Kultura

Jedna „przepowiedziała” śmierć Pollocka, druga wynalazła mini

Brytyjska designerka była propagatorką wielu wynalazków, które stworzyły wizerunek nowoczesnej, wyzwolonej kobiety: jaskrawych rajstop, plastikowych botinek w ostrych kolorach, peleryn i torebek z PCV, wodoodpornego tuszu do rzęs czy wygodnej bielizny. Amerykańska abstrakcjonistka stała się „odkryciem” dopiero po siedemdziesiątce. To, że długo pozostawała w cieniu sławy męża, okazało się dla niej błogosławieństwem – dawało swobodę eksperymentowania. Dwie kobiety, żony i sztuka.

W londyńskim Barbican Center, największym w Europie kombinacie kultury, zatrudniono w barze robota. A choć w Barbican atrakcji mnóstwo, automat do drinków cieszy się powodzeniem nie mniejszym, niż bogata oferta artystyczna.

Fakt, jest zabawny. Taki poczciwy, w stylu retro, jak z filmów o panu Hulot. Pod pułapem wisi gąszcz butelek; z blatu „baru” wyrastają dwa sztuczne ramiona i sztywnymi ruchami sięgają po wskazane (zaprogramowane) trunki i inne płyny, mieszają, serwują. Obok, przy biureczku, skulony przy laptopie siedzi operator sztucznego „barmana”, który najpierw pobiera kasę za zamówione drinki, a potem je wpuszcza w system. Nie rozmawia z klientami, nie słucha ich zwierzeń ani nie pociesza strapionych. Jest skupiony na programie. I tak oto kolejny „ludzki” zawód przepoczwarzył się w czynność odhumanizowaną.

Robot-barman w Barbican. Fot. Monika Małkowska

To nie jedyny algorytmiczny barman. Tego typu zabawki zaczynają być w modzie. Tylko… z takimi sobie nie pogadasz. A przecież pogwarki z barmanem bywały nieraz ostatnim przystankiem dla zagubionego w życiu człowieka.

Sukces funkcjonalnej brzydoty

Zresztą o tym opowiada wciąż prezentowana w Barbican sztuka. Przypomnę, że ten gigantyczny rollercoaster kulturalny został otwarty 37 lat temu przez Her Majesty Elżbietę II. Wzniesiono go w części Londynu, która wyjątkowo mocno oberwała pod koniec II wojny. Na niemal zrównanym z ziemią terenie zaproponowano swego rodzaju eksperyment architektoniczny. Wybudowano tu bloki i wieżowce w stylu brutalistycznym: nagie mury, zero dekoracji, nieukrywane „bebechy” domów, prawie wyeliminowane ślady natury.

Polka, Rosjanka, Żydówka. Miała słabość do pań i panów. Ale przede wszystkim – do sztuki

Żartowano, że gdyby spisała Biblię na nowo, byłaby ona lepsza od oryginału.

zobacz więcej
Barbican, usytuowana w mało eleganckiej dzielnicy betonowa konstrukcja do kulturalnego użytku, wzbudzała na początku niechęć Londyńczyków. Udało jej się nawet zdobyć mało chlubny tytuł najbrzydszego budynku w Londynie. Ale że ludzkie upodobania zmienne są, to niemal jednocześnie kompleks Barbican wpisano na listę zabytków Wielkiej Brytanii.

Mimo to instytucji nie wróżono sukcesu, tymczasem… stał się! Ma swoje niewątpliwe zalety: jest wyjątkowo przestronny i doskonale wyposażony; mieści pod swym dachem kino, sceny teatralne i koncertowe, bibliotekę i przestrzenie wystawowe.

Sukces z braku zainteresowania

W jednej z nich – Barbican Art Gallery – do 1 września króluje malarstwo Lee Krasner (1908 – 1984). Potem ekspozycja zatytułowana „Living Colour”, monograficzny pokaz, odbędzie tournée po Europie, od Niemiec poprzez Szwajcarię do Hiszpanii.

Co sprawia, że o amerykańską abstrakcjonistkę, przez lata niedocenianą, teraz dobijają się najważniejsze muzea świata?

Z pewnością magnesem dla wielu są osobiste losy artystki, żony, potem wdowy po najsłynniejszym i najdrożej sprzedawanym przedstawicielu malarstwa gestu – Jacksonie Pollocku. Lee, cztery lata starsza od męża, przeżyła go o 28 lat.

