Historia

Jak zabić czerwonego cara. Stalin na celowniku

Radziecki dyktator miał wiele powodów do obaw o swoje bezpieczeństwo. Nie budził sympatii nie tylko w krajach, przeciw którym prowadził wojnę (przede wszystkim w Niemczech i Japonii), ale też – z oczywistych powodów – wśród obywateli swojego państwa. Zdawał sobie z tego sprawę, więc otaczał się szczelną ochroną. Mimo tego podjęto kilka śmiałych prób zamachu na jego życie.

O zmierzchu 6 września 1944 r. major Koroliow i jego żona opuścili swoją kryjówkę nieopodal drogi prowadzącej że Smoleńska do Moskwy i udali się do pozostawionego nieopodal motocykla. Uruchomili go i wyruszyli w kierunku stolicy, gdzie mieli odmienić losy toczącej się wojny.

Wszystko przebiegało dobrze do momentu, gdy trafili na pierwszy punkt kontroli drogowej. Rezolutny major pospieszał strażników, tłumacząc im, że jechał całą noc i jest już zmęczony. To go zgubiło. Żołnierze zwrócili uwagę, że choć w nocy padały ulewne deszcze, to motocykl był czysty. W ten sposób Koroliow został zdemaskowany – już po 11 dniach przebywania na terytorium Związku Radzieckiego.

W rzeczywistości nazywał się bowiem Piotr Szyło i był dezerterem z Armii Czerwonej współpracującym z Abwehrą – wywiadem III Rzeszy. Został zwerbowany w ramach tajnego projektu „Szach czerwonemu królowi”, którego celem było zamordowanie Józefa Stalina.
Agent Abwehry Szyło/Tawrin/Koroliow (z prawej) z SS-Obersturmbannführerem Heinzem Greifem. Fot. Wikimedia/Общественное достояние
Po raz pierwszy przyjął fałszywą tożsamość będąc jeszcze obywatelem i oficerem radzieckim, gdy groziło mu więzienie za przestępstwa finansowe – został wtedy Piotrem Tawrinem. Dla celów niemieckiej operacji zmienił nazwisko po raz kolejny, stając się Koroliowem.

Miniaturowy panzerfaust Szyłowa

Do czasu porażki pod Stalingradem oraz wyniszczającej bitwy na łuku kurskim Niemcy nawet przez moment nie myśleli o przeprowadzeniu zamachu na Stalina. Adolf Hitler zakładał, że uda mu się podbić ZSRR przed nadejściem zimy i jeśli do tego czasu „czerwony car” sam nie popełni samobójstwa, to i tak wpadnie w ręce żołnierzy Wehrmachtu.

Po pierwszych poważnych problemach na froncie wschodnim Niemcy wyszli jednak z założenia, że aby wywołać chaos w ZSRR muszą zlikwidować charyzmatycznego wodza, czyniąc z jego państwa łatwego do podbicia kolosa na glinianych nogach.

Operacja, w której uczestniczyła para byłych radzieckich jeńców była opracowywana od października 1943 r. Tawrin miał zaatakować Stalina w sobotę podczas jego przejazdu z Moskwy do osobistej daczy w Kuncewie. Bronią, którą niedoszły zamachowiec planował zabić radzieckiego przywódcę był miniaturowy panzerfaust, mogący – zdaniem jego konstruktorów – przebić kilkucentymetrowy pancerz z odległości 30 m.

Tawrin został także wyposażony w komplety sfałszowanych dokumentów i wysokie odznaczenia wojskowe oraz podrobiony egzemplarz gazety „Prawda” z jego zdjęciem jako laureatem tytułu Bohatera Związku Radzieckiego. Niemieccy lekarze nacięli też głębokie blizny na jego ciele, aby Sowieci uznali go za okaleczonego w walce żołnierza wracającego z frontu.

Operacja została dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Jej organizatorzy nie wiedzieli o pewnych faktach dotyczących ochrony Stalina, które mogłyby uniemożliwić powodzenie akcji. Na przykład o tym, że z kremlowskiej siedziby wodza wyjeżdżały zawsze przynajmniej dwa identyczne samochody z przyciemnianymi szybami, a w jednym z nich siedział nie przywódca ZSRR, ale jego sobowtór. Ponadto trasa przejazdu pomiędzy Moskwą i daczą Stalina była mocno obstawiona przez funkcjonariuszy NKWD.

