Historia

Telewizyjna kronika agonii

W niewinnym, młodzieżowym programie rozrywkowym członkowie grupy Laibach wystąpili w mundurach przypominających stroje członków paramilitarnych organizacji faszystowskich i hitlerowskich. Na proste pytania dziennikarza odpowiadali sloganami używanymi przez język totalitarnej propagandy. Weterani partyzantki titowskiej nie posiadali się z oburzenia: jak w kraju „socjalistycznego braterstwa i jedności” można w telewizji pokazywać nazistowskie bluźnierstwa? Czy to już naprawdę koniec Jugosławii?

Jeszcze przed dwoma dekadami słowo „Bałkany” nie schodziło z pierwszych stron gazet. W 2019 roku „miękkie podbrzusze Europy” nieczęsto trafia na czołówki pracujących przez całą dobę portali informacyjnych. Przywódcy Serbii, Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Słowenii, Macedonii, Czarnogóry i Kosowa mają, jak wszyscy współcześni liderzy, swoje konta na Twitterze, Facebooku i Instagramie. Czasami nawet bezpośrednio ze sobą korespondują i nawzajem komentują swoje wpisy.

Jednak dopiero takie wydarzenia jak Szczyt Bałkanów Zachodnich (ostatni odbył się 3-5 lipca w Poznaniu) przypominają o regionie, który w 1989 roku był synonimem chaosu i przemocy.

Warto przypomnieć genezę wydarzeń sprzed trzech dekad na Półwyspie Bałkańskim. Stanowiły one przepowiednię rozpadu Jugosławii i krwawej wojny na początku lat 90. To właśnie ta wojna sprawiła, że część polityków z krajów byłej Jugosławii spotkało się w Poznaniu na konferencji poświęconej europejskiej perspektywie regionu, a nie brało udziału w wyborze nowych władz UE w Brukseli.

Upadek

O rozpadzie Jugosławii powstało w ciągu minionych trzech dekad wiele książek i rozpraw naukowych, filmów dokumentalnych i fabularnych. Wszystkie z odmiennych stanowisk historycznych, politycznych i etnicznych próbują wyjaśnić ten tragiczny fenomen.

Zazwyczaj poszukują jego winnych. Jak to najczęściej bywa, znajdują ich wśród sąsiadów po drugiej stronie granicy. Kiedy indziej – wśród czynników zewnętrznych. Najrzadziej dostrzegają przyczyny w słabościach idei jugosłowiańskiej. Projektu wywodzącego się z dwóch źródeł: z XIX-wiecznego romantyzmu europejskiego, ale również, w formie najbardziej współczesnej – z ideologii komunistycznej. Jej bałkańskim symbolem i zwornikiem była postać marszałka Josipa Broz-Tito.
Jak rozpadała się Jugosławia. Źródło: PAP
Czy jednak to doskonale już rozwinięta pod koniec lat 80. cywilizacja telewizyjna, zapowiadająca epokę internetu, nie przyczyniła się przypadkiem do intensyfikacji największego konfliktu w Europie po II wojnie światowej? W tamtym czasie technika dokumentacji filmowej była powszechna i łatwo dostępna. Nie było wprawdzie jeszcze wszechobecnych dziś smartfonów i aparatów cyfrowych. W rękach prywatnych znajdowało się już jednak mnóstwo łatwo dostępnych kamer wideo. A i technika pracy stacji telewizyjnych stawała się coraz nowocześniejsza, zdolna do wielokrotnego powtarzania i powielania materiałów filmowych.

Trudno w najnowszej historii znaleźć przykład konfliktu lepiej udokumentowanego audiowizualnie niż rozpad Jugosławii. Można wręcz odnieść wrażenie, że proces, który rozpoczął się 30 lat temu przebiegał pod czujnym okiem kamer. Jego główni bohaterowie, podobnie jak aktorzy filmowi, wchodzili w coraz to nowe role. A całe widowisko śledzili, nieraz bezradnie, telewidzowie.

