Cywilizacja

Londyn szykuje się do brexitu jak do wojny. Gromadzi miliardy funtów oszczędności i zapasy lekarstw

Premier Boris Johnson nie ma zamiaru prowadzić żadnych rozmów z unijnymi partnerami, póki nie zgodzą się oni na ponowne omówienie kwestii granicy wewnątrzirlandzkiej. Jeśli uzgodnień nie będzie, Wielka Brytania z końcem października opuści Unię bez porozumienia z Brukselą.

O Borisie Johnsonie, nowym premierze Wielkiej Brytanii, wiadomo bardzo dużo i zarazem niewiele. Dużo – bo nie od dziś jest postacią doskonale znaną. Dziennikarz najlepszych brytyjskich mediów, korespondent w Brukseli, burmistrz Londynu, minister spraw zagranicznych i jeden z najważniejszych polityków Partii Konserwatywnej – to kolejne, spektakularne etapy jego kariery.

BoJo, jak bywa nazywany, jest przy tym obdarzony wcale nie tak częstym darem przyciągania uwagi, a zarazem umiejętnością nawiązywania kontaktów z ludźmi. Pod tym względem może się równać chyba tylko z Nigelem Faragem, brexitowcem numer jeden. Nie przypadkiem obaj są w czołówce, gdy w sondażach popularności polityków pada pytanie, z kim ankietowany najchętniej wybrałby się na piwo. Choć Johnson zapewnia, że od piwa woli wino.

U polityków pożądane są wyraziste znaki rozpoznawcze. W wypadku Theresy May tę funkcję pełniły duże korale i ekscentryczne pantofle, u Margaret Thatcher – torebka, z którą nigdy się nie rozstawała. Boris Johnson żadnych akcesoriów nie potrzebuje. Wystarczy jego słynna, rozwichrzona jasnoblond grzywa. W ostatnim czasie fryzura została nieco przystrzyżona i wygładzona, podobno za radą obecnej damy serca premiera, Carrie Symonds, która już zamieszkała na Downing Street 10 w charakterze „pierwszej przyjaciółki”, jak to ujmują brytyjskie media. Co samo w sobie jest rzeczą bez precedensu.
Zwycięstwo w referendum w sprawie brexitu w czerwcu 2016 roku Boris Johnson świętował jeszcze ze swoją małżonką Mariną Wheeler (na zdjęciu w środku). Na Downing Street 10 wprowadził się 24 lipca 2019 r. z "piewszą przyjaciółką" Carrie Symonds (w okienku z prawej). Fot. REUTERS/Peter Nicholls/Toby Melville
A niewiadome? Wbrew pozorom - bo wszystko w tej sprawie wydaje się oczywiste - chodzi o brexit. Podczas niedawnej kampanii, gdy partia wybierała swego lidera, Johnson zapewniał, że przygotowania do brexitu ruszą z chwilą, gdy zostanie szefem rządu. Teraz konsekwentnie głosi, że 31 października, gdy upłynie kolejny ostateczny termin, Wielka Brytania na pewno rozstanie się z Unią. Czy rzeczywiście?

Cel absolutny

Właściwie nie całkiem też wiadomo, dlaczego przed trzema laty, w trakcie kampanii przed pamiętnym referendum, Boris Johnson niespodziewanie dołączył do zwolenników brexitu. Wcześniej nie deklarował się jako eurosceptyk i przeciwnik Unii, jego wolta więc odbiła się szerokim echem i zapewne nie pozostała bez wpływu na wynik głosowania.

Johnson szybko bowiem stał się nieformalnym przywódcą obozu brexitowego, który zresztą uznał jego obecność za duży atut. Była z pożytkiem dla sprawy, bo polityka tak znanego i wyrazistego chętnie słuchano. Boris, jak zauważył jeden z deputowanych PK, „wnosi ożywienie i przyciąga uwagę. A ilu ludzi przybiegnie, gdy z autokaru kampanii wysiada George Osborne” (kanclerz skarbu w rządzie Davida Camerona, czołowa postać kampanii na rzecz pozostania w UE – red.) Czy teraz, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z realiami i wypełnić dawne obietnice, Johnson wykaże się równą determinacją? W swym pierwszym wystąpieniu po objęciu stanowiska umieścił brexit na pierwszym miejscu wśród trzech celów, które przedstawił jako priorytetowe (pozostałe to pogodzenie Brytyjczyków, czyli zlikwidowanie podziałów wynikłych na tle brexitu, i pokonanie labourzystów Jeremy’ego Corbyna).