Ponadto Tawrin przed operacją skontaktował się z gen. Andriejem Własowem, dowódcą kolaborującej z Niemcami Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej, czym ściągnął na siebie uwagę radzieckiego kontrwywiadu. Gdy lądował w ZSRR, na Kremlu już wiedziano, że wkrótce przybędzie dwójka dywersantów.

Cenili mięso młodych kobiet. Kawałki ciała obcinali martwym i żywym. Piekli jak szaszłyki

To historia na pewno nie dla dzieci, ale też nie dla wszystkich dorosłych. Tylko dla ludzi o wyjątkowo mocnych nerwach.

zobacz więcej
Po schwytaniu przez żołnierzy radzieckich Tawrinowie zdecydowali się w akcie desperacji na współpracę z NKWD. Sowieci podjęli grę wywiadowczą z Hitlerem, której celem było utrzymywanie Berlina w przekonaniu, że zamachowcy wciąż realizują swoją misję. Odtąd żona Tawrina, radiotelegrafistka, wysyłała do Niemiec spreparowane raporty wywiadowcze. Ta dezinformacyjna działalność trwała niemal po kres istnienia III Rzeszy. Dopiero na początku maja 1945 r. Niemcy zorientowali się, że Szyłowowie zostali schwytani i przekazują do Niemiec fałszywe dane. Tymczasem enkawudziści jeszcze przez kilka lat po wojnie korzystali z cennej wiedzy Piotra i jego żony. Dopiero w lutym 1952 r. sowieckie służby bezpieczeństwa uznały, że byli szpiedzy nie są im już potrzebni. Sąd wojskowy skazał ich na karę śmierci przez rozstrzelanie.

Wystrzałowy długopis Ribbentropa

Zanim doszło do wcielenia w życie ambitnego planu z udziałem Tawrinów, szef niemieckiej dyplomacji Joachim von Ribbentrop wysunął jeszcze inną, znacznie śmielszą propozycję. W lipcu 1944 r. wezwał do siebie szefa wywiadu SS-Brigadeführera Waltera Schellenberga, kreśląc mu wizję zabicia Stalina przy użyciu specjalnego długopisu-pistoletu.

Ku zaskoczeniu swojego rozmówcy, Ribbentrop zakomunikował mu, że nie wyklucza osobistego udziału w tej operacji, o czym poinformował wcześniej także Hitlera: „Powiedziałem Führerowi o mojej gotowości poświęcenia się dla dobra Niemiec. Zaaranżuje się konferencję ze Stalinem, a moim zadaniem będzie zastrzelenie radzieckiego przywódcy”.

Hitler jednak odrzucił ten pomysł, uznając, że takiej akcji nie da się przeprowadzić w pojedynkę. Słaby punkt planu Ribbentropa tkwił jednak zupełnie gdzie indziej. Wprawdzie Niemcy i ZSRR do końca wojny utrzymywały tajne kontakty dyplomatyczne poprzez ambasadę w Sztokholmie, ale nie było najmniejszych szans, aby tą drogą nawiązać kontakt że Stalinem. Tym bardziej, że radziecki przywódca nie miał wtedy żadnego interesu w tym, aby spotykać się z Ribbentropem, ponieważ bieg wojny wyraźnie odwrócił się na korzyść Sowietów.

Dynamitowa grudka błota Himmlera

To właśnie Schellenberg, któremu powierzono zadanie ostatecznego opracowania planu zamachu, wybrał na potencjalnych zabójców małżeństwo Tawrinów. Mimo że szef niemieckiego wywiadu uważał Ribbentropa za oderwanego od rzeczywistości fantastę, zgodził się na włączenie do misji innego pomysłu jego autorstwa. Jak pisał w swoich wspomnieniach:
W sierpniu 1939 Joachim von Ribbentrop (z lewej) podpisywał z Sowietami pakt o nieagresji. Pięć lat później zaproponował, że osobiscie zgładzi Józefa Stalina (z prawej). Fot, PAP/ITAR-TASS
„Himmler zaproponował, aby może przedsięwziąć coś takiego, jak proponował Ribbentrop. Nasi eksperci skonstruowali specjalny instrument w celu zamordowania Stalina. Składał się on z ładunku dynamitu, który dawał się przymocować, a wyglądał z daleka jak grudka błota. Należało go przytwierdzić do samochodu Stalina. Ładunek posiadał zapalnik, kontrolowany za pomocą fal radiowych, tak silny, że z samochodu, na którym go wypróbowaliśmy, bardzo niewiele pozostało”.

