Kultura

Kultura masowa w fazie masturbacyjnej. Porno na wielkim ekranie

Współczesne kino przyswajając pornografię, wraca do punktu wyjścia – rozrywki dla analfabetów. Żeby odczuwać emocje voyerysty nie potrzeba wiele, wystarczą podstawowe popędy, a oglądanie dosłownego, detalicznie pokazanego seksu wywołuje odpowiednie reakcje w mózgu, czy ktoś chce, czy nie.

Jeżeli są festiwale, to są i skandale. Na ostatnim, z maja tego roku, festiwalu filmowym w Cannes połowa publiczności wyszła w trakcie projekcji filmu Abdelatiffa Kechiche'a „Mektoub: My Love – Intermezzo”. Wychodzący to nie byli pielgrzymi do Lourdes, którzy pomylili drogę i znaleźli się tam przypadkowo. To była publiczność festiwalowa, której nic nie straszne i nie jedno widziała.

O co więc chodziło? Film składał się z czterdziestominutowej rozmowy o niczym bohaterów na plaży, ponad dwugodzinnego oglądania trzęsących się w dyskotece, niekiedy klepanych i miętoszonych, damskich pup oraz piętnastominutowego seksu oralnego w toalecie, pokazanego z detalami. Tyle dobrego, a ludzie nie docenili i to kogo, laureata Złotej Palmy z 2013 roku.

Złotą Palmę Kechiche dostał za film „Życie Adeli”, którego trzygodzinne oglądanie umilają dwie sceny kochających się fizycznie lesbijek, pokazane w sposób, który nic nie pozostawia domyślności widza. Są to wstawki pornograficzne w psychologiczny dramat i to bardziej porno niż typowe porno, bo grają aktorki, a nie drewniane panienki z wiadomych stron w sieci.
Reżyser Abdellatif Kechiche na czerwonym dywanie podczas festiwalu w Wenecji we wrześniu 2017 roku. Fot. REUTERS/Alessandro Bianchi
Kechiche lubi takie rzeczy smakować – jedna ze scen około 7 minut, druga niewiele krótsza. O ile film nagrodzony w 2013 roku był filmem psychologicznym ze wstawkami porno, to tegoroczny jest już – według tych, co go widzieli – obezwładniająco nudną pornografią.

Ornamenty psychologizujące

Elementy pornograficzne zagościły na dobre w kinie głównego nurtu już w latach siedemdziesiątych XX wieku. Wtedy jeszcze w atmosferze skandalu i z kłopotami z dystrybucją. Z czasem skandal był coraz mniejszy, tolerancja większa, a dystrybucja zupełnie bezwstydna, nawet u nas. Jakieś dwa lata temu warszawiaków przechodzących przez plac Bankowy, obok kina „Muranów”, do wejścia zachęcał plakat filmu „Miłość” Gaspara Noe, znanego z predylekcji do porno. Są w filmie zbliżenia na genitalia i inne dosłowności, a jako że jest to film w technice 3D, to wiele scen musiało pozostawić widzom niezapomniane wrażenia.

Oprócz akcji bezpośredniej, czyli „Miłości” pokazywanej z fizjologiczną dosłownością są tam jakieś sekwencje wewnętrznej męki bohatera miotającego się po Paryżu z tęsknoty za kochanką, która sobie poszła, a on to przeżywa. To takie charakterystyczne alibi, że nie oglądamy zwykłego pornosa, tylko film psychologiczny opowiadający o ludzkich dramatach.

Podobne psychologizujące i dramatyzujące alibi, swoistą ciotkę przyzwoitkę, stosowali i inni twórcy pornografii w mainstreamie po to właśnie, by nie trafić do kin porno, kiedy one jeszcze istniały (w Polsce rzecz była nieznana z uwagi na pruderię PRL) lub później na specjalne półki w wypożyczalniach kaset wideo i następnie na strony pornograficzne w sieci. W ten sposób pornografia udawała, że nie jest pornografią, w istocie będąc nią i niczym więcej.

