Cywilizacja

„Lepiej bym zjadł Cię ja, który Cię kochałem, niż robaki”. Dlaczego przestaliśmy być kanibalami?

Maorysi mieli zwyczaj rozczłonkowywania ciał wrogów pokonanych w wojnie i ceremonialnego zjadania ich w potrawce, co powstrzymali dopiero Anglicy. Natomiast na rynkach na Sumatrze mięso ludzkie można było nabyć na kilogramy, aż kontrolę nad wyspą przejęli Holendrzy.

Kanibalizm to zło, jak w 5. rozdziale „Listu do Galatów” poucza nas św. Paweł: „A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli.” Oczywiście Apostołowi Narodów chodzi raczej o zjawisko emocjonalne, psychospołeczne, i dobrze by było się w to z uwaga wczytać nad Wisłą. Przywołane tu jednak przez doskonałego retora porównanie działa właśnie dlatego, że jest wstrząsające. Na ogół bowiem ludzie nie zjadają się nawzajem.

Rodzi się pytanie: a niby dlaczego? Modliszka zjadająca swego partnera po akcie płciowym to bowiem nie jedyny przykład zwierzęcego pożerania się w obrębie jednego gatunku. Kanibalami są chociażby szympansy. Czyżby to właśnie w tym miejscu odpadł nam ogon i zleźliśmy z drzewa?

Pelikan zjada pisklęta

Na łamach czasopisma „Animal Behaviour” już w 1993 roku zoolodzy z Uniwersytetów Cornell i Harvard opisali przedziwne zachowanie kijanek ropuch ukrywających się pod łacińska nazwą Scaphiopus bombifrons. Kijanki owe od wyklucia się z jaj dzielą się na dwie wyraźne grupy troficzne (czyli ze względu na spożywany pokarm). Jedne już od pierwszych dni żywią się rozkładającą się materią – detrytusem – i rozwijają we wszystkożerców, którzy najbardziej lubią jeść zieleninę. Inne uwielbiają drobniutkie przejrzyste skorupiaki i z czasem stają się mięsożercami zdolnymi, zwłaszcza w czasie głodu, do kanibalizmu.
Scaphiopus bombifrons dożyje wieku dorosłego, jeśli nie zostanie zjedzona jako kijanka przez inne kijanki swojego gatunku. Fot. Wikimedia/ Stanley Trauth
Po serii laboratoryjnych eksperymentów naukowcy ten przedziwny na pierwszy rzut oka stan rzeczy przypisali działaniu tzw. doboru krewniaczego. W tym przypadku kijanki-jarosze przebywały zazwyczaj w grupie krewniaczej (bracia i siostry z jednego skrzeku), podczas gdy mięsożercy z tendencjami do kanibalizmu kręcili się głównie wokół niespokrewnionych kijanek. I je właśnie pożerali. Choć gdy byli głodni, rzucali się i na bliskich krewnych. Oczywiście, większy i silniejszy pożerał mniejszego, a nie na odwrót. Smutny był więc los wolniej rosnących roślinożerców.

W tamtych czasach nie wykonano niestety badań genetycznych ani epigenetycznych pomocnych ustalić istotne różnice „wewnętrzne” pomiędzy tymi dwiema grupami.

Co z tego wynika? Że przysłowiowa sroka sroce oko jednak wykole, o ile to nie będzie jej siostra i w dodatku dobrze wyrośnięta, zatem zdolna do obrony. Wśród krewnych DNA jest bardzo podobne, i to właśnie ono walczy w ten sposób o swoją własną propagację i przetrwanie w jak największej liczbie jak najbardziej podobnych kopii wśród kopii mniej podobnych. Teoria „samolubnego genu” przy okazji tego typu kanibalizmu trzyma się wyjątkowo dobrze.

My ludzie rozwijamy w tym celu kumoterstwo, które jakoś tam zwiększa prawdopodobieństwo propagacji DNA określonej familii kosztem innych. Oczywiście ani nam się nie śni o liczbie potomstwa uzyskiwanej przez parę ropuch w jednym tylko sezonie ani o poziomie selekcji naturalnej, której ta rozrechotana czereda zostaje poddana. Walka o byt jest w naszej hordzie jednak zasadniczo słabsza zatem.

