Kultura

Marzył o rolach dramatycznych, a został komikiem. Zezowate szczęście Bogumiła Kobieli

„Nie potrafię wyżyć z gaży scenicznej. (...) Z zegarkiem w ręku przemieszczam się pomiędzy kabaretem, planem filmowym, studiem telewizyjnym czy radiowym. Wciąż w autobusie, pociągu, taksówce. Czuję, że młodość ustąpiła dorosłości. Przeliczającej czas na pieniądze” – mówił Bogumił Kobiela w swym ostatnim wywiadzie.

2 lipca 1969 roku. Jadący trasą z Warszawy do Gdańska aktor, dostrzega moknących w strugach ulewy autostopowiczów. Zatrzymuje auto, sadowi pasażerów z tyłu – miejsce obok kierowcy zajmuje żona – po czym rusza w dalszą drogę.

Mokra jezdnia wymaga ostrożnej jazdy. Tymczasem bieżnik opon samochodu jest mocno starty. W osadzie Buszkowo szosa raptownie skręca w prawo. BMW wchodzi w wiraż, po asfalcie spływa woda. To właśnie ona – jak ustalą biegli – powoduje poślizg auta, jadącego z dozwoloną wówczas w tym miejscu prędkością – 60 km/h. Siła odśrodkowa kieruje BMW na przeciwległy pas, po którym mknie autobus.

Obaj kierowcy naciskają na hamulce, lecz czołowe zderzenie jest nieuniknione. Małgorzata Kobielowa jadąca z zapiętym pasem bezpieczeństwa (nie było to wtedy ani powszechne, ani przymusowe), wychodzi z samochodu z bezwładną rękę i mocno krwawiąca raną czoła. Autostopowicze są poturbowani.

Kobiela z impetem uderza klatką piersiową i brzuchem o kierownicę. Wydostaje się z wraku o własnych siłach i traci świadomość zanim pojawia się ambulans pogotowia ratunkowego.

Poszkodowani zostają przetransportowani do bydgoskiego szpitala. Pasażerowie zostają na obserwacji. Podobnie kierowca autobusu. U nieprzytomnego aktora konsylium diagnozuje pęknięcie śledziony i krwotok wewnętrzny.

Tak poważnych urazów w miejscowej klinice leczyć się nie da. Brakuje sprzętu, a lekarze specjaliści są na urlopie. Zapada decyzję, aby przewieźć pacjenta do kliniki specjalistycznej w Gdańsku.


Tam ranny przechodzi dwie operacje. Podczas drugiej dochodzi do zatrzymania akcji serca, reanimacja nie przynosi rezultatu. Kobiela umarł 50 lat temu – 10 lipca 1969 roku, osiem dni po wypadku.

Gdańsk stanowił uwerturę dla jego błyskotliwej kariery artystycznej, tam też nastąpił jej przedwczesny kres.

Ministrantura, matura, tenis

Jego dziadek w międzywojniu piastował funkcję prezesa Najwyższej Izby Kontroli Państwa przy Sejmie Śląskim. Ojciec, Ludwik uczył w katowickim gimnazjum i wykazywał aspiracje literackie. Jego „Awantury i przygody, które przeżył figlarz młody" – opublikowane nakładem Gebethnera i Wolffa u schyłku II RP – cieszyły się niemałym powodzeniem. Jeden z bohaterów książki, rezolutny przedszkolak mówiący wierszem wzorowany był ponoć na pierworodnym synu autora, Bogumile, urodzonym 31 maja roku 1931.
Chociaż Bozia nie obdarzyła go wybitnymi warunkami scenicznymi, od razu rzucał się w oczy - wspominała Kalina Jędrusik. Na zdjęciu: Bogumił Kobiela w spektaklu Teatru Telewizji "Wesele Fonsia". Fot.Zygmunt Januszewski/ TVP
„W latach okupacji Bobka wciągnęła ministrantura” – wspomina szkolny kolega Kobieli – Henryk Kraus. „Ogromnie celebrował tę rolę, zawsze wykłócał się, by sprawować jak najwięcej funkcji. Dzierżył sygnaturkę, dzwonki, patenę, a podczas rezurekcji obowiązkowo kołatkę. Kraśniał z dumy, gdy księża chwalili go za pomoc, a zdarzało się to bardzo często, bo obowiązki ministranta opanował do perfekcji”.

