Cywilizacja

Polacy pod koszem. Optymizm, adrenalina, dobra energia

Kto nie widzi własnych błędów, ten nie robi postępów. Wie o tym Mike Taylor, selekcjoner reprezentacji. Dlatego nie miał pretensji do całego świata, ani do perfidnego losu, tylko do siebie i swojej drużyny.

W 1967 roku w Urugwaju polscy koszykarze zajęli 5 miejsce w mistrzostwach świata, a Mieczysław Łopatka trafił do piątki najlepszych graczy. Od tamtej pory do tego roku Polacy nie pojawiali się na tej imprezie. W Chinach zaczęli brawurowo. Szło dobrze aż do meczu z Argentyną, gdy pojawiły się wysokie schody. Ale tak przebiegają turnieje. Droga do sukcesu to tylko droga, która bywa wyboista.

Magnetyczne widowiska

„Hej, tu NBA!” – Trzy słowa, które brzmiały jak zaklęcie. W latach 90-tych otwierały skarbiec z brylantami koszykówki USA. Słowa nagrane głosem Włodka Szaranowicza, który komentował amerykańską ligę razem z Ryszardem Łabędziem, fundowały nieprzespane noce całemu pokoleniu młodych i trochę mniej młodych Polaków. Mówiąc żartem, nad Wisłą odkrywano Amerykę po raz drugi, w każdym razie w jej wyjątkowo atrakcyjnej formule.

To były początki transformacji. Paździerzowy wystrój wnętrza jeszcze się nie zmienił, lecz na ekranach TVP buzowało magnetyczne widowisko, nasycone wielkimi gwizdami i wielkimi pieniędzmi za wielką grę. Nigdy wcześniej i nigdy potem koszykowa nie miała w Polsce aż takiej popularności. NBA była nowością, a operowanie piłką, zdobywanie koszy przez wirtuozów dyscypliny, zdawało się wykraczać poza sport, stawało się czystą sztuką.
Do PRL kilka razy przyjeżdżał Harlem Globetrotters. Drużynę założył Abe Saperstein w 1926 roku, rzecz jasna jej skład się zmieniał, lecz nie zmieniała się konwencja pokazów, znacznie bliższych magice cyrkowej niż koszykówce. Afroamerykanie wyczyniali z piłką cuda, lecz nie dawali widzom tego, co ma i czym porwała ich NBA: wybuchających petard emocji. Wybitne umiejętności plus nieustanna huśtawka napięć i ulgi, nerwów i odprężenia to jest to, co kochają widownie całego świata.

Dzięki transmisjom TVP można było wejść do tego skarbca, obejrzeć każdy brylant z każdej strony, podziwiać, przeżywać, po prostu zostać wiernym kibicem NBA. To był ten czas, gdy wszyscy wielcy jeszcze grali. Michael Jordan, Magic Johnson, Larry Bird, Charles Barkley, Scottie Pippen, John Stockton uwodzili miliardowe widownie. Oni byli podporą tak legendarnych klubów jak Chicago Bulls czy Los Angeles Lakers …

Wszyscy zarabiali na Jordanie, a on na wszystkim

Ponoć pieniądze szczęścia na dają, lecz bo ja wiem? Nie dają tym którzy ich nie mają, to pewne. Co do tych, którzy je mają, różnie bywa. Gdyby jednak było tak, że szczęścia nie dają, to Michael Jordan należy do garstki ziemian szczególnie poszkodowanych na szczęściu. Obecnie zarabia milion dolarów dziennie. W ciągu roku – mniej więcej 350 mln. W sumie uciułał około 2 miliardów. Na liście „Forbes’a” przeskoczył o 90 pozycji. Wylądował wśród 1500 najbogatszych ludzi świata, wśród 500 najbogatszych Amerykanów, więc niewątpliwie grozą wieje…

Jasne, że pieniądze nie spadły mu z nieba. Miał unikalny talent, sprawność kosmity, włożył w to mnóstwo pracy, lecz warto było. Jednak nie został miliarderem z dnia na dzień. Nie był nim jako koszykarz. Stał się prawdziwym bogaczem jako były koszykarz, choć właśnie dlatego, że grał jak grał. I dlatego, że pomnażał pieniądze sponsorów. I dlatego, że facet ma gigant łeb do interesów.