Schellenberg słusznie założył, że powyższa koncepcja znacznie zwiększy powodzenie operacji, gdyż przy tak ważnej misji nie można opierać się wyłącznie na jednym rodzaju broni. Jak pokazały jednak wcześniejsze wypadki, przebicie się przez radziecki kontrwywiad oraz gęste sito osobistej ochrony Stalina było poza możliwościami nawet najlepszych komandosów Hitlera.

Spadochroniarze Skorzennego na wielbłądach

Już na jesieni 1943 r. Niemcy próbowali przeprowadzić zamach na „wielką trójkę” w Teheranie. Oprócz Józefa Stalina mieli zginąć (lub zostać porwani) także premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill oraz prezydent USA Franklin Delano Roosevelt. Operacją, której nadano kryptonim „Długi skok”, dowodził człowiek Hitlera od zadań specjalnych – austriacki SS-Obersturmbannführer Otto Skorzeny. Misja została jednak udaremniona przez siatkę działających w Persji radzieckich agentów pod kierownictwem 19-letniego wówczas Geworka Wartaniana (z pochodzenia Ormianina). Niemieccy zamachowcy, zrzuceni wcześniej na spadochronach, zostali namierzeni, gdy na wielbłądach obładowanych uzbrojeniem podróżowali w kierunku Teheranu i schwytani, zanim zdołali dotrzeć do miasta.

Mandżurski uciekinier

Jeszcze wcześniej, bo już pod koniec lat 30., Stalin znalazł się na celowniku Kraju Kwitnącej Wiśni. Podobnie jak Niemcy, japońscy agenci pozyskali do współpracy radzieckiego dezertera. Był nim wysoki rangą oficer NKWD Gienrich Luszkow, który 13 lipca 1938 r. zdecydował się zbiec do Mandżurii, która była wtedy okupowana przez Japonię.

Przygotowując się do swojej ucieczki, uprzedził żonę Innę, aby jak najszybciej opuściła wraz z córką ZSRR. Małżonka Luszkowa została jednak schwytana i osadzona na Łubiance, gdzie poddawano ją torturom i ostatecznie stracono. Słuch o córce zaginął, ale prawdopodobnie podzieliła ona los pozostałych członków rodziny byłego enkawudzisty, których wysłano do gułagów. Po wojnie przy życiu pozostała jedynie siostra Luszkowa.

„Wielka Trójka” miała zginąć. Tak Niemcy chcieli wygrać wojnę

W wyniku operacji „Wielki skok” mieli zginąć Roosevelt, Churchill i Stalin.

zobacz więcej
Tymczasem japońska propaganda starała się na wszelkie sposoby wykorzystać postać tak ważnego funkcjonariusza radzieckiego aparatu bezpieczeństwa. Luszkow zdradził Cesarstwu okoliczności przeprowadzenia wielkiej czystki, a w wywiadzie dla wydawanej w Tokio gazety „Yomiuri Shimbun” podkreślał, że choć jest zdrajcą, to nie działa na szkodę swego państwa, lecz występuje wyłącznie przeciwko stalinowskiemu terrorowi. Podczas rozmowy z dziennikarzami kreował na zbrodniarza, który wprawdzie ma na sumieniu tysiące niewinnych istnień, ale czuje ogrom swojej winy i wyraża skruchę.

Bomba w Mauzoleum Lenina

Pod koniec 1938 r. wywiad japoński skompletował grupę sześciu bojowników o nazwie „Związek Rosyjskich Patriotów”. Zadaniem Luszkowa było dostarczenie informacji o miejscach często odwiedzanych przez Stalina. Gdy wszystko było już gotowe, opracowano operację o kryptonimie „Niedźwiedź”, która zakładała zabicie radzieckiego przywódcy podczas jego wizyty w popularnym sanatorium w Soczi.

Zamach nie powiódł się, ponieważ spisek został wykryty przez radzieckiego agenta o pseudonimie „Leo”. Odtąd Japończycy nie angażowali już Luszkowa do swoich tajnych misji.

Na temat jego dalszych losów krążą różne teorie. Jedna mówi, że po kapitulacji Japończyków na kontynencie w 1945 roku został schwytany przez Armię Czerwoną i rozstrzelany. Inna, że zabił go japoński oficer. Kolejna – że udało mu się uciec do Ameryki Południowej i zmarł dopiero w 1968 roku w Wenezueli.