Również z innych wypowiedzi nowego premiera wynika, że doprowadzenie brexitu do szczęśliwego końca jest celem absolutnym i nie ma znaczenia, na jakich dokona się zasadach – z porozumieniem czy bez. Johnson nie zakłada, że dojdzie do wyjścia no-deal, czyli bez umowy, ale poważnie bierze taką ewentualność pod uwagę. „Wielka Brytania wyjdzie z Unii żeby nie wiem co” – oświadczył premierowi Irlandii Leo Varadkarowi w rozmowie telefonicznej

To podejście odmienne od tego, jakie prezentowała Theresa May, która konsekwentnie dążyła do kompromisu. Porozumienie - po wielkich trudach i wielu miesiącach rozmów i negocjacji - zostało zawarte, ale trudno nie dostrzec, że warunki dyktowała Bruksela, niewzruszona i nieustępliwa nawet w obliczu problemów, jakie w Izbie Gmin napotkała ratyfikacja porozumienia.

BBC już nie ukrywa, kogo lubi, a kogo nie znosi. Polityczna poprawność kosztem politycznej neutralności

Skoro kogoś trzeba wziąć na cel, to najlepiej Polaków. Bo są biali i do tego są chrześcijanami. Brytyjski nadawca nie odważy się przecież krytykować kolorowych czy wyznawców islamu.

zobacz więcej
Pani May nie była nieudanym premierem. Przyszło jej działać w arcytrudnych warunkach, na kompletnie nieznanym polu, w sytuacji, gdy Wielka Brytania praktycznie „rozpoznawała bojem”, jak może wyglądać opuszczanie Unii. Jej swobodę manewru znakomicie ograniczały względy wewnętrzne.

Chodzi nie tylko i nawet nie przede wszystkim o zawinione przez nią samą osłabienie pozycji konserwatystów w wyborach z czerwca 2017 roku (ich ogłoszenie było poważnym błędem), ale o konieczność lawirowania między partyjnymi frakcjami. Racje skrajnych odłamów – zwolenników pozostania w Unii i zwolenników opuszczenia jej za wszelką cenę, nawet no-deal - były przecież nie do pogodzenia.

Wszystkie te zawirowania i porażki w jakiejś mierze utorowały drogę linii przyjętej teraz przez Borisa Johnsona, który wie już, że ze strony Unii nie może liczyć na względy i spolegliwość. Być może nowa Komisja Europejska, wziąwszy wszystkie te doświadczenia pod uwagę, przyjęłaby inny kurs. Problem w tym, że może nie mieć już na to szans. Urzędowanie rozpocznie bowiem 1 listopada – dzień po dniu, w którym Wielka Brytania ma pożegnać się z Unią.

Brytyjczycy nie blefują

Trudno powiedzieć, czy i do jakiego stopnia determinacja premiera okaże się trwała. Na razie jednak – a pamiętajmy, że nowy rząd istnieje niewiele ponad dwa tygodnie – w ślad za słowami idą działania. W dodatku wymowne.

Po pierwsze więc, skład nowego rządu. Boris Johnson dokonał w nim radykalnych, wręcz drastycznych zmian, wymieniając większość ministrów; niektórzy członkowie poprzedniego gabinetu, w tym także zwolennicy brexitu, ale przeprowadzonego w oparciu o porozumienie, odeszli sami. Michael Gove, Jacob Rees-Mogg, David Cummings, by wymienić tylko parę nazwisk, to zdeklarowani zwolennicy jak najszybszego rozstania z Unią.

