Rozmowy

Niemcy karali Polaków, i to ostrzej niż Żydów. A co jest gorsze od kary śmierci? Śmierć rodziny

„Kto dopomoże Żydowi...” – tak zatytułowana jest książka prof. Bogdana Musiała, która lada dzień trafi do księgarń. Autor wykazuje, że gotowość Polaków do pomagania Żydom zmusiła okupanta do przyjęcia specjalnego prawodawstwa, jakiego nie stworzono w żadnym innym kraju.

O swojej książce autor będzie opowiadał w czwartek 13 czerwca 2019 r. o godz. 18 w warszawskim Domu Dziennikarza przy ul Foksal 3/5 sala A.

TYGODNIK TVP: Panie profesorze, „Kto dopomoże Żydowi...” – jak dokończyć to zdanie?

BOGDAN MUSIAŁ:
„Kto dopomoże Żydowi, ten podlega karze śmierci”. To fragment jednego z niemieckich rozporządzeń, które mówiło o karach dla Polaków za pomoc Żydom.

W dokumentach, które pan cytuje w swojej książce są – oprócz kary śmierci – określenia: „surowa kara”, „najsurowsza kara” i „policyjne środki bezpieczeństwa” Czy to wszystko oznaczało śmierć?

Proces tworzenia tego ustawodawstwa jest bardzo ciekawy. Kolejne przepisy były reakcją na postawę polskiego społeczeństwa. Najpierw pojawiły się kary administracyjne za ukrywanie Żydów. Potem, 21 października 1941 roku, decyzją gubernatora Hansa Franka, wprowadzono karę śmierci dla osoby, która świadomie ukrywa Żyda. To istotne, bo jeżeli ktoś przyjął do mieszkania osobę, o której żydowskim pochodzeniu nie wiedział, to nie mógł być skazany na karę śmierci.

Gdy Niemcy wiedzieli, że w okolicy wsi ukrywają się Żydzi, brali zakładników. I to oni musieli Żydów wyłapywać. Autorzy książki „Dalej jest noc” nazywają tych zakładników „wolontariuszami Zagłady”. To kłamstwo, bo przecież ci ludzie działali pod groźbą kary śmierci.

Czyny takie podlegały początkowo niemieckiemu sądownictwu specjalnemu, ale okazało się to dla Polaków mało odstraszające, więc lokalne administracje, starostwa (Landkreise) zaczęły wprowadzać własne przepisy. Rozporządzenia dowódcy SS i policji Friedricha Wilhelma Krügera ujednoliciły te przepisy. Przewidywały karę śmierci dla osoby, która w jakikolwiek sposób pomogła – choćby podała wodę – Żydowi. To było karane śmiercią. Podlegał tej karze także ten, kto wiedział o ukrywanym Żydzie, a nie doniósł.

„Policyjne środki bezpieczeństwa” wspomniane w rozporządzeniu Krügera polegały na tym, że decyzje o rozstrzelaniu na miejscu lub wysłaniu do obozu koncentracyjnego mógł samodzielnie podjąć niemiecki żandarm lub policjant. Już nie odpowiadały za to sądy specjalne. Na mocy decyzji Krügera policjanci i żandarmi mieli wolną rękę.

Od końca listopada 1943 roku Niemcy rozstrzeliwują całe polskie rodziny. W 1943 roku to już była norma w Generalnym Gubernatorstwie.

Skoro Niemcom nie wystarczyło jedno zarządzenie w sprawie ukrywania Żydów, to może słynny „niemiecki porządek” jest tylko mitem?

To polskie społeczeństwo było krnąbrne. Zarządzenia były rozplakatowane, księża musieli ogłaszać je z ambon i sołtysi informować wszystkich we wsi. Ale często ludzie nie wierzyli, że takie kary, o jakich mowa w niemieckich rozporządzeniach, będą stosowane.

Getta nie były szczelne, więc żydowskie dzieci wychodziły szukać pomocy po stronie aryjskiej i Polacy jej udzielali ze względów humanitarnych. Nawiązywały się także stosunki handlowe.

