Rozmowy

Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała

W roku 1991 esbecy stanowili 95 proc. całej kadry UOP. A jeszcze w 1996 – dwie trzecie. Należało pomyśleć nad przyspieszeniem ewolucji kadrowej, a także lepiej przemyśleć zadania, jakie stały przed służbami specjalnymi; zadbać przede wszystkim o apolityczność służb – mówi Tomasz Kozłowski, historyk.

W listopadzie 1989 Tadeusz Mazowiecki powołał Komitet Doradczy MSW, który miał doprowadzić do reformy ministerstwa. Tyle że jego jedynym osiągnięciem, jak podkreśla Tomasz Kozłowski, było powołanie osławionej „komisja Michnika”.

TYGODNIK TVP: W swojej najnowszej książce opisuje pan transformację ustrojową z perspektywy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zbadał pan m.in. proceder niszczenia archiwów resortu. Kiedy zorientowano się, że esbecy palą akta?

TOMASZ KOZŁOWSKI:
Niszczenie dokumentów na masową skalę rozpoczęło się w połowie 1989 roku. Przy takiej ilości akt, żeby zachować ten proceder w tajemnicy, esbecy musieliby je niszczyć wyłącznie na terenie własnych jednostek. To nie zawsze było możliwe – część dokumentacji wywożono i niszczono w papierniach lub palono. Czasem dochodziło do przecieków.

Na przykład: część akt spalono na terenie jednostki ZOMO na warszawskich Szczęśliwicach. Esbecy poprosili o pomoc zomowców, by przekręcali prętami dopalające się papiery. Później okazało się, że zomowcy byli źródłem przecieku; donieśli mediom o tym, co widzieli.

Do ekipy solidarnościowej przecieki docierały już w 1989 roku: zgłaszał się ktoś, kto był świadkiem palenia dokumentów albo zauważył niedopalone akta, zdarzało się nawet, że niektórzy esbecy – licząc na wkupienie się w łaski nowej władzy – sami donosili, że ich koledzy niszczą archiwa.

No dobrze, więc zebrało się o tym trochę informacji. I co wtedy?

Istotna była rola tzw. komisji Rokity – specjalnego zespołu parlamentarnego powołanego do wyjaśnienia przestępstw MSW z lat 80. Członkowie komisji jeździli do jednostek SB: rozmawiali z esbekami, szukali dokumentów…

Których nie było?

Członkowie komisji szybko zorientowali się, że dokumenty potencjalnie obciążające SB zostały zniszczone. Podam przykład: Jan Rokita razem ze Zbigniewem Fijakiem, ówczesnym działaczem Krakowskiego Komitetu Obywatelskiego „S”, a później szefem komisji weryfikacyjnej w Krakowie, pojechali do lokalnej jednostki SB. Chcieli ustalić, co się stało z dokumentami dotyczącymi inwigilacji księdza Adolfa Chojnackiego, którego – jak podejrzewano – bezpieka planowała zamordować.

Esbek powiedział im otwarcie: „Zgodnie z procedurami rozpoczęliśmy niszczenie dokumentów, które są zbędne. Nie inwigilujemy już Kościoła, więc je likwidujemy. Nie tylko teczka Chojnackiego została zniszczona, ale wszystkie materiały z inwigilacji duchownych”. Rokita i esbek napisali notatkę z tego spotkania.
O niszczeniu akt przez SB Jan Rokita (w środku) alarmował Bronisława Geremka (z lewej), ówczesnego szefa Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Na zdjęciu stoją ze Zbigniewem Janasem. Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Co w nich się znalazło?

To trochę zabawne, bo obie notatki były identyczne, jeżeli chodzi o opis faktów, ale kompletnie różne pod względem oceny. Notatka Rokity została napisana w stylu: „Trwa odgórnie zlecona operacja niszczenia dokumentów! Bez nich nie dojdziemy prawdy”. A esbek na spokojnie: „Niszczymy dokumenty. Przecież nie są już potrzebne. Nie rozpracowujemy tego środowiska. Nic się nie dzieje”.

I co było dalej?

Komisja zebrała informacje o kilku tego typu przypadkach. Rokita skontaktował się wpierw z Tadeuszem Mazowieckim. Nic to nie dało.

Dlaczego?

Mazowiecki wprawdzie próbował interweniować u ministra spraw wewnętrznych, ale wygląda na to, że przyjął za dobrą monetę jego zapewnienia.

Czym Czesław Kiszczak go przekonał?

Kiszczak kłamał, że są to pojedyncze przypadki, że nie wdrożono żadnej wyjątkowej procedury. Problemy były dwa. Po pierwsze, Mazowiecki nie mógł wiedzieć, jak wygląda sytuacja, bo nie miał swoich ludzi w MSW, tu cały czas niepodzielnie rządził Kiszczak. Po drugie, zatrzymanie tej akcji wymagałoby podjęcia wyjątkowych kroków. Sam Rokita sugerował zaplombowanie archiwum MSW przez Urząd Rady Ministrów.

Księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha zabiły sowieckie służby? Hipoteza Jana Olszewskiego

Czy księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha zabiły sowieckie służby?

zobacz więcej
Do tego jednak nie doszło.

