Felietony

„To ja decyduję, kto jest faszystą”

Gąsienica nie jest brzydka, ona po prostu źle wygląda w misce z sałatą – głosi fraza na tyle obiegowa, że trafiła nawet do filmów Woody Allena. I na tyle zgrabna, że aż chce się ją sparafrazować, deklarując: antyfaszyzm sam w sobie nie jest zły, po prostu fatalnie brzmi na tle polskiego doświadczenia z propagandą XX wieku.

Złamały życie milionów ludzi. Stały po stronie zła. Zmagały się ze sobą. Nie warto przymykać oka na jeden totalitaryzm

W debacie publicznej powinno się sprawiedliwie, mniej więcej po równo, rozdzielać argumenty krytyczne względem komunizmu i nazizmu – mówi prof. Bogdan Szlachta.

zobacz więcej
Co było na początku – każdy pamięta. A jeśli nie pamięta, powinien sięgnąć po pierwszy z brzegu podręcznik. Gwałt i bierność, rekrutujący się z frontowych oddziałów szturmowych „arditi”, wyłamujący witrynę socjalistycznego dziennika „Avanti!” i demolujący jego mediolańską redakcję. Morderstwa na organizatorach strajków chłopskich w dolinie Padu, popełniane z brutalnością i sprawnością niczym z filmów gangsterskich: siedmiu na jednego, kilka par butów lądujących na żebrach kulącego się człowieka, strzał z przyłożenia w potylicę, koła odjeżdżającego pospiesznie samochodu buksujące w tłustym błocie. A trochę później – ciało posła Giacomo Mateottiego zmasakrowane pilnikiem i samoloty zrzucające pojemniki z gazem na wioski w Etiopii.

Znam głosy pięknoduchów, podnoszących urodę (niewątpliwą!) włoskiej architektury i sztuki lat 30., tak różnej od gipsowego patosu Berlina i Moskwy, i wyliczenia ekspertów wskazujących, że faszyzm włoski nie dorobił się własnych „ustaw norymberskich”, Einsatzgruppen, ani obozów zagłady. Znam, ba, gotów im jestem przytaknąć, co nie zmienia mojej opinii ani na jotę: rewolucja Benito Mussoliniego otwiera drogę totalizmom europejskim XX wieku, jest pierwszym skutecznym zakwestionowaniem norm parlamentaryzmu w powojennej Europie i dokonała się w drodze przemocy, stając się wzorem dla młodego aktywisty Niemieckiej Partii Pracy (Deutsche Arbeiterpartei – DAP), przemianowanej w rok po sukcesie włoskim na NSDAP (Narodowosocjalistyczną Niemiecką Partię Robotników). Faszyzm włoski był złem.

Więcej niż 11 „-izmów” i trzy „anty-”

Młody aktywista DAP Adolf Hitler nie był jedyny. Fascynacja witalistyczną krytyką „starego porządku”, akcją bezpośrednią, naśladowaniem form militarnych w organizacji społeczeństwa i perspektywą stworzenia sprawnego, wszechwładnego, totalnego państwa jest w pierwszej powojennej dekadzie tak rozpowszechniona w Europie, że bodaj jedynym krajem wolnym od formacji młodych mężczyzn w wysokich butach był Luksemburg: nawet pod Alpami zawiązał się Szwajcarski Front Narodowy.
Wizyta Benito Mussoliniego w Monachium w 1938 r. Duce towarzyszy Adolf Hitler. Fot. Hugo Jaeger / Timepix / The LIFE Picture Collection via Getty Images
Perspektywy stwarzane przez faszyzm przemawiały z jednakową siłą do nieopierzonych intelektualistów (Hans Vonwyl, twórca SzFN, był wybitnym studentem uczelni w Zurychu), zawiedzionych wojskowych i bezrobotnych. Generalnie: do wszystkich skłonnych w myśleniu do radykalizmu – i transfery między entuzjastami socjalizmu w wydaniu leninowskim a korporatywizmu w wariancie włoskim zdarzały się w międzywojennej Europie częściej, niż we współczesnych ligach piłkarskich. Co kraj, to faszyzm: w Polsce, Danii czy Finlandii pozostawali oni na marginesie, w Belgii, Estonii czy na Węgrzech aspirowali do władzy, w Austrii czy Rumunii przejściowo ją zdobywali.