Nieudana próba zamachu nie ostudziła jednak zapału Cesarstwa. W kwietniu 1939 r. przygotowano kolejną operację, której celem było zabicie wszystkich najważniejszych dygnitarzy radzieckich. Japończycy zamierzali podłożyć bombę w Mauzoleum Lenina i zdetonować ją w czasie obchodów pierwszomajowych, gdy Stalin i inni politycy ZSRR znajdą się w budynku. Jednak i tym razem plan został pokrzyżowany dzięki raportowi czujnego agenta „Leo”.

Inscenizowane zamachy

O ile atak z zewnątrz był trudny do przeprowadzenia, o tyle Stalin mógł z łatwością paść ofiarą wewnętrznej intrygi. Każdy z wysokiej rangi aparatczyków miał osobiste powody, żeby chcieć pozbyć się znienawidzonego satrapy.

Nikita Chruszczow i Ławrientij Beria po śmierci wodza mogliby sięgnąć po pełnię władzy. Wiaczesław Mołotow pragnął zemścić się za wysłanie do łagru jego żony Poliny. Stalin szczerze jej nie lubił i nie zamierzał zmieniać swojej decyzji pomimo licznych próśb ministra.
Ławientij Beria przygotowywał inscenizowane zamachy na Stalina, ratując go za każdym razem z „najwyższym poświęceniem”. Na zdjęciu sowiecki przywódca (z lewej z tyłu) z szefem NKWD (z córką Stalina Swietłaną na kolanach), Fot. Russian State Archive for Film and Photographic Documents / Photo ITAR-TASS/PAP
Spisek polityczny wymagał jednak współpracy kilku osób. Tymczasem radzieccy dygnitarze nie darzyli się wzajemnie zaufaniem.

Tylko Beria mógł pokusić się o samodzielny atak. Kierując NKWD miał pełną kontrolę nad tym, co dzieje się na Kremlu. Uznał jednak, że bardziej opłaca mu się udawać gwaranta bezpieczeństwa Stalina. Według Jurija Boriewa, autora książki „Prywatne życie Stalina”, szef NKWD przygotowywał inscenizowane zamachy na przywódcę ZSRR, ratując go za każdym razem z „najwyższym poświęceniem”.

Kucharz z pistoletem Berii

Najbardziej spektakularna mistyfikacja miała miejsce podczas urlopu dyktatora na Krymie. Stalin i Beria płynęli wtedy kutrem po Morzu Czarnym, gdy nagle kilku enkawudzistów zaczęło strzelać do nich ślepymi nabojami. Chwilę potem pozostali funkcjonariusze otworzyli do „zamachowców” ogień z ostrej amunicji. Beria, który uknuł całą intrygę, osłonił Stalina własnym ciałem.

Innym razem szef NKWD wręczył pistolet kucharzowi przygotowującemu kolację dla Stalina, wyjaśniając mu, że musi być zawsze przygotowany na ewentualność obrony wodza przed wrogami rewolucji. Podczas wieczornej uczty Beria wstał jednak nagle z krzesła krzycząc: „Oddać broń!”. Zanim zdezorientowany kucharz zaczął tłumaczyć się skąd ma pistolet, został zastrzelony na oczach Stalina.

Ostrzelana motorówka Jagody

Utrzymywanie dyktatora w ciągłym strachu miało zapewnić Berii wysoką pozycję w strukturach władzy. Jego postępowanie było w tym przypadku o tyle zrozumiałe, że wciąż pamiętał on tragiczny koniec swojego poprzednika, Nikołaja Jeżowa. Gdy przestał być już potrzebny, Stalin go oskarżył właśnie o planowanie spisku na swoje życie.

Całkowicie realnego zamachu próbował natomiast dokonać inny lider NKWD, Gienrich Jagoda. A przynajmniej tak twierdził szef ochrony radzieckiego przywódcy, Nikołaj Własik. Latem 1935 r. Gdy Stalin płynął motorówką po Morzu Czarnym, strzały w jego stronę oddali żołnierze ochrony pogranicza, ponieważ – pomimo obowiązujących procedur – łódź posiadała nieznany numer burtowy. Własik pisał potem w swoich wspomnieniach, że motorówka została przysłana właśnie przez Jagodę, który musiał doskonale wiedzieć, że zostanie ona zaatakowana przez żołnierzy.

