Historia

Ten pierwszy raz w „Szanghaju”

Na pierwszą nie tylko w Polsce, ale w całym Układzie Warszawskim chińską restaurację ruszyły tłumy. W kolejce czekać trzeba było na stolik nawet dwie, trzy godziny. Większość państwowych restauracji w PRL-u była dotowana i deficytowa, tymczasem zyski „Szanghaju” szły w miliony. Co więcej, przedsiębiorczemu panu Ou udało się jakimś cudem powiązać pensje personelu, w tym kelnerów, z wysokością obrotów, no a to już mocno zalatywało kapitalizmem. Jej sukces rozwścieczył władze PRL.



Każdy pamięta swój pierwszy raz. Mój był, jak miałem trzynaście lat. Już wtedy fascynowało mnie wszystko, co dotyczyło Chin. Najpierw czerpałem o nich wiedzę z bajek, na czele ze „Słowikiem” Hansa Christiana Andersena i „Akademią Pana Kleksa” Jana Brzechwy, w której szczytem mądrości i tajemnicy zarazem był chiński doktor Paj-Chi-Wo. Nie mogłem jeszcze wtedy oczywiście wiedzieć, że dzieła te były echem niezwykle modnego wcześniej nurtu chinoiserie, w którym Chiny idealizowano jako krainę mędrców, cnót wszelakich, piękna i wyrafinowania. Tak czy inaczej, wkrótce przeczytałem wszystkie książki na temat Chin dostępne w Białymstoku, gdzie spędziłem dzieciństwo, i mój apetyt na Chiny rósł z dnia na dzień.

Były wczesne lata 70., z chińskich towarów osiągalnych w Białymstoku mogłem sobie kupić wieczne pióro, długopis czy ślicznie pachnącą, kolorową gumkę do ołówka, ale pewnego dnia do sklepów „rzucili” prawdziwą, jaśminową herbatę w pięknych metalowych puszeczkach. Naturalnie nikt w całym Białymstoku nie miał zielonego pojęcia, że jaśminową parzy się zalewając wrzątkiem ledwie kilka listków i absolutnie bez cukru. Przyzwyczajeni do mocnej jak siekiera, niemal czarnej fusówki „Madras” czy „Ulung” parzyliśmy więc jaśminową podobnie, słodząc przy tym na ulep. Każdy Chińczyk pewnie umarłby po wypiciu takiej „jaśminowej”, ale i tak był to już jakiś prawdziwy chiński smak.

W Warszawie za to działał obiekt moich największych wtedy marzeń – chińska restauracja „Szanghaj”. Był rok 1973 i, w co dziś może trudno uwierzyć, była to jedyna wówczas restauracja z kuchnią chińską w całej Polsce. Udaliśmy sie tam z moją babcią z Puław, bo czego nie robi się dla ukochanego wnuczka, zwariowanego na punkcie Chin.
Chińskie potrawy. Fot. Jonathan Wong/South China Morning Post via Getty Images
Odlot był kompletny. Uprzejmy szatniarz pomagał nam zdjąć płaszcze, w powietrzu wisiał jakiś egzotyczny zapach, z sufitu zwisały chińskie lampiony, a część stolików otoczona była fikuśnymi parawanikami – do każdego z nich była przytwierdzona lampka i przycisk dzwonka do wzywania obsługi. Menu jak z bajki o cesarskim dworze w „Słowiku”: zupa bambusowa, kaczka „trzy smaki”, wieprzowina z grzybami mun, „stuletnie” jajka, krewetki I inne egzotyczne frykasy. Słowo tego nie opowie, pióro tego nie opisze, bo przecież to był siermiężny, biedny kraj, w którym głupia cytryna była luksusem.

Eleganccy starsi kelnerzy z uśmiechem i gracją nakładali dania na talerze z metalowych miseczek, a ceny były absolutnie przystępne – bądź co bądź, lokal był państwowy. Pamiętam jak dziś.

Legendarny Ou Lu Juan

– Eee tam, to już był cień dawnego „Szanghaju” – śmieje się pani Ewa, z którą palimy papieroski i popijamy kawę w ogródku jej warszawskiej restauracji „Dziki Ryż”. Pani Ewa jest córką legendarnego pana Ou Lu Juana (1912-1995), niegdyś niekwestionowanego dziekana chińskiej społeczności w Polsce i de facto twórcy restauracji „Szanghaj”.

