Felietony

Albo dzieci, albo ekologia. Jeden nastolatek mniej to ulga dla Ziemi

Czego boją się Blythe, Myley i księżna Megan prócz rozstępów i mdłości? Boją się rzeczywistości, która nadejść ma w okolicach roku 2050: rzeczywistości apokalipsy klimatycznej, na którą złożyć się ma skokowy zwrot temperatur, topnienie lodowców, pustynnienie Ziemi, gigantyczne klęski głodu i ruchy migracyjne.

Zawołanie „Popierajmy Partię czynem, umierajmy przed terminem”, choć anonimowe, należało do pereł czarnego humoru w PRL. Rym częstochowski plus absurd jak z, chętnie wówczas wystawianego, Ionesco – ale absurd, którym epatowano, służył, by zwrócić uwagę na niewydolność i nieracjonalność systemu.

System, jak wiadomo, funkcjonował tak, że u schyłku PRL średnia wieku mężczyzny w Polsce była o blisko dziesięć lat niższa niż u mieszkańców Zachodu, ale nawet najbardziej żarliwi antykomuniści wiedzieli, że to skutek zapaści służby zdrowia, alkoholizmu i zanieczyszczenia wody, a nie ludobójczych ambicji towarzysza Manfreda Gorywody z KC PZPR.

Wszystko dla planety

Kto się wtedy spodziewał, że za pół wieku apele o umieranie przed terminem zaczną głosić całkiem na serio gwiazdy muzyki pop? Bo sprawa jest już głośna, choć na razie ogranicza się do decyzji o tym, by nie mieć dzieci.

Oczywiście, można powiedzieć, że w kręgu celebrytów to nic nowego: praktyka i górnolotne deklaracje od dziesięcioleci idą tu ramię w ramię – w końcu kto to widział, by pozwolić sobie na przerwy w trasie koncertowej czy na rozstępy?


Tym razem jednak sprawa jest poważniejsza: wybór dokonywany jest nie dla doraźnej wygody życia, lecz w imię przyszłości planety. I tym samym nabiera wagi, nawet, jeśli deklarują go artystki tego formatu co wokalistka Blythe Pepino, która ostatnio gościła na łamach prasy brytyjskiej trzy i pół roku temu, deklarując swój poliamoryzm, co wówczas stanowiło jeszcze pewną nowość.

Nabiera wagi, oznacza bowiem świadome odrzucenie tego, co zazwyczaj wydawało się ludzkości – biblijnym patriarchom i bohaterom powieści S-F kolonizującym Marsa, książętom i pariasom – błogosławieństwem: potomstwa. Dziecko postrzegane jest przez rodziców i bliskich na wiele sposobów, zwykle jednak traktowane jest również jako wyzwanie rzucone śmiertelności, jako obietnica przeniesienia cząstki rodzica przez próg śmierci.
Nie będę mieć dzieci, bo Ziemia tego nie zniesie – zadeklarowała Miley Cyrus. Na zdjęciu w czasie festiwalu Glastonbury w Somerset. Fot. Reuters/Henry Nicholls
I oto okazuje się, że to pragnienie można odrzuć, mówiąc w miejsce tego: „chcę, żeby mnie nie było”. Takie słowa zawsze mają w sobie powagę, nawet jeśli wypowiada je panna Pepino czy inna artystka podobnego formatu – Miley Cyrus, nad której deklaracją („Nie będę mieć dzieci, bo Ziemia tego nie zniesie”) pochyliły się przed kilkoma tygodniami „Wysokie Obcasy”, feministyczny dodatek „Gazety Wyborczej”, z zachwytem dając je na okładkę.

Wolny od dzieci

Zresztą, zdarzają się i uświadomieni mężczyźni: w połowie lipca furorę zrobił szwedzki dziennikarz Gurgin Bakircioglu, który po prostym zabiegu stał się, jak deklaruje, „wolny od dzieci politycznie". „Dzieci są słodkie, ale nieekologiczne” – podsumował swój wybór. Co za słodziak!

Niebawem Płock będzie leżał nad morzem. Zmiany klimatyczne przyspieszyły

Choć na naszą wyobraźnię najbardziej działają sceny trzęsień ziemi, to jednak w skali globalnej powodzie wywołują największe straty ekonomiczne.

zobacz więcej
Nabiera zaś wagi tym większej, jeśli decyzję taką podejmują osoby już opromienione blaskiem przyszłej korony: książę Harry milczy wprawdzie jeszcze w kwestii wazektomii, nie stać go też w tej chwili na radykalizm panny Blythe, podkreślił już jednak w wywiadzie dla wrześniowego wydania brytyjskiego „Vogue”, że nie zamierza mieć więcej niż dwójkę dzieci, a to „ze względu na rosnące obawy o dobro Ziemi”.

Czego boją się Blythe, Myley i księżna Megan prócz rozstępów i mdłości? Boją się rzeczywistości, która nadejść ma w okolicach roku 2050: rzeczywistości apokalipsy klimatycznej, na którą złożyć się ma skokowy zwrot temperatur, topnienie lodowców, pustynnienie Ziemi, gigantyczne klęski głodu i ruchy migracyjne.

