Kultura

Damsko-męska golizna w Wenecji. Kuszenie niesfornym kosmykiem włosów opadającym na dekolt

Sztuka renesansu zrodziła się w rządzonej przez Medyceuszy Florencji, skrzydła rozwinęła w papieskim Rzymie, lecz do granicy doskonałości dotarła w mieście zbudowanym na wodzie.

Pamięć o dawnych mistrzach odżywa z okazji okrągłych rocznic. Rok 2016 należał do Boscha, teraz świat celebruje 500-lecie śmierci Leonarda da Vinci, w przyszłym roku przyjdzie kolej na Rafaela. Weneccy artyści hołdy odbierają bez przerwy.

W Waszyngtonie wydarzeniem sezonu okrzyknięto ekspozycję obrazów Tintoretta. Paryż odpowiedział wystawą, poświęcona schyłkowi Serenissimy, gdy stała się ona lupanarem i szulernią Europy, wciąż będąc stolicą muz.

Fałszywy mit Leonarda da Vinci

Był niesłowny i niesolidny, nie dokończył nawet portretu „Mony Lisy”. Swoimi odkryciami nie chciał dzielić się z innymi, a wymyślone przez niego maszyny były niepraktyczne.

zobacz więcej
Zbierająca entuzjastyczne recenzje retrospektywa twórczości Giovanniego Belliniego i jego szwagra Andrea Mantegny z Londynu przeniosła się do Berlina, zaś we Frankfurcie nad Menem zachwyt wzbudziły dzieła gigantów weneckiego Cinquecenta na czele z Tycjanem.

Moda na sukces

Teoretycznie to wszystko nie powinno się wydarzyć. Republika św. Marka gospodarczo i kulturalne silniej związana była ze Wschodem, niż z Zachodem. Tradycje bizantyjskie utrzymały się tu dłużej niż w innych włoskich miastach, podobnie jak wzory gotyckie w architekturze.

Klasyczne formy przyjmowano z oporami, może dlatego że Wenecja niczego nie zawdzięczała antykowi. Wyrosła w epoce chaosu, który zapanował po upadku rzymskiego imperium, nie zginała karku przed cesarzami i papieżami, do końca pielęgnując swoją odrębność i samowystarczalność.

Potęgę weneckiej kultury próbowano tłumaczyć na różne sposoby. To prawda, że w bogatym mieście łatwiej było znaleźć mecenasów, rządząca oligarchia chętnie inwestowała w sztukę (zwłaszcza sławiącą jej dokonania), zaś w porównaniu z papieskim Rzymem, czy trapioną politycznymi wstrząsami Florencją, XVI-wieczna Serenissima mogła uchodzić za miejsce bezpieczne, przyjazne obcokrajowcom oraz innowiercom. Przy nabrzeżach cumowało dziesięć tysięcy gondoli. Nigdzie w Italii nie drukowano tylu książek, nie świętowano tak często i hucznie.

Wenecki genius loci sprawia, że nad laguną światło, powietrze i kolory wydają się jakieś inne. Zamiast ulic są kanały. Budowle, wzniesione przez Sansovina i Palladia nie wyglądały by tak wspaniale, gdyby ich fasady nie przeglądały się w wodzie.
Paulo Veronese, fresk z Villa Barbaro. Fot. Wikimedia
W epoce nowożytnej miasto, zwane królową Adriatyku, czerpało coraz mniej dochodów z morskiego handlu, a coraz więcej z eksportu artykułów luksusowych i wizyt cudzoziemskich turystów - utracjuszy. Było stolicą europejskiej mody. Weneckie lustra, perfumy, tapiserie, jedwabie, aksamity, brokaty czy koronki uchodziły za najlepsze na świecie.

Nikt jednak nie rozsławił republiki św. Marka bardziej, niż rzesza wybitnie utalentowanych artystów. Takich jak Veronese, o którym mówiono, że jest „stworzony do malowania jak ptak do śpiewania”. Nie da się ich wszystkich wrzucić do jednego worka: pozostawili po sobie dzieła liryczne i refleksyjne, emanujące dostojeństwem, ale także zmysłowe, pełne patosu i gwałtowanych emocji.

Wściekłość i uwielbienie

Artystycznym mocarstwem Wenecja stała się mniej więcej w 1470 roku, głównie za sprawą klanu Bellinich. Najzdolniejszy z nich, Giovanni miał naturę innowatora: ciała ludzkie modelował niczym rzeźbiarz, wolną przestrzeń wypełniał pejzażem – realistycznym i zarazem poetyckim. Historycy sztuki rozpływają się nad jego nienaganną techniką, wzorową kompozycją i perspektywą.