Prześledźmy więc, jak wyglądałaby hipotetyczna transmisja z początków rozpadu kraju, którego granice rozciągały się od Alp Julijskich po biegnące wśród palm autostrady przy granicy z Grecją.

Prolog: Śmierć dyktatora

Pierwsze obrazy w tej długiej transmisji rozegrać się mogą w pierwszych dniach maja 1980 roku. W szpitalu w Lublanie umiera marszałek Tito, niepodzielnie (na mocy konstytucji Jugosławii pełnił funkcję dożywotniego prezydenta) władający państwem południowych Słowian od zakończenia II wojny światowej.

Polskie marzenia Serbów i Chorwatów. Jak przyczyniliśmy się do powstania Jugosławii

Z Rzeczypospolitej szedł przykład jedności językowej i duchowej, to Polacy uczyli spiskowania przeciw Wiedniowi, a poemat „Zgoda Chorwatów” zaczynał się od słów: „Još Hrvatska ne propala, dok mi živimo”. Na wzór: „Jeszcze Polska…”

zobacz więcej
Około 19:00 telewizja w Belgradzie przerwała codzienny program. Spiker Miodrag Zdravković przeczytał krótki komunikat, zredagowany w typowej nomenklaturze realnego socjalizmu: „Umarł towarzysz Tito. Ogłosiły to wieczorem Komitet Centralny Związku Komunistów Jugosławii i Prezydium Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii wszystkim przedstawicielom klasy robotniczej, ludziom pracy i obywatelom, narodom i narodowościom SFRJ. Wkrótce przekażemy komunikat z posiedzenia Prezydium Komitetu Centralnego Partii i Prezydium SFRJ”. Po tych słowach, prezenter zaczął płakać.

Telewizja w Chorwacji transmitowała w tym czasie mecz zmierzającej ku końcowi sezonu edycji ekstraklasy jugosłowiańskiej ligi piłkarskiej. Grały belgradzka Crvena Zvezda i chorwacki Hajduk Split. Po wiadomości o śmierci dyktatora, mecz przerwano w 43. minucie, przy prowadzeniu przez Zvezdę 1:0. Piłkarze obydwu drużyn stanęli na baczność i zaczęli płakać. Kibice odśpiewali chóralnie popularną pieśń „Towarzyszu Tito, przysięgamy Ci” oraz hymn kraju, „Hej, Słowianie”, oparty na melodii Mazurka Dąbrowskiego i XIX-wiecznym tekście słowackiego poety Samuela Tomášika.

W naszym programie transmisje meczów piłkarskich nie raz staną się kolejnymi odsłonami rozpadu Jugosławii.

Kilka dni później w Belgradzie odbył się pochówek przywódcy. „Największy pogrzeb w dotychczasowej historii ludzkości” – patetycznie informowały jugosłowiańskie media. Nawet jeżeli uznamy te słowa za wyraz kultu jednostki, to rzeczywiście do Belgradu zjechali wówczas niemal wszyscy przywódcy świata: od Jimmiego Cartera i Margaret Thatcher po Leonida Breżniewa, Edwarda Gierka, Saddama Husajna i Jasera Arafata. Telewizja w Belgradzie chwaliła się, że bezpośrednią transmisję z pogrzebu oglądało w różnych krajach świata mniej więcej tyle samo widzów, co lądowanie misji Apollo 11 na Księżycu w lipcu 1969 roku.
„Największy pogrzeb w dotychczasowej historii ludzkości” – patetycznie informowały jugosłowiańskie media. Fot.Getty Images
Czy to wtedy wraz z Tito umarła Jugosławia? Wielu sądzi, że rozpoczął się jej rigor mortis.