Chrześcijańska, a wywiedziona bodajże od Arystotelesa legenda, jakoby pelikan, niezdolny wykarmić młodych, rozdzierał sobie pierś i karmił je własną krwią, to bajka. Pelikan w podobnej sytuacji zrobi coś całkowicie odwrotnego – po prostu zje pisklęta. Podobnie zachowa się mewa, także wtedy, gdy nad wspólnie gniazdującą populacją tych ptaków pojawi się widmo epidemii.

Uczta neandertalska

Wielkie samce ssaków, jak lwy czy niedźwiedzie, zabiją i zjedzą nawet własne potomstwo (aczkolwiek chętniej potomstwo innego samca) tylko po to, aby zapewnić sobie dostęp do, jakby to ujął Maksik w „Seksmisji”, pożycia intymnego. Samica bezdzietna jest bowiem chętna, a dzietna już znacznie mniej.

I, jak również możemy przeczytać na łamach doskonałego opracowania autorstwa Jareda Piazza i Neila McLatchie, psychologów z Lancaster University, opublikowanego na łamach „The Conversation”, nie tylko gryzonie, ale nawet szympansy porwą się na siebie nawzajem, zwłaszcza dojrzałe samce na młodocianych rywali. I co więcej, zrobią to po prostu dla porcji dodatkowego białka.

Naukowcy hodują mózg neandertalczyka. Stworzyli go z ludzkich neuronów

Można ten mini-organ wszczepić myszy czy małpie i patrzeć, co będzie.

zobacz więcej
Nie zdziwiło nas zatem bardzo, gdy wiosną tego roku doniesiono, że we francuskiej jaskini Moula-Guercy odkryto ślady kanibalistycznej uczty neandertalskiej sprzed 120 tys. lat. Założono kanibalizm, bo człowieka współczesnego – czyli innego nieco, aczkolwiek zdolnego się krzyżować z neandertalczykiem gatunku hominida – w Eurazji miałoby nie być aż do 40 tys. lat temu.

Aczkolwiek prof. Katerina Harvati z Uniwersytetu w Tübingen wraz ze swym zespołem badawczym stwierdziła w lipcu tego roku, że człowiek postawił stopę na Półwyspie Greckim już 200 tys. lat temu. Z tej migracji chyba jednak nie mamy w sobie nic genetycznie.

Nie da się jednak wykluczyć, że owi pierwsi współcześni zjedli z głodu jakiegoś neandertala we francuskiej jaskini, co tak do końca kanibalizmem nie jest. Chwilowo jednak badacze francuscy utrzymują, że był to neandertalski kanibalizm z głodu. Nie oburza nas to, bo w naszych głowach, trochę na przekór odkrywanym ciągle naukowym faktom, neandertalczyk występuje w roli prymitywnego luda, grubokościstego „karku z dzielni”, w której nigdy byśmy nie zamieszkali, ewentualnie po prostu wielkiej małpy.

Czyli nas, takich subtelnych, tworzących sztukę i inteligentnych, ten wypadek zjedzenia ziomka po prostu nie dotyczy. Góry z ludzkich czaszek, Auschwitz, etc., to nie na temat, Dracula i jego siostra ograniczali się do wypijania krwi, a i to w legendzie, zaś Pol Pot, Hitler czy Stalin jednak ludzi nie jedli. Hannibal Lecter zaś to postać z filmu grozy.

XVIII i XIX-wieczne romanse i modne wówczas powieści podróżniczo-awanturnicze popularyzowały wśród zdolnych wówczas czytać pogląd, że plemiona ludzi o innym od białego kolorze skóry, obyczajach i wierzeniach, tak Afryki, jak Ameryki Południowej czy Oceanii, to wszystko ludożercy. Ile w tym prawdy?

„Dzikusy” konsumowały „dzikusów”

Wg Encyklopaedii Britanniki samo pojęcie „kanibalizm” pochodzi od „caribalism”, które jest hiszpańskie i ma swe źródło w nazwie plemienia Carib. Są to Indianie amerykańscy zamieszkujący niewielkie wyspy – Antyle – na morzu Karaibskim. Jak dalej pracowicie tłumaczą encyklopedyści brytyjscy, ludożerstwo było praktykowane do czasów współczesnych w części Afryki Zachodniej i Środkowej, Melanezji (zwłaszcza na Fidżi), na Nowej Gwinei, w Australii, wśród Maorysów Nowej Zelandii, na niektórych wyspach Polinezji, wśród plemion Sumatry oraz wśród niektórych plemion Ameryki Północnej i Południowej. Sporo tego.