Po drugie, zmiany organizacyjne. Praktycznym przygotowaniem brexitu i koordynowaniem działań na różnych polach zajmie się specjalna rządowa podkomisja, kierowana przez Michaela Gove’a, obecnie szefa urzędu premiera. Gove, w ostatnich latach minister sprawiedliwości i ochrony środowiska, przed referendum był obok Johnsona czołową postacią kampanii Vote Leave. Teraz ma okazję się wykazać. Podobno z wielką energią przystąpił do pracy. „Przez trzy dni zrobiono więcej niż przez ostatnie trzy miesiące”, zauważył jeden z członków partii.
Boris Johnson od razu przypadł do gustu Donaldowi Trumpowi. Na zdjęciu prezydent USA poklepuje szefa brytyjskiej dyplomacji pod czas posiedzenia ONZ we wrześniu 2017 roku w Nowym Jorku. Fot. REUTERS/Kevin Lamarque
Po trzecie, pieniądze. Sajid Javid, nowy kanclerz skarbu, ma rozdzielić specjalne fundusze na zabezpieczenie kraju przed skutkami wyjścia no-deal. To środki w łącznej wysokości 2,1 mld funtów, przeznaczone między innymi dla służby granicznej, portów, przygotowanie zapasów lekarstw (to najwięcej - aż 434 mln funtów), a także na pokrycie potrzeb regionów, gdyby była taka potrzeba.

Po czwarte, rząd ma w planie przeprowadzenie w kraju i w Europie kampanii informacyjnej, która pokaże, o co chodzi Wielkiej Brytanii. Kampania ma rozpocząć się już w drugiej połowie sierpnia. Pomysł zakłada m.in. zamieszczanie ogłoszeń w liczących się mediach europejskich, ale także w internecie.

Chodzi o to, by, jak powiedziała rzeczniczka Downing Street, wiedziano, że kwestię brexitu Londyn traktuje poważnie. To przekaz skierowany wprost do innych stolic Europy: Wielka Brytania nie blefuje, gdy mówi, że z końcem października opuści Unię.

Wreszcie, po piąte, deklaracje samego premiera, który odrzuca przede wszystkim tę część porozumienia, która dotyczy granicy między Irlandią i Irlandią Północną – jedynej granicy lądowej Wielkiej Brytanii z Unią. Tzw. backstop, czyli zabezpieczenie, na które składa się m.in. utrzymanie unijnych regulacji w Irlandii Północnej, ma sprawić, że granica wewnątrzirlandzka pozostanie granicą miękką, otwartą.

Johnson, domagając się ponownych rozmów na ten temat, podkreśla, że backstop jest dla Brytyjczyków nie do przyjęcia (co skądinąd podnoszono już wtedy, gdy rozmowy na ten temat prowadził rząd Theresy May). Sam premier nie ma zamiaru prowadzić żadnych rozmów z unijnymi partnerami, póki nie zgodzą się oni na ponowne omówienie tej kwestii.

Tak zwane gafy

Boris Johnson nie jest człowiekiem bez doświadczenia. Sprawdził się na przykład w roli burmistrza Londynu. Stolicą Wielkiej Brytanii kierował przez dwie kadencje, w czasie, gdy w Londynie odbyła się olimpiada, i – tak przynajmniej twierdzi – zaskarbił sobie sympatię nawet tych, którzy początkowo go odrzucali.

Zadanie, z którym przyjdzie mu się teraz zmierzyć, przekracza jednak skalą trudności wszystko, z czym miał do czynienia dotychczas. Nawet jeśli nikt nie odmawia Johnsonowi talentów i ambicji, nie wiadomo, czy zdoła on sprostać takiemu wyzwaniu.

Na razie rzeczniczka Komisji Europejskiej kategorycznie wykluczyła możliwość renegocjowania porozumienia, również w części dotyczącej backstopu, ale kto wie, co się może zmienić, gdy nowy premier rzeczywiście okaże się tak twardy i zdeterminowany, jak deklaruje.

Od lewicy przejęli wiarę w parytety, przywileje dla gejów i cenzurę myśli. Konserwatyzm sparaliżowany

„Czy ktoś może jeszcze sądzić, że partia torysów jest partią konserwatywną?” – pytał na łamach „Mail on Sunday” brytyjski publicysta.

zobacz więcej
I cierpliwy – bo akurat cierpliwość, jak się zdaje, należy do zalet Borisa Johnsona. Jego wolta przed referendum wzbudziła podejrzenia, raczej nie bezpodstawne, że dyktowała ją chęć zastąpienia Davida Camerona, gdy przegra on referendum.

