Rozmowy

Jestem Japonką i jestem dzika, jak górale w Gorcach. Tu mogę spokojnie umrzeć

Tutaj czuję się u siebie bardziej niż w Japonii. Tu jest pięknie! I mam tu większość rodziny, bo córka i syn pobrali się w Polsce. Przyjechali tutaj z ciekawości i zostali, odnaleźli swoje miejsce. Córka mieszka z mężem Polakiem w Gliwicach, syn z żoną Polką w Warszawie. Druga córka mieszka w Japonii, co ciekawe męża Japończyka poznała w autobusie w drodze z Krakowa do Zakopanego – mówi Akiko Miwa, Japonka, która od 30 lat mieszka w Harklowej koło Nowego Targu. Na trudno dostępnych zboczach Gorców, 780 metrów nad poziomem morza zbudowała pensjonat.

Co Japończycy wiedzą o Polsce? Ranking Tygodnika TVP

Od Japonki usłyszałem kiedyś pół żartem, że 95 procent Japończyków nie ma pojęcia o naszym kraju, a reszta wie o nim wszystko.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Gorce to pani wymarzone miejsce na Ziemi?

AKIKO MIWA:
Tak. Cenię to miejsce ze względu na panującą tu błogą ciszę i spokój. Tutaj jest mało turystów i można wiele godzin wędrować po górskich ścieżkach nie spotykając nikogo na szlaku. A w innych górach są wszędzie tłumy i kolejki, czego dobitnym przykładem jest Zakopane.

Jednak to, co najbardziej mnie urzekło, to niezwykłe widoki. Z mojej polany można podziwiać Jezioro Czorsztyńskie, Pieniny, Gorce oraz Tatry. Nieopodal mam dziewiczy, stary las torfowy. Ukształtowanie terenu sprawia, że nie ma tu gwałtownego wiatru. Jest tu różnorodna roślinność, mnóstwo polnych kwiatów i ziół. Rosną między innymi macierzanka czy tymianek. Wokół roztacza się niesamowity zapach.

Tu mogę spokojnie umrzeć.

Zanim z Japonii trafiła pani do Polski, odbyła pani podróże do Jemenu i Kalifornii. Skąd pomysł, by akurat w naszym kraju zapuścić swoje korzenie?

Urodziłam się na wyspie Kiusiu, w Kumamoto, a ostatnio mieszkałam w Nagano. Z Japonii wyjechałam z powodów osobistych – moje małżeństwo się rozpadło i szukałam dla siebie nowego miejsca na Ziemi. Chciałam się odciąć od dotychczasowego życia, być jak najdalej.

Mój były mąż jest pastorem. Mamy dwie córki i syna. Cały czas pracowałam, bo jestem pedagogiem szkolnym, prowadziłam też żłobek przez 10 lat. W pewnym momencie postanowiłam zacząć coś nowego i wyjechać z Japonii.

Moja pierwsza podróż za granicę była do Jemenu, a potem przez chwilę byłam w Los Angeles u swojej siostry. W końcu znajomy profesor ekonomi polecił mi Polskę. Niewiele wiedziałam o tym kraju. Tylko czytałam dużo książek o Auschwitz. Słyszałam o Lechu Wałęsie czy Fryderyku Chopinie. Zdecydowałam się wyjechać do Polski.
Urzekły mnie niezwykłe widoki. Z mojej polany można podziwiać Jezioro Czorsztyńskie, Pieniny, Gorce oraz Tatry – mówi Akiko Miwa. Na zdjęciu: widok z polany w Gorcach na Tatry. Fot. PAP/Slawomir Staciwa, Alamy
Przyjechałam do Krakowa, gdzie w Instytucie Badań Polonii rozpoczęłam naukę języka polskiego dla obcokrajowców. Chciałam studiować we Wrocławiu sztukę malowania witraży, które mnie zawsze fascynowały. A w wolnych chwilach zwiedzałam polskie góry i tak trafiłam w Gorce. Tu zobaczyłam cudowny krajobraz. Niemal od razu zakochałam się w tym miejscu. Na wielkiej polanie postanowiłam wybudować domek w góralskim stylu.

Rok później przyjechała do mnie młodsza córka Nobu, która wtedy miała 16 lat. W tym czasie najstarsza córka Shino chodziła do liceum w Stanach Zjednoczonych. Syn Ryo został w domu z ojcem, by tam ukończyć swoją edukację. W naszym domu zawsze dbaliśmy oto, aby dzieci były samodzielne.

To musiało być naprawdę trudne zadanie: zacząć wszystko od zera na takim pustkowiu, zupełnie odciętym od świata.