W niezapomnianym „Undegroundzie” z 1995 roku Emir Kusturica dokonał ciekawego zabiegu. Zestawił dokumentalne zdjęcia z pogrzebu dyktatora, poczynając od wyprowadzenia zwłok ze szpitala w Lublanie i obwożeniu trumny po całym kraju, z piosenką „Lili Marleen” – najsłynniejszym niemieckim utworem z lat II wojny światowej. Reżyser zrobił to w filmie dwukrotnie. Po raz pierwszy, we wcześniejszej części, do której wplótł – z tą samą piosenką – fragmenty niemieckich kronik filmowych, dokumentujących wkroczenie oddziałów hitlerowskich do Belgradu i Zagrzebia w kwietniu 1941 roku. Reżim Tito wbrew pozorom nie był bowiem słodką sielanką i miał swoje ofiary, których szczątki po latach odnajdowano w górskich jaskiniach w Słowenii i w Chorwacji.

I choć wtedy „jeszcze Jugosławia nie umarła”. Zaczęła się jednak jej długa i nieuleczalna choroba.

Program drugi: Proroctwo „dzieci telewizji”

Kolejny punkt kroniki filmowej pt. „Rozpad Jugosławii” możemy odtworzyć z zachowanego w internecie odcinka słoweńskiego programu kulturalnego dla młodzieży „TV-Tednik” z czerwca 1983 roku.

W całej Jugosławii bujnie rozwijała się wówczas alternatywna, nowofalowa i postpunkowa scena muzyczna. W Polsce wielu melomanów poznało ją dwie dekady później dzięki płytom z serii „Jugoton”. Zespoły wydawały płyty, odbywały się tłumnie odwiedzane koncerty.

Na fali tej mody muzycznej, w górniczym, słoweńskim miasteczku Trbvovlje powstał kolektyw artystyczny Laibach. Już sama jego nazwa – niemieckojęzyczne określenie Lublany – szokowała w kraju, gdzie przez dekady świat sztuki i kinematografii lansował mit wojny partyzanckiej z Niemcami.

Nazwa tego państwa przetrwała jeszcze kilkanaście lat po jego upadku

W końcu znikła na dobre z atlasów i abecedariuszy, układając się do snu w wygodnej zakładce Wikipedii obok Wschodniej Rumelii i Despotatu Epiru

zobacz więcej
W niewinnym, młodzieżowym programie rozrywkowym członkowie grupy wystąpili w mundurach przypominających stroje członków paramilitarnych organizacji faszystowskich i hitlerowskich. Na proste pytania dziennikarza, jakim są zespołem i co chcą przekazać słuchaczom, odpowiadali sloganami używanymi przez język totalitarnej propagandy. Gdy dziennikarz próbował się dowiedzieć, kim są muzycy, ci deklarowali: „jesteśmy pierwszą generacją telewizji”.

Po tym incydencie emisję programu szybko zakończono. Słoweńską prasę zalała fala komentarzy i protestów, zarówno działaczy Związku Komunistów Jugosławii, jak i weteranów partyzantki titowskiej.

Ci ostatni nie posiadali się z oburzenia, jak w kraju „socjalistycznego braterstwa i jedności” można w telewizji pokazywać nazistowskie bluźnierstwa. Czy to już naprawdę koniec Jugosławii, który zwiastują te „dzieci telewizji?” – wielu wówczas pytało.
Prowokacje słoweńskiego zespołu Laibach na wystawie z Moskwie. Fot. Alexander Shcherbak\TASS via Getty Images
Artystyczna prowokacja niewątpliwie się udała. Jugosławia wciąż się jednak nie rozpadła.

Tymczasem w Słowenii, w kręgach intelektualistów coraz popularniejsza stała się idea odbudowy niepodległego państwa, powiązanego historycznie nie z Bałkanami, ale Europą Środkową, Austrią i Włochami. W połowie lat 80. słoweńscy filolodzy i historycy: Jožko Šavli, Matej Bor i Ivan Tomažič przygotowali pracę na temat tzw. teorii weneckiej. Według niej, Słoweńcy nie są południowymi Słowianami, lecz Wenetami, ludem, który w VI w. n.e. zasiedlił wschodnie Alpy. Pomysł, kontrowersyjny historycznie, miał wyraźną konotację antyjugosłowiańską.