Świadectwo maturalne przyszły aktor uzyskał w katowickim liceum imienia Mikołaja Kopernika. Podczas pisemnego egzaminu z matematyki, przed wywierconą uprzednio dziurę w suficie, umyślny spisywał z tablicy zadania, po czym przekazał ich treść matematyczny tuzom, a ci rozwiązali je w mig.

„W jaki sposób wyniki dotarły do zdających nie wiem – ale przypuszczam, że Boguś musiał je otrzymać – bo z matmy był noga i ogromnie bał się, iż bez ściągi sobie nie poradzi. Brylował za to z przedmiotów humanistycznych. Mimo nienadzwyczajnych warunków fizycznych uprawiał też sport: gimnastykę, lekką atletykę, pływanie, kolarstwo, łyżwiarstwo, narciarstwo, a zwłaszcza tenis" – relacjonował Roman Sztetter, klasowy kolega.

Z rodzinnym domem Kobielów w Tenczynku sąsiadował kort. „Pewnego razu brat zorganizował zawody, które nazwał Międzynarodowymi Mistrzostwami Tenczynka. Międzynarodowymi, ponieważ zaprosił m.in. kolegę, który po wojnie wrócił z Anglii. Z Basią Pomianowską (potem żoną Wojciecha Kilara) podawaliśmy piłki, a rodzina kibicowała. Bogumił był w nich zarówno graczem, jak i arbitrem. Zasiadał na wieżyczce i profesjonalnie po angielsku sędziował mecze” – wspomina brat aktora, Marek Kobiela.

Białemu sportowi Bogumił pozostał wierny do matury. „Mieliśmy pod schodami schowek. Ukrywaliśmy tam rakietę tenisową, którą Bobek zabierał rano, idąc do szkoły. W rezultacie niekiedy wagarował na korcie. Ale tylko z lekcji matematyki, fizyki i chemii” – dodaje Marek.

Rwał włosy z głowy, łamał patyczki. Nerwus, choleryk, brat łata. Kim był twórca serialu „Stawiam na Tolka Banana”

Był mocno rozczarowany, że świat się na niego wypiął – opowiada Filip Łobodziński, który zagrał w „Podróży za jeden uśmiech” i „Stawiam na Tolka Banana”.

zobacz więcej
Rodzice dbali i o ukulturalnianie synów. Obaj bębnili na fortepianie. Marek opowiada: „Bobka szybko znudziły monotonne pasaże. Któregoś popołudnia udał się rowerem na lekcję i długo nie wracał. Zbliżał się wieczór, zaniepokojeni rodzice rozpoczęli poszukiwania. Po kilku godzinach sąsiad, który miał telefon poinformował, że brat właśnie dzwonił z Krakowa z mieszkania naszych babć ciotecznych. Dotarł tam na rowerze z Bochni! Prosił przekazać rodzicom, że warunkiem jego powrotu jest rezygnacja z lekcji muzyki”.

Wspólny motor

„Chociaż Bozia nie obdarzyła go wybitnymi warunkami scenicznymi, od razu rzucał się w oczy. Mimiką i gestykulacją bawił towarzystwo podczas zajęć w krakowskiej szkole teatralnej. Z tego powodu miał nawet onegdaj nieprzyjemności. Niektórzy asystenci oskarżyli go o zachowanie niegodne socjalistycznego aktora. Na szczęście rektor okazał się wyrozumiały na ideologiczne donosy. Wezwał nonszalanckiego studenta na dywanik i... pogratulował mu poczucia humoru" – wspominała po latach Kalina Jędrusik, koleżanka z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie.

Po innego rodzaju przygodzie zmuszony był złożyć samokrytykę przed uczelnianym kołem Związku Młodzieży Polskiej.