Już w tym momencie trudno było o definicję, a co dopiero, kiedy formułę faszystowską zaczęli naśladować ambitni politycy Azji i Ameryki Łacińskiej? Politolodzy żonglują dziesiątkami definicji faszyzmu, ale nawet w najprostszej, skrojonej na potrzeby mniej zdolnych uczniów, jaka widnieje w polskiej Wikipedii, znalazło się – co czyni ją zupełnie niestrawną – aż 11 „-izmów” (a mówią, że faszyzm to ruch prostaków!) i trzy „anty-”. Proszę, oto one: „nacjonalizm, etatyzm, militaryzm, imperializm, totalitaryzm, antykapitalizm, antykomunizm, korporacjonizm, populizm, kolektywizm oraz antyliberalizm”.

Kmicic, który chciał zostać Führerem

Starał się nawiązać porozumienie z Abwehrą. Powołał tajny oddział, który miał obalić władze i powołać proniemiecki rząd

zobacz więcej
Bez trudu dorzucę do tej listy kilka kolejnych określeń – ot, na przykład, neodarwinizm, witalizm, natywizm, szowinizm i puryzm moralny – co jednak w niczym nie uprości nam noty encyklopedycznej, jedynie ją zamąci. W istocie, faszyzmy europejskie już w 10 lat od swojego powstania okazują się być raczej wiązką postaw, emocji i technik politycznych niż spójnym ruchem, na co zwracają uwagę najwybitniejsi ich badacze, od Rienzo di Felice po zmarłego pod koniec lipca tego roku prof. Jerzego W. Borejszy.

A co dopiero, kiedy pojawią się „przypadki graniczne” w rodzaju portugalskiego reżimu António de Oliveira Salazara, w którym korporacjonizm i etatyzm współistnieją z katolicyzmem i parlamentaryzmem? Co, kiedy poszczególne „faszyzmy” zaczną rywalizować o granice (Węgry i Rumunia, trzymane kolejnymi arbitrażami na smyczy przez Hitlera), walczyć zbrojnie (Grecja Joanisa Metaksasa zaatakowana przez Włochy Mussoliniego) i zasadniczo różnić się podejściem do religii, gospodarki, propagandy, ba, antysemityzmu (jego brak szczególnie uderzał w szeregach Bejtaru, stworzonego przez Ze’ewa Żabotyńskiego, antysemityzm nieobecny jest jednak lub praktycznie szczątkowy również w faszyzmach amerykańskich i większości romańskich)!

O definicję znacznie trudniej niż o idiom estetyczny. W potocznym przekonaniu, rozmnożonym przez tysiące komiksów, filmów i memów, faszyzm kojarzy się jednoznacznie z osobą wrzeszczącego wodza, rzemieniami koalicyjki, grupą młodych mężczyzn w koszulach w jednolitym kolorze, możliwie maskującym, choć niekoniecznie (bejtarowcy nosili się w kolorze piaskowym, entuzjaści łotewskiego Pērkonkrustsu – na szaro, ale już irlandzcy entuzjaści gen. Eoin O’Duffyego – na błękitno) oraz szczególnym upodobaniem do dobrze leżącego w dłoni kastetu.


To idiom mocny, odrażający i niemożliwy chyba do obalenia. Tyle że zarazem doskonale obrotowy. Policzmy: niewysoki mówca ściśnięty niczym baleron paskami koalicyjki, ochrypły głos, wysokie buty i kwadratowy wąsik, niekończące się szeregi młodzieży w koszulach koloru zwiędłej naci ziemniaczanej, a w tle (w końcu nie może się obyć bez „-izmów”!) – kolektywizm, etatyzm, militaryzm, totalizm i terror. Zaraz, zaraz – czy to nie zdjęcie z komisarzem Nikołajem Jeżowem, przemawiającym do członków Komsomołu w sierpniu 1937 roku?