Gdy pojawił się w Chicago Bulls drużyna była warta 13 mln dolarów. W roku 1992 116 mln, a w 1997 już 158 mln. Swój pierwszy, siedmioletni kontrakt w 1984 roku Jordan podpisał na 6 mln dolarów, co wówczas nazwano nieuzasadnioną rozrzutnością.
Finały NBA w roku 1996, Michael Jordan z numerem 23 na koszulce Chicago Bulls. Fot. Copyright 1996 NBAE / Scott Cunningham/NBAE via Getty Images
W tym samym roku zawarł kontrakt z firmą Nike na 5 lat za 2,5 mln dolarów. I znów podniosły się głosy sprzeciwu. Tym razem protestowali ludzie Nike oskarżając swojego ówczesnego szefa Phila Knigta o nieudolność i brak umiejętności przewidywania. Tymczasem rok później sprzedaż butów z serii Air Jordan 1 wygenerowała 130 mln dolarów obrotu. Kolejne umowy z Coca-Colą, McDonald’sem i Wilsonem przyniosły mu skromne 1,2 mln, a wszystko to w pierwszym roku występów w NBA. Potem ostro się rozkręcał.

W 1988 nowy kontrakt z Nike wyniósł już 25 mln. W 1992 z samych tylko reklam – zarobił kolejne 25 mln. Wreszcie pod koniec kariery za jeden sezon gry w Chicago dostał ponad 30 mln, co było rekordem ligi. Krótko mówiąc od początku na Jordanie zarabiali wszyscy, a Jordan na wszystkim. Długa jest ta lista jego biznesów, które złożyły się na fortunę. Dziś jest w miejscu, w którym jest, a jego drużyna koszykarska Charlotte Hornets wyceniana jest na miliard dolarów.

Stracone pokolenie…

Wielkie pieniądze odegrały swoją rolę w zauroczeniu NBA i koszykówką dlatego, że były tak wielkie. W Polsce nie istniał wówczas sport zawodowy. Potężne sumy działały na wyobraźnię, zwłaszcza młodej generacji. Na szkolnych boiskach, na skwerach, na placach między blokami pojawiły się słupki z koszami, jedne miały siatkę, inne nie. Tak jak w czasach Wyścigu Pokoju każdy dzieciak chciał być Królakiem albo Szurkowskim, w okresie Orłów Gorskiego – Dejną albo Gadochą, tak wtedy każdy chciał być Jordanem, Pippenem, Johnsonem: grać jak oni i zarabiać jak oni.

Według teorii sportu, im więcej młodzieży garnie się do sportu, tym lepszy jest ten sport. Albo inaczej – im szersza jest podstawa sportowej piramidy, tym wyżej sięga jej wierzchołek. Tyle, że jest to teoria… bardzo teoretyczna. Takie procesy nie dzieją się mechanicznie ani same z siebie. Aby teoria przeszła w praktykę potrzebna jest struktura: skuteczna metodyka naboru, drożne ścieżki kariery dla wyłowionych w niej talentów. Jednak w początkach lat dziewięćdziesiątych struktura polskiego sportu rozsypała się na kawałki. Masowo padały kluby, trenerzy tracili pracę.

Spontaniczny ruch społeczny, jakim był ten koszykarski boom, nie przełożył się na sport wyczynowy ani na wymierne wyniki reprezentacji narodowej. Zresztą nikt nie badał jego skali, nie liczył samorodnych talentów, nie zachęcał dzieciaków do ćwiczeń w klubach, bo kluby właśnie zamykano. Tym samym pokolenie oczarowane koszykówką, okazało się straconym pokoleniem dla dyscypliny.

Chociaż nie do końca, bo Cezary Trybański, Maciej Lampe i Marcin Gortat spełnili osobiste marzenia, dotarli do NBA dzięki talentom i determinacji. Jednak i to nie miało wpływu na poziom i możliwości krajowej koszykówki.
Marcin Gortat w barwach Los Angeles Clippers podczas meczu z Sacramento Kings w styczniu 2019. Fot. REUTERS/Jayne Kamin-Oncea-USA TODAY Sports
Ostatni występ Polaków na igrzyskach olimpijskich miał miejsce w 1980 roku w Moskwie. Do tej pory powtórka się nie udała. W sumie nasi koszykarze tylko sześciokrotnie zdobywali nominacje olimpijskie. Najlepsza była premiera w Berlinie w 1936, gdzie polska reprezentacja otarła się o medal, zajmując 4 miejsce. W mistrzostwach Europy Polska wywalczyła 3 brązowe medale, ostatni w 1967 roku. Lata dziewięćdziesiąte minęły bez wrażeń: albo byliśmy na aucie, albo na dalekich pozycjach i to się nie zmieniło do roku 2017.

