Felietony

„Tęczową zarazę” wywołali heteroseksualiści

Wspólny kod moralny łączy ruchy LGBT z organizacjami domagającymi się prawa do in vitro oraz do aborcji

Nie milkną gorące komentarze po głośnej homilii arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, wygłoszonej 1 sierpnia w Kościele Mariackim w Krakowie. Przypomnijmy, oburzenie części opinii publicznej wywołały dosadne słowa hierarchy o „tęczowej zarazie”, wyrażające bardzo negatywną ocenę wzmożonej aktywności ruchów LGBT.

Ta wypowiedź spotkała się z dwoma kontrargumentami. Pierwszy brzmi: mniejszości seksualne to konkretni ludzie, nazywanie tych osób „zarazą” jest haniebnym aktem ich odczłowieczania. Drugi kontrargument odnosi się do późniejszych wyjaśnień arcybiskupa Jędraszewskiego. Metropolita krakowski tłumaczył, że mówiąc o „tęczowej zarazie” nie miał na myśli konkretnych ludzi, lecz „ideologię LGBT”. Jego antagoniści zarzucają mu więc żenującą ignorancję, bo – jak podkreślają – orientacja seksualna to nie ideologia.

Rzecz w tym, że słowa arcybiskupa Jędraszewskiego trzeba interpretować w szerszym kontekście.

Na czynniki pierwsze

Zacznijmy od tego, że homoseksualizm to zjawisko obejmujące garstkę ludzkości. Istniało ono zawsze – tak jak inne nietypowe formy seksualnej ekspresji, czego świadectwo znajdujemy choćby w Starym Testamencie. Tyle że w odróżnieniu od homoseksualizmu, akceptacja innych form nie została instytucjonalnie przeforsowana w liberalnych społeczeństwach zachodnich.
Parada równości w Warszawie w czerwcu 2019 roku. Fot. Jaap Arriens/NurPhoto via Getty Images
Tak czy inaczej, gdy mowa jest o LGBT, to chodzi o kilkuprocentową mniejszość (rozmaite są szacunki). I rzecz jasna sporo racji jest w wygłaszanym przez autorytety środowisk tęczowych stwierdzeniu, że taka mała grupa nie może się rozrosnąć, ponieważ orientacji seksualnej nie sposób komuś narzucić.

W czym zatem tkwi problem?

Przedstawiciele ruchów LGBT przy różnych okazjach wskazują, że walcząc o wprowadzenie do ustawodawstwa „związków partnerskich” czy o prawne rozszerzenie możliwości zawierania małżeństw na związki jednopłciowe, afirmują trwałe relacje, w których liczy się wierność. W ten sposób próbują odpierać rzucane w ich stronę oskarżenia o promocję seksualnej rozwiązłości.

A jednak wiele do myślenia może dać rozłożenie skrótu „LGBT” na czynniki pierwsze. Jak wiadomo, litery „L”, „G”, „T” oznaczają odpowiednio: lesbijki, gejów oraz osoby transseksualne. Teoretycznie można przyjąć, że tacy ludzie żyją w trwałych związkach. Tymczasem litera „B” dotyczy osób biseksualnych.

Trudno sobie wyobrazić w przypadku takich ludzi pozostawanie w trwałych związkach. Skoro – jak deklarują oni – ich popęd skierowany jest w stronę i kobiet, i mężczyzn, to z tego wynika, że mają potrzebę, co jakiś czas zmiany partnera (z kobiety na mężczyznę lub odwrotnie) albo po prostu chcą współżyć jednocześnie z co najmniej dwiema osobami obojga płci. Ruchy LGBT mogą więc mydlić oczy ludziom upierając się przy tym, że tylko przeciwstawiają się przemocy wobec mniejszości seksualnych i bynajmniej nie promują seksualnej rozwiązłości. Walka o społeczną akceptację dla stylu życia osób biseksualnych świadczy o czymś innym. Zresztą obsceniczne, wulgarne elementy tak zwanych marszów równości – jak epatowanie rekwizytami sado-maso – mówią same za siebie.

Sedno sprawy tkwi jednak gdzie indziej. Mamy bowiem tu do czynienia ze sporami światopoglądowymi, których rozstrzygnięcie definiuje miłość, małżeństwo, rodzinę, seksualność, czyli podstawowe pojęcia dla funkcjonowania ludzkiej wspólnoty. Jeśli tak, to wcale to nie oznacza zawężenia tematów tych sporów do kwestii „praw” LGBT.

Anachroniczna wierność

Linia podziału nie przebiega tu zatem w prosty sposób między heteroseksualną większością a nieheteronormatywnymi mniejszościami. Trzeba to wyraźnie zaznaczyć, zwłaszcza dlatego, że arcybiskup Jędraszewski nie wystąpił przeciwko ludziom określonej orientacji seksualnej, lecz poddał miażdżącej krytyce określony sposób myślenia i określony styl życia.

Rozbite małżeństwa, dzieci wychowywane tylko przez jedno z rodziców – te zjawiska są w XXI wieku przede wszystkim zmorą heteroseksualnej większości, a nie marginalnej grupy. Zasługują więc znacznie bardziej na uwagę niż sprawy, którymi usiłują przykuć uwagę społeczeństwa zarówno ruchy LGBT, jak i walczące z nimi konserwatywne środowiska. Plaga rozwodów nie wzięła się znikąd. Jest pokłosiem XX-wiecznej rewolucji obyczajowej, która zmieniła ludzką mentalność.

