Kultura

W pokera przegrał dżinsy, w szachy duże pieniądze. Upijał się jarzębiakiem, popadał w depresję i pisał wiersze

– Za to spotkanie dostanę 500 złotych. Myślę, że za tę kwotę to już żeśmy się nagadali – zakończył swój wieczór autorski Edward Stachura. Pisarz zmarł tragicznie 40 lat temu.

Lata 80. zeszłego stulecia. W Starej Prochowni spektakl pt. „Msza wędrującego” z Anną Chodakowską, fenomenalną interpretatorką twórczości Steda – jak sam nazywał się Stachura, korzystając z pierwszych liter swych personaliów. Spod lady sprzedają się dodruki pięciotomowej edycji jego dzieł w charakterystycznych „dżinsowych” okładkach. W kinach adaptacja powieści „Siekierezada” w reżyserii Witolda Leszczyńskiego. Utwory pisarza są wymieniane w licealnych podręcznikach języka polskiego. A odbywające się rokrocznie „Stachuriady” – festiwale kultywujące pamięć poety– włóczęgi – budzą powszechne emocje. Dobra passa nieżyjącego już barda trwa w najlepsze.

Wszystko przeminęło wraz z nastaniem III RP. Czy zadecydowała o tym apolityczność autora, unikającego jakichkolwiek krytycznych wobec PRL uwag? Widoczna nie tylko w książkach publikowanych – bez ingerencji cenzorskich – w masowych nakładach, ale także w korespondencji i w pisanych do szuflady diariuszach?
Edward Stachura w roku 1967. Fot. PAP/Danuta Rago
Niewykluczone, że pastelowy wizerunek PRL wymalowany piórem Stachury był złożeniem trybutu władzy ludowej, która umożliwiała mu liczne wojaże: do Meksyku, Syrii i innych egzotycznych zakątków globu. Ale może też warto byłoby zweryfikować hipotezę, która mówiła o tym, że krewnym pisarza był gen. Bogusław Stachura – szef Służby Bezpieczeństwa w latach 1969– 83...

W poszukiwaniu sensu istnienia

Bez wątpienia miano bożyszcza zawdzięczał nimbowi swobody i niezależności, który wokół siebie kreował. Wolność w zniewolonej ojczyźnie była mirażem, niemniej tramp w kurtce khaki, z chlebakiem przewieszonym przez ramię i – niezależnie od aury – szalikiem osobiście przetkanym czerwoną nitką, strzegącą właściciela przed złymi mocami, magnetyzował. Tym bardziej, że kontestował banalne życie przemierzając kraj w poszukiwaniu sensu istnienia.

Grono jego entuzjastów urosło jeszcze po samobójstwie pisarza – powiesił się we własnym mieszkaniu połykając uprzednio środki uspokajające – 24 lipca 1979, a więc 40 lat temu. Skądinąd nie było to pierwsza próba skończenia z sobą. Kilka miesięcy wcześniej stanął oko w oko z pociągiem, stracił palce u prawej dłoni, ostatnie teksty pisał lewą. Wydaje się, że oprócz talentu do pisania i autokreacji w szybkim sukcesie literackim najwydatniej pomogły mu dwie osoby. Pisarz Jarosław Iwaszkiewicz – podziwiający go chyba nie tylko jako poetę – oraz krytyk literacki Henryk Bereza („odkrywca talentu Edwarda Stachurskiego”, jak można było przeczytać w nekrologu z 2012 roku podpisanym przez ministra Bogdana Zdrojewskiego).

Za Gierka i Jaruzelskiego poezja Stachury stanowiła stały punkt programu młodzieżowych biwaków. Przy ogniskach śpiewano ją masowo. Także dlatego, że od strony muzycznej nie wymagała od gitarzystów większego wtajemniczenia.

Nie napisał „Zegarmistrza”

Kompozytor Jerzy Satanowski pisał: „Stachura jak instrumentalista był bardzo mizerny, znał może ze trzy akordy, a ponieważ wymyślał też do swoich tekstów melodie, prosił mnie o utrwalenie ich zapisem nutowym (...) żeby mieć prawo także do kompozytorskiego honorarium”. Należał bowiem Stachura do dwu sekcji Związku Autorów i Kompozytorów Polskch: twórców małych form literackich I tworców muzyki rozrywkowej.