Dla Niemców to był problem, bo chcieli zagłodzić Żydów w gettach i nie miało znaczenia, skąd oni biorą żywność, czy to jałmużna, czy handel. Na prowincji, gdzie było znacznie mniej niemieckich sił porządkowych, współpraca handlowa rozwinęła się szeroko. Dlatego o zagłodzeniu prowincjonalnych gett nie mogło być mowy. Przestrzeganie przez Polaków niemieckich rozporządzeń oznaczałoby dla Żydów śmierć przez zagłodzenie, bo ilość żywności oficjalnie przeznaczona dla gett uniemożliwiała przetrwanie.
„Stwierdzono powtarzające się wypadki ukrywania się Żydów u Polaków...” - komunikat niemieckiego komisarza Ostrowca Bruno Motschalla z 1942 roku grożący karą śmierci Polakom pomagajacym Żydom. Fot. Wikimedia
Warto pamiętać, że dla ludności żydowskiej kara śmierci nie miała efektu odstraszającego, bo oni i tak byli skazani na śmierć. Niemcy szybko doszli więc do wniosku, że karać należy także nie-Żydów, czyli Polaków. I to ostrzej, niż Żydów. A jaka kara jest gorsza, niż kara śmierci? Śmierć rodziny.

Ale w Generalnym Gubernatorstwie kara śmierci groziła za wszystko, nawet za słuchanie radia. Może więc po prostu tak bardzo spowszedniała, że nikt się jej nie bał?

Proszę mi wskazać, ilu ludzi zostało skazanych na śmierć za słuchanie radia. Niewielu, i dotyczyło to głównie mieszkańców miast. Zresztą kara, jeżeli była, dotyczyła wyłącznie osoby, która słuchała. Za udział w podziemiu też była kara śmierci dla konkretnego partyzanta.

Natomiast na prowincji decyzję o ukryciu Żyda podejmował ojciec rodziny, który ryzykował życie nie tylko swoje, ale też swoich bliskich. Niewielu ludzi na to szło. To są wyjątki, takie jak np. rodzina Ulmów.

Ja mam trojkę dzieci, ale – przepraszam – gdybym hipotetycznie dziś zaryzykował ich życie, to sąd rodzinny miałby prawo mi te dzieci odebrać. To jest wielka dyskusja moralna, właściwie nierozstrzygalna, ale oczywiste jest, że szafowanie życiem dzieci jest nieodpowiedzialne.

Z pana książki wynika, że więcej represji – i to tak drastycznych, jak rozstrzeliwanie na miejscu – było na prowincji niż w miastach.

W miastach te sprawy podlegały sądom specjalnym (Sondergerichte) i to one karały śmiercią osobę, która pomocy udzielała. Dla tych sądów podstawą prawną było wspomniane na początku rozporządzenie Hansa Franka z 21 października 1941 roku, a nie późniejsze zarządzenia policyjne, które regulowały te sprawy na prowincji.

Niemcy nie patrolowali regularnie wsi, musieli więc je sterroryzować. Masakrowali więc jedną rodzinę i sąsiada, aby cała okolica miała świadomość zagrożenia. Gdy wiedzieli, że w okolicy ukrywają się Żydzi, brali zakładników. I to oni, pod groźbą kary śmierci, musieli Żydów wyłapywać.

Grabowski i Engelking pod pozorem pracy naukowej rozpowszechniają manipulacje. Piszą, że nie było obowiązku denuncjowania Polaków, którzy przechowywali Żydów. Tymczasem był taki obowiązek i kara śmierci za brak donosu o przechowywanym Żydzie była stosowana w ramach „policyjnych środków bezpieczeństwa”.

W książce „Dalej jest noc” pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego mówi się o współpracy sołtysów, straży wiejskich i ochotniczej straży pożarnej z Niemcami przy wyłapywaniu Żydów.

Sołtysi musieli podpisywać zobowiązanie, że są odpowiedzialni za oczyszczenie terenu z Żydów, czyli wyłapanie ich i doprowadzenie do Niemców. Za niewypełnienie tego zadania groziła im kara śmierci. W dodatku nie mieli możliwości ustąpienia z funkcji. Straż pożarną Niemcy zmilitaryzowali. Początkowo była używana do ściągania kontyngentów żywności, później do łapania Żydów.

Natomiast straż wiejska to byli chłopi wzięci przez Niemców jako zakładnicy, których – także grożąc śmiercią – zmuszano do wyłapywania Żydów. Poza tym mieli łapać szmuglerów i bandytów. Oczywiście nie mieli broni, więc wobec prawdziwych bandytów byli bezradni, mogli najwyżej poinformować najbliższy posterunek policji.