Trockista na Kremlu

Poza członkami Politbiura bezpośredni dostęp do Stalina mieli też szeregowi enkawudziści. Spiskowiec miał jednak nikłe szanse na przedostanie się do tych struktur. Dotkliwie przekonał się o tym niejaki porucznik Daniłow, którego historię przytacza Anatolij Tierieszczjenka w książce „Stalin i kontrwywiad”:

Spaliła paszport, zostawiła dzieci i uciekła do USA. Skandal z córką Stalina

50 lat temu Swietłana Alliłujewa potępiła swojego ojca Józefa Stalina i rząd ZSRR.

zobacz więcej
„11 marca 1938 r. podczas spaceru Stalina po Kremlu doszło do próby zamachu w wykonaniu oficera z garnizonu stacjonującego w Tule (...). Mężczyzna wdarł się na Kreml przy pomocy sfałszowanych dokumentów dowódcy NKWD (…). Zachowanie nieznanego enkawudzisty wydało się ochranie podejrzane, więc został on natychmiast zatrzymany. Podczas śledztwa zeznał, że jest członkiem organizacji terrorystycznej o trockistowskich sympatiach... Przybył na Kreml, aby odebrać życie Stalinowi w odwecie za śmierć marszałka Michaiła Tuchaczewskiego (ofiary wielkiej czystki w Armii Czerwonej – przyp. autora)”.

Zemsta syna kułaka

Najbardziej zuchwała próba zamachu na „czerwonego cara” miała miejsce kilka lat później, 6 listopada 1942 r. Sawielij Dmitrijew, dezerter z Armii Czerwonej, ostrzelał wówczas na Placu Czerwonym w Moskwie rządową limuzynę, ukrywając się za pomnikiem Kuźmy Minina i Dmitrija Pożarskiego.

Zamachowiec pomylił się jednak i otworzył ogień do pojazdu, w którym nie było przywódcy ZSRR. Jak pisała potem jedna z rosyjskich gazet: „Terrorysta myślał, że Stalin znajduje się w samochodzie, ale w rzeczywistości trafił jednego z jego ministrów, Anastasa Mikojana, który cudem uniknął poważnych obrażeń”. Wbrew tym informacjom polityka uratował jednak nie tyle cud, ile silnie opancerzona karoseria i kuloodporne szyby, będące standardem w limuzynach, którymi poruszali się państwowi dygnitarze.

Dmitrijew miał w istocie wiele powodów, aby nienawidzić Stalina. Na przesłuchaniu przyznał, że współpracował z niemieckim wywiadem, ale zamach miał być jego osobistą zemstą. Były czerwonoarmista uważał Stalina za sprawcę niedoli żołnierzy radzieckich, a jakby tego było mało, bolszewicy zamordowali mu ojca w ramach „rozkułaczania wsi”.

Zamachowiec od dłuższego czasu przygotowywał się do swojej akcji odwetowej, obserwując bacznie samochody wyjeżdżające przez kremlowskie bramy. Bez większych przeszkód udało mu się wjechać na Plac Czerwony samochodem, w którym ukrył karabin. Funkcjonariuszom wmówił, że został przysłany do wzmocnienia obstawy w związku z 25. rocznicą rewolucji październikowej.

Niedługo po ataku zamachowiec został obezwładniony przez trzech ochroniarzy. Osadzono go w więzieniu NKWD, jednak Stalin nie rozprawił się z nim od razu. Wojskowe kolegium Sądu Najwyższego ZSRR skazało Dmitrijewa na karę śmierci w 1950 r.

Żal dziennikarza

Największą grozą napawali dyktatora obywatele, którzy byli gotowi poświęcić własne życie, aby tylko zgładzić znienawidzonych bolszewików. W prawdziwym niebezpieczeństwie Stalin znalazł się w marcu 1927 r.
Limuzyna Józefa Stalina na wystawie w Korei Północnej w 1987 roku. Fot. Francois LOCHON/Gamma-Rapho via Getty Images
Niedoszłym mordercą był współpracujący z gazetą „Prawda” Solomon Gurewicz, który od dłuższego czasu nosił się z zamiarem popełnienia samobójstwa połączonego z zamachem na któregoś z radzieckich polityków. Jego głównym celem był wprawdzie przewodniczący Prezydium Komitetu Wykonawczego Kominternu Nikołaj Bucharin, ale nie wykluczał również zabójstwa Stalina lub premiera ZSRR Aleksieja Rykowa.

