Cywilizacja

Pizzerie na Pjonghattanie. Czego chce młody Kim?

Ludzie z wyższych szczebli partyjnej biurokracji, armii i przedsiębiorstw państwowych wykorzystują swoją pozycję w systemie do bogacenia się. Podnajmują części zakładów albo koszar na półlegalną działalność gospodarczą, udzielają koncesji na wypożyczanie państwowych samochodów dla celów prywatnych, handlują nieruchomościami. Ta nowa oligarchia wie, że oficjalna ideologia jest fikcją, ale właśnie dlatego, że zawdzięcza swój nowy status materialny przywódcy Korei Północnej, ma interes, by go wspierać.

Kim Dzong Un, 35-letni przywódca Korei Północnej, z wyglądu coraz bardziej przypomina swojego dziadka Kim Ir Sena: posturą i rysami twarzy, ale też doborem ubrań, okularów, fryzurą. Jako element politycznego PR taka metamorfoza ma sens. Kim Ir Sen stworzył jeden z bardziej opresyjnych systemów XX wieku, ale wielu mieszkańców KRLD odnosi się do czasu panowania Wiecznego Prezydenta (1946-1994) z nostalgią, oceniając go przez pryzmat zapaści gospodarczej z drugiej połowy lat 90., gdy na czele kraju stał już jego syn Kim Dzong Il. Z głodu zmarło wtedy nawet 2 miliony osób.

Obywatele Korei Północnej od dzieciństwa poddawani są praniu mózgów, czci się tam już trzeciego przywódcę z dynastii Kimów, a przeciwnicy systemu, tak jak kiedyś, kończą zwykle w niewolniczych obozach pracy. Kim Ir Sen miałby jednak kłopot z rozpoznaniem kraju, którym rządzi jego wnuk, jak i z aprobatą zmian, które w nim zachodzą.

Wyznawcy reżimu i „pokolenie rynku”

Stolica Korei Północnej Pjongjang zawsze była miejscem dla najwierniejszych wyznawców reżimu. A ponieważ to jedyne miasto w kraju, gdzie do wybranych dzielnic wpuszcza się obcokrajowców, dba się tam również o czystość, porządek, a nawet o fizyczną selekcję mieszkańców – osoba z dobrą prezencją ma większe szanse na stały pobyt.

To surowe, socrealistyczne miasto ostatnio zaczęło nabierać kolorów. Na ulicach widać kobiety w modnych strojach, jeździ tam coraz więcej samochodów osobowych, mimo zakazu ich prywatnego posiadania. W niektórych dzielnicach pojawiły się kawiarnie, pizzerie, sklepy z drogą importowaną żywnością.

Kim są ludzie, których stać na takie zakupy w kraju, gdzie oficjalny zarobek to kilka, może kilkanaście dolarów na miesiąc?
Anna Fifield, autorka wydanej właśnie biografii Kim Dzong Una „The Great Successor” pisze o nowej elicie Pjongjangu. To ludzie z wyższych szczebli partyjnej biurokracji, armii i przedsiębiorstw państwowych, którzy swoją pozycję w systemie wykorzystują, za pozwoleniem Kima, do prywatnego bogacenia się. Podnajmują części zakładów albo koszar na półlegalną działalność gospodarczą, udzielają koncesji na wypożyczanie państwowych samochodów dla celów prywatnych, handlują nieruchomościami. Ta nowa oligarchia wie, że oficjalna ideologia jest fikcją, ale właśnie dlatego, że zawdzięcza swój nowy status materialny Kimowi, ma interes, by go wspierać.

Są też ludzie, których reżim wynagradza oficjalnie. W stolicy powstaje nowoczesna dzielnica wysokich budynków, nazywana też Pjonghattanem (od Manhattanu). Apartamenty dostają tam, nierzadko osobiście od Kima, naukowcy pracujący przy programie nuklearnym czy specjaliści z branży IT zajmujący się hakowaniem obcych stron internetowych, zarabiający dla władz twardą walutę.