Maorysi mieli zwyczaj rozczłonkowywania ciał wrogów pokonanych w wojnie i ceremonialnego zjadania ich w potrawce, co powstrzymali dopiero Anglicy. Natomiast na rynkach ludu Batak na Sumatrze mięso ludzkie można było nabyć na kilogramy, aż kontrolę nad wyspą przejęli Holendrzy.
Neandertalczycy rzucali kamieniami w mamuty przez miesiąc albo dwa, ale nie gardzili też mięsem swoich pobratymców. Fot. Jean-Marc CHARLES /Gamma-Rapho via Getty Images
Zanim Hiszpanie zakończyli ten proceder, wybijając mieszkańców Tenochtitlan do nogi, także Aztekowie byli kanibalami na masową skalę, a ich uczta na ludzkim mięsie była częścią krwawych ceremonii religijnych.

Dla australijskich Aborygenów zjedzenie przez krewnych było najbardziej pożądaną, bo też najbardziej pełną szacunku dla zmarłego, formą pogrzebu. Murzyni zaś Afrykańscy, zwłaszcza łowcy głów, korzystali z ludożerstwa dość oszczędnie: najczęściej w ramach czynności magicznych. Czyli „dzikusy” jadały ludzi (na ogół takich samych „dzikusów” jak oni sami) albo, by przejąć siłę wrogów (dosłownie lub przenośnie), albo by uzyskać coś od swych krwiożerczych bogów i stać się jak bogowie – uczestnicząc w ofierze jak najbardziej czynnie, albo by wejść w stały, materialno-duchowy kontakt z przodkami.

Dla współczesnych Europejczyków jednak, a nawet naszych przodków od tysięcy lat, kanibalizm to po prostu obrzydlistwo. Nawet dziś, gdy mamy już wdrukowany szacunek do innych kultur częstokroć głębszy, niż dla własnej, zaakceptowanie aborygeńskiego rytuału pogrzebowego przerastałoby zdolność akceptacji inności około połowy z nas – jak wskazują psychologiczne eksperymenty wspomnianych już badaczy z Lancaster University. Wg użytego podczas eksperymentu opisu ludzkie mięso byłoby ugotowane na miękko, nie chodzi zatem o to, że mięso byłoby zakaźne, czym psycholodzy ewolucyjni na ogół tłumaczą wszelkie stany obrzydzenia.

Oczywiście tak zwany ogół społeczeństwa nie musi być świadom, zwłaszcza odkąd doniesienia prasowe o epidemii choroby szalonych krów zniknęły z nagłówków, że nawet ugotowane czy upieczone dokładnie mięso, a zwłaszcza tkanka nerwowa z tegoż, może być zakaźna. Za sprawą czynnika, za którego odkrycie przyznano Nagrodę Nobla w zakresie Medycyny i Fizjologii dwukrotnie w historii – co jest naprawdę ewenementem.

Po raz pierwszy w roku 1976, gdy nazywał się „powolny wirus ośrodkowego układu nerwowego” i został opisany przez Daniela Gajduska. Po raz drugi w 1997 roku, gdy nazywał się prionem, a Europa przeżyła jedną z największych w swej historii epidemię choroby Creutzfeldta-Jacoba postępującej po wspomnianej chorobie szalonych krów.

Bogowie uwielbiali ludzką krew i dym z palonych serc. Czaszki ofiar obierano ze skóry i mięśni, a czerepy nawlekano na żerdź

Najpierw kapłan ostrym jak brzytwa nożem z obsydianu rozcinał klatkę piersiową i wyjmował bijące wciąż serce. To uśmiercało ofiarę. Rytuał jednak trwał dalej.

zobacz więcej
Choroba ludożerców

Wróćmy jednak do Gajduska, bo jego wieloletnie badania na Papui Nowej Gwinei są chyba bardzo istotne dla naszej opowieści. Otóż na izolowanych od reszty świata wyżynnych terenach Papui ten z pochodzenia Słowak i wyśmienity pediatra oraz wirusolog postanowił poświęcić się całkowicie walce z przedziwną dotykającą 30-50-latków chorobą, zwaną w lokalnym języku plemienia Fore „k(g)uria”, od słowa „drżeć”. Do literatury medycznej choroba weszła jako „kuru”.

Gajdusek ustalił przez ćwierć wieku na jej temat kilka rzeczy bezspornie, choć wywołujących ją prionów. Czyli zakaźnych ze swej natury niewielkich białek, źle uformowanych i wymuszających złe uformowanie na innych białkach, bardzo trudnych do zniszczenia wszelkimi dostępnymi środkami: od płomienia po dezynfektanty chlorowe.