Program trzeci: Narodziny obrońcy Serbów

W Kosowie, kolebce duchowej i historycznej Serbów, zamieszkałym obecnie przez ludność albańską, niespokojnie było od końca lat 60. Dzięki ogromnej przewadze demograficznej ludność albańska wyparła zamieszkujących ten region Serbów. Kosowarzy domagali się większej niezależności, łącznie z nadaniem okręgowi statusu jednej z republik Jugosławii, podobnie jak Chorwacji czy Słowenii.

Niedługo po śmierci dyktatora, w 1981 roku, aby uspokoić protesty, władze po raz pierwszy zdecydowały się wysłać z Belgradu na ulice Prisztiny czołgi. Opór kosowskich Albańczyków wobec serbskiej dominacji jednak rósł. Telewizja znów pojawiła się w centrum wydarzeń.

Byli jak powstańcy styczniowi i Żołnierze Wyklęci. Zdradzeni jak w Jałcie. Obrońcy najmniejszego królestwa

Wojsko i żandarmeria poczynały sobie z rebelią brutalnie, pacyfikując całe wsie i biorąc zakładników z rodzin czynnych jeszcze w górach powstańców.

zobacz więcej
Wiosną 1987 roku w miejscowości Kosovo Polje doszło do bijatyk pomiędzy funkcjonariuszami lokalnej, jugosłowiańskiej milicji (głównie byli to funkcjonariusze pochodzenia albańskiego) i Serbami.

Do miasteczka przyjechał wybijający się w partyjnej hierarchii w Belgradzie przewodniczący serbskiej gałęzi Związku Komunistów Jugosławii Slobodan Milošević. Niegdyś, typowy przedstawiciel partyjnej nomenklatury, działający w sektorze bankowym i gospodarczym.

W czeluściach internetu zachowała się jego mało znacząca wypowiedź na tematy gospodarcze z końca lat 70. Typowa i bezbarwna, jak na członka aktywu partyjnego przystało. Roiło się w niej od „bodźców ekonomicznych” i „inwestycji rozwojowych”.

Teraz w krótkiej relacji filmowej w wieczornych wiadomościach nowy przywódca serbskich komunistów pokazał inną twarz. Zdecydowanym głosem powiedział – powtarzając dwukrotnie – otaczającym go Serbom: „Nikt nie śmie was bić!”. Nie wygłaszał przemówień i długich oświadczeń. Tylko to jedno zdanie. Na płomienne mowy przyjdzie jeszcze czas.

Drobny incydent, szczególnie w porównaniu z tym, co działo się w Jugosławii kilka lat później, szybko został rozwiązany. Ale pojawiła się kolejna rysa. Główny partyjny rywal Miloševicia w tamtym czasie, Ivan Stambolić powtarzał w swoich wspomnieniach, że gdy tego dnia oglądał dziennik telewizyjny, pomyślał, że właśnie rozpoczął się koniec Jugosławii.

Oto, jak dotychczas nudny i bezbarwny aparatczyk przeistoczył się w obrońcę Serbów:

Program czwarty: Milošević na Kosowym Polu

Milošević byłby chyba najbardziej znanym aktorem i jednocześnie reżyserem filmu o rozpadzie Jugosławii. Albo też lepiej – reżyserem setek istniejących, krótszych lub dłuższych filmów. Ten film będzie dłuższy i być może – najważniejszy.
Serbska świętość, bitwa na Kosowym Polu pędzla Adama Stefanovicia (1870 r.). Fot. Wikimedia
Był gorący początek lata 1989 roku. W Polsce już po wyborach kontraktowych, wkrótce prezydentem zostanie Wojciech Jaruzelski. W Pekinie armia zmasakrowała niedawno studentów domagających się chińskiej „pierestrojki”. Serbowie tymczasem czcili 600. rocznicę bitwy na Kosowym Polu. Jednego z najbardziej istotnych wydarzeń w mitologii narodowej i panteonie serbskiego mesjanizmu.

