Cywilizacja

„Łoszarik”, czyli kosmiczna katastrofa w głębinach

Wydarzenie na Morzu Barentsa jest porównywane do zatonięcia atomowego okrętu podwodnego „Kursk”. Tamta tragedia to symbol upadku Rosji, w następstwie rządów Jelcyna i panoszenia się oligarchów. A czego symbolem jest ostatnie wydarzenie? Z jakiego powodu elitę dowódczą rosyjskiej floty wsadzono do podwodnej, supertajnej jednostki i dlaczego zginęła?

Lasery bojowe, rakiety hipersoniczne, bezzałogowe łodzie podwodne. Rosja przyspiesza zbrojenia

Dotąd Moskwa zakładała użycie broni atomowej wyłącznie w charakterze odpowiedzi na atak. Teraz może powrócić do doktryny uderzenia wyprzedzającego, znanej jeszcze z czasów sowieckich.

zobacz więcej
W tej sprawie wszystko jest tajne, albo supertajne. Chodzi o katastrofę, która wydarzyła się gdzieś na Morzu Barentsa 1 lipca, około godziny 21, na „głębokowodnym aparacie”, jak w nowomowie rosyjskiej armii nazywa się okręt głębinowy o atomowym napędzie AS-12 „Łoszarik” (pol. jeździec). Świat – o dziwo – dowiedział się o wydarzeniu dość szybko, bo oficjalny komunikat pojawił się następnego dnia. Lecz jego opublikowanie już 2 lipca nie świadczy o informacyjnym otwarciu rosyjskich sił zbrojnych, tylko po prostu jest następstwem faktu, iż nagłe wynurzenie się tajemniczej jednostki podwodnej zauważyli dzień wcześniej miejscowi rybacy i wieść ta obiegła lokalne media oraz portale społecznościowe.

Ciąg tragicznych zdarzeń

Na decyzję o zdjęciu blokady informacyjnej mogło też mieć wpływ to, że katastrofa wydarzyła się w trudnym dla Kremla momencie. To bowiem trzecie w ciągu tygodnia wydarzenie, które może się negatywnie odbić na wizerunku władz. A to istotne w sytuacji nadchodzących wyborów, w tym wyboru petersburskiego gubernatora, na którego terenie znajduje się supertajna jednostka.

Pierwszym z tego feralnego ciągu wydarzeniem jest wielka powódź w obwodzie Irkuckim, która pochłonęła już życie 20 osób. Niesłychanie wzburzyła opinię publiczną także dlatego, że lokalne władze podobno zapomniały zaalarmować mieszkańców zagrożonych terenów, że nadchodzi wielka, nawet 15-metrowa fala, powstała po przerwaniu tamy.

A potem na Cypr spadła rosyjska rakieta wystrzelona gdzieś w Syrii. Co nie polepsza relacji – trudnych w związku ze zbliżeniem rosyjsko-tureckim – na linii Moskwa – Nikozja. Relacji ważnych, bo trzeba pamiętać, że na Cyprze rosyjscy bogacze ulokowali większość swych kapitałów i dlatego to niewielkie państwo jest największym inwestorem zagranicznym w Rosji.
Budowa „Łoszarika” rozpoczęła się za czasów sowieckich, potem za Borisa Jelcyna ją zatrzymano i dopiero po zatonięciu „Kurska” znalazły się na nią pieniądze. Na zdjęciu „Kursk” niedługo przed katastrofą, w której zginęła cała 118-osobowa załoga. Fot. Antoine GYORI/Sygma via Getty Images
No i na koniec – przynajmniej w tej chwili wydaje się to być końcem – doszło do katastrofy na Morzu Barentsa, która w Rosji już zaczyna być porównywana do pamiętnego zatonięcia atomowego okrętu podwodnego „Kursk” w sierpniu 2000 roku na tym samym akwenie. Okręt K-141 brał udział w największych od upadku Związku Sowieckiego manewrach rosyjskiej marynarki wojennej, w trakcie ćwiczeń doszło do wybuchów na pokładzie i poszedł na dno wraz z całą, 118-osobową załogą. Zatonięcie „Kurska” na początku pierwszej kadencji prezydenckiej Władimira Putina (wybory były w marcu 2000 roku, ale de facto pełnił te obowiązki od rezygnacji Borysa Jelcyna 31 grudnia 1999) jest symbolem upadku Rosji w następstwie rządów Jelcyna i panoszenia się oligarchów. A czego symbolem jest ostatnie wydarzenie?