Dychotomia bliźniaków

Oczywiście, podobieństwo faszyzmów i komunizmów rzuca się w oczy na poziomie głębszym niż estetyka czy praktyka polityczna: obie formacje zrodziły się w rezultacie tego samego wstrząsu, w ich zaczątkowej fazie, na etapie wzajemnej fascynacji i rywalizacji Benito Mussoliniego i Włodzimierza Lenina, można postrzegać je jako bliźnięta. Byli tacy, którzy dostrzegali je już w latach 30. Zanim jednak ta wiedza stała się udziałem historyków i politologów, zanim o paralelizmach można było przeczytać we wspomnieniach więźniów łagrów i lagrów (takich choćby, jak do dziś nieprzełożona na polski, podręcznikowa niemal relacja Margarete Buber-Neumann „Als Gefangene bei Stalin und Hitler”, spisana przez nią za radą Artura Koestlera w 1948 roku), trzeba było podjąć stanowcze kroki.
Wrzesień 1939 r. Niemieccy i sowieccy dowódcy wojskowi spotkali się w Brześciu Litewskim, po tym, jak zawarli pakt Ribbentropp-Mołotow i z dwóch stron zaatakowali Polskę. Fot. London Express / Getty Images
Podjęła je propaganda komunistyczna w związku z gigantycznym zwrotem, jakiego dokona Józef Stalin w polityce międzynarodowej po dojściu Hitlera do władzy. Zwrotem równie niespodziewanym i radykalnym, co ten z końca sierpnia 1939 roku, choć może mniej spektakularnym. To jesienią 1933 roku zawiązany zostanie, za sprawą geniusza propagandowego Kominternu Willi Münzenberga, pierwszy „Międzynarodowy Komitet Pomocy Ofiarom Faszyzmu” i podjęta zostanie pierwsza próba narzucenia światu dychotomii „faszyzm – antyfaszyzm”.

Dychotomii zawierającej jedno ukryte, ale kluczowe założenie: definicja obu jej członów jest ściśle operacyjna i pragmatyczna. „Faszystami” są ci, którzy na danym etapie procesu dziejowego nie realizują interesów Związku Sowieckiego, „antyfaszystami” – ci, którzy mu sprzyjają.

Płynność tej definicji jest równie zdumiewająca jak twist, który dokona się na oczach świata – ale też żadna można operacja propagandowa nie miała dla ZSRS większego znaczenia. Wczorajsi „socjalfaszyści”, jak określano europejskie partie socjalistyczne, od PPS po francuską SFIO, stają się pożądanymi koalicjantami w nowo tworzonych Frontach Ludowych. Sztanca „faszyzm-antyfaszyzm” służy odtąd do porządkowania wszelkich możliwych konfliktów ideowych, od zmagań w Hiszpanii po strajki albańskich tkaczy.

Mordowano polskich ziemian, urzędników i księży. Tysiące ofiar komunistycznych rebelii

„Pchnięcie Polski nożem w plecy” – tak zachodnie media nazwały we wrześniu 1939 roku napaść ZSRR na wschodnie tereny II RP. Na Kresach przedstawiciele wszystkich mniejszości etnicznych wykazali czynnie, że nic ich nie łączy z państwem polskim.

zobacz więcej
Wtedy też powstanie archetyp „antyfaszysty”, równie autentyczny jak Victor Laszlo, legendarny bojowiec czeskiego (!) ruchu oporu, niezapomniany rywal Humphreya Bogarta z „Casablanki”. Antyfaszysta jest szlachetny, niezłomny, osobiście gołębiego usposobienia, a nawet trochę pacyfista (choć nie stroni od działań zbrojnych, gdy wymaga tego sytuacja), serdeczny, oddany sprawie braterstwa ludów. Jest przyjacielem wszystkich wrogów faszyzmu – szczególnie jego największego wroga, dzielnego generalissimusa.