W 1389 roku, po klęsce drużyny księcia Łazarza Hrebeljanovicia w bitwie z rycerzami sułtanów Murada i Bajazyda, Serbia nie tylko popadła w pięćsetletnią zależność od Imperium Osmańskiego, ale również – według legendarnego imaginarium – zawarła z Bogiem przymierze. Anioł odwiedzający przed bitwą księcia Łazarza miał mu dać do wyboru albo zwycięstwo na ziemi, albo śmierć i zwycięstwo w wieczności.

Na uroczystość 600-lecia bitwy nieoczekiwanie przybył... Slobodan Milošević. W ciągu dwóch lat zdążył już politycznie wyeliminować wszystkich rywali w partii i stać się najbardziej wpływowym politykiem w Serbii. Nie przymierzając, wrażenie było takie, jak by na obchody 600-lecia obecności Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej na Jasną Górę w 1982 roku przybył... generał Wojciech Jaruzelski czy inny, wysoko postawiony działacz PZPR.

„Slobo” wygłosił przemówienie. Słuchali go jednak nie tylko działacze partyjni, ale tłumy kosowskich Serbów, duchowni i mnisi z tamtejszych klasztorów. Widok był więc niecodzienny, nawet w rzeczywistości Jugosławii, nieco bardziej liberalnej od krajów komunistycznego bloku wschodniego.

Najbardziej religijny naród Europy

W komunistycznej Rumunii od czasów Ceaușescu patriarchowie i niektórzy metropolici zasiadali nawet w marionetkowym parlamencie, co było zupełnym ewenementem w krajach bloku wschodniego.

zobacz więcej
Niemal półgodzinne przemówienie, słuchane dzisiaj bez znajomości kontekstu historycznego, wydaje się zwyczajne. Ot, lider polityczny wspomina znaczącą rocznicę historyczną, wzywa do kultywowania pamięci historycznej i jedności narodowej. Takie przemówienia słyszymy stale w świecie demokratycznym z ust polityków różnych opcji ideowych. Dlaczego więc to właśnie wystąpienie weszło do historii i w podręcznikach wspominane jest jako moment przełomowy? Jako spektakl, w którym serbscy komuniści zrzucili kostium dawnej ideologii i przybrali szaty nacjonalistów?

Odpowiedź nie jest prosta. Zwłaszcza, że wbrew pozorom, nie znajdziemy w tym przemówieniu okrzyków o „wielkiej Serbii” ani tym bardziej wezwań do eksterminacji Albańczyków. Od tego, co Milošević głośno w tym wystąpieniu powiedział, ważniejsze zdaje się być to, co tylko zasygnalizował między wierszami.

Tradycyjnie, jak za starych czasów, zaczął swoją mowę od zwrotu „Towarzyszki i towarzysze!”. Wydawał się również nie zauważać obecnych na wiecu prawosławnych duchownych. Nawet ich grzecznościowo nie powitał. Podobnie zresztą jak partyjnych przedstawicieli z innych republik. Ci słuchali przemówienia z wyraźnym niesmakiem.
Lider serbskich komunistów nieoczekiwanie oświadczył, że przed kilkuset laty Serbia broniła w Kosowie Europy, a to, co przez wieki gubiło naród to brak zgody, wewnętrzne konflikty, a także postawy nielojalności wobec innych rodaków. Milošević wyraźnie dawał do zrozumienia, że w czasach komunistycznej Jugosławii Serbia nie miała w federacji pozycji odpowiadającej jej potencjałowi.