Pani Barbara Engelking w swojej książce nazywa tych chłopów „wolontariuszami Zagłady”. To jest kłamstwo, bo ich działanie były wymuszone, a nie dobrowolne. Autorzy „Dalej jest noc” pomijają zarządzenia niemieckie, które mówią o groźbie kary śmierci. Kary, która rzeczywiście była wykonywana. W swojej książce podaję przykład egzekucji członków straży wiejskiej w Miechowie. Sam pochodzę spod Miechowa i wychowałem się na opowieściach o strachu, jaki Niemcom udało się tam wywołać.

Moim zdaniem pominięcie części dokumentów przez autorów pracy „Dalej jest noc” było świadome, bo gdyby wzięto je pod uwagę, teza o „wolontariuszach Zagłady” byłaby nie do utrzymania. Można ją stawiać tylko wtedy, gdy ignoruje się niemieckie ustawodawstwo wprowadzane etapami na skutek kolejnych niemieckich doświadczeń w Polsce. Właśnie w Polsce, a nie w żadnym innym okupowanym kraju. Takich przepisów Niemcy nie przyjęli u siebie w Rzeszy ani we Francji, ani w Danii, ani w Holandii, ani w Czechach. Gdyby Polacy byliby „wolontariuszami Zagłady”, to nie byłoby konieczności ani wprowadzenia takich rozporządzeń, ani przeprowadzania pokazowych egzekucji.
Małżeństwo Józef i Wiktoria Ulmowie ze wsi Markowa pod Łacutem podczas okupacji udzieliło schronienia dwóm rodzinom Żydów. Gdy w 1944 roku Niemcy dowiedzieli się o tym, rozstrzelali najpierw ukrywajacych się Żydów, potem na oczach dzieci Józefa Ulmę oraz jego ciężarną żonę. Następnie zamordowano ich potomstwo: 8-letnią Stanisławę, 6-letnią Barbarę, 5-letniego Władysława, 4-letniego Franciszka, 3-letniego Antoniego i półtoraroczną Marię. Na zdjęciu Wiktoria Ulma z dziećmi. Fot. Wikimedia
Czy próby wykazania, że Polacy współpracowali w dokonaniu dzieła Zagłady, współbrzmią z tym, co się o nas mówi na Zachodzie?

Ta teza funkcjonuje na Zachodzie od dziesiątków lat, szczególnie w Izraelu i w Stanach Zjednoczonych. Jan Grabowski i Barbara Engelking jej sobie nie wymyślili. Uprzedzenia antypolskie są bardzo silne, ale nikt w Polsce przez lata na to nie zwracał uwagi.

Dziś jednak pan Grabowski i pani Engelking pod pozorem pracy naukowej rozpowszechniają manipulacje. Piszą na przykład, że nie było obowiązku denuncjowania Polaków, którzy przechowywali Żydów. To jest wprowadzanie czytelników w błąd. Był taki obowiązek i kara śmierci za brak donosu o przechowywanym Żydzie była stosowana w ramach „policyjnych środków bezpieczeństwa”.

Szokujące jest to, że naukowiec nie sprawdza dokumentów. Tym bardziej, że rozporządzenia, o których tutaj mówimy, są dostępne nawet w internecie, i to po polsku.

Czy Polacy na prowincji sami, bez obecności Niemców, mordowali Żydów?

Od przełomu lat 1939/1940 bandytyzm stał się plagą. Broń była łatwo dostępna, porządku publicznego nie było, była za to bieda i wielu wypędzonych. Bandyci szukali okazji do zarobku. Na wsiach mordowali Żydów, ale również Polaków, wszystkich, którzy byli łatwym łupem.

Niemcy tych bandytów ścigali. Chłop, jeśli zamordował Żyda, był ścigany. Brzmi to paradoksalnie, ale Niemcy nie godzili się na taką samowolę. Prawo do zabijania mieli tylko oni, do rabowania też, bo mienie żydowskie należało do Rzeszy. Rozporządzenia wydawane przy deportacjach z prowincjonalnych gett zawiadamiały, że kradzież pożydowskiego mienia będzie karana śmiercią. Były także niemieckie wyroki śmierci za mordy na Żydach.

Wciąż mówi pan o Niemcach, a nie o nazistach, także w książce używa pan takiego określenia.

Używam tego słowa świadomie. Urzędnicy, których kariery badałem, byli urzędnikami przed 1933 rokiem, byli nimi nadal po 1945 roku, a zawsze czuli się Niemcami. Dokonywali zbrodni w imieniu narodu niemieckiego, który z przekonaniem wybrał Adolfa Hitlera na kanclerza.