Długo pozostawała w cieniu mężowskiej sławy. Jak twierdziła, brak zainteresowania ze strony kolekcjonerów, dealerów i krytyki okazał się dla niej błogosławiony – dawał swobodę eksperymentowania.

Jej dorobek i ona sama stały się „odkryciem” dopiero, gdy Krasnej była po siedemdziesiątce.

Słyszałam opinie, że do zainteresowania jej twórczością przyczynił się ruch feministyczny. Mocno naciągana teoria. Daremnie by szukać w jej dokonaniach emancypacyjnego buntu. Po prostu chciała malować – a to czasem zdarzało się kobietom.


O tym, że poświęci się malarstwu zdecydowała, gdy miała zaledwie 14 lat. Uparła się na przekór wszystkiemu: rodzinnej tradycji, sytuacji materialnej, trudnościom w dostępie do artystycznej edukacji. Urodziła się w rodzinie ortodoksyjnych Żydów, rosyjskich emigrantów, w czasach, gdy dziewczęta jej pokroju rzadko kiedy szły na studia, a co dopiero na studia artystyczne! Mimo to udało jej się zdobyć poważanie w gronie nowojorskich abstrakcjonistów.

W 1942 roku, na zbiorowym pokazie, w którym uczestniczyła, zauważyła prace niejakiego Jacksona Pollocka. Nie znała go, więc po prostu poszła do jego pracowni, zresztą w bliskim sąsiedztwie jej mieszkania w Greenwich Village. Trzy lata później już byli małżeństwem.

On szybko wyskoczył na prowadzenie. Wynalazł nowe techniki, nową skalę, nowe nazewnictwo. Ona pracowała bez rozgłosu. Związki twórców, gdy ścierają się wrażliwości, ambicje i twarde charaktery na ogół są trudne – nie inaczej było w tym przypadku. On pił, zdradzał, ryzykował. Ona nie czołgała się u jego stóp, koncentrowała się na pracy.
Najbardziej poruszającym obrazem retrospektywy w Barbican jest „Przepowiednia” z 1956 roku, powstała tuż przed wypadkiem samochodowym, w którym zginął Pollock. Formy kojarzące się ze zmasakrowanym ludzkim ciałem sprawiają makabryczne wrażenie. Autorka wyznała, że malowanie tego płótna sprawiało jej niemal fizyczny ból, lecz czuła potrzebę wyrażenia czegoś, co przeczuwała…

W tym feralnym roku Lee wyjechała do Paryża, odreagować domowe napięcia. Sama. W liście do Jacksona wychwalała Luwr, krytykowała ówczesną francuską sztukę. Nigdy nie mieli już szansy tego przedyskutować…

Sukces codzienności

Jest jeszcze jedna kulturalna instytucja w Londynie, która może konkurować z Barbican skalą: Victoria & Albert Musem.

Pierwsze na świecie muzeum sztuk stosowanych i rzemiosła artystycznego na początku nosiło miano Museum of Manufactures, mieściło się w Marlborough House w centrum Londynu, a powstało rok po wielkiej wystawie (Great Exhibition, 1851), która spotkała się z ogromnym zainteresowaniem publiczności. Od 1857 roku muzeum nazywano po prostu South Kensington Museum, od nazwy dzielnicy. W 1899 roku królowa Wiktoria oficjalnie zmieniła nazwę placówki, sprytnie upamiętniając swoje i małżonka imiona. Z biegiem lat zapomniano o tej grze wstępnej i rok 1852 podawany jest jako inauguracja Victoria and Albert Museum.

„Nuklearna wyrocznia” w drodze na emeryturę

Rocznie zarabia 2 mln dolarów. Jej opinie wynoszą osobowości mody na piedestał lub zrzucają w przepaść.

zobacz więcej
Kolekcja tegoż liczy – wedle jednych źródeł – ponad cztery i pół miliona eksponatów; inne podają milion mniej, co i tak wywołuje zawrót głowy. Oprócz tego, muzeum przygotowuje znakomite wystawy czasowe, w tym zawsze jest jakiś hit z historii mody.