Kim Dzong Il, jego sposób na Hollywood i porwani gwiazdorzy

11 lat niewoli, obóz pracy i luksus festiwali.

zobacz więcej
Z punktu widzenia komunistycznej ortodoksji ważniejsze są jednak zmiany zachodzące na prowincji. Mówi się o „pokoleniu rynku”, po koreańsku jangmadang.

Plac, na którym odbywa się prywatny handel, stał się w wielu miejscowościach ośrodkiem lokalnej aktywności. Miejsca te są buforem wobec absurdów komunistycznej gospodarki.

W latach 90. ofiar głodu byłoby z pewnością więcej, gdyby zdesperowani ludzie nie wzięli spraw we własne ręce. Gospodynie domowe zaczęły sprzedawać własne wypieki, ktoś oferował grzyby i leśne owoce, kto inny strzygł ludzi albo handlował zakładową benzyną. Za uzyskane środki kupić można było dobra szmuglowane z Chin albo ryż przysyłany z zagranicy w ramach pomocy humanitarnej.

Kim Dzong Il tępił z początku tę „egoistyczną” działalność w społeczeństwie socjalistycznym, by ostatecznie ją uznać w 2002 roku. Opłaty z wynajmu placu i każdego stoiska przynoszą reżimowi stałe dochody. Za obecnego przywódcy liczba rynków stale rośnie, szacuje się, że jest ich między 400 a 800 w całym kraju.

Na zapisach wideo z ukrytych kamer widać, że sprzedażą trudnią się często kobiety w starszym wieku. Mężczyźni mają bowiem w Korei Północnej obowiązek państwowej pracy. W firmie trzeba się stawić, nawet jeśli nie ma co robić i nie dostaje się wynagrodzenia. Pierwszym pokoleniem wolnorynkowców Korei Północnej stały się zatem babcie i teściowe, utrzymujące nierzadko całą rodzinę.

Ostatnio zaczęło się to jednak zmieniać. Coraz więcej mężczyzn woli zapłacić łapówkę przełożonym, by nie przychodzić do pracy i poświęcić się zarabianiu na własną rękę. Nic więc dziwnego, że maleje zainteresowanie członkostwem w partii komunistycznej, choć to wciąż przepustka do oficjalnej kariery. Szeregowemu członkowi partii po prostu mniej wolno, nie chce narażać reputacji, angażując się w prywatną działalność.

Nie zmienia to faktu, że w taki właśnie sposób dochody uzyskuje nawet 40 procent mieszkańców Korei Północnej, a 85 procent z nich na rynku zaopatruje się w żywność.
Rozziew między oficjalną propagandą a rzeczywistością staje się więc coraz większy. Trudno orzec, ilu ludzi w Korei Północnej wciąż wierzy, że żyje w raju na ziemi, a ilu, ze strachu, stwarza jedynie pozory tej wiary.

Co roku ucieka z Korei Północnej około tysiąca osób. Mówią o rosnącym cynizmie, zwłaszcza młodych ludzi, którzy nie mają systemowi nic do zawdzięczenia. Na ich postawę wpływają przemycane z Korei Południowej filmy i programy telewizyjne. Widzą tam kolorowy świat zamożnego społeczeństwa i porównują ze swoim. Chłoną losy bohaterów seriali, ich życiowe rozterki, dalekie od socjalistycznej moralności.

Zakrapiane wieczory z Dennisem Rodmanem

Kiedy w styczniu 2009 roku, krótko przed swoją śmiercią, Kim Dzong Il namaścił oficjalnie 25-letniego Kim Dzong Una na swojego następcę, wielu ekspertów wieściło rychły koniec reżimu w jego ówczesnym kształcie. Jedni twierdzili, że w kraju zapanuje chaos i któraś z politycznych koterii wykorzystując brak doświadczenia nowego przywódcy, przejmie władzę. Inni w młodym wieku i zachodniej edukacji Kima upatrywali szans na reformy.