Sekretny sekret

Póki co, władze starają się zminimalizować straty wizerunkowe, ale o wadze katastrofy świadczy i to, że Putin wydał rozkaz, aby szef resortu obrony Sergiej Szojgu osobiście udał się na północ i objął śledztwo swoim nadzorem. Na razie oficjalne komunikaty dają szczątkowy obraz zdarzeń – władze nie chcą się dzielić informacjami, a jeśli już to robią, to z opóźnieniem i w taki sposób, że strzępy wiadomości skłaniają do zadawania kolejnych pytań i snucia kolejnych teorii na temat tego, co się wydarzyło. Jak za „dobrych” sowieckich czasów, nadal wszeobowiązująca jest tajemnica – „sowierszienno sekretno” (sekretny sekret).

Kreml gotów uderzyć atomem? Przeciw słabym sąsiadom, zanim zareaguje Ameryka …

Wojna nuklearna to nie apokalipsa, ale „obszar racjonalnego wyboru”, narzędzie uzyskania przewagi politycznej – przekonują rosyjscy eksperci.

zobacz więcej
Po przetransportowaniu do portu w Sewieromorsku okrętu podwodnego, na którym doszło do wypadku, nikogo do niego nie dopuszczono. Na znajdujący się w doku obiekt mogą wejść wyłącznie śledczy z Moskwy, z centrali, z departamentu kontrwywiadu FSB i Głównego Komitetu Śledczego – tylko oni mają wszelkie niezbędne certyfikaty dopuszczające do tej supertajnej jednostki.

Początkowo nawet nazwiska ofiar katastrofy objęte były tajemnicą. Przybierało to kuriozalne formy, bo jak opowiada w jednym z wywiadów radiowych Tatiana Brickaja z Murmańska, reporterka „Nowej Gaziety” rozmawiała z ludźmi, którzy znali osobiście ofiary, ale nie chcieli jej podać ich imion i nazwisk. W miejscowej cerkwi, w której zapowiedziano nabożeństwo za spokój dusz poległych oficerów, intencje zawierające ich nazwiska najpierw opublikowano na stronie parafii, a po jakimś czasie usunięto.

W końcu 3 lipca wieczorem agencje prasowe ujawniły, kto dokładnie zginął na pokładzie „Łoszarika”, bo w dobie internetu, sieci społecznościowych, niezależnych kanałów informacyjnych tej tajemnicy nie dało się długo utrzymać. Oficerowie, którzy wypłynęli na „Łoszariuku” mieszkają w małym miasteczku, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą.

Elita floty ratuje tajemniczego cywila

Do tego momentu oficjalnie wiadomo było jedynie, że jest 14 ofiar wypadku – ze słów rosyjskiego ministra obrony narodowej Sergieja Szojgu, „unikatowych specjalistów wojskowych i wysokiej klasy profesjonalistów”. Wszyscy to oficerowie, z czego trzech było kapitanami drugiej rangi, a aż siedmiu to kapitanowie pierwszej klasy, z których dwóch „za wybitne zasługi” wyróżniono w przeszłości tytułem „Bohater Federacji Rosyjskiej”. Zresztą każdy z nieżyjących oficerów był wielokrotnie odznaczany – orderami „Męstwa”, „Za Zasługi dla Ojczyzny” i „Za Zasługi Wojskowe” oraz medalami m.in. „Za odwagę”.
Prezydent Rosji Władimir Putin i minister obrony Siergiej Szojgu podczas spotkania na Kremlu w sprawie wydarzeń na Morzu Barentsa. Moskwa, 4 lipca 2019 r. Fot. Mikhail Klimentyev, Biuro Prasy i Informacji Rosyjskiego Prezydent/TASS via Getty Images
Władimir Putin powiedział, że ich śmierć to wielka strata dla rosyjskiej floty i całej armii. I miał rację. Jak przypomina Aleksander Golc, niezależny rosyjski analityk wojskowy o międzynarodowej renomie, kapitan pierwszej klasy w rosyjskiej marynarce wojennej to oficer, który dowodzi jednostkami nie mniejszymi niźli atomowy okręt podwodny lub ciężki krążownik lotniczy, taki jak słynny „Admirał Kuzniecow”. Innymi słowy: to absolutna elita dowódcza rosyjskiej floty.