Potem była kolejna interwencja, Rokita alarmował Bronisława Geremka, ówczesnego szefa Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego i – ponownie – premiera Tadeusza Mazowieckiego. To był styczeń 1990 r. – inna sytuacja.

W tym czasie w NRD również miała miejsce operacja niszczenia dokumentów, kres temu procederowi położył tłum demonstrantów, który wtargnął do budynków Stasi i zabezpieczył akta. A w Polsce nie dość, że SB nie została zlikwidowana, to jeszcze niszczono archiwa. Postawa rządu była bierna.

Między innymi pod wpływem apelu Rokity parlamentarzyści OKP wezwali premiera Mazowieckiego do bardziej zdecydowanych działań: likwidacji SB i zatrzymania procesu niszczenia dokumentów.

Rychło w czas.

To był chyba pierwszy przypadek od utworzenia rządu Mazowieckiego, kiedy zaplecze polityczne wystąpiło publicznie przeciwko swojemu premierowi. Dotychczas przyjmowano, że spójność obozu solidarnościowego to wartość nadrzędna. Gdy pojawiały się rozbieżności, to ich nie upubliczniano, ale starano się przepracować w kuluarach.
Jak na to wezwanie zareagował premier?

Postawił Kiszczakowi ultimatum. I szef MSW 31 stycznia 1990 r. wydał oficjalny rozkaz: „zabraniam – aż do odwołania – niszczenia wszelkich roboczych, operacyjnych i archiwalnych dokumentów”.

Gdy sprawa niszczenia akt nabrała rozgłosu, Tadeusz Mazowiecki powołał Komitet Doradczy MSW, w którego skład wchodzili m.in. Andrzej Celiński, Tadeusz Bień, Jacek Taylor czy Andrzej Gdula. Jaką rolę odegrał komitet?

Pomysł jego powołania wyszedł jeszcze w 1989 od… Czesława Kiszczaka. Minister chciał w ten sposób pokazać, że jest gotowy do reformowania MSW. W komitecie miały być reprezentowane wszystkie siły parlamentarne. Jego członkowie mieli wskazywać kierunek zmian, sugerować pożądane reformy. Mazowiecki na początku nie był tym pomysłem zainteresowany.

Ostatecznie komitet powstał.

Formalnie został powołany jeszcze w listopadzie 1989, ale przez dwa miesiące nic się nie działo. Rozpoczęcie prac było związane ze skandalem wokół niszczenia archiwów. Był to element działań, które miały udowodnić, że rząd przyspiesza pracę nad reformą MSW. Ale w rzeczywistości komitet nie miał prawie żadnego wpływu na kierunki zmian. Jedyną decyzją, która zapisała się w historii było powołanie komisji, mającej zbadać sprawę niszczenia dokumentów. W jej skład wchodzili: Bogdan Kroll, prof. Jerzy Holzer, prof. Jerzy Ajnenkiel i Adam Michnik.

Słynna „komisja Michnika”.

Ta nazwa przylgnęła później. Technicznie rzecz biorąc, tym zespołem kierował Bogdan Kroll, ówczesny dyrektor Archiwum Akt Nowych, nie Michnik. Komisja ds. Zbiorów Archiwalnych MSW została powołana przez Henryka Samsonowicza, ówczesnego ministra edukacji, ale na wniosek Komitetu Doradczego.

Co tak naprawdę mógł zrobić ten zespół? Weszli do archiwów, trochę się porozglądali, popytali archiwistów o procedury. Nie byli grupą kontrolną, która mogłaby realnie sprawdzić stan zachowania dokumentów. Konkluzja ich pracy była banalna: należy chronić dokumenty przed zniszczeniem.

Właściwie jedyne, co pozostało po tej komisji, to czarna legenda „komisji Michnika”. Zgodnie z nią członkowie komisji weszli do archiwów bez żadnej kontroli i zaczęli zbierać informacje o swoich kolegach i politycznych adwersarzach.
Jedyne, co pozostało to czarna legenda „komisji Michnika”. Zgodnie z nią członkowie komisji weszli do archiwów bez żadnej kontroli i zaczęli zbierać informacje o swoich kolegach i politycznych adwersarzach - przypomina historyk. Na zdjęciu: rok 1989, poseł OKP Adam Michnik (z lewej) i członek PZPR, minister – członek Rady Ministrów Aleksander Kwaśniewski. Fot. PAP/Cezary Słomiński
Ale w książce napisał pan, że oni zapewniali, iż nie mieli dostępu do akt personalnych. I że jest to mało prawdopodobne.

Ta sprawa nie jest wyjaśniona i prawdopodobnie nigdy nie zostanie. Teoretycznie zapewniali, że nie czytali akt personalnych, ale później np. Jerzy Holzer pisał, że widział akta Władysława Bartoszewskiego. Z tego, co oni sami opowiadali o pracy komisji, wynika, że byli słabo nadzorowani. I jeżeli by chcieli, to prawdopodobnie mogli coś przeczytać.

Do narodzin tej legendy przyczyniła się paradoksalnie sama „Gazeta Wyborcza”, która napisała, że członkowie komisji „przeglądali teczki z aktami obecnych liderów »S« zawierające materiały o ich działalności”. Natomiast nie sądzę, żeby rzeczywiście spędzili tam czas, przekopując archiwa w poszukiwaniu haków.