„Czerwoni” z Moskwy przeciw „żółtym małpom” z Pekinu. Zapomniana wojna

Pół wieku temu po obu stronach granicy zmobilizowano ponad sto dywizji, pięć armii lotniczych, a w stan gotowości postawiono kilka okręgów wojskowych.

zobacz więcej
Pan Ou, na którego w Polsce mówiono „U”, pochodził z okolic chińskiego Hangzhou i w latach 30. zeszłego wieku wraz z grupą chińskich pobratymców wyruszył do Europy za chlebem. Ostatecznie wylądował w Łodzi, wtedy takim polskim Hong Kongu, gdzie kwitł przemysł tekstylny i kosmopolityczna społeczność Polaków, Żydów, Niemców i Rosjan. Pan Ou trudnił sie m.in. szyciem krawatów, ożenił się z Polką i odtąd Polska stała się jego drugą ojczyzną. Potem przenieśli się do Warszawy i choć najpierw w Polsce, a potem w Chinach władzę przejęli komuniści, nie zamierzał już stąd gdzieś znów emigrować.

Raz w miesiącu pan Ou udawał się najpierw do ambasady Republiki Chińskiej, a potem – Chin Ludowych, z częścią zarobionych pieniędzy, które transferowano dla jego rodziny w Chinach. Z czasem stał się powszechnie znanym i szanowanym liderem malutkiej społeczności Chińczyków, mieszkających w naszym kraju, wzbogaconej nieco po wojnie przez grupę chińsko-polskich emigrantów z Harbinu.

Do połowy lat 50. stosunki polsko-chińskie nie były zbyt intensywne. Wprawdzie w 1954 r. nad Wisłę przybył chiński premier Zhou Enlai, a Bolesław Bierut spotkał się w Pekinie ze stojącym na czele Komunistycznej Partii Chin Mao Zedongiem, to jednak dopiero w 1956 r. nastąpiła istna eksplozja polsko-chińskiej przyjaźni. W skrócie chodziło o to, że po śmierci Józefa Stalina Mao widział się w roli przywódcy światowego komunizmu i bardzo po drodze było mu z Władysławem Gomułką, który też początkowo postrzegany był jako zwolennik poważnego ograniczenia brutalnej sowieckiej dominacji w obozie komunistycznym.

Gdy więc w październiku 1956 r. Gomułka został wybrany szefem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a niezadowoleni z tego Sowieci ruszyli ze swoimi wojskami na Warszawę, to właśnie Mao zakomunikował Moskwie poprzez sowieckiego ambasadora w Pekinie Pawła Judina, że Chiny nie poprą sowieckiej interwencji militarnej w Polsce i będą uważać ją za „poważne naruszenie zasad proletariackiego internacjonalizmu”. 24 października wojska sowieckie w Polsce otrzymały od Nikity Chruszczowa definitywne polecenie powrotu do baz.
Styczeń 1957 r. Ulicami Warszawy idą, trzymając się pod rękę, od lewej: szef rządu PRL Józef Cyrankiewicz, premier Komunistycznych Chin C Zhou Enlai i I sekretarz PZPR Wadysław Gomułka.
Premier Zhou Enlai, który w styczniu 1957 r. ponownie odwiedził Warszawę, był zatem witany po królewsku. Wspólny komunikat z tej wizyty podkreślał, że „relacje między państwami socjalistycznymi powinny się opierać na zasadach ich równości”. Ani słowem nie wspominano w nim o sowieckim przywództwie w obozie komunistycznym, a na dodatek Chiny wyraziły w nim „pełną aprobatę dla ostatnich wydarzeń w Polsce”.