Pytanie więc: z jakiego powodu załoga „Łoszarika” w ten sposób została skompletowana? Szojgu oświadczył, że oficerowie prowadzili badania hydrosfery Ziemi. Naprawdę?

Przypomnijmy, że według słów Szojgu w katastrofie zginęło 14 osób, zaś 5 udało się uratować. Media uzupełniły tę informację podając, że dwójka z tej piątki znajduje się na oddziale intensywnej terapii, na reanimacji. Co więcej, z pierwotnych komunikatów i wypowiedzi ministra Szojgu, które pojawiały się w rosyjskich mediach zaraz po katastrofie wynikało, że w „Łoszariku” wybuchł pożar, zaś znajdujący się na pokładzie oficerowie pierwsze co zrobili, to uratowali tajemniczego „specjalistę cywilnego”. A potem zajęli się gaszeniem ognia. Ta kolejność działań budzi zdziwienie ekspertów.

Nie chcą oddać wysp. Sprawdzian siły Putina

77 proc. ankietowanych jest przeciwko oddawaniu czegokolwiek, nawet gdyby w zamian Rosja uzyskała „znaczącą rekompensatę”.

zobacz więcej
Aleksander Golc formułuje dwie hipotezy. Jego zdaniem misja „Łoszarika”, w trakcie której wydarzył się wypadek, polegała na testowaniu jakiegoś nowego systemu czy uzbrojenia, a polegli oficerowie to była „komisja”, która oceniała przedsięwzięcie. Druga teoria: testowano tak tajne urządzenia, iż Kreml postanowił, że w tej misji mogą wziąć udział tylko najbardziej zaufani, najbardziej utytułowani i doświadczeni oficerowie marynarki wojennej.

Pożar czy wybuch?

Według ostatnich oficjalnych informacji w istocie na pokładzie „Łoszarika” wybuchł niewielki pożar, wywołany spięciem w jednej z tablic rozdzielczych jednostki. Fachowcy zwracają uwagę, że inaczej niż w domowych instalacjach, gdzie dostarczana jest energia elektryczna o natężeniu – w zależności od poboru mocy – maksymalnie kilkunastu amperów, w konstrukcjach „Łoszarika” było to nawet 1000 A. I jeśli w takim środowisku następuje zwarcie, to bardziej przypomina ono niewielki wybuch.

A w efekcie wybuchu – relacjonują fachowcy – mogły ulec rozszczelnieniu akumulatory, z których uwolnił się gaz, najprawdopodobniej wodór, i za pośrednictwem pokładowego systemu wentylacji został „rozniesiony” po całej jednostce. Emerytowani podwodniacy argumentują, że w małej, 60-metrowej jednostce, jaką jest „głębokowodny aparat”, w grodziach jest na tyle mało powietrza, że wystarczy kilka wdechów gazu, by człowiek stracił przytomność.

Tylko dlaczego nie zadziałał system automatycznego oczyszczania powietrza? Czy w tym specjalnym i tajnym, o czym napiszę później, obiekcie głębinowym go nie było?

Inni, pytani przez rosyjskie media specjaliści dowodzą, że wersja z przeprowadzaniem przez załogę akcji ratunkowej i gaszeniem pożaru jest całkowicie nierealna. W jednostkach tego rodzaju – dowodzą – są żelazne zasady: w razie wybuchu pożaru, lub choćby tylko zadymienia, natychmiast trzeba zamknąć grodzie. Robi się to po to, aby ulokalizować w jednym miejscu źródło zagrożenia. Ratowanie kogokolwiek jest absurdem, bowiem traci się czas, którego na tak niewielkiej jednostce jest po prostu bardzo mało.
Kolejni eksperci zastanawiają się, dlaczego – jeśli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z pożarem i śmiertelnym zatruciem załogi, jak chce oficjalna wersja, toksycznymi spalinami – marynarze nie użyli masek przeciwgazowych, które każdy musi mieć przy sobie. Przecież byli to oficerowie wyższej rangi, doświadczeni i dobrze wyszkoleni, crème de la crème rosyjskiej floty – więcej niż przeszkoleni w działaniach na taką okazję.