Blokada importowa

W 2001 roku ligowa koszykówka otrzymała status profesjonalny. PZKosz przestał się zajmować ligą, powstała Polska Liga Koszykówki S.A, spółka akcyjna, która wzięła na siebie ten trud. Faktycznie lekko nie było. Liga zawodowa do przedsiębiorstwo handlowe. Żeby ruszyć, trzeba zainwestować. A do tego potrzebni są sponsorzy, znaczy partnerzy inwestycyjni, którzy nie po to wykładają pieniądze, żeby tracić. Tylko po to, żeby zarabiać, a w najgorszym razie nie dokładać. Ponad 10 lat transformacji zaowocowało doświadczeniem, także w sektorze sportowym, a konkretnie – w zakresie sportowego biznesu. Dla wszystkich stało się jasne, że warto inwestować w sukces, w porażki niekoniecznie. A napędem sukcesu: sportowego, medialnego i widowiskowego każdej dyscypliny są sukcesy jej reprezentacji, a takich w koszykówce nie było.

Oparcie ligi wyłącznie o sprzedaż biletów i licencje klubów nie rokowało powodzenia. Pojawiła się tzw. „paląca potrzeba” pozyskania tzw. „możnych sponsorów”. W role te wcielały się różne podmioty, i prywatne i państwowe, a każdy wymagał, aby jego nazwa znalazła się w nazwie ligi. W efekcie liga zmieniała szyld aż trzynastokrotnie, co nie było wielkim zmartwieniem. Dużo większym zmartwieniem były własne pomysły sponsorów, głównie klubowych – na składy drużyn.

W tamtym okresie nastała w naszym sporcie moda na menadżerów. Ona przyszła z zagranicy z klubów zawodowych, poniekąd także z NBA, gdzie menedżerowie zarządzali od dawna. Tyle, że menadżerowie od sportu. Odpowiednio przygotowani, znający temat, biegli w zagadnieniach dyscypliny. Lecz kiedy zabierają się za sport, nie tylko za koszykówkę, właściciele ferm kurzych, fabryk obuwia czy koncernów farmaceutycznych, zapewne fachowcy w zarządzaniu, jednak nie tą dziedziną, to musi być jakaś wtopa i była.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Zasadę „kto daje pieniądze, ten rządzi”, przyjęto wówczas za oczywistą, co nie wyszło na dobre rządzącym, rządzonym ani polskiej koszykówce. Aby uatrakcyjnić widowiska, ściągnąć więcej publiczności i media, sponsorzy postawiali na zawodników zagranicznych, o wyższym poziomie sportowym. Myśleli poprawnie, lecz krótkowzrocznie.

Po pewnym czasie dla polskich graczy, zwłaszcza młodych i mniej doświadczonych, zaczęło brakować miejsca w drużynach klubowych. Wypierali ich Amerykanie, Litwini, Ukraińcy itp. Koszykarze byli sfrustrowani. Gazety pytały: gdzie Polacy mają się uczyć koszykówki, jeśli nie ma dla nich miejsca w polskiej lidze?

Nastąpił rodzaj blokady importowej, która niosła dwa skutki. Z jednej strony ligowe mecze bywały ciekawsze i na wyższym poziomie, jednak z drugiej – nie miało to żadnego przełożenia na mechanizm napędowy dyscypliny, jakim jest reprezentacja. Ten mechanizm działał raczej na biegu wstecznym.

Pod szczególna ochroną

Koszykówka spadła na ostatnie miejsce wśród gier zespołowych. Polacy pokochali siatkarzy, którzy mieli sukcesy; szczypiornistów, bo odnosili sukcesy; no a piłkarzy dlatego, że są. W połowie lat 90-tych i po roku 2000 reprezentacja koszykarzy miewała lepsze dni: dwukrotnie wygrała z Litwą, dwa razy z Chorwacją, raz z Turcją.