Mówił pan wcześniej o zakazie niszczenia dokumentów wydanym przez Kiszczaka. Zdaje się, że ten proceder mimo zakazu trwał dalej.

Nie ma na to niezbitych dowodów, jednak moim zdaniem tak właśnie było. Esbecy mieli na to sposoby, np. antydatowali dokumenty, dopisywali kolejne pozycje na starych listach materiałów zniszczonych.

Ale tak naprawdę do końca stycznia 1990 mieli dużo czasu, by dokumenty, na których im najbardziej zależało, zniszczyć albo wynieść z archiwów.

Szacuje się, że w Gdańsku wybrakowano nawet 95 proc. teczek personalnych.

Skala zniszczeń różniła się w zależności od województwa – w niektórych działano bardziej prężnie, w innych mniej.

Abwehra w Polsce Ludowej

Enerdowska bezpieka po sierpniu 1980 roku zdobyła w PRL agentów we wszystkich najważniejszych pionach MSW, w strukturach Kościoła i organizacji katolickich, wśród nauczycieli, przewodników turystycznych i bankowców.

zobacz więcej
Miały miejsce jakieś wpadki?

Trochę ich było. Na przykład w Katowicach znaleziono dokumenty Służby Bezpieczeństwa – razem z danymi tajnych współpracowników – na śmietniku. Wbrew pozorom pozbycie się takiej masy dokumentów nie jest łatwe. Zdecydowanie najlepszym sposobem było wywiezienie ich do papierni, np. w Konstancinie koło Warszawy albo w Świeciu koło Gdańska. W takich miejscach znajdowały się specjalistyczne urządzenia, bębny do recyklingu papieru.

Była to skuteczna metoda?

Najlepsza, ale też nie zawsze skuteczna w 100 proc. Zdarzało się, że część dokumentów spadała z taśmy. Obsługa papierni je zbierała i przekazywała solidarnościowym politykom. Pojedyncze materiały Departamentu IV MSW (zwalczającego Kościół i związki wyznaniowe), które miały być zniszczone w Konstancinie, trafiły w ręce Jana Rokity.

Inną metodą było palenie dokumentów w terenie. Ale też nie zawsze spaliły się one w całości. Wspominaliśmy o Szczęśliwicach: kiedy zomowcy donieśli, co tam się działo, Jerzy Jachowicz opisał to w „Gazecie Wyborczej”. Następnie UOP próbował odzyskać te dokumenty. Przekopano cały teren i wydobyto nadpalone akta, część udało się odtworzyć. Były też przypadki, w których funkcjonariusze – licząc na wkupienie się w łaski nowych szefów – chowali dokumenty wbrew rozkazom.

Zna pan jakiś konkretny przykład?

Jeden z naczelników kontrwywiadu zmikrofilmował dokumenty przed zniszczeniem, mikrofilmy ukrył w domu, a po kilku miesiącach zwrócił je do UOP. Z kolei w lubelskim SB jeden z pracowników archiwum ukrył materiały przeznaczone do zniszczenia w piwnicy, potem włączono je do archiwum UOP.
W 2016 roku IPN udostępnił materiały odnalezione w domu wdowy po Czesławie Kiszczaku. Wśród nich znalazły się zdjęcia dokumentujące spotkania gen. Czesława Kiszczaka z Lechem Wałęsą w willi MSW przy ulicy Zawrat w Warszawie. Zdjęcia zostały wykonane w trakcie obrad Okrągłego Stołu. Fot. PAP/Paweł Supernak
A propos ukrywania dokumentów – jak obecnie wiemy również Czesław Kiszczak miał w swoim domu teczkę agenta „Bolka”.

Przypadek Lecha Wałęsy jest najbardziej znany i symboliczny. Ale podejrzewam, że nie tylko teczkę Wałęsy w ten sposób Kiszczak zabezpieczył.

By wykorzystać je później do szantażu?

Tak, zapewne wyniósł je na wszelki wypadek, by mogły w przyszłości posłużyć jako haki. To był człowiek, który przeszedł wszystkie szczeble kariery w służbach specjalnych, wojskowych i cywilnych. W takich rozgrywkach nie miał sobie równych.

Ale też funkcjonariusze na niższym szczeblu robili to samo, tyle że w skali lokalnej. W latach 90. odbył się proces esbeków prowadzących tak zwane działania dezintegracyjne (w tym porwania, zastraszanie) wobec toruńskich działaczy Solidarności.

Funkcjonariusz, który znalazł się na ławie oskarżonych, przyniósł na rozprawę dokumenty świadczące o tym, że jeden z poszkodowanych opozycjonistów był tajnym współpracownikiem. Esbek pytał retorycznie: „Jak ja miałem go porwać, szantażować, skoro on był tajnym współpracownikiem i pracował dla nas?”. Był to wybitnie głupi ruch.

Co na to sąd?

Założono przeciwko temu esbekowi kolejną sprawę. Po pierwsze, że poświadczył nieprawdę, kiedy w 1990 r. sporządził protokół zniszczenia tych akt – tymczasem w rzeczywistości je ukradł. Po drugie, formalnie te dokumenty nadal były tajne, więc postawiono mu zarzut ujawnienia tajemnicy państwowej. Usłyszał za to niewielki wyrok.

