Cywilizacja

Nie postanie tu noga żadnego turysty. Jak się obronić przed inwazją?

Ostatnio zatrzymano dwóch Niemców, którzy przy moście Rialto parzyli sobie kawę na maszynce turystycznej. Nałożono na nich aż 950 euro kary i poproszono o opuszczenie miasta. Władze Wenecji oczekują od turystów należytego zachowania. Kary za naruszenie dobrych obyczajów wcale nie są więc symboliczne. Zabronione jest m.in. pływanie w kanałach (450 euro), siadanie na schodach na placu św. Marka (200 euro), karmienie ptaków (50-200 euro) i jazda na rowerze (100 euro).

Mieszkańcy Cambridge narzekają. „Nasze miasto jest małe, uliczki wąskie – wyjaśnia BBC jedna z miejscowych radnych. – Zaparkowane przy nich autokary i ciągnące ulicami gromady ludzi irytują mieszkańców, którzy chcą spokojnie żyć”.

Powodem rosnącej irytacji nie jest nadmiar studentów jednego z najbardziej renomowanych uniwersytetów świata. To, że budzą ją turyści, też domyślić się nietrudno – ale ich narodowość jest zupełną niespodzianką. Chodzi bowiem o turystów z Chin, którzy, gdy już wybiorą się do dalekiej Europy, lubią zajrzeć właśnie do Cambridge. Dlaczego? Chińczyków przyciąga poemat! Sławny w ich kraju wiersz, który w języku angielskim nosi tytuł „Taking Leave of Cambridge Again” („Znów rozstając się z Cambridge”), napisał Xu Zhimo, w latach 20. XX wieku student tutejszego King’s College.

Nic dziwnego, że właśnie przed King’s College tworzą się największe zatory, gdy kilkudziesięciu Chińczyków – bo wielkość ich grup jest adekwatna do wielkości chińskiej populacji – stoi zapatrzonych w miejsce, gdzie przebywał poeta. – Ten wiersz to piękny, romantyczny poemat – mówi Jinzhao Li, kierująca Cambridge China Center. – W Chinach słyszał o nim każdy.

Lekcja ekonomii

Szacunku dla poezji nikt nie kwestionuje, ale nie zmienia to faktu, że w Cambridge podnoszą się głosy, iż miasto powinno jakoś zapanować nad inwazją. Poruszanie się po nim staje się bowiem istną mordęgą. I władze zapewniają, że coś z tym spróbują zrobić.
Turyści z Chin, gdy już wybiorą się do Europy, lubią zajrzeć do Cambridge. Fot. Alberto Pezzali/NurPhoto via Getty Images
Poza niewątpliwie zdumiewającym faktem, że wzmożenie ruchu turystycznego może być skutkiem umiłowania poezji, zaskakuje również to, że z nadmiarem turystów boryka się właśnie Cambridge – miejsce piękne i pełne uroku, ale nie poruszające masowej wyobraźni tak jak Wenecja, Amsterdam czy Barcelona. Dlatego, przynajmniej na razie, Cambridge musi uporać się tylko z naporem Chińczyków, podczas gdy trzy wspomniane miasta – i wiele innych miejsc – zmagają się z najazdem ludzi ze wszystkich zakątków globu.

Jeśli na jednej szali położy się korzyści wynikające z ruchu turystycznego, a na drugiej – wszelkie związane z nią minusy i niedogodności, okaże się, że te pierwsze niekoniecznie muszą przeważać. Jeszcze kilkanaście lat temu nie należało podważać płynących z turystyki pożytków ani też, uchowaj Boże, odmawiać ludziom możliwości oglądania świata. Masowa turystyka, uważano, ma same zalety, i to dla wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób są w nią włączeni. Dzięki temu, że jedni chcą i mogą poznawać świat, drudzy mają możność zarabiania na życie, bogacenia się, wejścia na drogę rozwoju. A zatem wszyscy powinni być zadowoleni.

Kabina przemocy, swąd spalenizny. Cosa nostra znów rośnie w siłę, a turyści ruszają jej tropem

Dla chętnych nocleg w domu „Bestii”.

zobacz więcej
Choć przecież widok tłumów przewalających się po atrakcyjnych miejscach nie mógł nie budzić niepokoju. A także pytań: czy tego, co chcą obejrzeć, ludzie sami nie zniszczą? Jak pokazywać najcenniejsze zabytki i cuda natury, a zarazem je chronić? A także: jak bronić miejscowych kultur przed obcymi wpływami? A może tego zaniechać? Bo jeśli członkowie egzotycznego plemienia uczą się, że za zgodę na zdjęcie można dostać parę groszy, to może jest to po prostu praktyczna lekcja ekonomii, bardzo pożądana?