Nie zdajemy sobie sprawy z potęgi tego idiomu. Wyrośliśmy w jego cieniu. A przecież wystarczy sięgnąć po jakikolwiek egzemplarz kominternowskiej prasy, wspomnienia działaczy Stronnictwa Demokratycznego lub powieściową panoramę przedwojennej Europy, jaką są „Podżegacze” Nikołaja Szpanowa w trzech tomach (wyd. polskie Książka i Wiedza, 1951), by przekonać się, że od Ebro po Berezynę istnieją tylko dwa szczepy ludzi: faszyści i antyfaszyści. My zaś lubimy tych drugich.

Mantra „antyfaszystowska” przycichła na chwilę, ze zrozumiałych względów operacyjnych: od września 1939 do czerwca 1941 roku. Potem nabrała nowego rozpędu. Najpojemniejsza z możliwych formuła pozwalała uznać za antyfaszystów i towarzyszy broni maquis z La Résistance, powstańców z getta i króla Jerzego VI – oraz striełków z oddziałów zaporowych NKWD. Za faszystów zaś – dywizje Wehrmachtu i esesmanów w czarnych płaszczach oraz serbskich rojalistów, kancelistów z Armii Krajowej i wysiedlanych z Krymu latem 1944 roku Tatarów.

„Faszyści”: Piłsudski, endecy, księża, AK…

Ten idiom był jednym z najbardziej skutecznych narzędzi propagandowych i ideologicznych komunistów, którzy po wojnie zdobyli władzę w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce. Już jeden z pierwszych aktów prawnych wydanych na ziemiach polskich po wejściu tam Armii Czerwonej, słynna „sierpniówka” z 31.08.1944, zatytułowany był: „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy”. To połączenie w jednej frazie faszyzmu i hitleryzmu pozwoliło stosować te same procedury, orzeczenia i kary wobec wziętych do niewoli niemieckich oficerów i członków aparatu władzy oraz władz Polskiego Państwa Podziemnego. To na mocy „sierpniówkowej mentalności” (choć formalnie z innych paragrafów) Kazimierz Moczarski trafił do jednej celi z Jürgenem Stroopem.

Najmocniejszym „antyfaszystowskim” aktem prawnym był przyjęty przez Krajową Radę Narodową 22 stycznia 1946 roku „Dekret o odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego”, który stał się narzędziem eliminacji z życia publicznego nie tylko resztek sanacyjnych elit, lecz również tysięcy przedwojennych nauczycieli, urzędników i innych pracowników administracji. Podobne, surowsze w treści akty prawne przyjęto we wszystkich krajach ówczesnego obozu socjalistycznego.
Sowieckie plakaty propagandowe z września 1939 i z 1941 r. Od lewej: 1. Armia Czerwona wyzwala chłopów z pańskiego polskiego jarzma; 2. „Największy wróg kobiet. Wszyscy walczą z faszyzmem!” (plakat Niny Vatolina); 3. „Zabij faszystowskiego gada”. Fot. Wikimedia domena publiczna, dodane przez www.fronta.cz/sekce/propaganda-plakaty-letaky-druha-svetova-valka; Universal History Archive / Universal Images Group/Getty Images
Na poziomie semantyki bliźniacze formuły „faszyzmu” i „antyfaszyzmu” stosowano znacznie swobodniej. Zinstytucjonalizowane narzędzie pamięci o niedawnej wojnie, mające narzucić rozumienie przeszłości, czyli Związek Bojowników o Wolność i Demokrację utworzyły, obok kilku efemeryd w rodzaju Związku Powstańców Śląskich, dwie potężne organizacje: „Związek Bojowników z Faszyzmem i Najazdem Hitlerowskim o Niepodległość i Demokrację” oraz „Związek Żydów byłych Uczestników Walki Zbrojnej z Faszyzmem”. Klauzula o „faszyzmie” była niezbędna: pozwalała wykluczyć z definicji bohatera wojennego „elementy reakcyjne”, włączyć zaś – dąbrowszczaków i członków UB.