To prawda. Podjęłam decyzję, że powstanie tu pensjonat turystyczny, bo z czegoś trzeba było żyć (śmiech). Projektował go Krzysztof Ingarden, kiedyś współpracownik Arata Isozaki, z którym po latach zaprojektowali japońskie centrum Manggha pod Wawelem.

Rzuciła Wall Street, żeby robić ser w Tyliczu. Amerykanka za granicą mówi, że jest Polką

Jestem samotna, żyję w obcym kraju i jakimś cudem sobie radzę – mówi Beth Macatee.

zobacz więcej
Problemów z budową na mojej polanie w Gorcach było sporo. To teren objęty ochroną (otulina Gorczańskiego Parku Narodowego), więc długo trzeba było się starać o pozwolenie na budowę. Ciężko było też zaplanować zakupy i oszacować koszty, bowiem był to czas transformacji ustrojowej w Polsce i sytuacja pieniądza była niestabilna – system finansowy się załamał. Ceny szalały, a wartość złotówki zmieniała się niemal co tydzień.

Co gorsza, nie było drogi do polany, a trzeba było jakoś przewozić materiały budowlane na samą górę, 3,5 kilometra od wsi Harklowa. Częste deszcze sprawiały, że leśna ścieżka zamieniała się w rwący potok, pełen błota. Koła traktora nie raz topiły się w brunatnej mazi. A na szczyt trzeba było przetransportować m.in. drewno, żwir, kamień czy cement. Fundamenty domu i dach musiały być solidne, aby mogły wytrzymać ciężar śniegu. Tu zimy były długie i srogie.

Budowała trwała w sumie 2,5 roku. Cały czas nadzorowałam pracę. Mieszkałam razem z córką na polanie, w małym drewnianym domku bez toalety. Gotowałam ekipie cieśli i murarzy. Najpierw po japońsku, ale im nie smakowało, bo w potrawach nie było mięsa (śmiech). Postanowiłam więc kupić od sąsiada pół krowy, aby ich wykarmić.

W końcu willa została wybudowana i mogłam zacząć nowy etap swojego życia. Jeszcze tylko trzeba było tą błotnistą ścieżką dowieźć całe wyposażenie willi i finał.

Nazwała pani to miejsce Ariake i udało się zatwierdzić tę nazwę jako oficjalny adres pensjonatu, to jedyna taka nazwa geograficzna w kraju. Symboliczne połączenie Polski z Japonią?

Ariake oznacza specyficzne światło, taki określony czas przed świtem: jeszcze jest noc, ale już świt się zbliża. Dla Japończyków to oznacza nadzieję. W literaturze Ariake ma też negatywną konotację: kobieta czeka na mężczyznę całą noc, lecz on nie przychodzi, więc jest pogrążona w smutku. Ale dla mnie to jest zawsze nadzieja. Cały ten czas, gdy coś pozytywnego jest na i za horyzontem.
Nazwy miejsc wywodzą się z legend, historii, ich charakteru. Mój los związany jest ze słowem Ariake, przez co ma ono dla mnie duże znaczenie. Urodziłam się nad Morzem Ariake (zatoka na Kiusiu). W Nagano mieszkałam pod adresem Ariake 7334-23. Mój ojciec zajmował się rekultywacją wybrzeża nad morzami Ariake oraz Yatsushiro – wpływa tam osiem rzek i w każdym ujściu gromadzi się ziemia i piasek, więc zarządy otaczających je prefektur zajmowały się rekultywacją, żeby zwiększyć pola ryżowe.

Pamiętam, że najwyższy przypływ występował zawsze przy pełni Księżyca. Wszyscy skakaliśmy do ciepłej wody, czułam, jak morze podnosiło moje ciało. W czasie odpływu, niekiedy ryzykując, próbowaliśmy poczuć, jak ta potężna siła odpływu ściąga ciało. Potem dowiedziałam się, że odpływ i przypływ wody morskiej zależy do grawitacji Księżyca i siły obrotu Ziemi. Byłam pod wielkim wrażeniem, że moje doświadczenia z dzieciństwa są połączone z ruchami morza i Księżyca!

Jak wyglądały pierwsze lata pani adaptacji w nowym miejscu?

Nie było to łatwe. Sprzątanie i gotowanie nie jest moją mocną stroną (śmiech).