Z pornografią mamy do czynienia wtedy, gdy celem filmu jest wywołanie podniecenia seksualnego u widza, działając na podstawowy instynkt bez aluzji, metafor i estetyzowania, pokazując jak najdokładniej rzecz od strony technicznej. Rozdrażnienie instynktu jest celem głównym, dominującym wspomnieniem po seansie, a reszta ujęć to ornamenty psychologizujące i dramatyzujące, stanowiące punkt zaczepienia dla tego, co reżyserzy mówią, a krytycy i filmolodzy piszą, chwaląc bezkompromisowość, przenikliwość i odwagę przekazu.

Dumna z rozmiarów chuci

Wszystko oczywiście jest sprawą proporcji, ale ujęcia „pracujących” genitaliów, zbliżenia praktyk oralnych i dźwiękowe odzwierciedlenie namiętności sprawiają, że film, który jest może w założeniu czymś więcej niż detalicznym sprawozdaniem z kopulacji, staje się filmem o niczym innym.

Reżyserzy takich utworów oczywiście mówią, że szukają prawdy o ludzkim erotyzmie i w tym celu bezkompromisowo penetrują naturę człowieka, gdy w rzeczywistości ich aktorzy penetrują całkiem co innego, i o to najbardziej chodzi. Są pornografowie obłudni – większość i całkiem otwarci – mniejszość.

Piewca seksualnych dewiacji. Jego niebezpieczne teorie wpisano do standardów WHO i Deklaracji LGBT

Uważał, że traumę u gwałconych dzieci wytwarza histeria dorosłych wobec pedofilii, a nie same działania pedofilów.

zobacz więcej
Lars von Trier przed zdjęciami do „Nimfomanki” mówił współpracownikom, że będą kręcić pornola, a Shia la Beuf został poproszony o przysłanie reżyserowi zdjęcia swojego przyrodzenia jeszcze przed spotkaniem. Dlaczego ten przygnębiający, ponad czterogodzinny (obie części) pornol objechał festiwale, kina i stał się przedmiotem „poważnych” analiz to tajemnica ducha czasów, w których przyszło nam oglądać filmy.

Bohaterka, która aby się dobrze czuć, musi dziennie przyjąć siedmiu kochanków, ma widzom opowiedzieć coś ważnego, co niby także ich dotyczy. Bohaterką w życiu kieruje wyłącznie żądza i seksualnym pobudzeniem reaguje na z pozoru – to dla nas, profanów – nieerotyczne fakty, na przykład śmierć ojca. Gdy bohaterka von Triera trafia na terapię, zrywa ją gwałtownym monologiem o tym, że jest właściwie dumna z rozmiarów swojej chuci.

O ile to, co przysłał mailowo reżyserowi La Beuf, już sfilmowane w naturze i w stanie gotowości oraz inne czysto pornograficzne składniki filmu zacierają się w pamięci widza, o tyle monolog ideolo pozostaje. Przemawia przezeń właśnie duch czasów – wszyscy są z siebie dumni, a ci, którzy jeszcze w miarę nie tak dawno realizowali swoje skłonności w ciemnych zaułkach dzielnic o szczególnej sławie, są dumni jakby bardziej.

Nikt niczego się nie wstydzi

Pierwsza jaskółką, że to, co dotąd zakryte, powinno być odkryte był amerykański film pornograficzny „Głębokie gardło” z 1972 roku. Pornol, jak pornol, nie pierwszy i nie ostatni. Wyróżniała go może absurdalna fabuła, tak nonsensowna, że czyni „dzieło” bardziej strawnym poprzez niezamierzone efekty komiczne.

Fabułka jest pretekstem, żeby było dużo tego, o co naprawdę chodzi, a tytuł ją doskonale streszcza. Ale „Głębokie gardło” weszło do normalnej dystrybucji, nie do małych zadymionych salek dla użytkowników tego typu obrazów i to było wyjątkowe.