I chcą, na swój rozum, zapobiec jej, w możliwie najbardziej radykalny sposób: już nie odkładając do osobnego pojemnika zakrętki od butelek, już nie pomstując na brzydkie koncerny naftowe i jeszcze brzydszych polityków, którzy zajmują się nie wiadomo czym, lecz usuwając problem – w swoim mniemaniu – u podstaw. I w takim postrzeganiu świata nie są odosobnione: ich wybory są nagłaśniane, ale dość wyjść poza swoją bańkę medialną, zerknąć na memy czy tweety pisane przez dwudziestolatków, by przekonać się, że podobnie „apokaliptyczne” myślenie, przekonanie, że w obliczu nieuchronnej katastrofy nie warto zakładać rodziny, jest naprawdę popularne.
Jeden nastolatek mniej to ograniczenie emisji CO2 aż o 58,6 tony rocznie! - twierdzi badaczka Kimberly Nicholas. Na zdjęciu producenci ponad 350 ton CO2 rocznie. Fot. Paul Bersebach/Digital First Media/Orange County Register via Getty Images
Nie jest moim zamiarem rozważać w tym miejscu ani potencjału intelektualnego Miley Cyrus, ani tym bardziej kwestii stokroć bardziej złożonej, jaką jest prawdopodobieństwo i skala możliwej katastrofy klimatycznej. Że z lodowcami, zasobami wody, lasów i ziemi uprawnej dzieje się źle, wydaje się już dziś bezsporne. Ludzkość jednak od swojego zarania żyła „pod wulkanem”, w obawie przed powietrzem (czyli zarazą), głodem, ogniem i wojną – i nie prowadziło jej to do decyzji o rezygnacji z potomstwa, przynajmniej nie na zauważalną społecznie skalę.

Skąd zatem dzisiejsze refleksje Miley i Blythe? Jakie założenia filozoficzne, których raczej sobie nie uświadamiają, stoją u podstaw podobnego myślenia? Bezpośrednie wzorce są najłatwiejsze do namierzenia: z jednej strony co i raz ukazują się kolejne bestsellery wieszczące apokalipsę („The Uninhabitable Earth: A Story of the Future” Davida Wallace-Wellsa ma szanse utrzymać się na top-listach nawet przez kilka miesięcy).

Kinga Rusin tańcząca z zającami. Ekologiczny bzik czy próba wzmocnienia wizerunku?

Celebrytka, właścicielka agencji PR i własnej marki kosmetyków prowadzi krucjatę przeciwko myśliwym i Lasom Państwowym.

zobacz więcej
Z drugiej – kolejni naukowcy z logiką, której nic nie mieliby do zarzucenia niemieccy producenci mydła, materacy i abażurów sprzed 70 laty, wyliczają, że porzucenie auta i kiełbas jest niczym w porównaniu z rezygnacją z posiadania dziecka. Badaczka Kimberly Nicholas zrobiła tego lata furorę, upubliczniając obliczenia z których wynikło, że jeden nastolatek mniej to ograniczenie emisji CO2 aż o 58,6 tony rocznie!

Takie zaś wyliczenia, którym na pierwszy rzut oka trudno coś zarzucić (z dzieckiem dużo się jeździ, dużo się nań wydaje, maluch wymaga specjalnych papek, a to, że błogosławieństwo młodych rodziców, czyli pampersy, są poważnym problemem dla środowiska, wiadomo w końcu od lat) przekładają się na konkretne apele i wzory postaw. Publicystka szwedzkiego liberalnego dziennika „Dagens Nyheter" komentując odkrycia prof. Nicholas, zadeklarowała, że w walce o klimat szczególnie cenny może okazać się „wstyd z posiadania większej liczby dzieci".

Większej liczby? A czemu w obliczu katastrofy nie pójść na całość?

Pośmiertny triumf Malthusa

Myśl o ograniczeniu potomstwa z przyczyn ponadjednostkowych, w tym przede wszystkim ekonomicznych, nie jest oczywiście nowa: jako pierwszy sformułował ją słynny pastor i myśliciel Thomas Malthus. Od jego nazwiska została zresztą nazwana pierwsza teoria przeludnienia, ciekawe, czy jest to dla niego pocieszeniem w kręgach piekielnych, w których zapewne się znalazł, deklarując, że należy wstrzymać wszelką pomoc materialną dla nędzarzy i sierot w kapitalistycznym Londynie, ponieważ „zwiększy to tylko ich cierpienia”.
Thomas Malthus przekonywał, że należy wstrzymać pomoc materialną dla nędzarzy i sierot w Londynie, ponieważ „zwiększy to tylko ich cierpienia”. Fot. Wikimedia
Sama jednak roztoczona przez Malthusa wizja zderzenia się dwóch krzywych (jedna, ukazująca wzrost liczby ludności, rośnie w postępie geometrycznym, ostro wznosząc się w górę; druga, ilustrująca przyrost zasobów żywności, rośnie wolniej, arytmetycznie) zrobiła na czytelnikach wrażenie i rzeczników „neomaltuzjanizmu” odtąd nie brakowało.