„Nie tyją i się nie starzeją”. Odkrywamy sekrety japońskiej kuchni

Wielu myśli, że to wyłącznie kwestia doskonałych genów mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni.

zobacz więcej
Dla moich gości na początku też gotowałam tylko po japońsku. Pamiętałam smaki z dzieciństwa, z kuchni mojej mamy i starałam się je odwzorować. Z każdym rokiem robiłam postępy i gotowałam coraz lepiej. Wiele produktów musiałam sprowadzać z Japonii, Austrii czy Szwajcarii, między innymi specjalny ryż, ale także typowe japońskie przyprawy, jak choćby suszonego tuńczyka. Żeby zrobić na przykład prawdziwy rosół japoński, to trzeba mięć m.in. suszone grzyby shitake, suszonego tuńczyka, wodorosty kombu.

Nadal przygotowuję wiele tradycyjnych potraw, na przykład kotlety w sosie sojowym, zupę miso, donburi (potrawa z ryb, mięsa, warzyw lub innych składników ugotowanych razem i podanych na ryżu) czy japońskie desery. Sushi też się pojawia na stole, ale tu trzeba się wykazać wysokim kunsztem kulinarnym. W japońskim domu tak naprawdę rzadko się robi sushi. Albo kupuje się gotowe danie, albo wychodzi się do restauracji. Ja jednak staram się przygotowywać je w swojej willi turystom, w końcu Japonia właśnie się z tym kojarzy (śmiech).

Serwuję też kuchnię góralską, gotowałam krupnik, bigos czy przyrządzałam pstrągi. Teraz jestem w stanie zrobić niemal wszystko. Choć muszę mieć pomoc od czasu do czasu, bo samej jest ciężko. Obecnie już dużo produktów można kupić w Polsce, mam również swój ogródek, w którym sadzę wiele warzyw i ziół. Mam dużo m.in. czosnku niedźwiedziego i nawłoci pospolitej.

Stawia pani na ekologię, stosując naturalne nawozy i chyba mało znaną technologię efektywnych mikroorganizmów EM.

EM to kompozycja pożytecznych mikroorganizmów o właściwościach probiotycznych i regeneracyjnych. Opracował ją japoński profesor Teruo Higo z Okinawy. Kompozycja pomaga ziemi przywrócić naturalną żyzność, powstrzymuje procesy gnilne, ale też wspiera odporność roślin. Środek ma uniwersalne zastosowanie. Nie tylko podlewam nim ogródek, ale też sprzątam cały dom. Jest również EM-X przygotowywany z myślą o ludziach: powstaje taki odżywczy napój z dobroczynnych mikroorganizmów, który pomaga w zachowaniu dobrego stanu zdrowia.
Staram się żyć ekologicznie i przekonuję do tego innych. Jestem na przykład przeciwniczką elektrowni jądrowych. Niosą one ze sobą duże zagrożenie dla człowieka. Ostatnio po tsunami w Fukushimie doszło do serii wypadków jądrowych w miejscowej elektrowni i do tej pory rozsiewa ona szkodliwe promieniowanie. Wszyscy znamy też konsekwencje zrzucenia bomb atomowych na Hiroshimę i Nagasaki. Moja mama spoglądała w rozległą chmurę, która wtedy rozciągała się nad miastem Nagasaki. Niedługo po tym na jej piersiach pojawiła się wielka rana. Do końca życia się z tym męczyła. W Polsce natomiast chyba wciąż jest wspominana katastrofa w ukraińskiej elektrowni jądrowej w Czarnobylu i jej skutki, także dla mieszkańców tego, sąsiedniego kraju.

Widzi pani duże różnice mentalne między Polakami a Japończykami?

Każdy człowiek jest inny, więc trudno tak jednoznacznie stwierdzić. Na początku, zaraz po zamieszkaniu w Gorcach, nie byłam dobrze nastawiona do Polaków. Wtedy był czas przemian ustrojowych i Polacy mieli dużo problemów, aby przeżyć musieli kombinować, oszukiwać. Z czasem zrozumiałam taką postawę. Macie za sobą trudną przeszłość. Może w takiej sytuacji postępowałabym tak samo, kto wie.

Wydziedziczono baców. Mówiono, że owce niszczą góry. Teraz wracamy!

Fujara ma dwa metry długości. Końcówka jest subtelna. Dwojnica ma sześć otworów i zarazem wcale. A trombita musi być szczelna. O co chodzi i jak to się robi?

zobacz więcej
Generalnie Polacy są przyjaźni i dobrzy. Może aż za bardzo. Czasem dają się wykorzystywać.