W MSW równolegle do niszczenia archiwów, trwała reorganizacja struktur. Czemu miała służyć?

Kiszczak widział, że sytuacja społeczno-polityczna się zmienia. Po uformowaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego uznał, że aby chronić resort przed czystkami, musi wykonać pewne działania wyprzedzające. Przede wszystkim zależało mu na przekonaniu elity solidarnościowej, że MSW samo może się przekształcić.
Od czego zaczął?

Od likwidacji trzech departamentów, które najgorzej zapisały się w historii: Departamentu III, odpowiedzialnego m.in. za rozpracowywanie opozycji; IV – walczącego z Kościołem i związkami wyznaniowymi; V – zajmującego się „ochroną” przedsiębiorstw, więc zwalczaniem zarówno nadużyć, jak i zakładowych ogniw Solidarności.

W ich miejsce powstały nowe struktury: Departament Ochrony Konstytucyjnego Porządku Państwa, Departament Ochrony Gospodarki oraz Departament Studiów i Analiz. Kiszczak zadeklarował, że od teraz te jednostki będą bronić raczkującej demokracji oraz gospodarki rynkowej. Nazwy zostały zmienione, ale ludzie pozostali ci sami. Jak skwitował to jeden z funkcjonariuszy: „Zmienili tytuły, nie zmieniając nawet biurek”.

W SB zredukowano też kadry.

Redukcja przebiegała na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, etaty z niektórych departamentów czy wydziałów przenoszono z SB do innych jednostek MSW. Po drugie, miał miejsce desant esbeków do milicji. Wpychano ich bez względu na to, czy nadawali się do takiej służby, czy nie. Na przykład milicjanci z Zamojszczyzny skarżyli się, że oficerów SB ulokowano u nich w kierownictwie drogówki. Po trzecie, funkcjonariusze, którzy mogli przejść na rentę albo emeryturę, często decydowali się na ten krok.
Dokumenty znalezione w domu szefa MSW z lat 80. gen. Czesława Kiszczaka. Fot.PAP/Jacek Turczyk
Czyżby praca w bezpiece nagle ich wyczerpała?

Po części było to sprowokowane. Resort nie zabiegał, by ich zatrzymać. Poza tym bali się, że nowa władza odbierze im przywileje emerytalne. To był największy, obok weryfikacji, straszak na esbeków. Obawiali się, że zostanie np. wydłużony wymagany czas służby. I jeżeli ktoś już nabył prawo do emerytury, to często myślał: „odejdę na swoich warunkach”.

Kiszczak w niewybredny sposób wypowiadał się o podwładnych, którzy byli wypychani ze służby. Na przykład: „Nie mieliśmy skrupułów, uważaliśmy że ich postawa i działania nie licują z mundurem, który noszą”. Rzeczywiście tak myślał, czy była to gra pozorów – pod publiczkę?

W dużej mierze była to gra pozorów. Kiszczak u progu transformacji dbał o to, żeby zdystansować się od własnego resortu. Minister piastujący stanowisko od prawie dekady, pozwalał sobie na stwierdzenia typu: „Ja miałem pod sobą prawie 200 tysięcy podwładnych i cholera wie, co tam kto robił”. Chciał w oczach premiera Mazowieckiego i solidarnościowej elity uchodzić za reformatora. I jednocześnie starał się tłumaczyć, że stoi na czele resortu, który jest bardzo zachowawczy. Opowiadał coś w stylu: „I żeby oni wam nie zagrozili, potrzebujecie mnie; będę pilnował porządku, nie będzie żadnej kontrrewolucji”.

To był element gry. Przekonywał, że sam jest liberałem. A że byli przestępcy w mundurach? Tłumaczył, że nie miał na to wpływu, a kiedy tylko mógł, wyrzucał ich: „Nie dlatego, że byli rudzi, dlatego że mieli brzydkie oczy, które mi się nie podobały, tylko dlatego, że albo źle wypełniali swoje obowiązki, albo że łamali prawo, naruszali przepisy i tak dalej”.

Przyganiał kocioł garnkowi.

Kiszczak dbał głównie o swój interes. Mało obchodziło go, czy iluś esbeków zostanie wypchniętych na emeryturę, czy będą napiętnowani, czy zostaną negatywnie zweryfikowani. Gdy usłyszał, że pozycja jednego z szefów Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, piastującego to stanowisko od lat, jest zagrożona, machnął na to ręką: „Sam powinien wiedzieć, kiedy odejść”.

Jakie były nastroje w MSW?

Kiedy transformacja zaczęła przyspieszać, esbecy – widząc, że resort się sypie – zaczęli przyjmować indywidualne strategie przetrwania. Część z nich, dysponująca unikatowymi umiejętnościami, szła do rodzącego się sektora prywatnego. Tam znalazło miejsce wielu oficerów wywiadu i kontrwywiadu, zajmujących się sprawami gospodarczymi, np. kontrolą zagranicznych firm, zdobywaniem informacji na ich temat – oni w warunkach rynkowych łatwo się odnajdowali.
Rok 1990. Protest przed siedzibą Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej zorganizowany przez Międzynarodówkę Anarchistyczną, uczestnicy żądają likwidacji Służby Bezpieczeństwa. Fot. PAP/Cezary Słomiński
Część esbeków zapewne obawiała się weryfikacji.