Mówiono o nim w talk shows u znanych prowadzących i pisała prasa. Atmosfera była taka, że – przynajmniej w dużych miastach – wszyscy musieli obejrzeć „ten film”. Porządni ojcowie rodzin, studenci i gospodynie domowe, wszyscy bez wstydu stali w biały dzień w kolejkach przed kasami kinowymi.

Oczywiście kiedy kultura masowa wchodzi w fazę masturbacyjną, nikt się z niczym nie kryje i niczego nie wstydzi, a dosłowność rośnie w cenie. Aluzje, niedomówienia i konteksty erotyczne zostają przepędzane z filmów przez inżynierię i mechaniczną dosadność, gdzie nie ma miejsca nie tylko na wdzięk, ale i na dwuznaczności, nawet nieprzyzwoite. Powodzenie i sława „Głębokiego gardła” zapewne ośmieliła reżyserów głównego nurtu kina.

Bandiera rossa z nocnika

Trudno powiedzieć, kto pierwszy zamienił sale kinowe w miejsca zbiorowego mentalnego onanizmu. Na pewno nie Pier Paolo Passolini swoim „Salò, czyli sto dwadzieścia dni Sodomy” na podstawie prozy markiza de Sade. Nie poszli za nim inni, bo zapewne wizualna atrakcyjność tak cenionej przez „ boskiego markiza” koprofagii odstraszyła innych reżyserów i aby utrzymać zainteresowanie widowni trzeba było się bardziej trzymać normy zachowań seksualnych, pokazując je tylko w coraz bardziej pornograficzny sposób.
Pier Paolo Passolini (na zdjęciu) wyreżyserował w 1975 roku „Salò, czyli sto dwadzieścia dni Sodomy” na podstawie prozy markiza de Sade. Fot. Wikimedia
Zresztą „Salo...” nie jest filmem pornograficznym. Nie jest także zwykłym filmem z fragmentami pornograficznymi. To katalog zboczeń, filmowany przeważnie w szerszych ujęciach (to znaczy mam dystans i mówię coś więcej niż filmowane sytuacje), które marzą się naprawdę nielicznym, a komu się snują po głowie, ten zazwyczaj ma kartę choroby w szpitalu, jak sam markiz. Rzecz bardzo koneserska.

Śpiewające w snobistycznych chórach kręgi intelektualne Europy były filmem wstrząśnięte i obowiązkowo zachwycone. Zrozumiano, że jest to bezkompromisowa krytyka faszyzmu i powojennego, autorytarnego społeczeństwa burżuazyjnego. Bandiera rossa załopotała Passoliniemu z wypełnionego nocnika.

W Europie prekursorskie było raczej „Imperium zmysłów” Nagisa Oshimy, nakręcone w Paryżu w 1976 roku. Film pokazujący serię stosunków i niewiele poza tym. Publiczność dowiedziała się z prasy – jakby ktoś miał wątpliwości – że seks w filmie nie był symulowany. Od tego czasu taka informacja to wyróżnik tego nurtu i zarazem jakby znak jakości.

Serię szczegółowo pokazanych kopulacji kończy uduszenie przez bohaterkę swego partnera i obcięcie mu tego, co z mężczyzny czyni kochanka. Widzowie opuszczają kino w nadziei, że przynajmniej to było symulowane.

Skandal, jaki wywołało „Imperium zmysłów” raczej filmowi pomógł niż zaszkodził, a krytycy wiele pisali o bezdusznej fizyczności i obsesyjnej namiętności, które mistrzowsko ukazane przez reżysera poszerzają niesłychanie nasza wiedzę o kondycji ludzkiej. Tym widzom, którym się wszystko z jednym kojarzy, poszerzają satysfakcjonująco. Reszta musi nieco poczekać aż minie przygnębiające obrzydzenie po seansie.