„Jakiś tam kierownik” uprzejmie odmawia

Pojawiła się świetna okazja, żeby tą przyjaźń obudować w rożne symbole i tak właśnie na bardzo podatny grunt trafiła wysunięta przez pana Ou propozycja otwarcia w Warszawie chińskiej restauracji. W międzypaństwowej umowie zapisano więc specjalny paragraf o cotygodniowych dostawach drogą lotniczą z Chin, na potrzeby takiej restauracji, niezbędnych surowców, w tym ryżu, sosu sojowego, grzybów mun, pędów bambusa, krewetek, „stuletnich“ jajek, przypraw i nawet chińskich alkoholi oraz papierosów. Do tego, do nowej restauracji miało przyjechać z Chin czterech najlepszych kucharzy, żeby przyuczyć Polaków.

Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie jak czop-czop, prawie dostępne...

„Teksasy”, „Paprykarz”, „Frania” czy „Brutal”? Kultowe wyroby PRL.

zobacz więcej
Wkrótce na Marszałkowskiej, jeszcze w roku 1957, otwarła swe podwoje restauracja „Szanghaj”. Na fasadzie zawisły niezwykłe neony w kształcie smoków (dziś znajdują się one w warszawskim Muzeum Neonów), w szatni kupić można było chińskie papierosy, w menu królowały potrawy o łagodnych smakach wschodnich Chin, przy obiedzie można sie było upić legendarną chińska wódką Maotai, a kierownikiem „Szanghaju” został naturalnie pan Ou Lu Juan.

Na pierwszą nie tylko w Polsce, ale w całym Układzie Warszawskim chińską restaurację ruszyły tłumy. W kolejce, która wiła się na schodach między parterem a piętrem, czekać trzeba było na stolik nawet dwie, trzy godziny. Większość państwowych restauracji w PRL-u była dotowana i deficytowa, tymczasem zyski „Szanghaju” szły w miliony. Co więcej, przedsiębiorczemu panu Ou udało się jakimś cudem powiązać pensje personelu, w tym kelnerów, z wysokością obrotów, no a to już mocno zalatywało kapitalizmem.

Sukces stał się wkrótce przekleństwem. W 1959 r. minister handlu wezwał pana Ou na dywanik i odbyła się wściekła awantura: jakim prawem pan Ou, czyli jakiś tam kierownik jakiejś tam restauracji, śmie zarabiać więcej niż minister, ba, więcej nawet niż towarzysz pierwszy sekretarz, a jacyś tam kelnerzy więcej niż członkowie Biura Politycznego. To jest skandal! Z tym trzeba natychmiast skończyć!

Pan Ou został zdymisjonowany i choć zaproponowano mu pośledniejsze stanowisko, uprzejmie odmówi. Wrócił do rzemiosła tekstylnego, ale raz na jakiś czas jeszcze odwiedzał swój „Szanghaj”.

Z czasem w Warszawie powstały inne restauracje „bratnich narodów”: rosyjska „Trojka”, węgierski „Budapeszt”, bułgarska „Sofia”, czeska „Praga”, kubańska „Hawana” i nawet, choć na bardzo krótko, północnokoreański „Phenian”. Jednak to „Szanghaj” był ciągle największym magnesem, perłą w koronie państwowych Warszawskich Zakładów Gastronomicznych, pod których egidą działał.

Coś mięsopodobnego w roli kaczki

Jeszcze do połowy lat 70. „Szanghaj” był w stanie kusić autentyczną egzotyką i zwłaszcza dla wielu takich prowincjuszy, jak ja, wizyta w nim była naprawdę wielkim przeżyciem. Gdy niedawno opublikowałem na Facebooku krótkie wspomnienie o „Szanghaju” na forum mojej grupy poświęconej kuchni chińskiej, posypały się wpisy pełne autentycznej nostalgii i rozrzewnienia. „Pamiętam jak dziś, tam pierwszy raz w życiu jadłam ryż”. Albo: „Pierwszy raz w życiu jadłem tam pałeczkami”. Albo: „Było to niewątpliwie zaczarowane miejsce, czułam się jakbym pojechała do Kraju Środka”. Albo: „Do dziś pamiętam wyjątkowy wystrój lokalu, chińską atmosferę sali i stolików odgrodzonych od siebie parawanikami, rozchodzący się zapach chińskich dań, przemiłą obsługę”. Albo: „Zamówiliśmy zupę krewetkową, zupę zjedliśmy, ale krewetki zostawiliśmy, bo jakoś, nie wiedzieć czemu, baliśmy się je zjeść”. A nawet: „Ten neon był rzeczywiście wspaniały, prowokował swojaków do ciekawości chińskimi smokami”.
Neon restauracji „Szanghaj” przy ulicy Marszałkowskiej 55/73 w Warszawie, lata 1960 – 1070. Fot. NAC/Archiwum Fotograficzne Zbyszka Siemaszki, sygn. 51-309
I wszystko byłoby pięknie, gdyby znów nie wmieszała się polityka. Po potężnym wybuchu sowiecko-chińskich waśni w połowie lat 60., a potem – „Rewolucji Kulturalnej” w Chinach (1966-1976), dla Polski, która już tym razem zdecydowanie stanęła po stronie Moskwy, maoistowskie Chiny stawały się coraz bardziej „be”. Najpierw wyjechali chińscy kucharze, potem umowy na dostawy chińskich składników nie przedłużono, a do tego jeszcze, jak wiadomo, rynek w PRL kompletnie się załamał – import zamarł, sklepy świeciły pustkami, w końcu pojawiły się kartki żywnościowe.