Miał talent, brakowało mu szczerości. Okazał się lepszym filmowcem niż literatem

Był stalinowskim pryszczatym, sławiącym budowy socjalizmu i nową władzę, później ciężko to odchorował. Ale pisząc o tych doświadczeniach zawsze krył się za maskami, portretując ludzi pozbawionych pamięci.

zobacz więcej
Nawiasem mówiąc w 1972 roku Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu wygrał song pt. „Zegarmistrz światła”. Wykonawca, Tadeusz Woźniak, sam skomponował doń muzykę, a budzący gwałtowne spory medialne (takie to były czasy!) tekst napisał malarz i tekściarz Bogdan Chorążuk.

Początkowo o napisanie słów do melodii piosenkarz poprosił Stachurę. Ów jednak podobno nie sprostał zadaniu. Być może dlatego potem dołączył do chóru krytyków. „Pianę na ustach mieli też Kofta, Osiecka i Iredyński” – wspominał Woźniak. Trudno się dziwić tej wściekłości – autor tekstu do takiego hitu, jakim okazał się „Zegarmistrz”, mógł liczyć na niezłe dochody.

Honorarium na obiad i butelkę wina

Stachura nie raz ostentacyjnie dawał do zrozumienia, że honoraria mają dla niego znaczenie. Jego debiutanckie spotkanie z czytelnikami odbyło się w Lublinie przed 60 laty. Tak zapamiętał je aktor i publicysta Mirosław Derecki: „Dopóki jeszcze Stachura czytał swe juwenilia wszystko szło gładko. Burza wybuchła dopiero wtedy, gdy zaczęła się dyskusja. Dość powiedzieć, że wywody dyskutantów przyzwyczajonych do poezji Marii Konopnickiej czy Teofila Lenartowicza, były druzgocące. Sted – do żywego dotknięty – przebił obecnych argumentem, iż jeżeli w ogóle zniżył się on, Poeta, do poziomu obecnego w sali audytorium to tylko ze względu na honorarium, które jest mu niezbędne do zapłacenia za obiad i butelkę wina. I że dyskutować dalej nie zamierza”.

Jedenaście lat później, kiedy nie był już pisarzem anonimowym, po trwającym parę godzin tłumnym wieczorze autorskim w stołecznym Domu Literatury, Stachura rzekł: „Wiecie państwo, ja za to spotkanie dostanę 500 złotych. Myślę, że za tą kwotę to już żeśmy się nagadali. Bardzo państwu dziękuję.”

Z czasem na spotkaniach nie tylko czytał swe utwory i wyjaśniał wątpliwości widowni. „Następnie autor sięgnął po gitarę i przystąpił do wykonywania części wokalno-muzycznej uprzedzając z góry, że nie jest ani wielkim śpiewakiem, ani wielkim grajkiem. I rzeczywiście; jedynym argumentem, jaki pan Stachura miał na usprawiedliwienie swoich produkcji artystycznych było otrzymane za nie honorarium, co też z rozbrajającą szczerością przyznał” – komentowała recenzentka Romana Konieczna.

Z małego picia – duże picie

Po innym wieczorze literackim, podczas którego opróżnił butelkę czerwonego wina, trafił do izby wytrzeźwień. Na dwie doby! „Po pierwszej nocy, kiedy zwalniano «gości» padły pytania. Pierwsze o imię i nazwisko:
Zapiski Edwarda Stachury pokazano w 2012 roku w warszawskim Muzeum Literatury podczas promocji "Dzienników" pisarza. Fot. PAP/Leszek Szymański
– Edward Stachura
– Co robicie?
– Piszę.
– Co piszecie?
– Wiersze.
– To zostaniecie do jutra!”

Na jednej wizycie poety w tym przybytku się nie skończyło. „Dobrze, że mnie nie zwinęli, bo byłby to mój trzeci pobyt w izbie wytrzeźwień miasta Thoruniensis” – notował w roku 1971.

Zmagania z alkoholem zajmują poczesne miejsce w jego dziennikach: „O trzeciej rano otworzyłem pól litra jarzębiaku i piłem małymi łykami (...) Piłem dwa dni (...) Straszliwe picie, obłędne (...) Z małego picia robi się duże picie”.