W retoryce państwowej – czyli jedynej obecnej w strefie publicznej w Polsce w latach stalinizmu – faszystami są Piłsudski, legioniści, Rydz-Śmigły, lecz także (kłania się Nikołaj Szpanow z „Podżegaczami”!) jego zacięci przeciwnicy z szeregów endecji (w tym – faszyzujące formacje młodych narodowców w rodzaju ONR), księża, byli ziemianie, esperantyści oraz – oczywiście – członkowie AK. Tylko termin „reakcjoniści” jest bardziej pojemny. Ale w „reakcjonizmie” słychać cień sporu ideologicznego, więc trochę jednak abstrakcyjnego, podczas gdy „faszyzm” w zdziesiątkowanej przez wojnę Polsce jest namacalny, konkretny, rozpalający do białości: po dokonaniu lekkiego przesunięcia i rozszerzenia semantycznego, faszysta ma twarz żołdaka z Wermachtu, dokonującego ulicznej egzekucji.

Komunizm jednak wiecznie żywy

Teraz bój nie toczy się o równość żołądków, lecz o równość różnych stylów życia – żeby żaden z nich nie był negatywnie wartościowany.

zobacz więcej
To skojarzenie można rozgrywać zarówno na froncie wewnętrznym, jak i międzynarodowym: miejscowi sojusznicy faszystów są zdruzgotani, na zewnątrz jednak naszej oblężonej twierdzy rosną w siłę. Na setkach plakatów i karykatur Konrad Adenauer, podtrzymywany przez Winstona Churchilla i Harry’ego Trumana, wdziewa hitlerowski hełm i opaskę ze swastyką. Rysy i posturę faszysty ma G.I. Joe w Korei, krwawy kat Josip Broz Tito swoim zadem, lampasami i siodlastą czapką zdumiewająco upodabnia się do marszałka Hermanna Goeringa.

Nienarodzone dziecko ma kolor brunatny

Po roku 1956 ta dyscyplina semantyczna zostaje rozluźniona, lecz nie zanegowana: wolno już wychodzić na spotkanie ludziom z AK, „faszyzm” pozostaje jednak określeniem płynnym i stygmatyzującym. Na szczęśliwszym Zachodzie, gdzie o utrzymanie dyscypliny trudniej, funkcjonuje tymczasem w najlepsze przedwojenne, umocnione przez czas wojny, skojarzenie z kwadratową żuchwą, brutalnością, trzcinką bębniącą o bryczesy. Dokonuje się jednak znamienna podmiana w formule „faszyzm jest zły” i na oczach pokolenia rewolucjonistów 1968 roku zło – każde zło! – staje się „faszyzmem”.