Antyczna Grecja została zakłamana. Ówczesna tolerancja dla homoseksualistów to lewacki mit

Kobieta miała być żoną oraz matką i akceptować to, że jej mąż utrzymuje stosunki seksualne z osobami duchowo stojącymi od niej wyżej, czyli z innymi mężczyznami.

zobacz więcej
Słowa arcybiskupa Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie” można więc interpretować jako uwagę dotyczącą rozpowszechniania się w umysłach Polaków pewnego systemu wartości. W świetle owego systemu takie cnoty, jak odpowiedzialność czy wierność, jawią się jako anachroniczne przesądy. Stanowią one przeciwieństwo realizacji prawa do osobistego szczęścia, czyli tego, co w liberalnych społeczeństwach zachodnich zyskało status świętości.

Realizacja owego prawa dochodzi do głosu między innymi w warunkach kryzysów małżeńskich. Na przykład mężczyzna zamiast ratować swój związek z żoną, woli ją „wymienić” na inną kobietę.

Rozpady małżeństw to oczywiście nic nowego. Tyle że przed rewolucją obyczajową takie sytuacje uchodziły powszechnie za powód do wstydu (wyjątek stanowiły choćby zamknięte kręgi bohemy artystycznej). Natomiast wraz z XX-wiecznymi zmianami ów wstyd zaczął w masowej świadomości zanikać.

Poza tym rewolucji obyczajowej towarzyszy rewolucja biotechnologiczna. Przełomowym wynalazkiem okazało się zapłodnienie in vitro. Dzięki niemu warunkiem prokreacji przestał być stosunek seksualny kobiety i mężczyzny. Dziecko nie jest już przez wielu ludzi postrzegane jako dar Boga czy przyrody, lecz stało się w ich oczach przedmiotem, który można dzięki nowinkom biotechnologicznym posiąść (tak jak posiada się psa czy kota). Z tego rozwiązania korzystają i pary heteroseksualne, i homoseksualne.

I to jest jeden z kluczowych momentów walki o „prawa” LGBT”. Zideologizowani entuzjaści metody in vitro uważają, że dzięki niej nie ma już różnicy między parami heteroseksualnymi a homoseksualnymi – i jedne, i drugie, uzyskały bowiem równe szanse jeśli chodzi o możliwość powołania do istnienia nowego życia ludzkiego.

Zasada przyjemności

Za realizację prawa do osobistego szczęścia uchodzi też w liberalnych społeczeństwach zachodnich aborcja. Skoro dziecko to tylko przedmiot, który się posiada, gdy jest ono chciane, i nie posiada, gdy jest niechciane, to wolno je – jeśli tak sobie życzą jego rodzice – na etapie rozwoju prenatalnego „usunąć”.

Tak więc ruchy LGBT łączy z organizacjami domagającymi się prawa do in vitro oraz prawa do aborcji wspólny kod moralny. To, że środowiska te razem wojują o realizację „praw seksualnych i reprodukcyjnych” stanowi konsekwencję procesów kulturowych i obyczajowych, które zmieniły w ciągu minionego półwiecza świat. I można śmiało przypuszczać, że gdyby owe procesy nie zostały wywołane przede wszystkim przez heteroseksualnych orędowników prawa do „wolnej miłości”, mniejszości seksualne nadal siedziałyby cicho, bo brakowałoby im siły przebicia.
Marsz proaborcyjny w Warszawie we wrześniu 2018 roku. Fot. Maciej Luczniewski/NurPhoto via Getty Images
Tęczowi rewolucjoniści propagują koncepcję człowieka, która redukuje go do istoty kierującej się głównie zasadą własnej przyjemności, czerpanej nawet z najbardziej wynaturzonych pragnień. Tym samym lansują oni – za pośrednictwem i instytucji politycznych, i popkultury – osobowość narcystyczną. Cechuje ona „wiecznych chłopców” skoncentrowanych na swoich namiętnościach i pożądaniach, a w efekcie niezdolnych do nawiązywania głębokich, dojrzałych relacji z bliźnimi.

Z punktu widzenia tęczowych rewolucjonistów ten, kto się sprzeciwia ich pedagogice, jest „faszystą” i „homofobem”, bo nie pozwala człowiekowi realizować prawa do osobistego szczęścia. I dlatego się właśnie dostaje arcybiskupowi Jędraszewskiemu. Tyle że demaskując „tęczową zarazę” jako wirus fałszywego, infantylnego pojmowania wolności, metropolita krakowski ma po prostu rację.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Parada równości w Warszawie w czerwcu 2016 roku. Fot. Muhesen Amren/NurPhoto via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Hodowanie posłusznych Europejczyków. Co na to Witkacy?
Propaganda mainstreamowych mediów jest jak pastylki chińskich najeźdźców.
Felietony Najnowsze wydanie
Uważał Marksa za wybitnego myśliciela, polemizował z PZPR
A ponieważ marksiści traktują teksty Marksa jak religijne, i on, i żona zostali odsunięci od nauczania.
Felietony Najnowsze wydanie
Więcej Prometeuszy!
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Zapadł na tajemniczą chorobę. Nie rozpoznali jej nawet we Francji
Dowieziony na uniwersytet, niemal leżąc w fotelu, przerywając zdania wygłosił swój ostatni wykład. Wskazał, jakie powinni zrobić badania.
Felietony Najnowsze wydanie
Zlikwidować
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.