Zaczęła się więc powolna agonia „Szanghaju”. Pozbawione chińskich składników dania przypominały już tylko jakieś odległe wariacje, bambus zastąpiono kalarepą, sos sojowy sosem Maggi, krewetki imitowano paseczkami krojonych ryb, aż wreszcie zabrakło ryżu. „Szanghaj” sięgnął dna, gdy zamiast ryżu zaczęto podawać kaszę gryczaną i frytki, a zamiast kaczki i cielęciny – coś mięsopodobnego o nazwie „bryzol”.

Gdy pojawiały się pomarańcze, dochodziło do przemocy

Może i udałoby się Gomułce zastąpić cytrynę kiszoną kapustą, gdyby można ją było wyciskać do herbaty. Świąteczne wspomnienie luksusu PRL.

zobacz więcej
Zresztą podobny los spotkał inne narodowe restauracje. W rosyjskiej „Trojce” w Pałacu Kultury i Nauki na przykład kawior można było jeszcze jeść łyżkami, za to prawdziwym luksusem były cytryny do skrapiania go. Te bowiem sprowadzano tylko sporadycznie z Kuby, bo jakoś w Związku Radzieckim nie chciały za Chiny rosnąć.

O tym zaś, do czego naprawdę doprowadziła nieprzyjaźń sowiecko-chińska na gruncie kulinarnym, mogłem przekonać się osobiście w stolicy imperium, Moskwie. W 1982 r. udało mi się tam przypadkiem przenocować w monumentalnym, zastrzeżonym tylko dla dygnitarzy hotelu „Pekin”. Działała w nim „chińska” restauracja, która w porównaniu z warszawskim „Szanghajem” była gigantem. Monumentalne sale udekorowano niczym pałac chińskich cesarzy i jak mi osobiście, z wypiekami na twarzy opowiadała kierowniczka restauracji, jadał tam nawet sam premier Zhou Enlai.

Po takiej rekomendacji zamówiłem z menu moskiewskiego „Pekinu” sztandarowe danie kuchni kantońskiej, czyli wieprzowinę w sosie słodko-kwaśnym „gu lao rou”. Jest to danie dość pracochłonne, wymagające umiejętnego obsmażenia panierowanej wieprzowiny na krucho, a potem potraktowania jej zawiesistym, wieloskładnikowym sosem. Tymczasem omal nie dostałem zawału, gdy na stół wjechał talerz z… pokrojonym w grube plastry zimnym, tłustym, wędzonym „sałem”, skropionym nieco keczupem. Sic!

Ostatni smak

W latach 90., gdy import znów był możliwy, warszawski „Szanghaj” próbowano jeszcze jakoś reanimować. Lokal został sprywatyzowany, do menu wróciło kilka „chińskich” potraw, ale mimo to po dawnej świetności został tylko blady cień. Lokal stał się ulubionym miejscem wszelakich mafiozów i po prostu pijalnią wódki. Do tego na mieście rosła już konkurencja – pierwsze prywatne restauracje wietnamskie i chińskie, orientalne sosy i przyprawy w sklepach, no i paszporty, które wreszcie pozwalały na wojaże do Chin lub przynajmniej chińskich enklaw w zachodnich stolicach.

