Rozmowy

Dostałem gryps z więzienia od Moczulskiego, że powinienem dać się złapać

KPN budziła niechęć zarówno w spadkobiercach PZPR, jak i w nurcie solidarnościowym, wśród osób, które wygodnie urządziły się dzięki współpracy z „Kiszczakami”. Byliśmy dla nich wyrzutem sumienia, bo walczyliśmy o niepodległość, gdy oni cały czas twierdzili, że to jest niemożliwe – mówi Romuald Szeremietiew, współzałożyciel Konfederacji Polski Niepodległej.

Niemcy oniemieli, widząc obcych żołnierzy na terytorium III Rzeszy. Polski Blitzkrieg we wrześniu ‘39

Polacy przystąpili do akcji wypadowej na terytorium wroga już w nocy z 1 na 2 września 1939 r. Miał być to odwet za ostrzał artyleryjski Leszna przez Niemców.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: 1 września mija 40. rocznica powstania Konfederacji Polski Niepodległej. W okresie PRL była to jedna z bardziej radykalnych organizacji, a pan był jednym z jej liderów.

ROMUALD SZEREMIETIEW:
Jeżeli przyjąć, że postulat, by Polska była państwem niepodległym a nie sowieckim satelitą jest radykalny, to rzeczywiście byliśmy radykałami.

W tamtych czasach, gdy wojska radzieckie stacjonowały w Polsce, to był radykalny postulat.

Ale był możliwy do realizacji. Ja i moi koledzy uważaliśmy, że Polska będzie niepodległa. Ale ma pani rację, dla wielu było to wtedy niezrozumiałe i nierealne do osiągnięcia. Ta większość na szczęście nie miała racji. Udało się odzyskać niepodległość drogą pokojową, bez większych strat. Sprawdziła się też nasza wizja rozpadającego się bloku sowieckiego i upadku Związku Radzieckiego. Co prawda pewien mój znajomy twierdzi, że Związek Radziecki się nie rozpadł tylko się schował, tak więc jeszcze zobaczymy jak to będzie (śmiech).

KPN została proklamowana 1 września 1979 roku przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Czy ta data została specjalnie wybrana?

Oczywiście. W naszym środowisku, określanym mianem nurtu niepodległościowego, ważną rolę odgrywał generał Roman Abraham, dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, która walczyła w kampanii polskiej 1939 roku. Generał Abraham był wielkim patriotą i człowiekiem, który uosabiał w naszych oczach niepodległą Polskę. W czasie tworzenia KPN generał już nie żył (zmarł 26 sierpnia 1976), ale był obecny w naszych sercach i myślach. Dlatego też związek z datą 1 września był bardzo silny.

Koledzy z tzw. demokratycznej opozycji, czyli z Solidarności uważali, że z komunistami mogą się dogadać, jeżeli skupią się na sprawach gospodarczych i społecznych, a władzy zostawią „czerwoną czapeczkę” – jak mawiał Jacek Kuroń – czyli MON, MSZ i MSW. Stan wojenny rozwiał te iluzje.

Pomysł na powołanie w PRL niekontrolowanej przez władzę partii politycznej był niezwykły.

Dla wielu to był szok. Wcześniej nikt nie próbował czegoś takiego zrobić. Uważano, że opozycja może zajmować się kwestiami społecznymi, ale polityki dotykać nie wolno.

Uznaliśmy, że skoro Polska Zjednoczona Partia Robotnicza nigdzie się nie rejestrowała, to i my możemy założyć partię po prostu ogłaszając jej powstanie. Nie było zresztą gdzie się zarejestrować, bo nie było żadnych regulacji dotyczących powoływania partii politycznych.

Przyszli przywódcy KPN zostali aresztowani, żeby do powołania nowej partii nie doszło.