Uważał, że tę śmiertelna neuropatię powodują jakieś bardzo długo, bo ponad 20 lat, rozwijające się w organizmie chorego niemal bezobjawowo wirusy, którymi można zakazić małpę, ale których nie można wyizolować, są bowiem bardzo niewielkie. Priony jednak nie są wirusami, nie zawierają bowiem w swym składzie ani DNA, ani RNA.

Dlaczego o tym opowiadam domyślają się ci, którzy uważnie przeczytali powyżej, jakie obyczaje pogrzebowe panowały – i w zapomnianych przez Boga i ludzi Zachodu zakątkach nadal panują – w okolicy Australii, a więc i na Papui. Otóż Gajdusek wykazał bezspornie, że kuru jest chorobą ludożerców, a jej rozprzestrzenianie się jest związane z rytuałem funeralnym polegającym na zjadaniu ciał zmarłych członków plemienia Fore zwłaszcza przez ich żony i dzieci. W ramach stypy zjadane były także głowy.

Opis obrzędów tych biesiad przerastają najprawdopodobniej wytrzymałość większości z nas, dodam zatem jedynie, że kuru zakaża układ nerwowy nie tylko przez nabłonek jelitowy, ale także błony śluzowe oka i nosa, a to podczas nacierania twarzy mózgiem zmarłego przez żałobników.

Badania etnologiczne plemienia Fore w latach 50. i 60. wykazały, że stypy po śmierci chorych na kuru cieszyły się dużym wzięciem nie tylko u najbliższej rodziny, ale u wszystkich mieszkańców wioski, gdyż ich mięso uważane było za przysmak – jako znacznie chudsze i młodsze od tego pochodzącego od zmarłych z innych powodów.

Kronos wykastrował ojca i pożarł dzieci

W przebiegu choroby poza drżączką i ewentualnym krańcowym przedśmiertnym otępieniem pojawiają się także prymitywne odruchy, np. ssania, gryzienia, chwytania. Charakterystyczne są zmiany nastrojów: od depresji do euforii, a także przymusowy płacz bądź śmiech. Dziennikarze ochrzcili zatem kuru „śmiejącą się śmiercią”.
Dziecko z plemienia Fore w zaawansowanym stadium choroby kuru. Fot. Wikimedia/Liberski PP
Wg danych epidemiologicznych w latach 50. w obszarze endemicznym na kuru zapadał 1 proc. mieszkańców. Choć ludożerstwo było na Papui już wtedy od dawna zakazane, w latach 1987–1995 odnotowano 66 zgonów z powodu tej zakaźnej neuropatii. Były to osoby, na które priony zostały przeniesione 30 lat wcześniej. Liczba ta jest zdecydowanie mniejsza niż w latach 50. i 60., aczkolwiek to dane anegdotyczne, bo w tamtym czasie nie prowadzono dokładnych badań na ten temat.

W kwestii kanibalizmu jednak od Gibraltaru do Władywostoku mówimy na ogół „nie i już”. Ale dlaczego? Czyżby nasi przodkowie zauważyli, że od tego można się trząść, śmiać i płakać bez sensu, a potem po prostu umrzeć, zwłaszcza, gdy przejście z łowiecko-zbieraczego na rolniczy tryb życia owo życie poważnie wydłużyło? Nie wykluczone.

Na pewno nie zawsze tak było. Nasze mitologie pełne są wszakże opowieści, gdzie panteon bogów, choćby antycznej Hellady, kształtowany jest przez kanibalizm bardziej, niż przez cokolwiek innego. Kronos własnego ojca Uranosa jedynie wykastrował, natomiast swoje dzieci, ze strachu przed utratą władzy, zjadał po kolei bez miłosierdzia, aż zeżarł kamień zamiast Zeusa. Hezjod miałby zapożyczyć ten opis z mitów anatolijskich, a Anatolia jest ojczyzną jednego z czterech naszych Europejskich ojców – rolnika.

I niech nas nie zwiedzie to banalne określenie. Anatolijczyk jest autorem nie tylko mało nadal znanego większości monumentalnego megalitycznego centrum sakralnego w Göbekli Tepe, ale także znacznie bardziej znanego Stonehenge oraz cywilizacji minojskiej na Krecie. W mitach owych Anatolijczyków, tak zasadniczo istotnych dla naszego genomu i kultury, antropomorficzni bogowie pożerali równie antropomorficznych bogów. Czyste ludożerstwo.