Były owacje na stojąco i pochwały, lecz kłopoty z dotarciem do szerokiej, publiczności nie ustały. Stacje telewizyjne narzekały na niskie wyniki oglądalności, nie przedłużały umów albo upychały ligę w kanałach sportowych o mniejszym zasięgu. W efekcie popularność dyscypliny oscylowała na poziomie stanów średnich.

Dlatego początek mistrzostw w Chinach był zaskoczeniem. Same zwycięstwa i pozycja lidera grupy, to była niespodzianka. Koszykarze znaleźli się w polu widzenia znacznie szerszym niż dotychczas. Wygrana z Chińczykami, którym nie pomagały żadne ściany. tylko sędziowie znani z imienia i nazwiska, podgrzały emocje. W takich stanach raczej trudno o wyważone kalkulacje.

Podmiot zachwytów trafia pod szczególną ochronę, o czym przekonał się Marcin Gortat. W swoim wpisie, po meczu z gospodarzami, wytkną kolegom błędy, za co został skarcony przez internautów. Rzecz jasna to on miał rację, nie zamachnął się na żadną świętość, po prostu fachowo ocenił grę. Kto nie widzi własnych błędów, ten nie robi postępów.
Trener polskiej reprezentacji Mike Taylor z jej czarnoskórym rozgrywającym A.J. Slaughterem podczas meczu z Argentyną. Fot. Zhong Zhi/Getty Images
Mike Taylor, selekcjoner reprezentacji, doskonale o tym wie. Toteż po laniu, jakie Polacy dostali w meczu z Argentyną, nie miał pretensji do całego świata ani perfidnego losu, tylko do siebie. I także skupił się na błędach swej drużyny na parkiecie.

Występ w mistrzostwach świata, co się nam nie udawało przez ponad pół wieku, jest niewątpliwym przełomem. Czy będzie to nowy początek polskiej koszykówki, pokażą kolejne imprezy. Pozycję trzeba najpierw zdobyć, potem utrwalić, wreszcie utrzymywać przez dłuższy czas, co chyba jest najtrudniejsze, lecz nie jest niemożliwe, jak pokazują doświadczenia innych gier zespołowych.

W Chinach na pewno zadziałał ten mechanizm napędowy dyscypliny jakim jest reprezentacja narodowa. Polscy koszykarze wstrzyknęli swoim fanom sporo optymizmu, adrenaliny i nadziei. W sumie – sporo dobrej energii, na której można budować.

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Hej, hej, tu NBA! Wspomnienia Włodzimierza Szaranowicza (cz. 2)
Zdjęcie główne: Polska reprezentacja 10 września 2019 r.przed meczem z Hiszpanią. Fot. Yifan Ding/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
„In vitro” dla par lesbijskich. Liberalizm uderza w rodzinę
Politycy z partii z Emmanuela Macrona mówią wprost: „Nie ma czegoś takiego, jak prawo dziecka do ojca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Misterna gra Putina z Łukaszenką. Czy Rosja połknie Białoruś?
Moskwa chce wywołać w Mińsku wybuch niezadowolenia społecznego, trochę na wzór ukraińskiego Majdanu. W jakim celu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tu wcześniej wojny nie było. Teraz łopaty prędko latają w...
– To jest dla mnie Trump, zwierzę! – krzyczał Dilo, odcinając najpierw jedno, a potem drugie ucho martwego zwierzęcia. Reportaż Witolda Repetowicza z kurdyjskiej Rożawy w północno-wschodniej Syrii.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
To nie jest taka prosta gra… Sędzia przestaje być „powietrzem”
Cóż to za dziwny sport? Po golu zmiana stron boiska, rzut karny z dowolnego punktu położonego 11 metrów od linii bramkowej, a bramki nie mają poprzeczek.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Pełzająca germanizacja” Kaliningradu
Biznes poważnie cierpi na kremlowskiej polityce wobec obwodu: militaryzacji („lotniskowiec Kaliningrad”) zamiast komercjalizacji („bałtycki Hongkong”). Ta druga droga jest dziś uważana za herezję.