Wiedzieliśmy, że nas zatrzymają na 48 godzin i byliśmy na to przygotowani. Dlatego Nina Milewska, która przyjechała z Gdańska, ukryła się u osoby niezwiązanej z nami. Miała ze sobą transparent, który w trakcie manifestacji rozwinęła przed Grobem Nieznanego Żołnierza i ogłosiła, że KPN powstała. Natomiast my czekaliśmy na to w aresztach.

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Piotr Semka: Kiedy ogłaszaliśmy przerwę milczenia, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów.

zobacz więcej
Zapewne Nina Milewska również została aresztowana po tym wydarzeniu?

Tak, ale mimo to powstanie Konfederacji stało się faktem.

Prześladowania towarzyszyły wam stale. Ile razy pan był zatrzymany?

Z czasem zrezygnowałem z liczenia. Tych zatrzymań było bez liku. Gdy tylko zbliżała się ważna data w kalendarzu Polaka-patrioty, to prewencyjnie nas zamykano, żebyśmy nie mogli uczestniczyć w demonstracji i przemówić do ludzi. W Konfederacji SB miała agentów, a więc władza wiedziała kiedy i jakie planujemy działania. Na szczęście wtedy zamykano na krótko, po czym wypuszczano. Ale zdarzyło mi się kilka razy, że po wyjściu z aresztu natychmiast byłem ponownie zatrzymywany i wsadzany do następnego.

W 1980 roku odbywały się wybory do Sejmu i KPN postanowiła zarejestrować swoich kandydatów. To był naprawdę odjechany pomysł.

Leszek Moczulski uznał, że skoro PZPR składa swoje listy, to KPN też może to zrobić. Złożyliśmy do organów wyborczych kandydatury kilku osób na posłów. Zostały natychmiast aresztowane. Wtedy wezwaliśmy do bojkotu wyborów pokazując, że komuniści łamią własne prawo.

W lipcu 1980 roku odbył się kongres KPN, podczas którego też zostaliście wszyscy zatrzymani, ale ponieważ nie było tyle miejsca w areszcie, to zamknięto was w milicyjnej świetlicy, gdzie podobno kontynuowaliście obrady.

To było na Dolnym Śląsku w Lądku Zdroju. Jeden z naszych kolegów miał tam dom i postanowiliśmy zrobić kongres u niego. Zaczęli się zjeżdżać ludzie z całej Polski, SB-cja o tym wiedziała, wpadła i nas wszystkich wywieziono. Mnie trzymano w areszcie, w odosobnieniu w Lądku, ale rzeczywiście większa grupa kolegów trafiła razem do takiego miejsca, gdzie mogli te obrady kontynuować.

Jak sobie radziliście z nieustannymi zatrzymywaniami i ze świadomością, że są wśród was konfidenci?

Zakładaliśmy, że jesteśmy inwigilowani, choć o tym, kto był konfidentem, dowiedziałem się dopiero z esbeckich akt w IPN. A jeżeli chodzi o represje, to poza tym, że zostałem zwolniony z pracy i co jakiś czas zatrzymywano mnie na 48 godzin, to postronny obserwator mógł odnieść wrażenie, że normalnie funkcjonuję. To właśnie chcieliśmy osiągnąć – pokazać, że jawna działalność na rzecz niepodległości Polski jest możliwa. To była zachęta dla innych osób, żeby się do nas przyłączały.

Zbigniew Bujak był pytany na Śląsku, dlaczego przywódcy KPN ciągle siedzą w więzieniu. Dlaczego Solidarność nic nie robi w naszej sprawie. Odpowiedział: „Niech posiedzą, jeszcze by coś wywinęli, a jak się wszystko uspokoi, to się ich wypuści”.

Lądek-Zdrój, ul. Brzozowa - willa „Arka”, gdzie w czasach PRL odbył się I Kongres Konfederacji Polski Niepodległej, przerwany przez Służbę Bezpieczeństwa. Fot. Miezian - Own work, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4279191
Jednak jesienią 1980 roku zaczęła się poważna rozprawa z KPN.

