Felietony

Europa od Lizbony do Władywostoku

Przyglądając się zamordyzmowi Kremla, Emmanuel Macron może odczuwać absmak. Ale wie, że jest skazany na Władimira Putina. Jeśli nie on będzie sprawował władzę, to mogą ją przejąć ludzie, którzy są znacznie mniej obliczalni.

Czy międzynarodowa izolacja Kremla, zapoczątkowana przez Rosję aneksją Krymu, dobiega końca? Pytanie to powraca od długiego czasu, ponieważ polityczne i biznesowe elity państw zachodnich ewidentnie odczuwają dyskomfort z powodu zaistniałej sytuacji. Chciałyby robić z Moskwą interesy i w praktyce nawet podejmują takie działania, czego przykładem może być Nord Stream 2. Niemniej zarazem muszą same siebie ograniczać, ponieważ nie decydują się na zniesienie antyrosyjskich sankcji.

Ale widać wyraźnie, że potęgi „starej” Europy – Francja i Niemcy – coraz śmielej wykonują przyjazne gesty wobec reżimu Władimira Putina. Szczególnie na uwagę zasługuje wtorkowe spotkanie Emmanuela Macrona z prezydentem Rosji w Brégançon na Lazurowym Wybrzeżu. Prezydent Francji skomentował swoją rozmowę z gospodarzem Kremla na Twitterze.

I tak Macron rytualnie zaapelował o to, żeby Moskwa przestrzegała zasad demokracji i dążyła do deeskalacji konfliktów na Ukrainie i w Syrii. Zarazem jednak złożył następującą deklarację: „Jestem przekonany, że przyszłość Rosji jest w pełni europejska. Wierzymy w tę Europę, która rozciąga się od Lizbony do Władywostoku”.
Emmanuel Macron oprowadził Władmira Putina po okolicach Fortu Brégançon na Lazurowym Wybrzeżu. Fot. Sputnik/Alexei Druzhinin/Kremlin via REUTERS
W Polsce zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że adwokatem Kremla na Starym Kontynencie są politycy niemieccy, głównie socjaldemokraci. Można na przykład przypomnieć, że kiedy w roku 2017 USA wprowadziły wobec Rosji dodatkowy pakiet sankcji – wymierzonych w jej sektor energetyczny – spotkało się to z ostrą krytyką ówczesnego szefa niemieckiej dyplomacji Sigmara Gabriela. Straszył Amerykanów widmem „nowej epoki lodowcowej” w stosunkach z Moskwą.

Jednak Macron to inny przypadek. Gdy startował on w wyścigu do Pałacu Elizejskiego, stanowił wielką nadzieją lewicowo-liberalnych sił w Europie, które przerażone były sporymi szansami na zwycięstwo, jakie miała nacjonalistka Marine Le Pen, jawna zwolenniczka opcji prorosyjskiej.

Znamiennie brzmiały słowa Macrona wypowiedziane podczas jednego z wieców w kampanii wyborczej: „Wszyscy znacie przyjaciół i sojuszników pani Le Pen. To reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”. Przyszły prezydent Francji przepuścił atak na polityczne systemy Węgier, Polski i Rosji oznajmiając: „To nie są ustroje otwartej i wolnej demokracji. Codziennie łamane są tam liczne swobody, a wraz z nimi nasze zasady”.

W Europie taka retoryka charakteryzuje środowiska, które wychodzą z założenia, że symbolem politycznego zła w globalnej polityce jest Putin. Katalog oskarżeń – skądinąd w przytłaczającej większości trafnych – pod adresem władz rosyjskich pozostaje długi: pacyfikacja Czeczenii, napaść na Gruzję, wysłanie „zielonych ludzików” na Krym i do Donbasu, wspieranie krwawych działań syryjskiego reżimu wobec ludności cywilnej, kneblowanie niezależnych mediów, walka z organizacjami pozarządowymi, prześladowanie realnej opozycji, dyskryminacja mniejszości seksualnych.