12 października 1952, w dniu obchodów święta Ludowego Wojska Polskiego, patrol milicji zatrzymał dwóch podchmielonych młodzianów, którymi okazali się Kobiela i jego kolega ze studiów Zdzisław Maklakiewicz. „Z racji wypitego wina – wspominał ów – byliśmy w euforycznym nastroju. Szliśmy przez Planty śpiewając wesołe piosenki, nie zawsze cenzuralne, więc zarzucono nam chuligaństwo. Mieliśmy szczęście, że skończyło się na naganie z ostrzeżeniem.”
Przyjaciele. Bogumił Kobiela i Zbigniew Cybulski ze swoją ówczesną żoną Elżbietą Chwalibóg. Sopot 1960 rok. Fot.PAP/Cezary Langda
Dyplomu aktorskiego nigdy nie odebrał. Kiedy stalinizm zaczął łagodnieć, Kobiela podążył do Trójmiasta. W Teatrze Wybrzeże zakotwiczył razem z Kaliną Jędrusik, Lidią Zamkow, Leszkiem Herdegenem oraz Zbigniewem Cybulskim. Z tym ostatnim już na pierwszym roku wydziału aktorskiego byli nierozłączni. Cybulski mówił do niego Nosaczu lub Bobasie.

Marek Kobiela: „Brat zawsze wprawiał Zbyszka w zakłopotanie, powtarzał, że ma za krótki nóżki, wąskie ramiona, nieciekawe owłosienie, za dużą pupę. Bobek bardzo go kochał i z tej miłości dokuczał mu w sposób łagodny, ale permanentny. Przypuszczam, że Zbyszek to lubił i trochę udawał, iż daje się na to nabierać”.

Kobiela wiedział, że Cybulski boi się duchów. Na obozie studenckim w Jagniątkowie uczestnicy opowiadali sobie wieczorem historie z dreszczykiem. Kobiela przygotował z krzeseł i sznurka misterną konstrukcję, która w kulminacyjnym punkcie opowieści spadła, wywołując olbrzymi rumor. Najgłośniej ze wszystkich darł się Zbyszek. „Między nimi była wspaniała relacja. Zbyszek udawał opiekuna Bogusia, ale de facto było odwrotnie. To Kobiela ochrzaniał Cybulskiego, że się spóźnia, gubi rzeczy, bywa niesłowny” – zapamiętała Jędrusik.

Cybulski i Kobiela wynajęli w Gdańsku pokój w przedwojennej willi. Z kuchni, łazienki i klozetu korzystało kilka kwaterujących tam rodzin. Gdy Zbyszek zdobył sławę, Boguś w miejscu na papier toaletowy wieszał zdjęcia przyjaciela, pieczołowicie wycinane z gazet.

Polska ginie, my żyjemy. Nadwiślańskie egzorcyzmy

Dwaj pisarze, którzy wsiedli do czerwonego tramwaju, zostawiając za sobą przystanek Niepodległość. 60 lat temu miały premierę ważne dla Polaków filmy, zrealizowane na podstawie ich książek.

zobacz więcej
Do spółki kupili żółty motor marki SKL. Jeździli nim rotacyjnie – jeden w dzień parzysty, drugi w nieparzysty. Wspólny motocykl zamienili potem na dwie jawy. Ponoć za gaże z chałtur na dancingach. Znaczonych rymami pióra Kobieli: „Estrada się ugina, tańczy primabalerina”. „Wszyscy na plaże, ja też o tym marzę”.

Podczas tych występów podają sobie dłonie na przywitanie. Kobiela chowa w ręce urządzenie, które sprawia, iż ma się wrażenie, jakby przez ciało przechodził prąd. Cybulski jest ugotowany, nie może wypowiedzieć słowa.

Jacek Fedorowicz, zapamiętał inny żart: „Cybulskiego wywołują z próby w teatrze, ma jechać do radia i wziąć udział w audycji. Dziennikarz pyta o sprawy społeczne, polityczne, kolektywizację... Aktor odpowiada mętnie, a prowadzący dodatkowo przekręca jego słowa. Na korytarzu radiowym na Zbyszka czeka Bobek. Nie ukrywa, że nagranie poszło fatalnie, w dodatku mają je emitować na falach ogólnopolskich. Zupełna kompromitacja. Kobiela podsuwa rozwiązanie. Radiowcy mogą zniszczyć taśmę, ale za cenę wystawnego bankietu dla kolegów z teatru i dziennikarzy. Zbyszek przystaje na rozwiązanie z wdzięcznością. Mistyfikacja wychodzi na jaw dopiero podczas przyjęcia”.
Jeden z ostatnich spektakli studenckiego kabaretu Bim Bom, który działał w latach 1954-1960. Fot. PAP/CAF/Cezary M.Langda
Nowy etap w biografiach panów KC, jak ich określano w Trójmieście, rozpoczął się 2 maja roku 1955. Po półrocznych próbach premierę dał założony przez nich – ale także Jacka Fedorowicza, Tadeuszów: Chyły i Wojtycha, Jerzego Afanasjewa oraz Wowo Bielickiego – teatrzyk studencki Bim-Bom. Z miejsca stał się sensacją na skalę ogólnokrajową.