Władza uznała, że trzeba nas zlikwidować jako organizację. Polecenie przyszło z Moskwy. To było w okresie powstania Solidarności. Władza postanowiła wytyczyć wyraźną granicę – co wolno opozycji, a czego nie. Wyraźnie dała do zrozumienia, że o żadnej niepodległości mowy być nie może. Postanowiono wytoczyć nam proces.

Najpierw zatrzymano Moczulskiego. Prawdopodobnie zakładano, że po jego aresztowaniu Konfederacja przestanie działać. Ale z Tadeuszem Stańskim przejęliśmy kierowanie partią i robiliśmy to dosyć skutecznie. Tylko do naszych postulatów niepodległościowych dołożyliśmy jeszcze jeden: żądanie uwolnienia Moczulskiego z więzienia.

Wtedy w MSW zapadła decyzja, że nas też trzeba zamknąć. Dowiedziałem się wcześniej, że mam być aresztowany. Pracowała wtedy w sekretariacie Czesława Kiszczaka maszynistka, która przepisując różne teksty podkładała dodatkową kalkę i kopie dokumentów przekazywała mojemu znajomemu. Stąd wiedziałem, że obaj ze Stańskim mamy być zatrzymani 11 listopada podczas manifestacji z okazji Święta Niepodległości, a więc obaj się ukryliśmy.

Świat zmieniają hobbyści

Jacy byliby Polacy, gdyby wystrzegali się buntów i wstrząsów? Moim zdaniem gorsi, mniej ciekawi, bardziej popsuci. Gdzie dowody? Nie mam. Na takie tezy nie da się zgromadzić dowodów.

zobacz więcej
Jak to się stało, że Stański został aresztowany, a pan nie?

Tadeusz został przez kogoś rozpoznany na ulicy i zatrzymany. Ja przez dłuższy czas wymykałem się esbekom i cały czas kierowałem organizacją. Miałem kilka adresów, których nigdy wcześniej nie odwiedzałem i tam mieszkałem, a poruszałem się autostopem, bo dworce też były pod kontrolą. W końcu wysłano za mną list gończy.

Tuż przed Bożym Narodzeniem w 1980 r. pojechałem do Zalesia Dolnego, żeby spotkać się z żoną, która przyjechała na święta do rodziców. SB-cja się tego spodziewała i obstawiła całe Zalesie. Żona przesłała mi wiadomość: „Kocham cię, nie popełnij błędu swojego ojca”. A mój ojciec, który w 1945 roku zdezerterował z „Ludowego” Wojska Polskiego i miał już nawiązany kontakt z oddziałem partyzanckim, przed pójściem do lasu przyszedł do domu, żeby pożegnać się z rodziną. Został złapany i przepadł. Do dzisiaj nie wiemy, co się z nim stało. Tak więc w Boże Narodzenie nie zobaczyłem się z żoną.

Ale w końcu pana złapano.

Dostałem gryps z więzienia od Moczulskiego, że powinienem dać się złapać. Chodziło o to, że na ławie oskarżonych miało nas zasiąść czterech – oprócz Moczulskiego, Stańskiego i mnie czwartym oskarżonym był Tadeusz Jandziszak, który chorował na cukrzycę. W areszcie nie dawano mu insuliny i był już w ciężkim stanie. Władze postanowiły, że skoro mnie nie można złapać, to na ławie oskarżenia posadzą działacza KPN z terenu, co do którego mieliśmy podejrzenia, że był TW – tajnym współpracownikiem SB. Moczulski uważał, że jeżeli na procesie będzie dwóch twardych, czyli on i Stański, Jandziszak z powodu choroby znacznie zmiękczony i ktoś politycznie niepewny, to propagandowo będzie wyglądało to fatalnie – kierownictwo KPN wypadnie niespójnie. I w tej sytuacji muszę dać się złapać, aby wzmocnić nasz zespół.

Przekonał pana?