Idylla się skończyła

Czas zachwytu przeminął szybciej, niż można było przypuszczać. Dziś już widać jak na dłoni, że masowa turystyka nie musi służyć rozwojowi, za to niesie wiele zagrożeń i mnóstwo niedogodności. Co ciekawe, świadomość tego przebiła się do opinii publicznej nie tyle dzięki ekologom, ubolewającym choćby nad zanieczyszczeniem atmosfery przez rosnący ruch lotniczy, ile za sprawą mieszkańców, którzy mają dość życia w towarzystwie turystów.

Bo to przez nich rosną koszty wynajmu mieszkań, na ulicach panuje tłok i hałas i w efekcie mieszkańcy wyprowadzają się z centrum. Wielu mówi, że do białej gorączki doprowadza ich wszechobecny turkot kółek od walizek. Albo niemożność kupienia biletu w metrze, bo długie kolejki turystów blokują automaty. Nie mówiąc o podpitych i ponad miarę wesołych gościach, którzy ściany budynków traktują jak idealną toaletę.
Idyllicznej plaży Koh Phi Phi Leh, znanej pod nazwą Maya do czerwca 2021 roku nie zobaczy na własne oczy żaden turysta. Fot. Mikel Bilbao/VW PICS/Universal Images Group via Getty Images
W tej sytuacji władze miast i miejsc masowo najeżdżanych przez turystów nie miały innego wyjścia: musiały wziąć sprawy w swoje ręce. Z jednej strony po to, by ułatwić życie mieszkańcom i choć trochę zniwelować skutki obecności obcych, z drugiej – by ratować miejsca tak zadeptane, że zagrożone zniszczeniem.

W tej ostatniej kwestii można działać w sposób umiarkowany bądź radykalny. Droga umiarkowana sprowadza się do ograniczenia napływu przez wprowadzenie kwot; tak postąpiły władze turystyczne peruwiańskiego regionu, w którym znajduje się Machu Picchu, decydując, że do pradawnej stolicy Inków może wejść najwyżej 6 tysięcy osób dziennie.


Krok radykalny to całkowite zamknięcie. Na to zdecydowały się władze tajlandzkie. Na idyllicznej plaży Koh Phi Phi Leh, znanej też pod nazwą Maya, a rozsławionej przez film „Niebiańska plaża” z Leonardo di Caprio, aż do czerwca 2021 roku nie postanie noga żadnego turysty. Inaczej zniszczona przyroda się nie zregeneruje. Obecność dwóch-trzech tysięcy osób, bo tyle codziennie się tu pojawiało, przyniosła fatalne skutki.

Upiorny widok

Arsenał środków stosowanych w miastach jest przebogaty. Gros pomysłów i inicjatyw rodzi się w Wenecji i nic dziwnego, bo jest ona światową ikoną tego, co coraz częściej określa się mianem „overtourismu”. W elastycznym języku, jakim jest angielski, takie wyrażenia tworzy się bez trudu, na wzór „overbookingu” w samolotach, i nawet jeśli po polsku nie brzmi to równie zgrabnie, od razu wiadomo, o co chodzi: nadmierny, ponad możliwości i oczekiwania, ruch turystyczny.
Przykładów jest aż za wiele. Do 800-tysięcznego Amsterdamu przyjeżdża co roku 18 mln turystów, do nieco ponadmilionowej Pragi – ponad 8 mln, do 340-tysięcznej Islandii – 2,3 miliona. Ale obciążenie Wenecji jest ponad wszelkie wyobrażenie: 55 tys. stałych mieszkańców kontra 25 mln turystów, wypełniających wąskie uliczki, mosty i zakamarki miasta. Plus upiorny widok ogromnych statków wycieczkowych, górujących nad starymi domami na nabrzeżu. Ograniczenie ruchu wycieczkowców postulowane jest od dawna, a czerwcowy wypadek w kanale Giudecca, gdy potężny statek zawadził o mały stateczek i otarł się o nabrzeże, jedynie zintensyfikował ruch protestu. Przeciwnicy wielkich statków protestowali nawet w czasie ostatniego festiwalu filmowego w Wenecji.