Mam szczególnie duży szacunek do ludzi gór, którzy żyją w bardzo trudnych warunkach. Podziwiam zwłaszcza kobiety: są nie tylko piękne, ale też twarde, mają silny charakter. Rządzą w domu i choć czasem ich mężowie piją, dają sobie z nimi radę. W Japonii mężczyzna jest ważniejszy, kobieta ma go słuchać. Tak przynajmniej było kiedyś. W Japonii więc mądra kobieta może udawać, że postępuje jak mówi mężczyzna, a sprytnie prowadzić go po swojemu. I obserwuję, że Polki też tak robią. Ja tego nie potrafię, więc może dlatego żaden mężczyzna do mnie nie pasuje (śmiech).

Jestem bardzo związana z sąsiadami. Dużo mi pomagali, dlatego starałam się im jakoś odwdzięczyć za to wsparcie. W ramach polsko-japońskiego stowarzyszenia przybliżałam miejscowym i turystom nasze obyczaje, kulturę czy kuchnię. Organizowałam między innymi święto kwitnącej wiśni czy latawca, zapraszałam artystów japońskich, czy uczyłam japońskich piosenek. Przyjęto to z dużą otwartością i życzliwością.

A czego się pani dowiedziała o sobie, żyjąc tyle lat w obcym kraju?

Nauczyłam się, że nasze możliwości są nieograniczone. Zawsze myślałam, że jestem słaba i delikatna. A tu okazało się, że jest odwrotnie. Jestem silna i uparta. Niełatwo się poddaję. Lęki czy słabości można pokonać. Każde złe doświadczenie w życiu umacnia człowieka. Byłam sama i dałam radę.


Mając 75 lat uważam, że jeszcze wiele wyzwań przede mną. Cały czas się rozwijam, uczę się czegoś nowego. Uczę się życia od moich gości, ale też od miejscowych. Gdy byłam młoda, istniały dla mnie jedynie kolory czarny i biały, nie było barwy pośredniej. A teraz wiem, że jest również szary. Szary też jest przecież wartościowy.

Tęskni pani za Japonią?

Nie, w ogóle. Tutaj czuję się u siebie bardziej niż w Japonii. Tu jest pięknie! Mam w Polsce większość swojej rodziny. Doczekałam się dziewięciorga wnuków. Córka i syn pobrali się w Polsce. Przyjechali tutaj z ciekawości i zostali. Odnaleźli swoje miejsce. Najmłodsza córka mieszka z mężem Polakiem w Gliwicach, mają trzy dziewczynki i jednego chłopca. Syn mieszka ze swoją żoną Polką w Warszawie i zajmuje się protetyką stomatologiczną. Mają syna i córkę. Najstarsza córka mieszka w Japonii, co ciekawe męża Japończyka poznała w autobusie w drodze z Krakowa do Zakopanego. Wróciła z nim do rodzinnego kraju. Mają razem troje dzieci.

Cały czas wszyscy mamy ze sobą kontakt telefoniczny i co najmniej trzy spotkania rodzinne w roku, więc nie czuję się samotna.

Uważam się za stuprocentową Japonkę. Ale jest też we mnie trochę góralskiej krwi, bo jestem taka dzika i nieujarzmiona jak okoliczni górale (śmiech). Ciężko pracują, niosą na swoich barkach trud życia. Tak, jak ja.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Akiko Miwa przed swoim domem w Gorcach. Fot. Grzegorz Gaj
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nadchodzi era człowieka 2.0. Nowe zmysły, protezy wzroku i...
Już dziś mogę „wskrzesić” Marilyn Monroe czy inną zmarłą osobę – mówi Piotr Psyllos, jeden 30 najlepszych europejskich innowatorów poniżej 30. roku życia.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wstrzykiwali kobietom żrącą chemię. Potem kastrowali
Nie zostali za to skazani. Clauberg wręcz chwalił się po wojnie swoimi „badaniami”.
Rozmowy wydanie 2.08.2019 – 9.08.2019
Polakom żyje się w Anglii dobrze, ale czują się tu obco
Po decyzji o brexicie padały do nas ostre słowa: „My was nie chcemy”. Były pobicia, prześladowania w szkole. Emocje opadły, ale panuje niepewność – opowiada polski nauczyciel o życiu rodaków w Wielkiej Brytanii.
Rozmowy wydanie 19.07.2019 – 26.07.2019
Czy „Harry Potter” i Halloween to satanizm?
Nie ma tak, że przychodzę do biura, do pracy, a tu coś mnie nagle opętało. Tak to nie działa. To zawsze kwestia naszego wyboru, bo nie jesteśmy marionetkami, którymi wedle własnego widzimisię posługuje się szatan.
Rozmowy wydanie 19.07.2019 – 26.07.2019
Punk, który wybrał bycie Łemkiem i uwiecznia „świątynie wygnane”
Na niektórych wsiach cerkiew jest otwierana tylko wtedy, kiedy przyjeżdżają turyści.