieszkują biali ludzie z klasy wyższej, sami liberałowie popijający koktajle i dyskutujący o pojęciu białego przywileju. Elita medialna dobrze zna się na białym przywileju, jest bowiem jego ucieleśnieniem (…) A co z biednym białym człowiekiem? W oczach członków liberalnej białej elity, którzy wychowali się w komfortowych warunkach, ale wierzą, że wyszorowali się z nich do czysta, biały biedak jest nadal uprzywilejowany”.
Charlie LeDuff, "Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje", wyd. Czarne 2019
I znów LeDuff tnie ostrymi retorycznymi pytaniami: „Skąd niby mają wiedzieć, jak jest naprawdę? W życiu nie byli u niego w domu, w jego barze na rogu, na jego strzelnicy. W ich oczach jest prymitywnym, nudnym rasistą, a próba zajrzenia nieco głębiej to po prostu zbędna fatyga. Do tego zdają się myśleć, że ten gatunek występuje jedynie w rejonach Appalachów, a przecież on mieszka tuż pod ich nosem, od Bostonu po Bakersfield. Kiedy więc ci biali ludzie giną z rąk przedstawicieli organów ścigania, to liberalne białe media uznają jednogłośnie, że widocznie sobie na to zasłużyli”.

Modne knajpy nie dla Januszów i Grażyn

Jest oczywiste, że nie da się przenieść tej analizy w polskie warunki w skali jeden do jednego. Ale trend jest oczywisty: dla lewicowo-liberalnych środowisk każda mniejszość jest lepsza od Januszów i Sebów, Andżelik i Grażyn zamieszkujących nie tylko popegeerowskie obszary Warmii, Mazur i zachodniopomorskiego, ale także wielkomiejskie blokowiska, na których nikt nie zakłada modnych knajp, w których się bywa, jeśli chce się istnieć.

Milcząca większość dostała głos

Fox News czuje presję konkurencji. Nie CNN jednak, lecz MSNBC, która stała się medium tożsamościowym Amerykanów o lewicowych poglądach.

zobacz więcej
Wróćmy do „Shitshow!”. Jeden z bardziej pouczających przykładów rozziewu między oligarchiczną opowieścią o leniwych i roszczeniowych, mniej zasobnych białych Amerykanach a tym, jak sprawy mają się naprawdę, LeDuff przedstawił w rozdziale „Zdychaj, białasie”. Pokazał zresztą, że problem z uboższą Ameryką mają nie tylko liberałowie, ale także publicyści z „konserwatywnych prestiżowych pism”, opisujący typowego zwolennika „populistycznego” Trumpa jako „uzależnionego od opioidów Mike'a, żulowatego ojca, który naciąga Wujka Sama na zapomogi”.

Konkluzja jednego z tych publicystycznych tekstów, skierowanych przeciw „typowemu Mike'owi” brzmiała: „Prawda o tych dysfunkcyjnych, upadających społecznościach jest taka, że zasługują na śmierć. (…) Z moralnego punktu widzenia nie da się ich obronić”. Le Duff odpowiedział nie publicystyką, ale reporterską historią Kevina Careya z Garbutt w okolicach Nowego Jorku, samotnie wychowującego syna, pracującego jako pielęgniarz na pełen etat w szpitalu i dodatkowo dorabiającego sobie prywatnymi dyżurami pielęgniarskimi. Wcześniej Kevin robił w fabryce samochodów, gdzie zarabiał więcej niż jako harujący na nadgodziny pielęgniarz. Ale jego fabryka została zlikwidowana, a „miejsca pracy przeniesiono do Meksyku”.

Klisze kontra rzeczywistość, stereotypy o tych co przegrywają gospodarcze przemiany kontra ludzie z krwi i kości – naprawdę, skądś to znamy... Żeby było jasne: „Shitshow!” nie jest opowieścią wyłącznie o cierpieniu uboższych białych amerykańskich rodzin, mężczyzn i kobiet. LeDuff – o czym przekona się każdy kto sięgnie po książkę – wybitnie nie cierpi wszelkiego rasizmu i jakichkolwiek rasistów. Niemała część książki opowiada choćby o losie nielegalnych imigrantów zarobkowych z Meksyku i pełnej hipokryzji postawie wobec nich przedstawicieli amerykańskiego wielkiego biznesu.

Marzenie o domu na przedmieściu

Ale walorem twórczości LeDuffa jest właśnie to, że autor staje po stronie zwykłych, zbyt często wysadzanych z siodła białych Amerykanów. Nie wyklucza ze swojej zdecydowanie mało optymistycznej historii właśnie tej grupy społecznej, dla której dziwnym trafem amerykańskie elity mają zwykle tak mało serca. LeDuff nie jest przy tym socjalistą – bardzo tęskni do amerykańskiego kapitalizmu z czasów, gdy każdy robotnik w Stanach zarabiał solidnie, kupował dom na przedmieściu, miał i pakiet zdrowotny, i fundusz emerytalny. I jak się zdaje, najbardziej go wkurza, że dziś tak to już nie wygląda, bo oligarchia zbyt wiele wzięła dla siebie.

„Shitshow!” nie wywołało w Polsce większej dyskusji. Padające w książce złośliwości wobec Trumpa to za mało – czytelnik zbyt łatwo mógłby odkryć podobne mechanizmy „panowania nad opowieścią” o Polsce ze strony liberalnych ośrodków realnej i symbolicznej władzy. I podobny mechanizm ich erozji.

– Krzysztof Wołodźko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rozpadajaca sie fabryka w "pasie rdzy" w Waterbury w Connecticut. Fot. Spencer Platt/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Nowa Jałta nie jest potrzebna
Moskwa ma polityczne i gospodarcze atuty, za pomocą których uzależnia od siebie wianuszek państw buforowych.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Niebezpieczne związki. O księciu, który został bezrobotnym
59-letni Andrzej, książę Yorku, syn królowej Elżbiety II stracił stałą pracę.
Cywilizacja wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Chemsex, czyli geje, narkotyki i AIDS
Wraca „gejowska dżuma”. Wśród homoseksualistów dramatycznie i gwałtownie wzrasta liczba zakażonych HIV/AIDS. Nie tylko w Londynie, ale i w Amsterdamie, Moskwie czy Kijowie…
Cywilizacja wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Bardzo ciemne interesy ludzi władzy
Malta zdumiewająco upodobniła się do Sycylii z jej mafijną kulturą.
Cywilizacja wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Po co gramy? I czym się różni pasja od uzależnienia?
Nauczone zabawy w chowanego, szczury z Berlina rezygnowały na chwilę z kiziania-miziania po brzuchu, by grać dalej. Czy zrezygnowałyby dla gry z pokarmu lub snu?