Niechęć do wycieczkowców jest zresztą ogromna nie tylko w Wenecji. W Amsterdamie na przykład władze rozważają, czy nie zakazać im w ogóle wejścia do portu. Bo ze statków wylewa się ogromna masa ludzi, która miasto obciąża, a nic mu w zamian nie daje. Turysta z wycieczkowca wypije kawę, kupi jakieś pamiątki, może skorzysta z pomocy przewodnika, ale w mieście nie zanocuje i nie będzie jadł –bo wszystko ma na pokładzie.
Na drugim biegunie jest turysta, który kupi kawałek pizzy i coś do picia i przycupnie gdzieś w mieście, by pożywić się na powietrzu. Ale w Wenecji mocno ryzykuje. Ostatnio zatrzymano dwóch Niemców, którzy przy moście Rialto parzyli sobie kawę na maszynce turystycznej. Nałożono na nich aż 950 euro kary i poproszono o niezwłoczne opuszczenie miasta. Władze Wenecji mówią wprost: oczekują od turystów należytego zachowania. Tego wymaga szacunek dla wyjątkowego miejsca, w którym się znajdują. Kary za naruszenie dobrych obyczajów wcale nie są więc symboliczne. Zabronione jest m.in. pływanie w kanałach (450 euro), siadanie na schodach na placu św. Marka (200 euro), karmienie ptaków (50-200 euro) i jazda na rowerze (100 euro).

W ślady Wenecji idą inne miasta, choćby Rzym, gdzie lepiej nie ryzykować kąpieli w fontannie di Trevi. Przełomowe, choć finansowo nie aż tak dotkliwe, może się okazać wprowadzenie opłat za wejście do starego centrum miasta. Decyzja w tej sprawie zapadła z końcem ubiegłego roku. Przewidywana suma 3-10 euro nie jest specjalnie wysoka i zapewne nikogo nie zniechęci do odwiedzenia Wenecji, ale przynajmniej da miastu jakieś środki. Droga jest zresztą przetarta, bo tego rodzaju opłata obowiązuje już na Wyspach Liparyjskich.

A inne sposoby? Berlin, Madryt i Barcelona próbują zahamować napływ turystów u źródeł, ograniczając zakres działania Airbnb i innych serwisów rezerwacyjnych. W Rzymie zamknięto ścisłe centrum przed autokarami turystycznymi. W Pradze zabroniono używania Segwayów. W Amsterdamie podniesiono kary za picie i oddawanie moczu w miejscach publicznych.

Tam, gdzie odpoczywa celebryta

Parę lat temu pojechałam na Skopelos, jedną z tych greckich wysp, które szczęśliwie ominął masowy ruch turystyczny. Początek był jednak niepokojący, bo na statku z głośników nieustannie płynęły piosenki ABBY. Nie przypadkiem: to na Skopelos kręcono film „Mamma mia”. Wyspa przeżyła w związku z tym czas wzmożonego zainteresowania, choć nie na długo. Przed inwazją uratował ją chyba tylko brak łatwego połączenia, bo na Skopelos nie ma lotniska. Ale i tak najbardziej odwiedzanym miejscem na wyspie jest stojący na wysokiej nadmorskiej skale kościółek Agios Ioannis, gdzie rozgrywają się ostatnie sceny filmu. Na stromym podejściu zawsze jest sporo ludzi.

Mroczne wakacje. Wycieczki śladami tragedii

Świat przemierzają turyści, którzy chcą poczuć dreszcz emocji w miejscu, gdzie czuć jeszcze zapach krwi.

zobacz więcej
Do niedawna panowała opinia, że gwałtowny rozwój turystyki to skutek połączonego działania tanich lotów, łatwego rezerwowania mieszkań (kłania się Airbnb i inne tego rodzaju serwisy) i aktywności biur turystycznych, w których oczywistym interesie leży pozyskanie jak największej liczby klientów (i nie zmienią tego górnolotne deklaracje ich przedstawicieli o działaniu w poczuciu odpowiedzialności i w imię zrównoważonego rozwoju). Tymczasem ostatnio doszlusował do nich jeszcze jeden czynnik: popkultura i media społecznościowe. I jest to czynnik potężny.

Masowy turysta nie jeździ w nieznane. Wyrusza do miejsc, o których słyszał, które widział na ekranie i które zapragnął obejrzeć na własne oczy. Szeroko pojmowane media działają więc jak reklama o zwielokrotnionej sile oddziaływania. Skąd się wzięła nieoczekiwana atrakcyjność Nowej Zelandii? Póki nie było „Władcy pierścieni” w wydaniu filmowym, tylko nielicznym zapaleńcom chciało się jechać na drugi koniec świata. Teraz jednak wielu marzy o wycieczce do krainy elfów i hobbitów.