„Widziałam matkę, która umierając z głodu, przyciskała do siebie dziecko”

Nie znaliśmy innego życia, więc nie wiedzieliśmy, że jesteśmy poddawani różnego rodzaju represjom – mówi Hyeonseo Lee, która uciekła z Korei Północnej.

zobacz więcej
Nie sprawdziło się ani jedno, ani drugie. Kim sprawnie i bezwzględnie skonsolidował władzę, likwidując potencjalnych rywali, łącznie z członkami rodziny. W 2013 roku skazał na śmierć swojego wuja, a dwa lata temu na lotnisku w Malezji zabity został Kim Dzong Nam, jego starszy przyrodni brat.

Pobyt Kima w Szwajcarii, gdzie w latach 1996-2001 chodził najpierw do międzynarodowej, a potem do publicznej szkoły, mógł go wręcz zniechęcić do demokracji. Tam bowiem zdał sobie sprawę, że wyrwany ze swojego naturalnego otoczenia jest kimś przeciętnym.

W szkole Kim niczym się nie wyróżniał, stopnie miał średnie. Kłopoty z niemieckim sprawiały, że był zamknięty w sobie, choć czasem reagował agresywnie na zaczepki kolegów.

Przebywał w Szwajcarii na fałszywym paszporcie, jako dziecko dyplomaty, co nie znaczy, że mimo młodego wieku nie wiedział, kim jest. Kolega Kima z ławki opowiada, że gdy odwiedził go w mieszkaniu i na stole pojawiło się zimne jedzenie, ten władczym tonem po koreańsku zaczął karcić kucharza. Japończyk, który przez lata przygotowywał sushi dla rodziny Kimów twierdzi, że już od dziesiątego roku życia zwracano się do Kim Dzong Una „towarzyszu generale”.

Nauczyciele i koledzy ze szwajcarskiej szkoły w jednym są zgodni: jego największą pasją była koszykówka. Chłopak kładł się do łóżka z piłką, a na boisku zawsze nosił koszulkę z numerem 23, jak Michael Jordan. To dlatego, gdy został już przywódcą swojego kraju, Amerykanie w roli emisariusza dobrej woli wysłali do niego Dennisa Rodmana ze słynnej drużyny Chicago Bulls.

Rodman odwiedził Pjongjang kilka razy, spędzając z Kimem wiele suto zakrapianych wieczorów. Przy jednej z takich okazji budząc konsternację świty dyktatora, wygłosił toast: „Marszałku, twój ojciec i dziadek spieprzyli kilka rzeczy. Ale ty próbujesz coś zmienić i za to cię kocham!”

Wielki towarzysz przywódca powiedział…

Jakie są więc intencje Kima? „On chce rządzić długo i umrzeć spokojnie w swoim łóżku” – mówi Young Suk Lee, odpowiedzialny w CIA za kontakty z Koreą Północną. Każdy reformatorski krok młodego dyktatora musi zatem uwzględniać ten wyższy cel.
Kim Ir Sen – właściwie Kim Il Sung, przywódca Korei Północnej w latach 1946–1994 – z synem Kim Dzong Ilem, swoim następcą, który rządził KRLD do 2011 roku i był ojcem obecnego przywódcy kraju Kim Dzong Una. Fot. Noboru Hashimoto/Sygma via Getty Images
Inaczej niż jego ojciec, dla którego priorytetem była rozbudowa armii nawet kosztem głodującego społeczeństwa, Kim Dzong Un odświeżył w 2013 roku filozofię dziadka zwaną „byungjin”, czyli równoległego rozwoju armii i gospodarki. W praktyce sprowadzało się to do intensywnego testowania broni jądrowej i rakiet balistycznych, z przymykaniem oka na swoisty leseferyzm, utrzymujący ludność przy życiu. Ten czas skończył się, gdy Pjongjang poinformował o udanym teście bomby wodorowej oraz o tym, że posiada technologię rakietową do jej międzykontynentalnego przenoszenia. Teraz nadszedł nowy etap.