Argumentacja była racjonalna. Po otrzymaniu grypsu zrobiłem to, czego wcześniej unikałem, czyli poszedłem na Dworzec Główny w Krakowie i przez godzinę stałem w holu pod zegarem. Gdy spostrzegłem, że SB-cy już mnie rozpoznali, wsiadłem do pociągu do Opola. Na jednej ze stacji wpadła do mojego wagonu duża grupa młodych ludzi w marynarkach, a była mroźna zima. Wiedziałem, że to po mnie. Gdy pociąg dojeżdżał do Katowic, wstałem i przedstawiłem się ludziom w wagonie: że jestem Romuald Szeremietiew, przewodniczący KPN, ścigany przez SB. Wszyscy zamarli, pociąg stanął, do wagonu wpadła milicja z esbekami i mnie aresztowano.

Po wyroku przewieziono nas do więzienia w Barczewie. Trzymano nas w „pawilonie izolacyjnym”, w którym siedział też zbrodniarz hitlerowski Erich Koch. Takiego mieliśmy tam kolegę.

Nie myślał pan, że ten gryps od Moczulskiego to była jakaś podpucha?

Wszystko sprawdziłem i wiedziałem, że to prawda. W ten sposób we czterech zasiedliśmy na ławie oskarżonych, Jandziszak mimo choroby pozbierał się i stanowiliśmy w sądzie bardzo mocną ekipę.

Wyroki nie były lekkie. Pan został skazany na 5 lat więzienia.

Prokurator mnie straszył, że to co robię zostało zakwalifikowane jako obalanie ustroju przemocą i grozi mi kara śmierci. W sądzie domagał się tylko siedmiu lat więzienia, ale Biuro Polityczne KC PZPR wyznaczyło nam inne wyroki. Mnie i Stańskiego skazano na 5 lat więzienia, Leszka Moczulskiego na 7 lat, a Tadeusz Jandziszak dostał dwa lata w zawieszeniu na 5 lat.

Zanim doszło do procesu cały czas, przez wiele miesięcy trzymano nas w areszcie. To był czas tzw. karnawału Solidarności. Obserwowałem z aresztu to, co się dzieje w Polsce, np. przygotowania władzy do „prowokacji” bydgoskiej w marcu 1981 r. Wiedziałem, że coś szykują, bo w areszcie na Rakowieckiej opróżniano cele, żeby zrobić miejsce dla nowych aresztantów. Druga taka operacja opróżniania cel odbyła się przed 13 grudnia 1981 roku, czyli przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Wybory 4 czerwca stały się zaprzeczeniem Okrągłego Stołu

Inicjatywa samorządowców, aby to w Gdańsku miało miejsce świętowanie 30. rocznicy wyborów czerwcowych, jest wielce niefortunna. To tak, jakby rocznicę bitwy pod Grunwaldem świętować w Krakowie, bo na Wawelu mieszkał król Jagiełło – mówi prof. Inka Słodkowska.

zobacz więcej
W czasie gdy wy siedzieliście w więzieniu, organizacją kierował Krzysztof Gąsiorowski.

Tak, to była decyzja Leszka Moczulskiego, żeby jemu powierzyć kierowanie KPN. Później się okazało, że był TW.

Po wyjściu z więzienia rozstałem się z Moczulskim. Doszedłem do wniosku, że popełniłem błąd, dając się złapać SB. Należało działać w konspiracji. Nieszczęście KPN polegało na tym, że partia miała wielu członków, którzy rwali się do działania, a całe kierownictwo KPN siedziało w więzieniu.

Trudno powiedzieć, żeby Gąsiorowski był sprawnym szefem. Do tego doszła kwestia dużej aktywności Marii Moczulskiej, która miała ogromny wpływ na męża. To też nie służyło organizacji.

Dlaczego?

Maria Moczulska podejmowała inicjatywy, które wprowadzały chaos. Zrobiła mi np. taki kawał, jeszcze w czasie kiedy się ukrywałem, że podała komunikat do Wolnej Europy, jakoby działalność KPN została zawieszona. I podpisała tę informację moim nazwiskiem. Miała nadzieję, że jeżeli działalność KPN naprawdę zostanie zawieszona, to Leszek Moczulski wyjdzie z więzienia. Miałem ogromny kłopot, żeby odkręcić tę informację.