„Machiny piekielne” Putina: Kindżał, Awangard, Posejdon, Cyrkon…

Rosja tworzy „broń dnia ostatniego”. Taką, jak torpeda, która powoduje eksplozję ładunku nuklearnego o mocy 100 megaton, wywołując gigantyczne tsunami, zabijając setki tysięcy ludzi i na stulecia skażając ogromne połacie wybrzeża radioaktywnym promieniowaniem.

zobacz więcej
Tajemnic czy choćby wątpliwości jest znacznie więcej. Wedle informacji Norwegów, na pokładzie „Łoszarika” najpierw miała miejsce detonacja, a dopiero potem wybuchł pożar, choć najprawdopodobniej eksplozja nie dotyczyła reaktora atomowego, w który zaopatrzona jest jednostka. Norweska, wyspecjalizowana w zakresie bezpieczeństwa jądrowego i radiacji agencja wydała oficjalny komunikat, z którego wynika, iż Rosjanie nie poinformowali ich o wypadku i nie zarejestrowano w rejonie podwyższonego promieniowania. Słowa Szojgu po spotkaniu z Putinem, że dzięki bohaterstwu załogi jednostkę udało się uratować i dość szybko będzie ona zdolna wrócić do służby, również wydają się świadczyć, że awaria nie dotyczyła reaktora atomowego.

Tajny okręt, szpieg, kable i manewry NATO

Wciąż nie wiadomo, na czym tak naprawdę polegała misja Łoszarika. Nazywany jest „głębokowodnym aparatem”, bo w przeciwieństwie do normalnych okrętów podwodnych podobno nie ma on uzbrojenia, a w rejon działania przenoszony jest przez inną, większą jednostkę, z którą jest połączony.

Nikołaj Markowcew, emerytowany kapitan pierwszej rangi, a obecnie polityk liberalnego Jabłoka zapewniał rosyjskie media, że za przykrywkę, typową rosyjską „maskirowkę” uznać należy oficjalną wersję, iż zajmuje się on badaniem dna morskiego i sporządza specjalistyczne mapy mające na celu ułatwienie żeglugi. W istocie bowiem jest to jednostka szpiegowska, której zadaniem jest włamywanie się do podmorskich kabli, którymi przesyłane są informacje.

Innym z możliwych zadań okrętu jest unieszkodliwianie systemu NATO-wskich czujników, zainstalowanych w północnej części Oceanu Atlantyckiego, których celem jest śledzenie ruchu rosyjskich okrętów podwodnych, czy zbieranie z dna szczątków instalacji wojskowych, jakie znalazły się tam w wyniku np. katastrof lotniczych.


Kolejni eksperci zwracają uwagę na to, że misja rosyjskiej jednostki w zadziwiający sposób zbiegła się w czasie z odbywającymi się właśnie kolejnymi ćwiczeniami NATO, przeprowadzanymi na północy Norwegii. Nie są one tak wielkie jak zeszłoroczne Trident Juncture, największe tego rodzaju manewry w Skandynawii od upadku Związku Sowieckiego, a w ogóle Sojuszu Północnoatlantyckiego od 2002 roku, ale też mają swój ciężar gatunkowy.