W styczniu z okazji noworocznego orędzia obywatele Korei Północnej ujrzeli swojego przywódcę w nowym wydaniu: w gabinecie z książkami, na wygodnym fotelu, w garniturze. Aż 39 razy wspomniał o reformach gospodarczych, a raz tylko o broni atomowej, mówiąc, że zamraża jej testy.

Potem było kwietniowe plenum partyjne, gdzie pośród sloganów o filozofii „kimirsenizmu-kimdzongilizmu”, Kim mówił też o rachunku ekonomicznym w biznesie, o swobodzie menadżerskiej w kierowaniu firmą i o rozwoju nowoczesnych branż przemysłu. Reżimowa telewizja pokazuje przywódcę, wizytującego zakłady pracy, udzielającego wskazówek, zagrzewającego pracowników, by podchodzili do zadań produkcyjnych jak do ataku wojskowego.

Olimpijski spokój i atomowy strach

Koreańska bomba wciąż tyka. Donald Trump i Kim Dzong Un uścisnęli sobie dłonie podczas Pjongczang 2018, ale nie ci prawdziwi, tylko ich sobowtóry.

zobacz więcej
Swoje 35. urodziny Kim spędził w Chinach, podglądając tamtejszy model gospodarczy, zaś po szczycie z Donaldem Trumpem w Singapurze, media Pjongjangu donosiły: „Wielki towarzysz przywódca powiedział, że będziemy odtąd studiować głęboką wiedzę i doświadczenie Singapuru w różnych dziedzinach”. Jeszcze niedawno mogło być tylko na odwrót: to inni mieli uczyć się od Korei Północnej.

Może więc Kim Dzong Un różni się jednak od swojego dziadka i ojca? Trudno zaprzeczyć, że jest bardziej otwarty, lubi wychodzić do ludzi, potrafi nawet odpowiedzieć na pytanie zagranicznego dziennikarza. Ma atrakcyjną żonę, której nie ukrywa, i z którą chodzi pod rękę.

W sprawach państwowych najbardziej zaufaną osobą Kima wydaje się być jego młodsza siostra Kim Jo Dzong, pnąca się szybko w partyjnej hierarchii. Reprezentowała brata na olimpiadzie zimowej w Pjongchangu w 2018 roku, stawała do hymnu Korei Południowej, co w jej kraju jest przestępstwem i zostawiła po sobie dobre wrażenie brakiem sztywności typowej dla dygnitarzy reżimu.

Cokolwiek o tym wszystkim myśleć, prawdziwe reformy nie ruszą z miejsca bez zniesienia sankcji. Chiny i Rosja pozwalają wprawdzie omijać je częściowo na swoich granicach, ale gospodarka Korei Północnej i tak się kurczy, w ostatnim roku o ponad 4 procent. Ludzie nie umierają tam dziś z głodu, ale według szacunków ONZ nawet 40 procent społeczeństwa może być niedożywiona. By temu zaradzić, trzeba się dogadać z głównym lokatorem Białego Domu.

Listy miłosne Pjongjang-Waszyngton

Donald Trump wygra w kolejnych wyborach i będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych do 2025 roku. Tak przynajmniej twierdzi znany wróżbita z Nowego Jorku, do którego udali się północnokoreańscy dyplomaci odpowiedzialni za kontakty z Waszyngtonem. Trump jest biznesemenenem, bywa nieobliczalny, lubi komplementy, być może dlatego Kim uznał, że właśnie z tym prezydentem uda mu się wynegocjować korzystne porozumienie. Chciał więc wiedzieć, ile ma na to czasu.

Znamienne, że po wzajemnej wymianie inwektyw w pierwszym roku prezydentury Trumpa, Pjongjang ani razu nie zaatakował go osobiście. Faktem jest też, że Kim dotrzymuje obietnicy i nie testuje broni atomowej oraz rakiet międzykontynentalnych. Krytycy Trumpa twierdzą, że spotyka się on z Kimem i prze do zrobienia dealu z próżności. Chce być pierwszym prezydentem, który obwieści epokowe porozumienie z Koreą Północną, nawet jeśli byłoby ono niekorzystne dla USA.