Rachuby Johnsona zdawały się wówczas klarowne. Któż, jak nie on, gwiazda obozu Leave, mógłby zająć miejsce pokonanego premiera? Ostatecznie jednak Johnson nie zdecydował się na wystawienie swej kandydatury i premierem została Theresa May. Dlaczego tak postąpił? Być może uznał, że lepiej, by pierwsze uderzenie w wojnie o brexit przyjął na siebie kto inny. Ale to tylko przypuszczenia.

Boris Johnson jest przy tym bez wątpienia postacią nietuzinkową, zwłaszcza na tle rzeszy bezbarwnych polityków klepiących wciąż te same ogólnikowe frazesy. To bezsprzecznie jego wielka zaleta. Ale w związku z tym ma on nie tylko poważnych przeciwników, którzy równie poważnie odrzucają to, co robił i co chce robić, ale także pokaźną gromadkę tych, którzy wytykają mu jego tzw. gafy.

„Ma farbowane blond włosy, odęte usta i niebieskie oczy o stalowym spojrzeniu, jak sadystyczna pielęgniarka w szpitalu psychiatrycznym” (czytelne nawiązanie do „Lotu nad kukułczym gniazdem”) – tak w swej stałej rubryce w dzienniku „Daily Telegraph” opisał kiedyś Hillary Clinton. I czy tak całkiem nie miał racji?

Krytycyzm Baracka Obamy wobec Wielkiej Brytanii tłumaczył, tym razem na łamach „The Sun”, jego pochodzeniem – jako pół-Kenijczyk odczuwa on bowiem wrodzoną niechęć do imperium brytyjskiego. Przykłady można by mnożyć.

Rzecz w tym, że gafą jest dziś wszystko, co pachnie niepoprawnością, każda wypowiedź niewygładzona, bez ogródek, żartobliwa czy ironiczna.

Zresztą inni nie pozostają mu dłużni, bo wielu Borisa nie lubi. Lista zarzutów jest wręcz kanoniczna, jak skopiowana z tej, która opisuje Donalda Trumpa: to rasista, homofob, mizogin, antyfeminista, człowiek nieuczciwy, kłamca itp. Do tego arsenału dziennikarka Rosa Prince dorzuciła ostatnio nowe określenie, nazywając Johnsona klaunem. Ale, dodała w artykule zamieszczonym przez portal „Politico”, to premier, na jakiego Wielka Brytania sama sobie zasłużyła – bo przestała być poważnym krajem ludzi myślących.

– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Boris Johnson zabiegając o funkcję szefa Partii Konserwatywnej i premiera uczestniczył w policyjnych ćwiczeniach 3 lipca 2019 w Reading. Fot. Dylan Martinez - WPA Pool/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Prowokator w habicie
Terlikowski: Jako duszpasterz jest świetny. Empatyczny, czasem choleryczny i wcale nie tak postępowy, jak może się wydawać. Niestety, gdy staje przed kamerami, wstępuje w niego polityk. I zaczyna się jazda bez trzymanki.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Milcząca większość dostała głos
Fox News czuje presję konkurencji. Nie CNN jednak, lecz MSNBC, która stała się medium tożsamościowym Amerykanów o lewicowych poglądach.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Rzeczpospolita harcerska
Dzieci często pierwszy raz w życiu dostają tu do ręki kuchenny nóż i kroją pomidora. A dają im też piłę i młotek, by zbudowali obóz.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Buty, wojenna flaga, psy i świnie. Co obraża muzułmanów?
Trudno oprzeć się wrażeniu, że choć pozornie postępowcy wspierają duchowo wyznawców islamu, jest to tylko pretekst do walki z tradycjami i chrześcijańskim charakterem Europy.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Kobieta-pająk z Lublina
Sprinterka wspinaczki 17 sierpnia w japońskim mieście Hachioji obroniła tytuł mistrzyni świata.