„Stoją ludzie na wiele tygodni (dosłownie) przed przedstawieniem, żeby tylko kupić bilet. Sala zawsze tak zatłoczona, że straż pożarna nie zgadza się na rozpoczęcie spektaklu. Po przedstawieniu poniedziałkowym ani jedna osoba nie opuściła sali i wszyscy skandowali: »Od początku! Od początku!«”

Niepowtarzalną atmosferę Bim-Bomu (który wciąż czeka na swego kronikarza) utrwalił na kliszy filmowej Janusz Morgenstern.

Projekt filmu „Do widzenia, do jutra” (r. 1960) wedle pomysłu panów KC, ma kłopoty na komisji scenariuszowej. Krytyk filmowy i autor scenariuszy Krzysztof Teodor Teeplitz określa scenopis jako głupawy i naiwny. Polemizuje z nim Kobiela: „Zdaję sobie sprawę, że w czytaniu jest to nieznośne, lecz jestem głęboko przekonany, że z tego może być doskonały film. Myśmy przed pięcioma laty rzeczywiście tacy byli (...), tak wyglądały sprawy naszego życia, byliśmy sentymentalni”.

Zgoda na ekranizację przychodzi, kiedy do grona scenarzystów dołącza Wilhelm Mach. Tylko formalnie. Wpływowy literat ma zapewnić przychylność władz. I tak się staje.

Największy talent po wojnie

W 1959 roku Kobiela kupuje pierwsze auto. Używanego Fiata 600 stawia na podwórku. Zostawia otwarte drzwi, pozwalając bawić się w środku dzieciom sąsiadów. Motoryzacyjne marzenie jest w stanie spełnić dzięki występom w kabarecie.

Zarzucano mu konformizm i peerelowskie uwikłanie. Czy jeszcze za nim zatęsknimy?

„Pokolenie”, „Kanał” i „Popiół i diament” miały dla Wajdy znaczenie formatywne i naznaczyły jego dalszą drogę artystyczną.

zobacz więcej
Fedorowicz: „»Wagabunda« to był dla każdego zaangażowanego przełom w finansach. Po przystąpieniu Bobka do »Wagabundy« spotkaliśmy go z Hanką na Monte Cassino w Sopocie. Był szczęśliwy jak dziecko: »Onassis jestem! Onassis!« krzyczał do nas i pokazywał kieszenie pełne pieniędzy, po czym zaciągnął nas do Grand Hotelu na wystawny obiad”.

W liście do rodziców Kobiela przyznawał: „Nie uważam tego, co robię, i całego programu, za jakiekolwiek osiągnięcie. W końcu już wie się, co nieco, na czym rzecz artystycznie polega. Więc co tu kryć – na razie – to wszystko chała!”

„Wagabundowy” występ artysty zapamiętał także Kazimierz Kutz: „Bobek był właśnie na scenie i mówił własny monolog do telefonu z urwanym drutem. Przez szczelinę w kulisach Cybulski pokazywał mi go palcem i pienił się: »Największy talent aktorski po wojnie! Pieprzy do ZAiKS-u przez urwany telefon. Największy talent!!! To on ma talent, nie ja! «”

Z „Wagabundą” wojażował Kobiela po Polsce, Europie i Stanach Zjednoczonych.

„Słyszę, że będą występy extra dla Prezesa Rady Ministrów, dla Cyrankiewicza. Wolę z nimi dobrze żyć, bo w końcu jak przyjdzie załatwić przydział jakiegoś mieszkania czy czegoś innego, to jedno słowo takiego władcy wystarczy, zamiast miesięcy chodzenia” – pisał w liście do rodziny.
„Boguś był chyba najserdeczniej witanym w Chicago polskim artystą z czasów powojennych. Nie bez powodów kiedyś w czasie występów Dodek-Dymsza zapowiedział go następującymi słowy: »Wprawdzie Bozia poskąpiła mi syna, ale za to obdarowała następcą, który za chwilę wystąpi przed państwem – Bogumił Dymsza, pardon, Kobiela«” – notował we wspomnieniach polonijny impresario Jan Wojewódka.