Najbardziej znany był Paul R. Ehrlich ze swoim traktatem o „bombie populacyjnej” (1968), w którym wieszczył ogólnoświatową klęskę głodu przed upływem 20 lat. To w znacznej mierze pod wpływem pism i perswazji Ehrlicha powstał w pięć lat później wysiłkiem Klubu Rzymskiego słynny raport „Granice wzrostu”, w którego konkluzjach postulowano propagowanie ograniczenia dzietności. To się w znacznej mierze udało – ale ani Ehrlich, ani późniejsi o pokolenie ekolodzy Arne Naess i George Sessions nie odwoływali się, by tak rzec, do argumentu ad personam: nie postulowali, by konkretne osoby wyrzekły się posiadania dzieci ani by informowały o tej decyzji publicznie.

Pełne pampersy straszą

Czy zatem Miley i Gurgin są jedynie nieświadomymi uczniami Malthusa? Wydaje się, że warto uwzględnić jeszcze jeden nurt myślenia, który może przekładać się na dzisiejszy radykalizm publicystów i gwiazd popultury: antynatalizm, czyli uzasadniane filozoficznie przekonanie, że życie jako takie nie ma większego sensu, ponieważ niesie więcej cierpień niż przyjemności.

Krwawi weganie. Czy w Warszawie szkolono ekoterrorystów?

Czy można pobić kierowcę ciężarówki albo strzelić do kłusownika? O tym można się było dowiedzieć na warsztatach z sabotażu.

zobacz więcej
Antynatalizm nie jest spójnym systemem myślowym: argumenty na jego rzecz podnoszą współcześnie autorzy tak różni jak współczesny norweski alpinista, myśliciel i namiętny czytelnik Nietzschego Peter Wessel Zapffe, jak argentyński filozof akademicki Julio Cabrera czy nowojorczyk David Benatar. Wszystkich uznać można za późnych wychowanków anglosaskiego pragmatyzmu i utylitaryzmu.

Wszyscy, na różne sposoby tworząc matryce „doznawania przyjemności” i „doznawania cierpienia”, dochodzą do niezaprzeczalnego wniosku, że życie składa się z obu tych doznań: że jednak cierpienie jest dotkliwsze i trwalsze niż przyjemność, „w przypadku zaistnienia człowieka – jak ujmuje to Benatar – jest oczywiście coś dobrego i jest coś złego, natomiast w przypadku niezaistnienia człowieka jest coś dobrego i nie ma niczego złego”.

Sofizmaty? Nawet jeśli tak, to posiadające sporą tradycję. W końcu już w bajce Herberta pojmany przez króla Midasa sylen, spytany, „co jest dla człowieka najlepsze”, rży „być niczym / umrzeć”. I rzeczywiście, wielu starożytnych mędrców pozostawiło nam podobne maksymy – i wielu stoikom wtóruje stojący na drugim brzegu Morza Śródziemnego Kohelet, głoszący swą „marność nad marnościami”.

Głosił to Kohelet, głosił Shopenhauer, ba, głosili wyznawcy dziesiątków herezji, od marcjonistów, przez katarów, po wywodzących się z prawosławia skopców – młodzi jednak szczęśliwie puszczali ich wołania mimo uszu, nawet gdy na horyzoncie słychać było huk armat i nazajutrz groził pobór – a może nawet, jak świadczą przyśpiewki ludowe, wtedy właśnie ze szczególnym zapałem.

To, że dziś jest inaczej, świadczyć może o wielu rzeczach. O tym, że nurt gnostycki jest w dziejach naszej cywilizacji trwalszy i głębiej zakorzeniony niż sądziliśmy. O tym, że pełen pampers naprawdę może przestraszyć nie na żarty. No i pewnie jednak o tym, że Miley Cyrus nie powinna zabierać się do filozofii. I nawet fakt, że – myśląc rozsądkowo – antynataliści, jeśli będą konsekwetni, w ciągu jednego pokolenia przestaną głosić swoje poglądy, nie jest tu szczególnym pocieszeniem.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

30.06.2019
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Olga Tokarczuk zakładniczką polityki? Gratulacje od...
Autorka „Biegunów” wpisuje się w kanoniczny nurt kultury polskiej, którego źródła sięgają romantyzmu. Bliższe jej są „czucie i wiara” niż „mędrca szkiełko i oko”.
Felietony Najnowsze wydanie
Boks
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Zwycięzcy
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Zaśpiewała z Wojciechem Waglewskim, studiuje psychoseksuologię
Łukasz Orbitowski: Życie to pasmo cierpień, przy których nieudany koncert ma rangę pieszczoty
Felietony Poprzednie wydanie
Historia, wedle żydowskiej narracji, jest jak western. Są dobrzy...
Norman Davies został zakrzyczany, kiedy zaoponował przeciw tezie o tym, że Polacy biernie patrzyli na Holokaust. Czy lobby żydowskie zablokowało jego karierę naukową w USA?