Skraść komuś duszę

Także i w Biblii znajdujemy ślady już nie rytuałów kanibalistycznych (choć nie do końca wiadomo, na czym polegało „przeprowadzanie dzieci przez ogień dla Molocha” dość masowe u Kananejczyków i naśladowane przez Izraela w momentach najgłębszych odstępstw; istnieje pytanie, czy były to tylko krwawe ofiary z ludzi, czy także zakończone ucztą, jak to znamy u innych kultur) ale kanibalizmu z głodu. Nad tym ubolewa podczas najazdu babilońskiego prorok Jeremiasz w 4 rozdziale wersecie 10 „Lamentacji”. To miało miejsce także wg opisu z 2. Księgi Królewskiej (rdz. 6, 28-29) w czasie głodu podczas oblężenia Samarii przez króla aramejskiego Ben Hadada.

Kiedy Genetix namiesza w Archeo

Ich ekspansja trwała ponad tysiąc lat. Pozostawili po sobie DNA w każdym dokładnie Europejczyku. Lokalne kobiety lubiły tych jeźdźców i rodziły im wiele dzieci. Kim jesteśmy?

zobacz więcej
Musi zatem powrócić pytanie o tabu. Dlaczego nawet przybici głodem do ziemi sięgamy po ludzkie mięso dopiero w ostateczności? W realne sytuacjach, jak chociażby katastrofa lotnicza w Andach w 1972 roku, ludzie sięgają po ludzkie mięso jedynie na skraju śmierci głodowej. „Na pełnym morzu” Mrożka czy „Biesiada u hrabiny Kotłubaj” Gombrowicza właśnie dlatego robią na nas tak niesamowite wrażenie. Jako niewyobrażalna, a jednocześnie potężnie sugestywna fikcja.

Badania dowodzą, że kanibalizm uznajemy za najniższe stoczenie się moralne człowieka. Być ludożercą to poniżenie. Z drugiej strony balibyśmy się „skraść komuś duszę”. Z kolei ciało i osobę (istność konkretnego człowieka) pojmujemy też jako jedność. Na marginesie: dlatego być może zmartwychwstanie ciałem – choć niewielu z nas dogłębnie pojmuje konsekwencje tej katolickiej prawdy wiary – jest bardzo atrakcyjnym dla ludzi pomysłem na życie wieczne. Według psychologów tu także kryje się źródło obrzydzenia dla ludożerstwa ponad wszelkie racjonalne argumenty „za”. Mamy zakodowane, że jedząc człowieka nie jemy mięsa, tylko osobę.

Będąc wszystko-, a wiec także mięsożercami, nie idziemy śladem ropuszych kijanek – nie jesteśmy kanibalami. Zjemy zatem cielęcinę, ale dziecięciny nie zjedlibyśmy. Mimo, że jak słusznie wskazuje filozof William Irvine, tak niemowlęta jak cielęta nie zaprotestują, ani nie są zdolne do racjonalnego myślenia. Idąc dalej tym tropem, doświadczenia z zakresu psychologii eksperymentalnej wskazują, że im bardziej myślimy o ludzkich cechach zwierząt, tym bardziej mięsożerność wydaje nam się obrzydliwa.

Instynktownie niemal (gdy psychologia mówi o instynkcie, to po prostu na ogół nie wie, co tam w zasadzie jest, ale to takie fajne słowo klucz i co ciekawe – każdy „czuje” o co w nim chodzi) i w ramach najwcześniejszej edukacji poznajemy różnorodność świata kategoryzując go. I przypisując owym kategoriom nie tylko widzialną realność. Nawet ważniejsze zdaje się wewnętrzne dostrzeganie tej podskórnej, często niewidocznej dla oczu ISTOTY danej kategorii, jej fundamentalnej tożsamości.

Czaszki, z których obdzierano mięso

Przypisujemy kategorii „człowiek” pewne cechy, których nie przydajemy innym kategoriom, jak inteligencja i racjonalne myślenie, osobowość i pragnienie życia, tworzenie silnych wzajemnych więzi. W świetle takiego podejścia, człowiek to nie zwierzę i człowieka się nie je. Nawet po śmierci i za jego zgodą. Bo to osoba. W zasadzie proste.