Oprócz „Wagabundy” Kobiela współpracował z kabaretem „Dudek” (niezapomniany pastisz „Filipinek” w towarzystwie Edwarda Dziewońskiego, Jana Kobuszewskiego i Wiesława Gołasa).

Ale największą popularność zawdzięczał szklanemu ekranowi. W programie TVP Jerzego Gruzy „Poznajmy się”, tworzył duet konferansjerów razem z Jackiem Fedorowiczem.

Szufladka z błazeństwem

Niewątpliwie Kobielę rozsadzało potężne poczucie vis comica. W głębi duszy marzył jednak o rolach dramatycznych. Niespełnionym pragnieniem pozostała chęć wcielenia się w ekranowy szwarccharakter.
W 1964 roku w koprodukcji z NRF reżyser Stanisław Lenartowicz przygotowywał ekranizację powieści Stanisława Rembeka „Wyrok na Franciszka Kłosa”. Do realizacji nie doszło, gdyż cenzura odrzuciła scenariusz.

Pozostała pożółkła kartka z planowaną obsadą. Gwiazdorską: Franciszek Kłos – Bogumił Kobiela, jego żona – Irena Karel, jego matka – Maria Malicka; w pozostałych rolach: Ewa Krzyżewska, Stanisław Jasiukiewicz, Zygmunt Kęstowicz, Henryk Bąk, Bogusz Bilewski, Stanisław Zaczyk, Jan Kociniak, Zdzisław Leśniak, Mieczysław Stoor, Ryszard Filipski, Andrzej Szalawski.
Status gwiazdy zapewniła Kobieli X Muza. Zagrał w filmach uważanych za kamienie milowe „szkoły polskiej”: „Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy oraz „Eroice” i „Zezowatym szczęściu” Andrzeja Munka. Z tym ostatnim reżyserem był też po słowie w sprawie roli w ekranizacji scenariusza historycznego Jerzego Stefana Stawińskiego „Ojciec królowej”. Ów projekt na adaptację czekał aż 17 lat, ponieważ Munk i Kobiela zginęli w kraksach.

Dopiero za drugim podejściem doszło do współpracy Kobieli z Jerzym Skolimowskim. Z roli w „Barierze” musiał zrezygnować, bo w tym samym czasie miał zaklepane tournee po ośrodkach polonijnych w USA. Brawurowo odtwarzał za to postać Wartburga w filmie „Ręce do góry”, pierwszym w polskiej kinematografii rozrachunku ze stalinizmem i jednym z najdłuższych stażem „półkowników”.

Pozycję ugruntował, grając samego siebie w pionierskim (bo realizowanym ukrytą kamerą) krókometrażu Andrzeja Kondratiuka pt. „Kobiela na plaży”, zrealizowanym podczas nadbałtyckich wakacji w Sopocie AD 1963.

Liczne role filmowe („Przekładaniec”, „Rękopis znaleziony w Saragossie”, „Lalka”, „Kryptonim Nektar”, „Poradnik matrymonialny”, „Człowiek z M3”) sprawiły, że w latach 60. teatr zszedł na dalszy plan.

Chociaż była też bardziej prozaiczna przyczyna: „Nie potrafię wyżyć z gaży scenicznej. (...) Z zegarkiem w ręku przemieszczam się pomiędzy kabaretem, planem filmowym, studiem telewizyjnym czy radiowym. Wciąż w autobusie, pociągu, taksówce. Czuję, że młodość ustąpiła dorosłości. Przeliczającej czas na pieniądze” – mówił w swym ostatnim wywiadzie, przeprowadzonym w czerwcu 1969 roku przez Zbigniewa Zaperta z „Expressu Wieczornego”.