Szczególnie ci, którzy wiedzieli, że mają obciążoną hipotekę, np. zwalczali Kościół czy opozycję. Oni też, zanim doszło w 1990 r. do weryfikacji, często rezygnowali. Wreszcie mieliśmy największą grupę, która mniej lub bardziej spokojnie czekała na rozwój wypadków. Była przekonana, że obojętnie, jakie będzie państwo, oni dalej będą mieli pracę.

Jakie jeszcze były losy esbeków, którzy odeszli przed weryfikacją, tudzież pozytywnie jej nie przeszli?

Elita dawnych funkcjonariuszy mogła odnaleźć się w jakiejś dochodowej gałęzi biznesu. Jeżeli jednak ktoś był odpowiednio niżej w esbeckiej hierarchii to szedł do agencji ochroniarskiej. Albo – jeszcze lepiej – do agencji zajmującej się windykacją długów. I wtedy, stosując te same metody, które opanował w PRL, zastraszał dłużników. Kadra znająca się na obserwacji, szeroko pojętej inwigilacji, na wywiadzie mogła pracować np. w wywiadowniach gospodarczych. Albo agencjach detektywistycznych.

Ale była też grupa funkcjonariuszy, którzy ledwo dawali sobie radę w SB, a potem przez lata nie mogli znaleźć dla siebie miejsca. Bo nie było tak, że przed byłymi esbekami świat stał otworem. Wiele zależało od umiejętności i pozycji w strukturach SB. Jeżeli ktoś miał wysoki stopień: był obrotnym, wykształconym, inteligentnym oficerem, to później dawał sobie radę, np. w biznesie. A jeżeli ktoś był przeciętnym trybikiem w machinie MSW, to kończył odpowiednio gorzej.

W 1988 roku komuniści szykowali stan wyjątkowy

30 lat temu Kreml dał Jaruzelskiemu sygnał: „Towarzyszu, ociągacie się. U nas trwa pierestrojka, więc i wy weźcie się do roboty”.

zobacz więcej
W książce przytoczył pan dane, że na koniec czerwca 1989, czyli tuż przed rozpoczęciem reorganizacji resortu, w SB pracowało ponad 24 tys. funkcjonariuszy. Ilu w następnym roku przystąpiło do weryfikacji?

Około 14 tys. funkcjonariuszy. Pozytywnie zweryfikowano – łącznie, wliczając tych, którzy odwoływali się od decyzji komisji – 10 tys. esbeków. Mniej więcej połowa znalazła zatrudnienie w Urzędzie Ochrony Państwa.

Do prac komisji weryfikacyjnych można mieć sporo zastrzeżeń. Składały się one głównie z ludzi opozycji, lokalnych autorytetów, którzy tak naprawdę nie mieli większego pojęcia o działalności SB. To był gigantyczny problem. Oni w trakcie obrad komisji pobierali przyspieszone lekcje.

Jak one wyglądały?

Zazwyczaj jakiś zaufany esbek albo milicjant, który wcześniej nawiązał kontakt z Solidarnością, przeprowadzał przyspieszony kurs. Opowiadał, czym ogólnie zajmowała się SB, czym poszczególne departamenty i wydziały. Po szybkim kursie przystępowano do działania.

Jaki klucz, jeżeli chodzi o pracę komisji, przyjęto podczas weryfikacji?

Zazwyczaj w pierwszej kolejności negatywnie weryfikowano esbeków z departamentów III i IV. Później zaczynały się rozważania: sprawdzano teczki personalne, zwracano uwagę, czy funkcjonariusz miał jakieś kompromitujące epizody, związane np. z alkoholem.

Ale właściwie była to wolnoamerykanka. Przez to czasem wyrzucano ludzi, którzy potencjalnie mogli się w UOP przydać, z kolei przez sito przechodzili ludzie, którzy nie powinni tam się znaleźć.
Doświadczenia stanu wojennego – represje, aresztowania, zastraszanie – rzutowały na sposób, w jaki duża część Solidarności postrzegała rolę służb specjalnych – przypomina historyk. Na zdjęciu: oddziały ZOMO przygotowujące się do zdławienia strajku w Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarnictwa w Warszawie na początku grudnia 1981 roku. Fot. PAP/CAF/Teodor Walczak
Bartłomiej Sienkiewicz, wówczas członek komisji i funkcjonariusz UOP, weryfikację oceniał następująco: „Szczerze powiedziawszy: kompletnie fikcyjna, ale wszyscy działamy w takim przekonaniu, że teraz to fikcja, bo mamy terminy kompletnie nierealne, ale potem będziemy sobie tych ludzi jeszcze spokojnie rozpoznawać, w innym trybie i z większym wyczuciem”.

Była to dość zdroworozsądkowa filozofia: dalej obserwować tych ludzi, robić rozeznanie na ich temat. Po części ten mechanizm stosowano już po weryfikacji.