Jak pan był traktowany w więzieniu?

Byłem krnąbrnym więźniem. W areszcie śledczym przy ul. Rakowieckiej trzymano mnie z recydywistami. Po wyroku przewieziono mnie do więzienia w Barczewie razem z kolegami i dowieziono tam jeszcze kilku tzw. radykalnych działaczy Solidarności: Patryka Kosmowskiego, Andrzeja Słowika, Jerzego Kropiwnickiego, Piotra Bednarza, Władysława Frasyniuka, Edmunda Bałukę. Trzymano nas w „pawilonie izolacyjnym”, w którym siedział też zbrodniarz hitlerowski Erich Koch (zmarł w Barczewie w 1986 r. – przyp. red.). Takiego mieliśmy tam kolegę. Oprócz tego zamykano tam więźniów niebezpiecznych, którzy stwarzali problemy w zakładzie karnym, a także chorych na żółtaczkę, żeby nie zarażali innych.

To było wyjątkowo obrzydliwe miejsce: stary budynek, w którym nie było wodociągu ani kanalizacji. W zimie panował okrutny ziąb, taki, że woda w wiadrze zamarzała. Latem smród z kubłów zastępujących WC był nie do wytrzymania. Zorganizowaliśmy bunt, żądając różnych rzeczy, także założenia kanalizacji, i wygraliśmy.

KPN od 8 grudnia 1981 roku wzywała do strajku generalnego. Czy dlatego, że wiedzieliście o szykowanym stanie wojennym?

Dokładnie tak. Koledzy z tzw. demokratycznej opozycji, czyli z Solidarności uważali, że z komunistami mogą się dogadać, jeżeli skupią się na sprawach gospodarczych i społecznych, a władzy zostawią „czerwoną czapeczkę” – jak mawiał Jacek Kuroń – czyli MON, MSZ i MSW. Tak zwana samoograniczająca się rewolucja to była linia współpracowników Lecha Wałęsy. Stan wojenny rozwiał te iluzje.

W 1985 roku napisałem, że Polska w przyszłości będzie we wspólnej Europie, w NATO itd. Pokazałem to Jackowi Kuroniowi, a on powiedział: „Jesteś wariat, jakie NATO, jaka Wspólnota Europejska, módl się, żeby Gorbaczow się utrzymał, bo wtedy i u nas będzie demokratyzacja”.

Radom, 25 czerwca 2019. Były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej Romuald Szeremietiew podczas uroczystości przy kamieniu upamiętniającym uczestników protestu z czerwca 1976 r., w 43. rocznicę wydarzeń w Radomiu. Na ulice wyszło wówczas 20-25 tys. ludzi. Doszło do starć z milicją i ZOMO, według IPN zatrzymano 654 osoby. Tzw. sądowym trybem postępowania objęto 255 osób, a orzeczone kary pozbawienia wolności sięgały 10 lat. Fot. PAP/Piotr Polak
Jak KPN była traktowana przez inne organizacje opozycyjne – Solidarność, KOR itd.?

Niezbyt przychylnie. Jan Walc napisał nawet tekst, który ukazał się w Biuletynie Informacyjnym KOR: „Drogą podłości do niepodległości”.

To było o was?

Jak najbardziej. Tamto środowisko uważało, że swoim działaniem narażamy na niebezpieczeństwo wielką operację demokratyzacji Polski. Bali się, że z naszego powodu Sowieci będą interweniować. Kiedyś Zbigniew Bujak pojechał na Śląsk, gdzie wśród górników było sporo naszych działaczy. Podczas spotkania padło pytanie: dlaczego przywódcy KPN ciągle siedzą w więzieniu? Dlaczego Solidarność nic nie robi w naszej sprawie, a wyciągnęła różnych więźniów politycznych? Wtedy Bujak powiedział: „Niech posiedzą, jeszcze by coś wywinęli, a jak się wszystko uspokoi, to się ich wypuści”.