Oszust grasuje w miasteczku

Ale chyba większym nałogiem Stachury był hazard.

„Z polecenia Przewodniczącego Senackiej Komisji Dyscyplinarnej uprzejmie zawiadamiam, o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego przeciwko Edwardowi Stachurze, stud. I roku Fil. Francuskiej, z powodu czynów nielicujących z godnością studenta Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego” – pożółkłe pismo brzmi groźnie, ale nie miało przykrych następstw dla adresata. Czemu? Wyjaśnia dziennikarz i reportażysta Romuald Karaś:

„Czerwiec roku 1958. Pracowałem wtedy w dziale miejskim «Sztandaru Ludu». (...) Któregoś dnia przychodzi do redakcji kilku dziwnie i niekompletnie ubranych młodzieńców. Skarżą się, iż nawet nie mieli się w co ubrać idąc tutaj, ponieważ ograł ich w pokera jakiś oszust karciany. Grasuje w miasteczku akademickim (...), jest bezlitosny: jak w pokera ogra kogoś z pieniędzy, to potem temu, który chce się odegrać, proponuje, żeby wnosił do puli ubrania, albo inne cenne rzeczy, które znowu wygrywa. Opisali mi jak ten pokerzysta wygląda, ale nazwiska nie znali. Wiedzieli tylko, że mówiono na niego Sted”.

Reporter zrelacjonował tę historię w gazecie, pokerzystę potępił, ale w obawie przed zemstą opisanego osobnika tekst podpisał pseudonimem Beryl. Na drugi dzień do redakcji przyszedł młody człowiek, prosząc o spotkanie z red. Berylem:

Kobiety, które kochał Hłasko. I mężczyźni, którzy go chcieli zaciągnąć do łóżka

„Jego bardzo słowiańska uroda promieniowała uwodzącym blaskiem, cała postać – gwałtowną siłą witalną, w głosie – z natury niskim – pobrzmiewały akcenty czułe i kuszące” – pisał oczarowany Jerzy Andrzejewski.

zobacz więcej
„Nie wyglądał na oszusta, ale tez nie wzbudził mojej sympatii, bo trochę cuchnął papierosami i alkoholem (...) Mówił, że przez niesprawiedliwe potraktowanie przez Beryla nie ma wstępu do akademika i grozi mu relegowanie z uczelni. (...) Owszem grywa w pokera, idzie mu karta, a jak od tych studentów, co chcą się odegrać, wygrywa jeszcze ich garderobę, to potem rozdaje ją ubogim.”

Poker w pokoju cichej nauki

Po przeprowadzce do stolicy – bo z romanistyki na KUL– u przeniósł się z początkiem lat 60 na Uniwersytet Warszawski – znalazł gracza godnego siebie: Pawła Bożyka, wtedy studenta ekonomii, a w przyszłości profesora i osobistego doradcę Edwarda Gierka do spraw gospodarki:

„Pierwsze dżinsy wygrałem w karty od Stachury, polskiego repatrianta, który wrócił z Francji po II wojnie światowej i osiadł w Aleksandrowie Kujawskim. (...) Grywał całymi nocami w akademiku, ale szczęścia w kartach raczej nie miał. Miał je za to w miłości, kochała się w nim bez opamiętania ładna, nieduża brunetka Zyta, też studentka, mieszkająca na Kickiego w żeńskim akademiku. Przesiadywała stale u Stachury, próbowała odciągnąć go od nałogu. Którejś nocy Edward przegrał wszystko, nawet spodnie, które miał na sobie. Z «pokerowni», którą tym razem był pokój cichej nauki, wrócił do łóżka tylko w bieliźnie. Oczywiście następnego dnia odzyskał ubranie, bo w czym miał chodzić na wykłady”.