Follow the money

Jednak jeżeli ktoś idzie na „Imperium zmysłów”, to można uważać, że został jakoś ostrzeżony już samym tytułem. Ci, którzy nabrali się na niewinny tytuł „9 Songs” Michaela Winterbottoma z 2004 roku mogli się poczuć w sytuacji przymusowej. Zespół gra piosenkę na scenie, publiczność się bawi, stosunek, piosenka, stosunek, piosenka, bohaterka pokazuje bohaterowi kroki do zumby, ale krótko, bo przecież czeka stosunek.

Zbliżenia, żeby nie było wątpliwości, czy nie symulujemy, w trakcie trochę świntuszenia, a dla urozmaicenia po kolejnej piosence używany jest wibrator. Dialogi o tym, żeby on ją zer...ł zaraz, a że herbata za gorąca, to „ zer....j mnie, proszę”. Jako „zer...j” tłumaczone jest angielskie „fuck”, choć wierniejsze byłoby bardziej wulgarne polskie słowo.

Przed wojną, gdy znanemu i szanowanemu krytykowi, Adamowi Grzymale-Siedleckiemu zdarzyło się popełnić bezwartościową artystycznie i umysłowo komedyjkę, Antoni Słonimski skwitował wypadek: „starszy człowiek, dla pieniędzy”. Co się stało Winterbottomowi, reżyserowi z ciekawą filmografią, że nagle nakręcił coś takiego? „Follow the money” mówił dziennikarzom informator o pseudonimie – nomen omen – „głębokie gardło” w filmie „Wszyscy ludzie prezydenta” o aferze Watergate. Coś chyba jest na rzeczy.

Biznesemen ukrzyżowany na stringach półnagiej dziewczyny i lewicowi sojusznicy przemysłu pornografii

Filip Memches: Rewolucja seksualna, w której ideolodzy nowej lewicy upatrywali siły antykapitalistycznej, okazała się sprzymierzeńcem kapitalizmu

zobacz więcej
Hollywood w latach dwudziestych i trzydziestych było raczej śmiałe obyczajowo. Te poczciwe z dzisiejszego punktu widzenia „momenty” przyciągały widownię. Do czasu. Interes zaczął się psuć, gdy milcząca większość bogobojnych, ciężko pracujących Amerykanów dowiedziała się o stylu życia gwiazd, powszechnej rozwiązłości, narkomanii i alkoholizmie.

Czary goryczy dopełnił gwałt, jakiego miał dokonać popularny komik, „Fatty” Arbuckle na jednej z aktorek, po którym ofiara zmarła w szpitalu. Większość przestała być milcząca. Powstał „Legion Przyzwoitości” i inne organizacje walczące o moralność publiczną i zaczęła się era cenzury w kinie.

3 sekundy pocałunku

Wbrew naszym polskim doświadczeniom, cenzury w Hollwood nie wprowadziło państwo, ale sami producenci, którzy bali się pikiet pod kinami. Z ekranów zniknęły kobiety wampy, których rozwiązłość, podawana mniej czy bardziej aluzyjnie, była jednak oczywista. Kino miało przekazywać wzorce do naśladowania i nie obrażać widzów z „pasa biblijnego”, czyli środkowego zachodu Stanów Zjednoczonych, który do dzisiaj jest ostoją konserwatyzmu w tym kraju.

W 1930 roku napisano tzw. Kodeks Haysa, zespół wskazówek, czego nie wolno i co się powinno promować w kinie. Hays był byłym dyrektorem poczty i nie on napisał Kodeks, ale ponieważ stał na straży przestrzegania jego reguł jako prezes stowarzyszenia Motion Picture Producers of America, dlatego jego nazwisko przeszło do historii, stając się synonimem groteskowej cenzury, bigoterii i obskurantyzmu.