Plakat z kowbojem to mój sukces

Największą głupotą, za którą odpowiada osobiście Lech Wałęsa, było rozwiązanie Komitetów Obywatelskich – mówi Janina Jankowska.

zobacz więcej
Opozycja demokratyczna traktowała postulaty KPN jako szaleństwo?

Oczywiście. W 1985 roku, kiedy założyliśmy Polską Partię Niepodległościową razem z kolegami, którzy odeszli od Moczulskiego, w tekście programowym napisałem m.in., że Polska w przyszłości będzie we wspólnej Europie, w NATO itd. Pokazałem to Jackowi Kuroniowi, a on powiedział: „Jesteś wariat, jakie NATO, jaka Wspólnota Europejska, módl się, żeby Gorbaczow się utrzymał, bo wtedy i u nas będzie demokratyzacja”. Rok później byłem w USA i rozmawiałem ze Zbigniewem Brzezińskim. Przekonywałem go, że za kilka lat Związek Radziecki rozpadnie się i Polska odzyska niepodległość. Profesor zastanowił się i powiedział: „Polska odzyska niepodległość za kilkadziesiąt lat”. Odpowiedziałem, że nie mam tyle czasu. I z tym się rozstaliśmy.

Dlaczego środowiska niepodległościowe nie poparły Okrągłego Stołu? To też była droga do niepodległości.

Moczulski zorganizował spotkanie w tej sprawie w jednym z kościołów na Żoliborzu. Chciał, żeby ugrupowania niepodległościowe poparły Okrągły Stół. Uczestniczyłem w tym zebraniu, na którym byli też Jacek Kuroń, Adam Michnik, Janusz Onyszkiewicz, Bogdan Borusewicz i inni. Usłyszeliśmy, że trzeba poprzeć Okrągły Stół, ale wtedy my – PPN i Solidarność Walcząca – powiedzieliśmy, że z komunistami się nie rozmawia. Uważaliśmy, że nic dobrego z tego nie wyniknie.


Nadal pan tak uważa? Że nic dobrego z tego nie wynikło?

Z tym co wyniknęło mamy kłopot do dziś. Ciągle potykamy się o liczne pozostałości po PRL.

Jaki jest bilans KPN? Ta formacja praktycznie zeszła ze sceny politycznej.

Powstanie KPN było jednak przełomowym momentem w dziejach współczesnej Polski, to zdarzenie nie do przecenienia. Od tej chwili rozpoczął się marsz ku niepodległości. KPN podejmując jawną działalność pokazała, że sprawa niepodległości Polski jest realna. Niestety nie docenia się roli, jaką odegrała Konfederacja, bowiem dziś wszyscy działacze z tamtych lat twierdzą, że walczyli o niepodległość, więc w tym co robiliśmy nie ma niczego wyjątkowego.

Dlaczego KPN po 1989 roku nie zdołała uzyskać silnej pozycji na scenie politycznej?

Przyczyny były dwie. Po pierwsze KPN budziła niechęć – zarówno w spadkobiercach PZPR, jak i w nurcie solidarnościowym, wśród osób, które wygodnie urządziły się dzięki współpracy z „Kiszczakami”. Byliśmy dla nich wyrzutem sumienia, bo walczyliśmy o niepodległość, gdy oni cały czas twierdzili, że to jest niemożliwe. Jak wiadomo najbardziej nie lubi się tych, którzy mieli rację. Po drugie Leszek Moczulski ze swoimi koncepcjami i pomysłami nie zmieścił się w nowej rzeczywistości. Nie potrafił zbudować siły swojej partii, mimo świetniej pozycji wyjściowej.

– rozmawiała Eliza Olczyk

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Warszawa 09.1982. Proces przywódców Konfederacji Polski Niepodległej (KPN) przed Sądem Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Na zdjęciu od lewej Romuald Szeremietiew i Leszek Moczulski. Fot. PAP/Wojciech Kryński
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.