A Dubrownik? Zabytkowe miasto, odwiedzane i doceniane od zawsze, dziś zmaga się z istnym najazdem, bo „Gra o tron” otworzyła nowy rozdział superpopularności (a także środków obronnych, takich jak zakaz wpływania największych wycieczkowców). A wspomniana plaża Maya? A choćby Sandomierz, rozreklamowany przez serial „Ojciec Mateusz”?
Dubrownik była zawsze chętnie odwiedzany, ale swoją ostatnią superkarierę zawdzięcza „Grze o tron”. Fot. Prisma Bildagentur/Universal Images Group via Getty Images
No i mamy też media społecznościowe – kolejny element działający równie mocno, a może nawet mocniej niż najlepsza płatna reklama. Gdy tzw. gwiazda – a jest to dzisiaj pojęcie nad wyraz rozciągliwe – pokaże na You Tube’ie czy Instagramie miejsce, gdzie raczyła zawitać, zainteresowanie od razu rośnie. Każe to oczywiście postawić pytanie o poziom masowego odbiorcy, ale z punktu widzenia ruchu turystycznego nie ma to żadnego znaczenia. Dla rzeszy fanów osoba idola zawsze działa jak magnes.

Ale casus Islandii pokazuje, że czasami przypływ zainteresowania trudno jest wyjaśnić. Dlaczego takie wzięcie ma wyspa malownicza, ale odległa i zimna? Może jest to niezamierzony odprysk „Gry o tron”, która czarowi palm nad lazurowym morzem przeciwstawiła urok lodowych krain?

Po co komu miejsca nieznane?

Liczby są bezlitosne: ruch turystyczny rośnie w tempie zawrotnym. Podczas gdy w latach 50. co roku podróżowało po świecie 25 mln ludzi, w 2018 roku liczba turystów sięgnęła 1,4 miliarda! To także skutek tego, że do masy turystów dołączyła bogacąca się klasa średnia z wielkich krajów – Chin, Indii i Rosji. Gdy parę lat temu podniosły się pierwsze głosy zaniepokojenia skutkami turystyki masowej, zastanawiano się, co będzie, gdy Chińczycy czy Rosjanie masowo wyruszą w świat. To już się stało.
Tego trendu nie uda się pewnie zahamować; zresztą w gruncie rzeczy zasadne byłoby pytanie, dlaczego jedni mogą podróżować, a inni nie. Trzeba więc szukać innych sposobów. Jednym z nich, bardzo obecnie lansowanym, jest kierowanie turystów na nowe szlaki, do miejsc mniej znanych i nie tak oblężonych jak Wenecja, San Francisco czy Majorka, a bardzo godnych uwagi. W Holandii, sugerują władze, mogłyby to być mniejsze zabytkowe miasta – a w tym kraju jest ich bez liku – czy nadmorskie miejscowości w pobliżu Amsterdamu.

Nie wróżę temu pomysłowi większego powodzenia. Masowy turysta chce na własne oczy zobaczyć to, co widzieli inni albo też on sam, choć tylko na ekranie. Chce się pochwalić, chce wrzucić do sieci fotki samego siebie na bardzo znanym tle. Po co mu miejsca nieznane? Dlatego sprawdzą się pewnie prognozy mówiące, że do 2030 roku liczba turystów osiągnie 1,8 miliarda. Chyba że znajdzie się ktoś, kto wylansuje model wakacji niedaleko domu. Ale czy jest to jeszcze możliwe w czasach, gdy nawet na Everest stoi się w kolejce?

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Historia czasu wolnego
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
„In vitro” dla par lesbijskich. Liberalizm uderza w rodzinę
Politycy z partii z Emmanuela Macrona mówią wprost: „Nie ma czegoś takiego, jak prawo dziecka do ojca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Misterna gra Putina z Łukaszenką. Czy Rosja połknie Białoruś?
Moskwa chce wywołać w Mińsku wybuch niezadowolenia społecznego, trochę na wzór ukraińskiego Majdanu. W jakim celu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tu wcześniej wojny nie było. Teraz łopaty prędko latają w...
– To jest dla mnie Trump, zwierzę! – krzyczał Dilo, odcinając najpierw jedno, a potem drugie ucho martwego zwierzęcia. Reportaż Witolda Repetowicza z kurdyjskiej Rożawy w północno-wschodniej Syrii.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
To nie jest taka prosta gra… Sędzia przestaje być „powietrzem”
Cóż to za dziwny sport? Po golu zmiana stron boiska, rzut karny z dowolnego punktu położonego 11 metrów od linii bramkowej, a bramki nie mają poprzeczek.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Pełzająca germanizacja” Kaliningradu
Biznes poważnie cierpi na kremlowskiej polityce wobec obwodu: militaryzacji („lotniskowiec Kaliningrad”) zamiast komercjalizacji („bałtycki Hongkong”). Ta druga droga jest dziś uważana za herezję.