Rzeczywiście, kodeks regulował, ile czasu ma trwać pocałunek na ekranie (3 sekundy), żądał, by jeżeli dwoje siedzi na łóżku, to ich stopy dotykały ziemi, wykluczał wszystkie sceny rozbierane i aluzje do seksu poza małżeństwem. Od 1934 roku, kiedy wszedł w życie, kino amerykańskie zerwało z jakkolwiek rozumianym realizmem i przedstawiało piękne bajki z niekiedy sztucznymi, ale za to obowiązkowymi, happy endami.

Kino, także jako sala – bogato zdobiona i (po amerykańsku, czyli w nie najlepszym guście) elegancka, w której widz odrywał się od szarej codzienności i oglądał nie to, jak jest, ale jak być powinno – miało krzewić dobre obyczaje i wzmacniać ducha wspólnoty.

Kodeks Haysa nie podejmował wyłącznie wąsko rozumianych kwestii obyczajowych (czy np. aktorka może się pokazać w bieliźnie? Lepiej żeby nie – i z takich rozstrzygnięć jest pamiętany). Walczył także z przemocą na ekranie, promowaniem pijaństwa, gloryfikacją gangsterów i wątpliwych postaw etycznych. Promował wartości rodzinne, ale „rodzinność” taka jak w „Ojcu chrzestnym” z 1972 roku, byłaby pod panowaniem kodeksu niemożliwa.

Rzeczywiście, nie pokazywano nagości, nawet sugerowanej cieniem, wykluczone były porody i coś, co ciągle czeka na swój czas, czyli dziecięce genitalia. O tym, że można chcieć pokazać genitalia dorosłych kodyfikatorom nawet się nie śniło.
Rita Hayworth w filmie "Gilda", reż. Charles Vidor. Fot. Wikimedia
Kodeks szanował flagi, godła i przywódców wszystkich państw, a zacni obywatele piastujący wyróżniające funkcje społeczne nie mogli okazać się łajdakami. Wszystko, czego nie wolno, opisano w punktach. Podział był prosty: były postacie jednoznacznie złe i jednoznacznie dobre, i te dobre wygrywały.

Rękawiczka Rity Hayworth

Stąd wzięła się nazwa na Holywood – „Fabryka snów”. Pan Hays firmował sen o świecie sprawiedliwym, uczciwym, przyzwoitym i demokratycznym, gdzie o wyróżnieniu stanowiły zasługi i cnota. Swoistą sztukę dworską, do poziomu której chciała awansować niedawna rozrywka dla analfabetów i w której swoje wyidealizowane wyobrażenie o sobie chciał widzieć naród amerykański.

Producenci bali się, że ten zbiorowy suweren może przestać chodzić do kina, gdy się go urazi, a jak mówią Amerykanie: „Business first”.

Kodeks traktowany literalnie bywał jednak bezradny wobec inwencji reżyserów. Alfred Hitchcock przedstawił ponad dwuminutowy pocałunek, składający się z serii przepisowych trzy sekundowych, i przeszło. Działano aluzją, tworzeniem nastroju, kontekstami.

Marylin Monroe, ikona seksu wszech czasów zmarła parę lat przed zakończeniem działania Kodeksu Haysa, który na dobre wymiotła z kina dopiero rewolucja obyczajowa końca lat sześćdziesiątych. Aktorka została ikoną, choć nikt jej nie robił zbliżeń na miejsca intymne, choćby na nagi biust, a ona sama nawet nie jęczała na rytmicznie trzęsącym się łóżku, co jest dzisiejszym standardem w filmach uważanych za grzeczne. Nieprawdopodobne, tak jak i to, że kiedy Rita Hayworth zdjęła w filmie „Gilda” balową rękawiczkę, oglądający to mężczyźni czuli się tak, jakby widzieli gustownie wykonany streap-tease. Nie sposób sobie wyobrazić, że postaci grane przez Marylin Monroe wypowiadałyby kwestie bohaterki Winterbottoma, a Fred Astaire z Ginger Rogers zachowywałby się na ekranie jak postaci z „Nimfomanki”. A do kin w tych czasach cenzuralnej opresji chodziły tłumy. Widz wychodził z kina z potwierdzeniem, co dobre, co złe, co ładne, co nie (europejski gust był wtedy inny), zrelaksowany, może nie mądrzejszy, ale nie zniesmaczony.