Ale pomysły były przeróżne. Była na przykład spora grupa zwolenników całkowitej likwidacji cywilnych służb specjalnych i przekazania ich zadań wojsku. Nie wiadomo, czy mieli oni świadomość, co proponują, albowiem służby wojskowe były mocno sprzężone ze strukturami Układu Warszawskiego. Historia WSI pokazała, że struktury te przez lata pozostały skansenem komunizmu.

Doświadczenia wyniesione z działalności opozycyjnej, ze stanu wojennego – represje, aresztowania, zastraszanie – to wszystko rzutowało na sposób, w jaki duża część Solidarności postrzegała miejsce i rolę służb specjalnych w demokratycznym państwie. Wychodzono z założenia, że trzeba je jak najbardziej osłabić, by już nigdy nie miały takiej siły jak w latach 80. Z jednej strony było to zrozumiałe…  

… a z drugiej?

Jak pokazał przypadek III RP, służby osłabione – ze znacznie ograniczonymi kompetencjami – przegrywały na wielu polach walkę z grupami przestępczymi oraz zorganizowaną przestępczością gospodarczą.

U schyłku PRL w ramach MSW funkcjonował Departament Ochrony Gospodarki. Ale kiedy przekształcano SB w UOP, stwierdzono, że struktura zajmująca się gospodarką w ogóle nie będzie potrzebna. „Teraz będzie kapitalizm, wszystko będzie inaczej, lepiej” – przekonywano. A później trzeba było na gwałt tworzyć specjalny wydział do walki z przestępczością gospodarczą…

UOP brakowało sił i środków na zmierzenie się z wyzwaniami okresu transformacji i globalizacji – pogłębionym kryzysem ekonomicznym i państwowym oraz rozwojem międzynarodowej przestępczości gospodarczej. W całym urzędzie zajmowało się tym nie więcej niż 50-60 osób.
Jan Rokita uważał, że przyjęta forma weryfikacji była błędem.

Mówił o tym, że nie powinno się robić pokazówki, że komisje nie były przygotowane do przeprowadzenia weryfikacji. I że powinno się wyrzucić wszystkich esbeków i później zatrudniać na nowo, wedle uznania nowych, solidarnościowych szefów.

Alternatywnym rozwiązaniem było to, o czym mówił Sienkiewicz – wszyscy przechodzą do UOP, a potem są stopniowo odsiewani. W każdym razie obaj byli zgodni, że do zrobienia porządku w służbach potrzebni są ludzie znający ich pracę od środka. Nie komisje weryfikacyjne działające pod presją czasu.


Może trzeba było wybrać tzw. opcję zerową?

Trzeba doprecyzować to pojęcie. Mówiąc o opcji zerowej, myślimy: „wyrzucić wszystkich esbeków i zatrudnić nowych ludzi spoza tego środowiska”. Ale ta koncepcja wiąże się z potencjalnymi problemami. Po pierwsze, nowi rekruci nie mają doświadczenia ani umiejętności – trzeba ich wyszkolić. A kto ma ich szkolić? Część esbeków musiałaby zatem zostać, by przekazywać wiedzę.

Nawet w NRD, które zostało wchłonięte przez RFN, nie wyrzucono wszystkich funkcjonariuszy Stasi. Z otwartymi ramionami przyjęto np. część kadry zajmującej się realizacją zadań wywiadowczych wobec Polski.

Po drugie, przy tak rozumianej opcji zerowej, na rynku w tym samym momencie pojawiłoby się tysiące bezrobotnych funkcjonariuszy – z nieciekawymi, z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, umiejętnościami i wiedzą.

Po trzecie, nie jest wcale takie pewne, że udałoby się pozyskać wystarczającą grupę nowych perspektywicznych rekrutów. Andrzej Milczanowski, szef UOP żalił się sejmowej komisji: „kandydat na oficera wywiadu musi posiadać wyższe wykształcenie cywilne specjalistyczne, tzn. ekonomiczne, prawnicze bądź inne wyższe. Musi praktycznie dysponować dobrą znajomością przynajmniej jednego języka, a pożądane jest, że dwóch. Biorąc pod uwagę możliwości zatrudnienia w innych miejscach oraz wysokość wynagrodzeń, po wielekroć spotykamy się z sytuacjami: »przepraszam, ale to jest nieporozumienie«”.

Płace w służbach specjalnych nie były konkurencyjne dla fachowców wysokiej próby. A poza tym mamy dziś nieco utopijne przekonanie, że jak się wyrzuci starych, zrobi nabór i zatrudni nowych, to nie będzie żadnych patologii. Historia służb specjalnych po 1989 roku pokazuje, że jak nawet przyjmowano z zewnątrz nowych, to i tak charakter tej pracy sprawiał, że niektórzy z nich schodzili na złą drogę.
W styczniu 1990 roku tłum zdemolował siedzibę Stasi w Berlinie. Fot. PAP/DPA
Ale Czechosłowacja to chyba przykład udanej opcji zerowej?