Żałowała, że nie jest Żydówką. Odmówił jej tylko Wałęsa. Połomskiego zmusiła do noszenia peruki

Caryca peerelowskiej telewizji. Zapraszała generałów, duchownych i kelnera, który obsługiwał de Gaulle’a.

zobacz więcej
„Posiadał wyjątkową umiejętność tworzenia walorów z własnych słabości. Pobrzmiewający falsetem głos uwypuklał charakter jego postaci, wyolbrzymiając tchórzostwo, słabość, nieśmiałość czy porywczość. Wydatny nos i wąskie usta rozciągnięte w uśmiechu zwielokrotniały charakter jego komizmu. Niebanalnego i ponadczasowego. Zapewniającego temu aktorstwu unikalny status. (...) Niestety, włożono go do szufladki z tandetnym błazeństwem” – pisał Jerzy Stefan Stawiński.

Ostatnia droga do domu

W 1963 r. Kobiela ożenił się z Małgorzatą Nowakowską. Nazywał ją „Biedronką”. Trudno mu było stworzyć prawdziwy, rodzinny dom, bo ciągle był w podróży. Małżonkowie nie zdążyli zostać rodzicami. Organizując parapetówką w nowym warszawskim locum, gospodarz zaczął liczyć przybyłych panów. Na pytanie zdziwionych tym zachowaniem gości odparł: „Chcę mieć pewność, by żaden nie ukrył się w sypialni żony”.

Stać go było na rozwój pasji motoryzacyjnej. Nabył Fiata 850, a później – BMW 1600. Białe z elegancko wykończonym wnętrzem i nadwoziem, zwracało powszechną uwagę na ulicach Warszawy, dokąd właściciel przeprowadził się w roku 1961, wiążąc zrazu z teatrem Ateneum, a następnie z Komedią.

W ostatnią drogę do rodzinnego Tenczynka jechał Żukiem. „Droga daleka, więc zatrzymywaliśmy się po drodze kilka razy na przydrożnych polankach leśnych. Wtedy sobie przypomniałem, że on tak strasznie lubił grzyby. I na tych polankach je znajdowałem. Było ich niewytłumaczalnie dużo, aż dziw brał, więc najpierw nie wiedziałem za bardzo, jak się zachować, a w końcu kilka zabrałem ze sobą. Leżały obok trumny, a potem na mogile, obok wieńców” – wspomina brat Marek.
Rola życia – Jourdain w „Mieszczaninie szlachcicem” w reżyserii Jerzego Gruzy w Teatrze TVP. Na zdjęciu z Barbarą Krafftówną. Fot. TVP
Bogumił Kobiela wystąpił w ponad 50 filmach. Dwa ostatnie dokonania zawodowe Kobieli – komedia Jerzego Ziarnika „Nowy” oraz skecz Marii Czubaszek „Ogłoszenie” – miały premiery już po jego śmierci.

Tragiczny zgon sprawił, że zabrakło go w obsadzie tryptyku Tadeusza Chmielewskiego „Jak rozpętałem II wojnę światową”. W rolę kaowca – w debiucie fabularnym Marka Piwowskiego „Rejs” – wcielił się Stanisław Tym, a projekty współpracy kabaretowej z Jerzym Dobrowolskim oraz Zenonem Wiktorczykiem nie doszły do skutku.

Jerzy Gruza, pod egidą którego Kobiela zagrał drugą kreację życia – Jourdaina w „Mieszczaninie szlachcicem” w Teatrze TVP – konstatował: „Bobek był zaprzeczeniem akademijnej drętwoty, ciemnych garniturków i przemówień. Budził sprzeciw recenzentów, bo wykraczał poza ich wyobrażenie o tym, z czego i jak można się śmiać. Przełamywał konwenans, uczył publiczność swobody i naturalnej reakcji. Był aktorem największych nadziei. Nadziei do końca niespełnionych”.

– Tomasz Zbigniew Zapert

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Bibliografia:

Maciej M. Szczawiński „Zezowate szczęście. Opowieść o Bogumile Kobieli”.
Jan Wojewódka „Ja, Janko ryzykant”
Jacek Fedorowicz „Ja, jako wykoplisko”, „Będąc kolegą kierownikiem”
Jerzy Gruza „Telewizyjny alfabet wspomnień”
Kazimierz Kutz „Klapsy i ścinki”
Dorota Karaś „Cybulski. Podwójne salto”
Jerzy Stefan Stawiński „Notatki scenarzysty”


Filmografia:

„Bobek. Wspomnienie o Bogumile Kobieli”

Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.