Bellini osiągnął status oficjalnego malarza republiki, władze wręcz zakazały mu opuszczać miasto. Uczniów miał niezgorszych. Lotto, Giorgione i Tycjan poszli szlakiem wytyczonym przez mistrza. Pierwszego doceniono dopiero w XX wieku, drugiego już współcześni okrzyknęli geniuszem. Kłopot w tym, że Giorgione nie zwykł sygnować swych płócien.
Giovanni Bellini, „Pieta” z 1465 roku. Fot. Wikimedia
Pesymiści twierdzą, że przetrwało ich tylko pięć, a reszta to naśladownictwa lub robota jego przyjaciela Tycjana, który dożył wieku sędziwego i odcisnął piętno na całej epoce. „Być malarzem, żyć w Wenecji w XVI wieku to żyć w cieniu Tycjana, w uwielbieniu albo wściekłości, w jednym i drugim na raz” – uważa wielka admiratorka włoskiej sztuki, Ewa Bieńkowska.

Człowiek, któremu pędzel, upuszczony na podłogę, usłużnie podawał cesarz Karol V, najpotężniejszy monarcha ówczesnej Europy, przeszedł drogę podobną jak republika św. Marka – od niewykształconego, mówiącego gwarą prowincjusza do erudyty i bogacza, mogącego sobie pozwolić na kaprys, jakim było tworzenie wyłącznie dla własnej przyjemności.

Tycjan – domagający się astronomicznych gaży i je otrzymujący – podniósł prestiż malarstwa na poziom dla jego poprzedników nieosiągalny. Kilkudziesięcioma pociągnięciami pędzla osiągał efekt magiczny, nad którym da Vinci pracował latami (by zwykle zniechęcić się i zostawić obraz niedokończony). Pod koniec życia stał się impresjonistą: całkiem zarzucił rysunek, pokrywał płótno plamami, poprawek dokonując palcami, umaczanymi w farbie.

Dama z kadzidłem

„Sacra Conversazione” – średniowieczny temat, popularny w Wenecji Quattrocenta z czasem ewoluował w stronę malarstwa rodzajowego. Przykładem tycjanowska „Madonna z króliczkiem”, ozdoba kolekcji Luwru. Maria piknikuje ze świętą Katarzyną na tle podalpejskiego krajobrazu. Królik symbolizuje niepokalane poczęcie, winogrona jabłko i poziomki to symbole Eucharystii, Upadku i Raju.
Tycjan, „Madonna z króliczkiem”. Fot. Wikimedia
Na drugim planie krząta się pasterz, dziwnie podobny do księcia Fryderyka Gonzagi. Scena, skąpana w ciepłym świetle, nawiązuje do „Bukolik” Wergiliusza i „Sielanek” Teokryta, wznowionych przez jedną z weneckich oficyn wydawniczych.

Tematy mitologiczne bywały dla malarzy pretekstem do epatowania damsko-męską golizną. Znacznie więcej erotyzmu mają jednak weneckie „Belle donne”, obnażone co najwyżej częściowo. Kuszą uśmiechem, uwodzicielskim gestem, niesfornym kosmykiem włosów spadającym na dekolt.

Kiedyś uważano, że są to portrety kurtyzan albo panien na wydaniu. Dziś przeważa opinia, że artyści, zainspirowani strofami Petrarki, składali hołd kobiecie idealnej. „Piękne dziewczyny” nie są więc istotami z krwi i kości, lecz pogańskimi boginiami, choć pewnie zdarzały się wyjątki. Sebastiano del Piombo, zanim przeniósł się do Rzymu, namalował fascynującą „Kobietę w niebieskiej sukni” (dziś w zbiorach waszyngtońskiej National Gallery of Art). Po długich dociekaniach odkryto, że przedmiot, który młódka trzyma w ręku to nie lampa, lecz fragment kadzidła.

Blond włosy, okrągła twarz, zmysłowe usta, zalotne spojrzenie – typowy rysopis weneckiej piękności epoki renesansu. Podobne (może nawet to samo?) dziewczę pojawia się również na innych obrazach del Piomba. Jej tożsamość raczej na zawsze pozostanie tajemnicą.