Przełamanie obrzydzenia i przełamanie takiego tabu będzie (daj Panie Boże!) trudne. Bo kieruje nami wg psychologów „mądrość odrzucenia”. Nasi przodkowie jednak, jak wynika choćby ze wspomnianych mitów, byli wytrawnymi kanibalami.
Papuascy wojownicy podczas posiłku. Fot. Getty Images/Bettmann
Pisało o tym James Cole, archeolog z Uniwersytetu w Brighton w swej publikacji z 2017 roku na łamach „Scientific Reports”, opierając się o badania archeologiczne nad wykopaliskami z terenu Europy Zachodniej z okresu od 960 tys. lat temu do epoki brązu, podsumowane w „Journal of Archaeological Method and Theory” rok wcześniej. Znaleziska ludzkich szczątków kostnych (różnych gatunków hominidów) z widocznymi nacięciami ostrzem kamiennym trudno wręcz zliczyć, a w tych samych stanowiskach znajdowane są również rozłupane ludzkie kości długie – świadectwo poszukiwań odżywczego szpiku.

Czy nasi tak odlegli w czasie przodkowie, jak Homo erectus robili to zatem jedynie w poszukiwaniu kilku dodatkowych kalorii i aminokwasów, jak szympansy, czy było to częścią już jakiś rytuałów, np. pogrzebowych? Rozłupane kości świadczyć by miały raczej o stołówce, niż stypie, ale w sumie trudno powiedzieć. Rytuały funeralne opisano dopiero dla Neandertalczyka, zresztą bardzo wyszukane. No właśnie, ale tego szukano: jamy w ziemi, muszelek i kwiatów, starannie ułożonego ciała. Gdyby założyć, że pogrzeby wyglądały jak na Papui, to może te wszystkie ponacinane czaszki hominidów, z których ewidentnie obdzierano mięso, całkiem prawdopodobnie w celu konsumpcji, to pozostałości po stypie. W pełnym uszanowania dla zmarłego protokole zatytułowanym: lepiej żebym zjadł Cię ja, który Cię znałem i kochałem, niż robaki.

Co na to Freud?

Czy symboliczne bezkrwawe już uczty starożytności, w których objadano się figurkami ludzi z ciasta (taki „maenele” jest w Alzacji zjadany przez dzieci na św. Mikołaja, my w Polsce mamy go z dziś z czekolady), a nawet katolicka forma przyjmowania Komunii Świętej, w której wierzymy wg Katechizmu, że w każdym komunikancie, a nawet w każdej jego cząstce obecny jest ciałem i krwią Pan nasz Jezus Chrystus, to także jakaś reminiscencja tych bardzo, bardzo odległych czasów, gdy ludzie jeszcze jadali ludzi?

Odpowiedzi udzielają tu psychoanalitycy za Freudem i jego dziełem: „Totem i tabu”, etnolodzy i etnografowie, teolodzy. Nie ma jednak wspólnego i obejmującego wszystkie aspekty wyjaśnienia dla ludzkiego kanibalizmu. I dla tabu, którym jest objęte. Ten mechanizm w nas nosi nazwę „mądrego odrzucenia”. Czy to się zmieni? Jeśli stanowi poważne zagrożenie epidemiologiczne, to matka ewolucja raczej do tego nie dopuści. A jeśli nie?

- Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Źródła:

https://theconversation.com/cannibalism-is-common-in-the-animal-kingdom-heres-why-for-humans-its-the-ultimate-taboo-121678
https://theconversation.com/our-ancestors-were-cannibals-and-probably-not-because-they-needed-the-calories-75667
Ludożercy
Zdjęcie główne: W Jaskini Gougha w południono-zachodniej Anglii odnaleziono na ludzkich szczątkach z XV wieku p.n.e. ślady obdzierania ze skóry, kruszenia i żucia kości. Fot. Universal History Archive/Universal Images Group via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Państwa, które utraciły władzę
Kto nami rządzi? Facebook i Google. MKOl. i FIFA, VISA i Mastercard. Standard & Poor’s i Moody’s.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Krychowiak na warzywach. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?
Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w 1972 roku. Wcześniej codziennie na obiad dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jądra motorem ewolucji
W mosznie ukrywa się wiele niedocenianej dotąd mocy. A wszystko za sprawą mutacji.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Żołnierze siłą trzymani w wojsku, czyli „maskirowka”
Rosyjscy wojskowi i politycy ukształtowali się w sowieckiej tradycji oszukiwania wroga.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy James zostanie Luną? Jak zmienić 7-latkowi płeć
Jeffrey Younger alarmował, że w „przemianę” jego syna w dziewczynkę zaangażowani są wszyscy, łącznie z instytucjami.