Zacznijmy od tego, że nie było tam dosłownie rozumianej opcji zerowej. W szeregach pozostało, wedle szacunków, około 15 procent starej kadry. Bo ktoś musiał przekazać doświadczenie. Po drugie, o ile się orientuję, szeregi służb zasilili też milicjanci oraz wojskowi. Czy to naprawdę opcja zerowa? I wreszcie – nie wiemy, czy ten eksperyment zakończył się sukcesem. Część analityków NATO wskazywała, że Czechy słabo radzą sobie z kontrwywiadem na „odcinku” rosyjskim.

Łagodnie podczas transformacji obchodzono się z funkcjonariuszami wywiadu. W książce przedstawił pan tezę, że parasol ochronny roztoczyły nad nimi zachodnie służby. Dlaczego miałoby im na tym zależeć?

Wydaje się, że kierownictwo CIA – obserwując zmiany zachodzące w Europie Środkowo-Wschodniej – stwierdziło, że czas na zmianę paradygmatu. CIA, tak jak i cała administracja amerykańska, była do bólu pragmatyczna.

Amerykanów interesowała współpraca tylko z polskimi służbami?

Nie tylko. Zwrócili się również do Czechosłowacji i Węgier. W pierwszej kolejności składano ofertę współpracy w zwalczaniu terroryzmu, handlu narkotykami oraz nielegalnego handlu bronią. Kiedy oferta spotykała się z zainteresowaniem, Amerykanie starali się rozszerzyć pole współpracy. Domagali się też zawieszenia wszelkich działań wywiadowczych skierowanych przeciwko USA.

U Czechosłowaków to nie zagrało, bo zaczęli demontować swoje służby, zgodnie z logiką opcji zerowej.
A jak zareagowali Węgrzy?

Sceptycznie. Udzielili dyplomatycznej odpowiedzi, jednak jasno zaznaczyli granicę – CIA nie będzie im dyktować, jakie operacje mają prowadzić. Ale w styczniu 1990 wybuchła afera „Dunagate”: z MSW wypłynęły dokumenty świadczące o prowadzeniu nielegalnej inwigilacji opozycji demokratycznej. Spowodowało to wielki skandal i dymisję dużej części kierownictwa węgierskich służb specjalnych.

Po tej aferze Węgrzy bardzo szybko nawiązali współpracę z Amerykanami. Podejrzewali bowiem, że „Dunagate” była ich odwetem – a przynajmniej operacją przeprowadzoną za zgodą CIA – za to, że Węgrzy nie chcieli zacieśnić współpracy.

Jak ofertę współpracy przyjęto w Polsce?

Kiszczak powiedział, że natychmiast w to wchodzimy. Swoje poparcie wyraził także jego solidarnościowy zastępca Krzysztof Kozłowski. Mniej więcej w czasie, gdy CIA złożyła tę propozycję, Tadeusz Mazowiecki był z wizytą w USA, spotykał się między innymi z prezydentem Georgem H.W. Bushem, a także z Williamem Websterem, dyrektorem CIA. W trakcie tych rozmów również nawiązano do tematu budowania relacji między polskim i amerykańskim wywiadem.

Polacy nie tylko poparli pomysł wspólnego zwalczania terroryzmu czy nielegalnego handlu bronią, ale zadeklarowali, że wycofają się z operacji skierowanych przeciwko Amerykanom. Byli gotowi wyświadczyć także przysługi dla CIA, np. na terenie Bliskiego Wschodu.
Operacja „Samum” doczekała się wersji filmowej. W 1998 roku na ekran wydarzenia przeniósł Władysław Pasikowski. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Potwierdza to choćby operacja „Samum” polegająca na ewakuacji z Iraku sześciu amerykańskich agentów.

Tak, ale już wcześniej pomagaliśmy Amerykanom. Polskie firmy realizowały różne kontrakty w tym regionie, m.in. właśnie w Iraku. W sierpniu 1990 wybuchła I wojna w Zatoce Perskiej. Nasze służby wyświadczyły dużą przysługę, dostarczając Amerykanom dokumentację, plany obiektów wybudowanych przez polskie firmy.

W międzyczasie prowadzono operację „Most”, polegającą na przerzuceniu radzieckich Żydów z ZSRR do Izraela – również w tym przypadku wywiad oraz kontrwywiad zostały dobrze ocenione nie tylko przez premiera Mazowieckiego, ale także przez administrację USA.

Z operacją „Most” wiązało się jednak duże ryzyko.

Gdy wyszła na jaw, że Polska bierze udział w tym przedsięwzięciu, zaczęły przychodzić pogróżki (ze strony arabskich organizacji terrorystycznych – przyp. red.). Zapowiadano zamachy na polskie placówki dyplomatyczne, na biura LOT, na samoloty polskich linii itd. Służby specjalne starały się chronić te obiekty, prowadziły rozpoznanie na Bliskim Wschodzie itd. Bezpieczny przebieg operacji zapisano na ich konto.

Czyli amerykańskie służby uznały, że polski wywiad jest przydatny i dobrze jest go chronić?

Tak, ale można na to spojrzeć także w duchu teorii spiskowej. CIA prowadziła od lat rozpoznanie polskiego wywiadu. Nie wiemy, czy Amerykanie nie mieli na tym polu udanych werbunków. Może w czasie transformacji ustrojowej po prostu woleli zostawić tych ludzi w strukturach – w końcu ich znali, mieli ich dossier – niż za chwilę inwigilować nowy polski wywiad.
Ktoś z Departamentu I (wywiad) został negatywnie zweryfikowany?