Największy oblech festiwalu

Wiliam H. Hays ma fatalną opinię bigota, który bezwzględnie tłamsił sztukę filmową. Jednak w latach 1934-1968 powstało w Ameryce wiele niezapomnianych i wybitnych filmów. Według historyka kina Tima Stanleya, był to czas, w którym zasady zawarte w kodeksie Haysa „zmuszały twórców filmowych do bycia bardziej kreatywnymi i eleganckimi. Nauczyli się oni wówczas, że «mniej znaczy więcej» i stworzyli powściągliwe, liryczne, często bardzo erotyczne filmy, które odznaczały się niezwykłą poezją”.

Ale to już było. Kino przyswajając pornografię, wraca do punktu wyjścia – bycia rozrywką dla analfabetów. Żeby odczuwać emocje voyerysty nie potrzeba wiele, wystarczą podstawowe popędy, a oglądanie dosłownego, detalicznie pokazanego seksu wywołuje odpowiednie reakcje w mózgu, czy ktoś chce, czy nie. Wydawać by się mogło, pewny interes, podobnie jak z przemocą w thrillerach i ze strachem w horrorach.

Tylko kobiety mogą uratować ludzkość... Houellebecq dla wielbicieli erotyki i kryminałów

Autor „Serotoniny”, niestety, Nobla chyba nigdy nie dostanie. Z tych samych powodów, z których nie dostali go inni: Nabokov, Borges czy Herbert. Jest zbyt prawicowy i tego nie ukrywa.

zobacz więcej
Jednak szeroka dystrybucja wspomnianego na początku „Mektoub: My Love – Intermezzo” jest mało prawdopodobna. Jeżeli pójść droga wskazywaną przez informatora z CIA, „Głębokie gardło”, czyli „follow the money”, kasa może się nie zbilansować, a to przemawia do producentów. Kechiche mówił, że pragnął „pokazać metafizyczny aspekt ciała”, a tu młodzi dziennikarze filmowi pytani przed salą „na gorąco”, nazywali go „największym oblechem festiwalu”, „trollem festiwalu”, ktoś nadmienił o „starym zboczeńcu”.

Portal „Filmweb” relacjonował w telegraficznym skrócie: „Tyłek. Stop. Cycki. Stop. Techno. Stop. Cycki, cycki, tyłek, tyłek, techno, tyłek, cycki, stop.” w „Hollywood reporter” pisano, że reżyser zrobił czterogodzinny (no, prawie, bo 200 minut) film o tyłkach i że scena seksu oralnego w toalecie – mimo, że to czyste porno – jest przy nudzie oglądania godzinami tyłków, wytchnieniem.

Warto pomarzyć

To troska o wpływy finansowe wprowadziła niegdyś Kodeks Haysa. Gdy wśród widzów zmieniły się oczekiwania, ta sama dbałość o kasę kazała z kodeksu zrezygnować. Czy wychodzący z filmu Kechiche'a byli bardziej znudzeni, czy zniesmaczeni? Czy to był pierwszy spektakularny protest przeciwko pornografii w głównym nurcie kina, czy tylko przeciwko nudnej pornografii?

W zasadzie jeżeli przy odbiorze włączy się intelekt i złapie dystans, to nie ma pornografii innej niż nudna. Może to znak, że wahadło odbija i porno to będzie, jak dotąd, inny od oficjalnego obieg. Czasem warto pomarzyć.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Marylin Monroe w Nowym Jorku w marcu 1955 roku. Fot. Ed Feingersh/Michael Ochs Archives/Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.