Na razie nic jednak na to nie wskazuje. Obaj przywódcy wymieniają co prawda „listy miłosne”, ale żądanie Waszyngtonu: rezygnacja z atomu jako warunek zniesienia sankcji, pozostaje niezmienne.
Spotkanie przywódców USA Donalda Trumpa i Korei Północnej Kim Dzong Una w hotelu Sofitel Legend Metropole w Hanoi. Politycy nie doszli do porozumienia w sprawie koreańskiej denuklearyzacji. Wietnam, 28 lutego 2019 r. Fot. Wietnam News Agency / Handout / Getty Images
Anna Fifield, dziennikarka nieprzychylnego na co dzień Trumpowi „The Washington Post”, twierdzi, że jego strategia spotkań i osobistych relacji z Kimem jest słuszna. Choćby dlatego, że wszystko inne dotąd zawiodło. Wiemy, że w czasie kolacji na szczycie w Hanoi Trump wyciągnął iPhona, by pokazać Kimowi film przygotowany na tę okazję. Jak zawodowy deweloper opowiadał o Korei Północnej przyszłości: rozświetlonej neonami, z nowoczesną architekturą, kurortami, kusił pomocą gospodarczą, nakłaniał do pójścia drogą wietnamskich reform.

Z przecieków wynika też, że był skłonny do kompromisu: częściowe zniesienie sankcji i gwarancje bezpieczeństwa dla Korei Północnej, w zamian za trwałe zamrożenie programu atomowego. Został jednak od tego odwiedziony przez swoich jastrzębi: niedawnego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Johna R. Boltona (odszedł ze stanowiska 10 września 2019 r.) i sekretarza stanu Mike’a Pompeo, twardo żądających, by odejście od atomu było „całkowite, możliwe do weryfikacji i nieodwracalne”.

Najważniejszy wniosek ze spotkania Trumpa z Kimem? Pekin wyparł Moskwę

Rosja przestaje się liczyć w debacie nad globalnym porządkiem. Biały Dom nawet nie zastanawiał się nad jakąkolwiek konsultacją swoich działań w sprawach koreańskich z Moskwą, co jeszcze ćwierć wieku temu byłoby raczej nie do pomyślenia.

zobacz więcej
Czy Kim kiedykolwiek na to pójdzie? Jedni twierdzą, że w zamian za solidną gotówkę i żelazne gwarancje bezpieczeństwa, byłby skłonny do denuklearyzacji. Większość ekspertów uważa jednak, że program atomowy kosztował go za dużo, by się z nim definitywnie rozstać. Będzie grał raczej na przeczekanie, chcąc, jak kiedyś Pakistan, oswoić świat z nowym mocarstwem nuklearnym.

Już samo jednak zamrożenie programu atomowego wymagałoby wpuszczenia na terytorium Korei Północnej stałych zagranicznych inspektorów, z czym paranoiczny reżim Kimów miał dotąd problemy.

Pod znakiem zapytania stoi też w ogóle możliwość zreformowania systemu politycznego, łączącego elementy konfucjańskiej despocji, religijnego kultu i komunizmu w stalinowskim wydaniu. W porównaniu z Koreą Północną, autorytarne Chiny kuszą wręcz swobodami: osobistymi, posiadania prywatnej własności, nawet religijnymi. U początku chińskich reform była jednak krytyka maoizmu przez Deng Xiaopinga. W przypadku Korei Północnej oznaczałoby to konieczność zanegowania, choćby częściowo, drogi dziadka i ojca.

Z drugiej strony portret Mao wciąż wisi na placu Tiananmen. Być może Kim Dzong Un jest więc w stanie dokonać twórczej reinterpretacji panującej ideologii i uzasadnić z jednej strony dotychczasową politykę reżimu, a z drugiej konieczność zmian. Tak, by ostatecznie samemu utrzymać się przy władzy, pozwalając jednak ludziom bogacić się.