Jednym z bardziej znanych fragmentów przemówienia był ten: Znów znajdujemy się przed bitwami i bierzemy udział w bitwach. Nie są to bitwy toczone orężem, choć i takie nie są (w przyszłości - przyp. łk) wykluczone. Co prawda, za chwilę dodał: Dzisiaj w naszej głównej bitwie chodzi o stworzenie ekonomicznego, politycznego, kulturalnego i społecznego dobrobytu. O szybkie przybliżenie się do cywilizacji, w której żyją ludzie XXI wieku.


Przemówienie – od Zagrzebia poprzez Lublanę i Sarajewo aż do Skopje – zrobiło fatalne wrażenie. Zarówno w kręgach partyjnych, jak i intelektualnych. Nie pomogło nawet to, że pod koniec mowy Milošević zachwalał wieloetniczność i wielokulturowość Jugosławii. W tym fragmencie jako jedynym w całym wystąpieniu użył słów „socjalistyczny” i „postępowy”. Chyba po raz ostatni w swojej karierze politycznej i w przemówieniach publicznych.

Źródło: Euro Clio HIP BiH/YouTube

Tłumy wiwatowały, a w tym samym 1989 roku, Belgrad ostatecznie zlikwidował autonomię Kosowa i zamieszkanej przez mniejszość węgierską Wojwodiny. Delikatna równowaga w stworzonym po śmierci Tito kolektywnym i rotacyjnym kierownictwie federacji jugosłowiańskiej, reprezentowanym przez przedstawicieli wszystkich republik i dwóch okręgów autonomicznych, została naruszona na korzyść Serbii.

W 1989 roku Jugosławia znalazła się w stanie śmierci klinicznej. Sam zgon przeciągnął się jeszcze do przełomu czerwca i lipca 1991 roku, gdy formalnie z federacji wyszły Słowenia i Chorwacja, a znajdująca się pod wpływem Belgradu Jugosławiańska Armia Ludowa rozpoczęła działania zbrojne wobec obydwu krajów. To już jednak temat na kolejny, długi i wieloodcinkowy film.

Polska – Chorwacja, wspólna sprawa? Szkodliwy mit jedności słowiańskiej

Filip Memches: Polska szlachta postrzegała swoje państwo jako przedmurze nie Słowiańszczyzny, lecz chrześcijaństwa.

zobacz więcej
Wcześniej, mieliśmy jeszcze kilka zwrotów. Na początku 1990 roku, na ostatnim zjeździe (odbywającym się w podobnym czasie co ostatni zjazd PZPR w Warszawie), na oczach telewidzów, rozpadł się Związek Komunistów Jugosławii. Słoweńcy i Chorwaci opuścili salę obrad i partię, nie godząc się na dominację Serbów, zostawiając w prezydium zdziwionego Miloševicia i działaczy z pozostałych republik.

Epilog: Wojny futbolowe

Nasz program filmowy rozpoczął się od piłki nożnej i na piłce nożnej się zakończy. W maju 1990 roku, doszło, znów przed kamerami telewizyjnymi, do wydarzenia pokazującego, że Jugosławia jest martwa. W lidze jugosłowiańskiej o palmę pierwszeństwa znów rywalizowały drużyny z Serbii i Chorwacji. Dinamo Zagrzeb prowadziło w ekstraklasie w sezonie jesiennym i w części wiosennych rozgrywek. W końcu wyprzedziła ją drużyna z Belgradu.