Dla Jane Fonda faszystami są żołnierze amerykańscy walczący w Wietnamie, dla Timothy Leary’ego – członkowie Gwardii Narodowej pacyfikujący uczelniany campus. Kulminację posiłkowania się „faszyzmem” jako obiegowym stygmatem świetnie zaś oddaje zapomniana trochę powieść francuskiego prozaika Roberta Merle „Derrière la vitre” („Za szybą”), opisująca Marzec’68 we Francji. W pysznej scenie dwaj członkowie konkurujących ze sobą na campusie w Nanterre ultralewicowych bojówek – maoistowskiej oraz trockistowskiej – obrzucają się na odchodnym obelgami najcięższego kalibru:
– Faszysta!
– Sam jesteś faszystą!
Działacz KPN-OP Adam Słomka 17 września 20011 r. został zatrzymany przez policję za „zniszczenie” pomnika żołnierzy radzieckich, stojącego w centrum Katowic. Jak widać, zrównał na nim symbole faszystowskie i komunistyczne i przykleił żądanie usunięcia monumentu, który postawiono w miejscu pomnika powstańców śląskich. Fot. PAP/Andrzej Grygiel
W Polsce po roku 1989 (jak w całym wolnym świecie) doszło do szczególnego zrostu tych dwóch perspektyw. Skojarzenie łączące „faszyzm” z prymitywizmem, brutalnością i przemocą ma się świetnie (do czego niemało przyczyniają się osiłki z ONR ze swymi łysymi pałami, glanami i skórzanymi kurtkami, z lubością pozujące do zdjęć w miejscach publicznych). Pamięć instrumentalizacji terminu zatarła się w potocznym obiegu, choć zachowała się wśród historyków – ale i dziedziców formacji, dla której dychotomia „faszyzm – antyfaszyzm” porządkowała rozumienie rzeczywistości.

Zrost tych perspektyw już od ładnych kilku lat daje o sobie znać w życiu publicznym: jedną z najgłośniejszych akcji Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego był udział wiosną 2018 roku w pikiecie pod warszawską Kurią Arcybiskupią, traktowanej jako wyraz poparcia dla legalizacji aborcji. Teza, że nienarodzone dziecko ma kolor brunatny, jest prawdziwym novum w embriologii – w praktyce jednak oznacza, że formuła „zło jest faszyzmem” nadal ma się dobrze.

W Polsce i na świecie można jej użyć jako narzędzia stygmatyzacji totalisty Kim Dzong Una (czyni to Madeleine Albright w niedawno wydanej również w Polsce książce) i polityka Viktora Orbana (taż Albright), uczestnika pielgrzymki i rygorystycznego sąsiada, domagającego się sprzątania po swoim psie, wymagającej nauczycielki i charyzmatycznego trockisty. A przede wszystkim – każdego nielubianego polityka, którego tak łatwo na poziomie już nie karykatury (którą można wszak zaskarżyć w sądzie), lecz podświadomego skojarzenia ubrać w koalicyjkę, koszulę khaki i wysokie buty.

„To ja decyduję, kto jest faszystą” – mówi każdy współczesny demagog, sięgając już nie po pistolet, lecz pióro.

Mając to na względzie, patrzę z niesmakiem na hasło „faszyzm nie przejdzie”, uznając je za owoc ignorancji i narzędzie manipulacji. Jego użycie jest wyjątkowo okrutną drwiną z pamięci ofiar formacji tak odrażającej, jak prawdziwy faszyzm.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Co z tym faszyzmem?
Zdjęcie główne: Manifestacja „przeciw nacjonalizmowi, faszyzmowi, rasizmowi i ksenofobii”, zorganizowana w opozycji do Marszu Niepodległości w listopadzie 2015 r. m.in. przez Antyfaszystowską Warszawę, 161 Crew, Centrum Wielokulturowe w Warszawie, Fundację Inna Przestrzeń i polski oddział Amnesty International. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Olga Tokarczuk zakładniczką polityki? Gratulacje od...
Autorka „Biegunów” wpisuje się w kanoniczny nurt kultury polskiej, którego źródła sięgają romantyzmu. Bliższe jej są „czucie i wiara” niż „mędrca szkiełko i oko”.
Felietony Najnowsze wydanie
Boks
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Zwycięzcy
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Zaśpiewała z Wojciechem Waglewskim, studiuje psychoseksuologię
Łukasz Orbitowski: Życie to pasmo cierpień, przy których nieudany koncert ma rangę pieszczoty
Felietony Poprzednie wydanie
Historia, wedle żydowskiej narracji, jest jak western. Są dobrzy...
Norman Davies został zakrzyczany, kiedy zaoponował przeciw tezie o tym, że Polacy biernie patrzyli na Holokaust. Czy lobby żydowskie zablokowało jego karierę naukową w USA?