Tym razem bohaterką monografii jest kobieta, i to żyjąca – co chyba zdarzyło się po raz pierwszy. Victoria & Albert Museum oddaje hołd 85-letniej projektantce, którą za zdemokratyzowanie ubioru została nobilitowana: Mary Quant.

Pojawiła się na scenie brytyjskiej mody końca lat 50. i początku 60., niezbyt liczącej się w świecie w porównaniu z francuską. Odcięła się od wystawności i zwróciła ku swym rówieśnikom z klasy średniej. Miała porządne projektanckie wykształcenie, temperament i dobrze ustawionego męża. Poza tym była kreatywna i nie bała się ryzyka.

Quant uchodzi za wynalazczynię minispódniczki, równolegle do Francuzów André Courrèges’a i Pierre’a Cardina. Trzeba jej przyznać – to ona ochrzciła krótkie łaszki mianem mini, idąc tropem jej ulubionego samochodu Mini Morrisa.

Proponowała stroje dostępne cenowo klasie średniej, produkowane masowo, ale na swój sposób ekskluzywne, sprzedawane w jej butiku Bazaar. Ich krój był prosty, konstrukcja geometryczna, a cały strój i ozdoby skomponowane na podobieństwo op-artowskich obrazów, z gładkich kontrastowych barw (Quant zamawiała tkaniny u lokalnych producentów, ostro targując ceny).
Brytyjska designerka była też jedną z pierwszych propagatorek jaskrawych rajstop, plastikowych botinek w szokująco ostrych kolorach, peleryn i torebek z PCV, biżuterii z tworzyw sztucznych, „niewidocznej” bielizny, która nie ingeruje w kształt ciała, wodoodpornego tuszu do rzęs i wielu innych wynalazków, które współtworzyły wizerunek nowoczesnej, wyzwolonej kobiety. Nowoczesny image dopełniała fryzura, której wzorzec dawała sama Mary: z długą grzywką, za to z tyłu przystrzyżona bardzo krótko przez głośnego w tamtej epoce fryzjera-innowatora Vidala Sassoona.

W dużej mierze jej zasługą było odebranie Paryżowi prymatu w modzie – na korzyść Londynu. Działo się to ze wsparciem muzyki, filmu i sztuki. Ale bodaj najważniejszy stał się styl życia: swobodny, trochę wyzywający, odrzucający snobizmy oraz klasowe podziały. I właśnie ten swingujący, demokratyczny Londyn przywołuje wystawa dedykowana Mary Quant, królowej mody lat 60. ubiegłego stulecia.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Lee Krasner „Living Colour” – Barbican Art Gallery, Londyn, do 1 września 2019.

„Mary Quant” – Victoria & Albert Museum, Londyn, do 16 lutego 2020.
Zdjęcie główne: Srebrne pończochy Mary Quant i bikini Soukha noszone przez modelkę Jenny Gassity. Sierpień 1966 r. Fot. Gordon Carter / Mirrorpix / Mirrorpix via Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Nagroda imienia „Kobusza” – od Piotra Zaremby dla…
Nie opowiadajcie bajek, że wszystko co po Janie Kobuszewskim, to podróbki. Zdarzają się bowiem brylanty.
Kultura Poprzednie wydanie
Nobel dla Tokarczuk i Handkego – królewski figlik Gustawa XVI
Nad Wisłą spora część populacji nie lubi noblistki nie za splątanie losów Markiza w „Podróży ludzi Księgi”, lecz za dredy.
Kultura wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
A mógł pozostać Szalonym Kapelusznikiem z posiwiałą plerezą...
Z hipisowskich lat zachował otwarte podejście do ludzi. Potem wessała go polityka, choć sam woli określać to jako obywatelską powinność.
Kultura wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Przerysowywał, robił małpy. I był cudowny. Zmarnowany Chaplin...
W pamięci zapisał się jako wyśmienity aktor komediowy, choć nigdy nie doczekał się wielkiej roli w filmie. Stał się natomiast mistrzem epizodu i legendą telewizyjnego dowcipu.
Kultura wydanie 27.09.2019 – 4.10.2019
Skazani na historyczne kino grające na emocjach?
„Legiony” i „Piłsudskiego” oglądałem z przyjemnością, choć oba filmy zatrzymały się przed bardziej dogłębnym roztrząsaniem polskiej historii.