Od dłuższego już czasu Federacja Rosyjska nie tylko zwiększa swe wydatki na zbrojenia, przeznaczając niemałą ich część na instalacje na dalekiej północy, ale również prowadzi intensywne akcje szpiegowskie i dywersyjne. Pod koniec ubiegłego roku na łamach „The Washington Post” ukazała się wypowiedź admirała Andrew Lennona, dowodzącego amerykańskimi okrętami podwodnymi, że aktywność rosyjska jest większa niźli kiedykolwiek wcześniej, nawet biorąc pod uwagę czasy zimnej wojny. W szczególności dotyczy to rejonów Atlantyku Północnego, gdzie zlokalizowane są podmorskie kable, kluczowe dla światowego systemu przesyłania informacji. Przed kilkoma laty w brytyjskiej Izbie Gmin opracowano specjalny raport na ten temat, we wstępie do którego admirał James Stavridis napisał: „To nie satelity w przestrzeni kosmicznej, ale kable znajdujące się na dnie oceanów są stosem pacierzowym światowej gospodarki”.
Żołnierze Głównej Dyrekcji ds. Badań Głębinowych rosyjskiego Ministerstwa Obrony w Petergofie pod Jednostką Wojskową nr 45707, na której wyposażeniu jest „Łoszarik”. Rejon Petersburga nad Zatoką Fińską, 3 lipca 2019 r. Fot. Peter Kovalev/ TASS via Getty Images
Rosyjskich ekspertów – w nie mniejszym stopniu, niż pytanie o to, co się stało – nurtuje inna kwestia, która skłania ich do snucia analogii z katastrofą „Kurska”. Same się one zresztą nasuwają, choćby z tego powodu, że budowa „Łoszarika” rozpoczęła się za czasów sowieckich, potem za Jelcyna bardzo zwolniła, a nawet na pewien czas ją zatrzymano i dopiero po zatonięciu „Kurska” znalazły się na nią pieniądze. Wtedy ją więc wznowiono i szybko dokończono.
Budowa tej supertajnej, nowoczesnej jednostki miała być dowodem na prawdziwość tezy rosyjskich władz, iż Rosja nadal się liczy, nadal dysponuje nowoczesną bronią i nadal jest w awangardzie wojskowego postępu technicznego. Sama jednostka wojskowa, na której wyposażeniu znajduje się „Łoszarik”, czyli tajna placówka opatrzona kodem 45707 porównywana jest do rosyjskich sił kosmicznych z powodu stosowania w niej bardzo zaawansowanych rozwiązań technicznych. I między innymi dlatego tak wielu tam kapitanów pierwszej rangi, bo ci najwyższej klasy specjaliści mają przyspieszoną ścieżkę kariery – są takimi kosmonautami okrętów podwodnych.

Jeden z komentatorów napisał, że Rosja ciągle chwali się różnymi nowymi typami broni – Awangardami, Buławami czy Posejdonami, ale okazuje się, że kiedy występuje zagrożenie czy sytuacja nadzwyczajna, to nie działają podstawowe systemy bezpieczeństwa. Tak, jakby wszystko oparte było na wielkim bluffie. Na postsowieckiej prowizorce.

– Marek Budzisz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Miesiąc przed wydarzeniami na „Łoszariku”, w wyniku których zginęło 14 oficerów, na Morzu Barentsa odbyły się ćwiczeniach ratownictwa okrętów podwodnych prowadzonych przez Rosyjską Flotę Północną i okręt ratunkowy „Grijorij Titow” z pomocą lotnictwa morskiego. Na zdjęciu okręt podwodny „Władykaukaz”. 8 czerwca 2019 r. Fot. Lev Fedoseyev/TASS via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
„In vitro” dla par lesbijskich. Liberalizm uderza w rodzinę
Politycy z partii z Emmanuela Macrona mówią wprost: „Nie ma czegoś takiego, jak prawo dziecka do ojca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Misterna gra Putina z Łukaszenką. Czy Rosja połknie Białoruś?
Moskwa chce wywołać w Mińsku wybuch niezadowolenia społecznego, trochę na wzór ukraińskiego Majdanu. W jakim celu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tu wcześniej wojny nie było. Teraz łopaty prędko latają w...
– To jest dla mnie Trump, zwierzę! – krzyczał Dilo, odcinając najpierw jedno, a potem drugie ucho martwego zwierzęcia. Reportaż Witolda Repetowicza z kurdyjskiej Rożawy w północno-wschodniej Syrii.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
To nie jest taka prosta gra… Sędzia przestaje być „powietrzem”
Cóż to za dziwny sport? Po golu zmiana stron boiska, rzut karny z dowolnego punktu położonego 11 metrów od linii bramkowej, a bramki nie mają poprzeczek.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Pełzająca germanizacja” Kaliningradu
Biznes poważnie cierpi na kremlowskiej polityce wobec obwodu: militaryzacji („lotniskowiec Kaliningrad”) zamiast komercjalizacji („bałtycki Hongkong”). Ta druga droga jest dziś uważana za herezję.