Kibice z Serbii, przybyli na zagrzebski stadion Maksimir, wznosili na trybunach okrzyki przeciwko Chorwatom i Franjo Tudjmanowi, przywódcy partii HDZ, która zwyciężyła w pierwszych wolnych wyborach w republice. Wkrótce Tudjman zostanie prezydentem Chorwacji.
Chorwaci rewanżowali się okrzykami przeciwko Serbom. Wkrótce do zamieszek przyłączyli się piłkarze – widząc pałowanego przez siły porządkowe kibica Dinama, znany zawodnik zagrzebskiego klubu, Zvonimir Boban kopnął jugosłowiańskiego milicjanta (najprawdopodobniej pochodzenia bośniackiego). Bijatyki trwały na trybunach i w całym mieście. Wielu oglądających to spotkanie ostatecznie zwątpiło w sens istnienia Jugosławii. Inni twierdzą wręcz, że od tego nieszczęsnego meczu zaczęła się wojna.

Drużyna z Zagrzebia kontra skład z Belgradu. Źródło: MrRedStarBelgrade/YouTube

Kilkanaście dni później, na początku czerwca 1990 roku, tuż przed rozpoczęciem mundialu we Włoszech, koniec Jugosławii zapowiedział również towarzyski mecz pomiędzy Jugosławią i Holandią. Narodowa reprezentacja została w Zagrzebiu wygwizdana przez kibiców chorwackich. Nie dość, że Chorwaci gwizdali w czasie hymnu państwowego „Hej Słowianie”, to dodatkowo... kibicowali Holendrom. Było to niecodzienne zjawisko, również dlatego, że w ówczesnej reprezentacji Jugosławii grali piłkarze... narodowości chorwackiej.

Aby requiem nie zabrzmiało nazbyt smutno, możemy w nim znaleźć również... coś miłego. W czasie mundialu, w którym ostatni raz wystąpiła reprezentacja „starej” Jugosławii, 26 czerwca 1990 roku we Włoszech, miało miejsce ostatnie zwycięstwo tej drużyny. W Weronie pomocnik Dragan Stojković, nazywany pieszczotliwie „Piksi”, w 1/8 finału wyeliminował w rzutach karnych Hiszpanię. Na ulice miast Jugosławii: od Belgradu poprzez Zagrzeb aż po Sarajewo wyszli kibice. Znów śpiewano „Hej Słowianie”, choć nie wszędzie taka demonstracja podobała się przechodniom. Spiker belgradzkiej telewizji z nadzieją, choć bez większej wiary, komentował radość niektórych obywateli. Twierdził, że może futbol uratuje rozpadający się kraj.

Mylił się – w ćwierćfinale Jugosławia trafiła na Argentynę z Diego Maradoną w składzie i odpadła. Radość szybko się skończyła, a Jugosławii żadne zwycięstwo sportowe już nie pomogło. Nawet zdobycie pucharu Klubowych Mistrzów Europy przez Crvenę Zvezdę na miesiąc przed wybuchem wojny w 1991 roku.

– Łukasz Kobeszko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Pogromy Żydów i sowiecka intryga. Czarna legenda atamana Petlury
Morderstwo uznano za „usprawiedliwioną zemstę”. Ława przysięgłych uniewinniła zabójcę, złapanego na gorącym uczynku.
Historia Najnowsze wydanie
Przez Turcję, Syrię i Saharę. Kręta droga polskiego złota
Kiedyś myślano o budowie polskiego Fort Knox pod Warszawą. W 2002 roku NBP kupił nawet od Agencji Mienia Wojskowego Fort Zegrze.
Historia Poprzednie wydanie
26 tys. zabitych Finów, 130 tys. Sowietów. Zapomniana wojna
Osiem scen i terminów wojny zimowej, które proszą się o kamerę.
Historia Poprzednie wydanie
Innym razem miałam przewieźć karabiny….
Któregoś dnia naładowano dwie walizy materiałami wybuchowymi (proch, lonty, piroksylina) i wydano mi rozkaz: „Obywatelka ma to przewieźć do Lublina”.
Historia Poprzednie wydanie
Ani Litwini, ani Białorusini nikogo Polakom nie ukradli
Wileńskie uroczystości nie były pogrzebem, ale początkiem przywracania do życia Orła i Pogoni.