Ostatecznie „Szanghaj” zamknął swe podwoje w roku bodaj 2010, czy 2011. Neony trafiły do muzeum, a lokal do dziś stoi pusty, wstrząsany raz na jakiś czas sporami lokalnych mieszkańców z władzami o utworzenie w nim jakiegoś społecznie użytecznego przybytku w rodzaju biblioteki, tudzież wynajęcie go za jakiś godziwy, a nie kosmicznie wysoki czynsz. W internecie zachowało się o „Szanghaju” ledwie parę kilkuzdaniowych wzmianek i kilka fotografii fasady. Niestety, jak dotąd nie udało mi się natrafić na jakąkolwiek fotografię jego wnętrza.
Starsi warszawiacy pamiętają jeszcze oczywiście państwowy sklep „Chinka” w Al. Jerozolimskich, który funkcjonował na podobnej zasadzie co „Szanghaj”, czyli miał zapewnione dostawy chińskich wyrobów rzemiosła artystycznego: wazonów z porcelany i laki, haftowanych obrusów, lampionów, figurek z drewna i kamienia mydlanego, jedwabnych parasolek, porcelanowych filiżanek itp. Przed nim również wiły sie niegdyś tasiemcowe kolejki.

Od połowy lat 70. „Szanghaj” miał też, choć skromną, konkurencję w postaci baru „Chińczyk”, który działał w lokalu Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej na ul. Senatorskiej. Uwielbiany zwłaszcza przez studentów, „Chińczyk” serwował ostre, chińskopodobne, ryżowo-mięsne potrawki o wdzięcznej nazwie „hui”, czytaj „huej”. Tam też trwało nieustanne oblężenie.

W roku 1993 natomiast, na ul Hożej otworzył się chiński bar „Hangczou”. Niby malutki lokalik, z króciutkim menu, a jednak o tyle ciekawy, że założyła go córka pana Ou, Ewa, a nazwę nadała mu na cześć stron rodzinnych ojca. Pan Ou zmarł w 1995 r. i został pochowany na Cmentarzu Bródnowskim.

Potem, w roku 2005, pani Ewa założyła z synem restaurację „Dziki Ryż”, która istnieje do dziś. I choć nie rości sobie prawa do bycia następcą „Szanghaju”, ma jednak coś, co jest po nim reliktem ciągle żywym. To coś to wieprzowina z grzybami mun, niegdyś słynne danie „Szanghaju”, później baru „Hangczou”, a teraz jedna z pozycji w menu „Dzikiego Ryżu”. Ostatni smak mojego pierwszego razu.

– Krzysztof Darewicz

Autor przez wiele lat był dziennikarzem, korespondentem „Rzeczpospolitej” w Chinach i USA.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Neony restauracji „Szanghaj” przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1971 rok. Fot. NAC/Archiwum Grażyny Rutowskiej, sygn. 40-W-168-22
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Od cebulek tulipanów po kredyty hipoteczne
Czy po 90 latach od Czarnego Czwartku świat czeka kolejny krach finansowy? Dziś wywołać go mogą kryptowaluty.
Historia Najnowsze wydanie
Jak Kuroń stał się dowódcą armii pacyfikującej społeczny bunt
Słyszałam, że wziął kartkę i rysował strzałki, kierunki natarcia policji, rozlokowanie sił, które miały rozpędzić strajkujących – wspominała Janina Paradowska.
Historia Poprzednie wydanie
Bardziej Polak niż komunista – Gomułka w październiku ‘56
Jedyna w PRL radziecka interwencja zbrojna rozpoczęła się ćwierć wieku przed grudniem 1981 r.
Historia wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Prezydent nie chce ustąpić. Mission impossible generała
Kolejne próby godzenia emigracyjnych polityków przypominały łączenie ognia z wodą.
Historia wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Tydzień solidarnego głodowania
Kiepskie przygotowanie, fatalny moment, słaby rezonans wśród Polaków – oceniano protest, jaki od 3 do 10 października 1979 roku prowadzili działacze opozycji.