Porównywanie więc do Putina poszczególnych polityków europejskich – nawet tych, którzy w innych okolicznościach uznawani byli za wrogów Kremla – służy ich dyskredytacji i nie ma nic wspólnego z merytoryczną analizą tego, co robią.

Tymczasem okazało się, że Macron już jako prezydent Francji wszedł w stare koleiny polityki zagranicznej swojego kraju. A te oznaczają dobre stosunki z Moskwą.

Niecały rok temu stwierdził, że Europie potrzebna jest – jako alternatywa dla NATO – własna armia, zdolna ją obronić zarówno przed Rosją i Chinami, jak i... Stanami Zjednoczonymi. Zadowolenie z takiego postawienia sprawy wyraził publicznie Putin. Dostrzegł on bowiem w pomyśle Macrona zalążek antyamerykańskiego sojuszu Francji z Niemcami, a nie coś, czego Rosja miałaby się obawiać.
Charles de Gaulle wyciągał rękę w kierunku Sowietów. Na ZSRR patrzył nie jak na komunistyczne imperium zła, lecz jak na przyszłą wyobrażoną niekomunistyczną Rosję. Na zdjęciu spotkanie francuskiego prezydenta z sowieckim przywódcą Nikitą Chruszczowem w Paryżu w marcu 1960 roku. Fot. Keystone-France/Gamma-Rapho via Getty Images
Obecne deklaracje gospodarza Pałacu Elizejskiego stanowią zatem konsekwencję obranego kursu. Wizja „Europy od Lizbony do Władywostoku” łudząco przypomina sformułowaną przez Charlesa de Gaulle'a koncepcję „Europy od Atlantyku do Uralu”. Z tym, że trzeba zwrócić uwagę na jedną z istotnych różnic, jakie dzielą twórcę V Republiki oraz Macrona: pierwszy odrzucał model sfederalizowanego europejskiego supermocarstwa i wysunął ideę Europy suwerennych państw, drugi – wręcz przeciwnie, jest orędownikiem ścisłej integracji europejskiej (choć bacznie pilnuje francuskiego stanu posiadania).

Jest jednak coś ważnego, co łączy obydwu polityków – to poszukiwanie geopolitycznej równowagi między Ameryką a Rosją. Znaczącym krokiem de Gaulle’a było w roku 1966 wyprowadzenie Francji z wojskowych struktur NATO (powróciła ona do nich całkowicie dopiero w 2009).

Jednocześnie ów mąż stanu wyciągał rękę w kierunku Sowietów. Na ZSRR patrzył nie jak na komunistyczne imperium zła (sam przecież był politykiem prawicowym, zdecydowanym antykomunistą), lecz jak na przyszłą wyobrażoną niekomunistyczną Rosję. Polski publicysta emigracyjny Aleksander Bregman w wydanej w roku 1963 książce „Polska i Nowa Europa”, krytycznie oceniając antyfederalistyczną i prosowiecką linię de Gaulle’a, cytował jego słowa: „Reżimy przemijają, narody trwają”.

Macron abdykuje. „Żółte kamizelki” tworzą nowy ustrój

Mistrz uroku osobistego, który chciał być „królem” Francji. Okazał się okrutnym narcyzem mszczącym się za brak współczucia po śmierci babci.

zobacz więcej
Tweet Macrona o „Europie od Lizbony do Władywostoku” kojarzy się również z pomysłami, które lęgną się w głowach rosyjskich prokremlowskich politologów. Można tu przywołać sformułowaną w roku 2010 przez Siergieja Karaganowa koncepcję Związku Europy i Rosji. W jej założeniu chodziłoby o stworzenie wspólnej przestrzeni geopolitycznej od Atlantyku do Pacyfiku. Rosja miałaby się rozwijać w kierunku liberalnej demokracji na modłę zachodnią, ale z zachowaniem swojej prawosławnej tożsamości historycznej.