Gurewicz postanowił, że przeprowadzi zamach podczas obchodów 10. rocznicy rewolucji lutowej w Teatrze Wielkim. Jako dziennikarz mógł liczyć na odpowiednią przepustkę. Gdy zobaczył jednak Bucharina, nie odważył się już pociągnąć za spust. Jak pisał potem w liście do swojej przyjaciółki: „Popatrzyłem na niego – jakoś mi się go zrobiło żal – sympatyczny bardzo. (…) Teraz mi się wydaje, że gdyby na jego miejscu był Stalin lub Rykow, na pewno bym strzelił”.

Straceńcza misja pilota

Takich dylematów nie miała natomiast rosyjska arystokratka o nazwisku Orłowa-Pawłowa, która w styczniu 1935 r. zastała Stalina w bibliotece kremlowskiej. Kobieta wycelowała do niego z pistoletu, ale chybiła. Jej dalsze losy nie są znane, ale biorąc pod uwagę, że należała prawdopodobnie do działającej w latach 30. grupy spiskującej przeciwko bolszewikom, musiała skończyć tak jak większość konspiratorów: w łagrze lub przed plutonem egzekucyjnym.

O próbę ataku na Stalina podejrzewano też w niektórych kręgach pilota Nikołaja Błagina. 18 maja 1935 r. kierowany przez niego samolot myśliwski I-5 zderzył się na pokazach lotniczych w Moskwie z samolotem pasażerskim ANT-20 przyczyniając się do śmierci 52 osób.

Kilka miesięcy później gazeta „Miecz” – emigracyjne pismo rosyjskie wydawane w Warszawie i Paryżu – opublikowała „zaginiony apel Błagina”, z którego wynikało, że pilot planował straceńczą misję „w ramach walki z bolszewizmem”. Pojawiły się wtedy sugestie, iż Błagin celowo zderzył się z ANT-20, ponieważ sądził, że wśród pasażerów znajdują się Józef Stalin, Wiaczesław Mołotow i Łazar Kaganowicz. Historycy nie mają dziś jednak wątpliwości, że ów apel był zwykłą fałszywką.

Śmierć Stalina niewiele by zmieniła

Hitler lepszy żywy niż martwy?

Może dobrze się stało, że polskie próby zamachu na przywódcę III Rzeszy nie powiodły się. Bo odwet byłby tak krwawy, jak nigdy.

zobacz więcej
Pomimo kilku udokumentowanych przypadków, realna liczba zamachów z udziałem obywateli Kraju Rad do dziś pozostaje nieznana. Wynika to z faktu, że komunistyczna propaganda ze wszystkich sił próbowała zatajać każdą taką próbę. Ataki na Stalina całkowicie burzyły bowiem mit idealnego ustroju, opartego na kulcie umiłowanego wodza.

Studiując przypadki faktycznych i domniemanych zamachów na przywódcę ZSRR nie sposób oprzeć się też refleksji, że jego śmierć niewiele by zmieniła. Wbrew naiwnemu twierdzeniu Ribbentropa cała potęga państwa radzieckiego nie opierała się bowiem „na umiejętnościach i polityce jednego człowieka”. O tym, jak bardzo się mylił, można było przekonać się kilka lat później, gdy Stalina nie było już wśród żywych. ZSRR nadal odgrywał wówczas znaczącą rolę na arenie międzynarodowej, a potencjał militarny tego kraju nieustannie się powiększał.

– Adam Gaafar

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Ostatnia narada cz. 1
Zdjęcie główne: Józef Stalin na marach. Rok 1953. Fot. Keystone/Getty Images
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
Pogromy Żydów i sowiecka intryga. Czarna legenda atamana Petlury
Morderstwo uznano za „usprawiedliwioną zemstę”. Ława przysięgłych uniewinniła zabójcę, złapanego na gorącym uczynku.
Historia Poprzednie wydanie
Przez Turcję, Syrię i Saharę. Kręta droga polskiego złota
Kiedyś myślano o budowie polskiego Fort Knox pod Warszawą. W 2002 roku NBP kupił nawet od Agencji Mienia Wojskowego Fort Zegrze.
Historia wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
26 tys. zabitych Finów, 130 tys. Sowietów. Zapomniana wojna
Osiem scen i terminów wojny zimowej, które proszą się o kamerę.
Historia wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Innym razem miałam przewieźć karabiny….
Któregoś dnia naładowano dwie walizy materiałami wybuchowymi (proch, lonty, piroksylina) i wydano mi rozkaz: „Obywatelka ma to przewieźć do Lublina”.
Historia wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Ani Litwini, ani Białorusini nikogo Polakom nie ukradli
Wileńskie uroczystości nie były pogrzebem, ale początkiem przywracania do życia Orła i Pogoni.