Stracone arcydzieło

Konterfekty weneckich dżentelmenów łatwiejsze są do zidentyfikowania oraz interpretacji. Oto władza i pieniądz przeglądają się w lustrze sztuki. Młodzieńcy w modnej czerni, doża i urzędnicy w barwnych, służbowych uniformach, najemnicy w lśniących zbrojach.
Sebastiano del Piombo, „Kobieta w niebieskiej sukni” (obraz znany też jako „Portret młodej kobiety jako Panny Roztropnej”). Fot. Wikimedia
Te ostatnie były wyzwaniem dla malarzy. Literat Aretino, przyjaciel Tycjana, nie mógł się nachwalić jego „Portretu markiza Alfonso d’Avalosa”. Twierdził, że trafia w oko widza jak strzała.

Pomyśleć, że ów wspaniały obraz przez trzy stulecia znajdował się w Polsce! Był własnością Jana III Sobieskiego i Stanisława Augusta Poniatowskiego. W 1921 roku Alfred Potocki z Łańcuta sprzedał go znajomej Francuzce. Miał trafić do Luwru, lecz ostatecznie kupili go Amerykanie za 70 milionów dolarów. Dziś wizerunek włoskiego kondotiera można go podziwiać w J. Paul Getty Museum w Los Angeles.

Nieśmiertelna poezja

Utarło się mniemanie, że wyróżnikiem sztuki florenckiej jest staranny rysunek, zaś weneckiej - zjawiskowe barwy, słynne „Colorito alla veneziana”. Serenissima na potęgę handlowała farbami. Przemysły tekstylny i szklarski potrzebowały pigmentów najwyższej jakości. Ich sprzedawców należałoby zaliczyć do grona ojców chrzestnych weneckiego renesansu.

Tycjan, malując portret swego dostawcy, Alvise Gradignana dalla Scali, poniekąd oddał hołd ludziom, o których istnieniu rzadko pamiętają autorzy podręczników historii sztuki i biografii dawnych mistrzów.

O wpływie, jaki weneccy malarze wywarli na potomnych można by napisać nie książkę, lecz encyklopedię. Mieli wielu uczniów: od El Greca, Rubensa, Caravaggia i Rembrandta do Goi, Maneta i Cezanne’a. W XIX wieku kopiowanie dzieł gigantów renesansu stanowiło część edukacji młodych adeptów sztuki.
„Portret markiza Alfonsa d’Avalosa” pędzla Tycjana. Fot. Wikimedia/Google Art Project
Właśnie przy takiej okazji Théodor Géricault sporządził pomniejszoną wersję jednego z najwyżej cenionych obrazów ołtarzowych Tycjana. Francuski romantyk był do niej bardzo przywiązany, wisiała na ścianie pokoju, w którym umierał. Po latach mocno zyskała na wartości, gdyż oryginał „Śmierci św. Piotra męczennika” padł pastwą pożaru.

Tymczasem wenecki serial się nie kończy. Na marzec przyszłego roku londyńska National Gallery zapowiada wielkie wydarzenie: prezentację, rozdzielonych przed wiekami, pięciu wielkich obrazów mitologicznych, słynnych „poezji”, które Tycjan malował dla księcia Ferrary, Alfonsa d’Este. Tytuł ekspozycji: „Miłość, pożądanie, śmierć”.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Plac Św. Marka w Wenecji w maju 2019 roku, w czasie 58 Międzynarodowego Biennale Sztuki. Fot. Bertrand Rindoff Petroff/Getty Image
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Jak ukraińska „Zniewolona” budzi romantyczną duszę Polaków
Kopciuszek w wydaniu zza wschodniej granicy. Na czym polega fenomen serialu?
Kultura Poprzednie wydanie
Nie walczyli o Polskę tęczową
Zmarłemu przed 75 laty Tadeuszowi Gajcemu i jego towarzyszom marzyło się wielkie chrześcijańskie imperium.
Kultura wydanie 2.08.2019 – 9.08.2019
Jedna „przepowiedziała” śmierć Pollocka, druga wynalazła mini
Miały porządne wykształcenie, temperament i dobrze ustawionych mężów, ale sukces zawdzięczają sobie.
Kultura wydanie 2.08.2019 – 9.08.2019
Przez dziurkę od klucza. Metafizyka samurajów
Polski twórca zdawał sobie sprawę z nieprzezwyciężalnej różnicy, która mentalnie dzieli go z Azjatami.
Kultura wydanie 26.07.2019 – 2.08.2019
Krzykliwa „Mowa ptaków”. Ten film mógł wywrócić festiwal w Gdyni
Krzysztof Kłopotowski: Próbę usunięcia go z konkursu przez urzędników uważam za małostkową i niemądrą.