Takich złudzeń wobec Kim Dzong Una pozbawiony jest Thae Yong-ho, były dyplomata Pjongjangu, który w 2016 roku przez Londyn uciekł do Korei Południowej. Twierdzi on, że Kim nie pójdzie na ustępstwa, bo w pamięci ma los Kaddafiego, który kilka lat po rezygnacji z atomu stracił władzę i życie. Celem Phenianu ma być wypchnięcie wojsk USA z Korei Południowej (żądanie „denuklearyzacji całego półwyspu”), co zdestabilizuje gospodarkę tego kraju i doprowadzi do spirali zbrojeń w całym regionie. W nowej sytuacji nikt nie będzie już sobie zaprzątał głowy: ani atomem Kima, ani sankcjami wobec jego reżimu.

Thae Yong-ho liczy za to na młode pokolenie coraz bardziej cyniczne wobec systemu. Zaleca wzmożenie wojny psychologicznej, by przemycać do Korei Północnej nie tylko seriale, ale też propagandę uderzającą w podstawy ideologii Kimów. By ludzie dowiedzieli się o milionach jej ofiar, o rozpustnym życiu Kim Dzong Ila, o tym, że Kim Dzong Un jest z nieprawego łoża, a jego matka urodziła się we wrogiej Japonii. Dopiero taki przekaz i sankcje, a także otwarcie korytarzy dla uciekinierów z reżimu przez Chiny do Korei Południowej doprowadzić ma do załamania dynastii Kimów.

Kłopot polega na tym, że gwałtowne polityczne tąpnięcie w Korei Północnej nie jest w interesie żadnego z jej sąsiadów. Chiny i Rosja boją się chaosu, wolałyby też raczej utrzymać buforowe państwo w tym miejscu świata, niż gdyby zjednoczona Korea miała stać się sojusznikiem USA. Dla Seulu zaś koszt odbudowy bankruta z północy mógłby okazać się zbyt duży. W tym sensie mieszkańcy Korei Północnej pozostają ofiarami nie tylko swojego despoty, ale także geopolityki.

– Piotr Bernardyn

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Widowisko
Zdjęcie główne: W niektórych dzielnicach Pjongjangu pojawiły się kawiarnie, pizzerie, sklepy z drogą importowaną żywnością. Kim są ludzie, których stać na takie zakupy w kraju, gdzie oficjalny zarobek to kilka, może kilkanaście dolarów na miesiąc? Fot. Jonas Gratzer / LightRocket via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
„In vitro” dla par lesbijskich. Liberalizm uderza w rodzinę
Politycy z partii z Emmanuela Macrona mówią wprost: „Nie ma czegoś takiego, jak prawo dziecka do ojca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Misterna gra Putina z Łukaszenką. Czy Rosja połknie Białoruś?
Moskwa chce wywołać w Mińsku wybuch niezadowolenia społecznego, trochę na wzór ukraińskiego Majdanu. W jakim celu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tu wcześniej wojny nie było. Teraz łopaty prędko latają w...
– To jest dla mnie Trump, zwierzę! – krzyczał Dilo, odcinając najpierw jedno, a potem drugie ucho martwego zwierzęcia. Reportaż Witolda Repetowicza z kurdyjskiej Rożawy w północno-wschodniej Syrii.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
To nie jest taka prosta gra… Sędzia przestaje być „powietrzem”
Cóż to za dziwny sport? Po golu zmiana stron boiska, rzut karny z dowolnego punktu położonego 11 metrów od linii bramkowej, a bramki nie mają poprzeczek.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Pełzająca germanizacja” Kaliningradu
Biznes poważnie cierpi na kremlowskiej polityce wobec obwodu: militaryzacji („lotniskowiec Kaliningrad”) zamiast komercjalizacji („bałtycki Hongkong”). Ta druga droga jest dziś uważana za herezję.