Rzecz jasna koncepcja Karaganowa to pieśń przeszłości. Zrodziła się ona w warunkach resetu stosunków Zachodu z Rosją, który – jak wiadomo – ostatecznie nie wypalił.

Czytając tweet Macrona można przypomnieć jeszcze jedną koncepcję. Jej autorem jest zmarły w roku 1992 belgijski polityk i myśliciel Jean Thiriart. Jemu z kolei marzyło się „Euro-sowieckie imperium od Dublina do Władywostoku” („L’Empire euro-soviétique de Vladivostok à Dublin” to tytuł wydanej w roku 1984 jego książki).

Thiriart do drugiej wojny światowej działał w kręgach skrajnej lewicy, nawołującej do walki z faszyzmem. Jednak gdy jego ojczyzna była okupowana przez Niemców, podjął kolaborację z nazistami. Po wojnie stanął na czele organizacji Młoda Europa (Jeune Europe), która głosiła hasła „paneuropejskiego nacjonalizmu”. Początkowo stawiała ona sobie za cel obronę Starego Kontynentu przed hegemonią USA i Związku Sowieckiego. Potem jednak Thiriart uznał za głównego wroga Europy Amerykę i opowiedział się za sojuszem państw europejskich z Krajem Rad.

Oczywiście Macron to związany z globalną finansjerą lewicowy liberał, więc jest politykiem z zupełnie innej bajki niż radykał z Belgii, który Amerykę uważał za symbol obrzydliwego kapitalizmu. O co zatem naprawdę chodzi obecnemu prezydentowi Francji w jego umizgach do Putina?

Macron – podobnie jak wielu innych polityków europejskich (ale również i amerykańskich) – postrzega przywódcę Rosji jako człowieka, na którego Zachód jest skazany. Ale jednocześnie trzeba zauważyć, że perspektywa francuska czy niemiecka różni się od perspektywy polskiej, litewskiej bądź ukraińskiej. Warto przypomnieć, co 10 lat temu powiedział w jednym z wywiadów Jan Rokita. Stwierdził on, że Rosja przechodzi proces „denikinizacji” (od nazwiska rosyjskiego kontrrewolucjonisty, generała Antona Denikina), co oznacza pośmiertne zwycięstwo Białej Gwardii w wojnie domowej „ku satysfakcji świata i przestrachowi Polaków”.

Tak więc politycy pokroju Macrona będą psioczyć na łamanie praw człowieka w kraju, którego prezydentem jest Putin. Nie mogą przecież zrezygnować z piaru i wyjść z roli obrońców liberalnej demokracji, lansowanej przez nich jako najlepszy system.

Zarazem jednak liczą się dla nich realia międzynarodowej gry – o zyski zarówno polityczne, jak i ekonomiczne. Przyglądając się zamordyzmowi Kremla mogą odczuwać absmak. Tyle że Putin to dla nich jedyny możliwy w Rosji partner. Jeśli nie on będzie sprawował władzę, to mogą ją przejąć ludzie, którzy są znacznie mniej obliczalni.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


17.11.2018
Zdjęcie główne: Premier Francji Emmanuel Macron. Fot. Sylvain Lefevre/Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Hodowanie posłusznych Europejczyków. Co na to Witkacy?
Propaganda mainstreamowych mediów jest jak pastylki chińskich najeźdźców.
Felietony Najnowsze wydanie
Uważał Marksa za wybitnego myśliciela, polemizował z PZPR
A ponieważ marksiści traktują teksty Marksa jak religijne, i on, i żona zostali odsunięci od nauczania.
Felietony Najnowsze wydanie
Więcej Prometeuszy!
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Zapadł na tajemniczą chorobę. Nie rozpoznali jej nawet we Francji
Dowieziony na uniwersytet, niemal leżąc w fotelu, przerywając zdania wygłosił swój ostatni wykład. Wskazał, jakie powinni zrobić badania.
Felietony Najnowsze wydanie
Zlikwidować
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.