Tylko dwóch funkcjonariuszy. Natomiast z czasem, w latach 90., część funkcjonariuszy została zwolniona. Uznano, że nie są już potrzebni. Niektórzy odchodzili sami.

Może w Polsce scenariusz, jaki znamy choćby z NRD był jednak realny? Rzeczywiście nie dało się zapobiec niszczeniu dokumentów na tak dużą skalę, jak i temu, by weryfikacja nie była wolnoamerykanką?

Sam się nad tym zastanawiam. Bo rzeczywiście tak długie trwanie Służby Bezpieczeństwa, a zwłaszcza tak długie piastowanie urzędu szefa MSW przez Czesława Kiszczaka (do połowy 1990 roku) było nieporozumieniem. Kiedy powstał rząd Mazowieckiego, to kierownictwo Solidarności było przekonane, że ministrem spraw wewnętrznych musi być Kiszczak – właśnie dlatego, żeby nie było zagrożenia kontrrewolucją i problemów z tzw. betonem wewnątrz służb.

Obawy były uzasadnione?

Można z tym dyskutować. Wydaje się, że Kiszczak i kierownictwo PZPR mocno przyłożyli się do stworzenia takiej wizji. To była skuteczna socjotechnika. Natomiast to uzasadnienie powoli się wyczerpywało. W styczniu 1990 było widać, że cały blok się sypie. W Rumunii został zabity Ceaușescu, w NRD do budynków Stasi wtargnęli demonstranci, tymczasem w Polsce peerelowskie służby dalej dobrze się trzymały. Początek roku 1990 to był moment kiedy można było przyspieszyć zmiany.

Dlaczego Tadeusz Mazowiecki nie był wobec tej koncepcji przychylny?

Po pierwsze, był chyba przekonany, że jak wyrzuci Kiszczaka w styczniu 1990, to MSW się rozpadnie, że nie będzie miał narzędzia do zachowania jakiejkolwiek kontroli nad resortem. Wierzył, że kontrolę trzeba przejmować stopniowo.

Po drugie, Mazowiecki jako legalista był prawdopodobnie przekonany, że najpierw trzeba dokończyć prace nad ustawami o UOP, policji i MSW. A one niemiłosiernie się przeciągały.

Po trzecie, istotny był wpływ administracji amerykańskiej, która de facto działała na rzecz spowolnienia procesu przemian. Amerykanie obawiali się, że jeżeli tempo przemian będzie zbyt szybkie, to sytuacja może wymknąć się spod kontroli. Dick Cheney, sekretarz obrony w administracji Busha, tłumaczył Mazowieckiemu, że zachowanie gen. Jaruzelskiego na stanowisku prezydenta, jak i gen. Siwickiego na stanowisku ministra obrony jest gwarantem pokojowej transformacji. To był marzec 1990 r. Być może tłumaczono też, że Kiszczak powinien pozostać na stanowisku szefa MSW.

Inna sprawa, że dużym problemem było nie tylko to, co działo się u progu transformacji, ale również to, co działo się później, w latach 90.
„Koniec imperium MSW. Transformacja organów bezpieczeństwa państwa 1989-1990”
Proszę rozwinąć.

W roku 1991 esbecy stanowili 95 proc. całej kadry UOP. A jeszcze w 1996 – dwie trzecie. Należało pomyśleć nad przyspieszeniem ewolucji kadrowej, a także lepiej przemyśleć zadania, jakie stały przed służbami specjalnymi; zadbać przede wszystkim o apolityczność służb.

Ci ludzie byli po prostu narzędziem, potrzebnym do wykonywania określonych przez państwo zadań. Przecież esbecy wcale nie byli przekonani, że komunizm to ideologia przyszłości, że trzeba walczyć o zachowanie socjalizmu. Gdy przyszła III RP, to mówili: „Spokojnie, możemy bronić też demokracji. Potrzebujecie fachowców, a my wykonamy każde zadanie”.

Koniunkturaliści.

Tak, jeżeli ktoś patrzy na esbeków z lat 80. przez pryzmat motywacji ideologicznych, to popełnia duży błąd. Ideologia była już martwa. To byli ludzie, którzy godzili się być pretorianami komunizmu w zamian za konkretne korzyści.

Niestety, po 1989 r. słabo dbano o apolityczność służb. W tym aspekcie zachowały się pewne schematy sprzed transformacji. Esbecy byli przekonani, że jeżeli znajdą odpowiedniego patrona, gdzieś w nowym solidarnościowym kierownictwie, w Pałacu Prezydenckim, to oni będą im wyświadczać przysługi. Uznali, że to będzie klucz do ich kariery.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Dr Tomasz Kozłowski jest historykiem z Biura Badań Historycznych IPN, autorem książki „Koniec imperium MSW. Transformacja organów bezpieczeństwa państwa 1989-1990”.
4 czerwca
Zdjęcie główne: Warszawa, 1990 rok. W czasie obchodów święta 3 Maja na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie członkowie Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarność protestowali przeciwko niszczeniu akt Służby Bezpieczeństwa. Fot. PAP/Ireneusz Sobieszczuk
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.