Z czasem Stachura rozszerzył hazardowe pole działania o szachy. „Uparł się (...), że wygra z Józefem Gromkiem, czołowym polskim szachistą lat 50. Grał dobrze, lecz do Gromka wiele mu brakowało. Duże, oj duże pieniądze z Gromkiem przegrał”. Rozrywki szukał również w kasynach (wtedy nielegalnych) oraz na wyścigach konnych. To tam w 1971 r. trafił dubeltowo porządek (dwa pierwsze konie na celowniku) Daglezja– Durango. Wyjątkowy fuks! Ponoć prawidłowo wytypowały go jedynie dwie osoby. Tym drugim był sławny sprawozdawca sportowy Jan Ciszewski. Za 20 złotych płacono 4100...
Edward Stachura na portrecie autorstwa Zbigniewa Kresowatego. Fot. Wikimedia/Zbigniew Kresowaty - zbiory prywatne
Pomimo wysokiej wygranej tor służewiecki Stachura na szczęście odwiedzał z rzadka. Nie bardzo chciało mu się tarabanić na peryferie miasta. Tym bardziej, ze autobusy specjalnej linia autobusowej W, dowożącej z centrum nierzadko 20-tysięczną rzeszę amatorów hipiki, pękały w szwach. Zresztą życiowe uciechy coraz mniej go interesowały.

Pracę w lesie znał ze słyszenia

Krytyk filmowy i literacki Krzysztof Mętrak pisał: „Pęd ku życiu sukcesywnie zastępował pędem ku śmierci. Emanował niepogodzeniem ze światem. Stawał się coraz bardziej nieobecny, a zarazem zaborczy. Narastał w nim chorobliwy narcyzm. Cokolwiek pisał, pisał o sobie. Wyłącznie. Wcale nie żartował twierdząc, iż wiedzie życiopisanie (...) Coraz częściej popadał w stanu depresyjno-lękowe (leczone w Drewnicy), unikał towarzystwa uciekając na prowincję.”

Między innymi w bliskie mu okolice Nowej Soli, gdzie przed laty pracował jako cieśla. Ten epizod wykorzystał potem na kartach „Siekierezady”. Leśniczy Władysław Majdański ta wspominał Edwarda Stachurę: „Powiedział, że pracę w lesie zna, ale szybko się wydało, iż raczej ze słyszenia. Dostał ode mnie małą, kabłąkowatą piłę spalinową. Wydałem ludziom paliwo i widzę, że Stachura klepie na pieńku jej ostrze obuchem siekiery: «Wie pan, ta piła jest chyba coś popsuta, ma wykrzywione na wszystkie strony zęby to ja je prostuje». Nie wiedział, że te zęby są tak ułożone na przemian, jeden tnący, drugi uprzątający…”

– Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Bibliografia:

• Paweł Bożyk, „Hanka, miłość, polityka”, wyd. Zysk i S-ka 2011
• Krzysztof Mętrak, „Dziennik 1069-79”, wyd. Iskry 1997
• Marian Buchowski, „Stachura. Biografia I legenda”, wyd. Magnes 1992
• Marian Buchowski „Buty Ikara. Biografia Edwarda Stachury”, wyd. Iskry 2014
Zdjęcie główne: Kadr z filmu "Siekierezada" z 1985 roku w reżyserii Witolda Leszczyńskiego według prozy Edwarda Stachury "Siekierezada albo Zima leśnych ludzi". Na zdjęciu Krzysztof majchrzak. Fot. TVP
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Nagroda imienia „Kobusza” – od Piotra Zaremby dla…
Nie opowiadajcie bajek, że wszystko co po Janie Kobuszewskim, to podróbki. Zdarzają się bowiem brylanty.
Kultura Poprzednie wydanie
Nobel dla Tokarczuk i Handkego – królewski figlik Gustawa XVI
Nad Wisłą spora część populacji nie lubi noblistki nie za splątanie losów Markiza w „Podróży ludzi Księgi”, lecz za dredy.
Kultura wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
A mógł pozostać Szalonym Kapelusznikiem z posiwiałą plerezą...
Z hipisowskich lat zachował otwarte podejście do ludzi. Potem wessała go polityka, choć sam woli określać to jako obywatelską powinność.
Kultura wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Przerysowywał, robił małpy. I był cudowny. Zmarnowany Chaplin...
W pamięci zapisał się jako wyśmienity aktor komediowy, choć nigdy nie doczekał się wielkiej roli w filmie. Stał się natomiast mistrzem epizodu i legendą telewizyjnego dowcipu.
Kultura wydanie 27.09.2019 – 4.10.2019
Skazani na historyczne kino grające na emocjach?
„Legiony” i „Piłsudskiego” oglądałem z przyjemnością, choć oba filmy zatrzymały się przed bardziej dogłębnym roztrząsaniem polskiej historii.