Niedawno w Niemczech obchodzono z wielką pompą rocznicę uchwalenia konstytucji z 1949 roku, nie mogąc się nachwalić jak bardzo jest ona przydatna w budowie demokracji. Przemilczano tylko, że zawarto w niej dwa artykuły, których celem była ochrona niemieckich zbrodniarzy wojennych.

Dziś mówi się, że zbrodnie są albo nazistowskie, albo polskie. Nie możemy pozwolić sobie narzucić takich określeń.

Jednak wiele napisano o tym, że po wojnie Niemcy przeprowadzili denazyfikację, odcięli się od przeszłości, ukarali zbrodniarzy…

Teza o przezwyciężeniu przeszłości przez Niemcy to propaganda. Niedawno obchodzono tam z wielką pompą rocznicę uchwalenia konstytucji z 1949 roku, nie mogąc się nachwalić, jakie to wspaniałe dzieło i jak bardzo jest przydatne w budowie demokracji.

Przemilczano tylko, że zawarto w niej dwa artykuły, których celem była ochrona niemieckich zbrodniarzy przed odpowiedzialnością za zbrodnie w czasie wojny. Jeden nich uniemożliwia ekstradycję niemieckich obywateli za granicę. A warto pamiętać, że mogli oni być sądzeni wyłącznie za granicą, bo niemieckie sądy nie mają uprawnień do ścigania zbrodni popełnionych na terenie innego kraju, na przykład Polski. Tych niemieckich zbrodniarzy, których mogliśmy osądzić w latach 40., przekazali nam alianci.
Niemiecki żołnierz odcina pejsy Żydowi w Krakowie. Fot. PAP/DPA
Drugi artykuł znosił karę śmierci. Dziś wygląda to bardzo humanitarnie, ale wtedy chodziło po prostu o ochronę zbrodniarzy niemieckich. Proces norymberski wywołał ogromne oburzenie w Niemczech, podobnie jak inne procesy przeprowadzone przez aliantów przed powstaniem Republiki Federalnej. Po zakazaniu kary śmierci w 1949 roku wyroki śmierci wydane w alianckich procesach zamieniono na dożywocie, następnie do kilku lat skróciła je amnestia.

Wprawdzie później organizowano jeszcze procesy „nazistowskich zbrodniarzy” w RFN, ale było ich niewiele, i tylko po to, aby kształtować opinię o Niemczech jako państwie praworządnym.

Rozmawiałem z licznymi zbrodniarzami niemieckimi, dwóch z nich opowiadało mi nawet, jak przeprowadzali deportację Żydów. A po wojnie robili kariery urzędnicze i w sądownictwie. Nikt ich nie ścigał.

W Niemczech dużo się mówi o ruchu oporu przeciwko nazizmowi. Do tego stopnia, że oni już uwierzyli, że 8 maja 1945 roku zostali wyzwoleni od nazizmu. Podczas obchodów rocznicy zakończenia wojny to niemiecka minister sprawiedliwości stwierdziła: „Nie tylko dla nas, Niemców, jest to dzień wyzwolenia”.

– rozmawiał Krzysztof Zwoliński
Bogdan Musiał, „Kto dopomoże Żydowi...”, wyd. Zysk i S-ka 2019
Dr hab. Bogdan Musiał, autor wydanej właśnie pracy „Kto dopomoże Żydowi...”, jest historykiem specjalizującym się dziejach Niemiec, Polski i Rosji w XX wieku. Od 1985 roku mieszka w Niemczech, gdzie uzyskał azyl polityczny. Pracował w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie i Instytucie Pamięci Narodowej. Jest członkiem Rady Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Publikuje niemiecku, polsku i angielsku.
Zdjęcie główne: Publiczna egzekucja Michała Kruka i innych Polaków w Przemyślu, którzy pomagali Żydom, rok 1943. Fot Wikimedia
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Nie włączyli się w system zbrodni. Pomogli Polakom przetrwać...
Dyrektor Instytutu Pileckiego: Nasze społeczeństwo dojrzało do tego, aby dziękować.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Śląsk. Poetyka hałdy i smogu
– Centrum? To getto uciekinierów z prowincji, którzy starają się przykryć własną przeszłość płachtą zapomnienia – mówi prof. Marian Kisiel.
Rozmowy Poprzednie wydanie
„Leśniczówka” rozwinęła mnie aktorsko
Reżyser nie robi mi uwag przez krótkofalówkę, bo wie, że mogę nie usłyszeć – mówi Iwona Cichosz, aktorka i tłumaczka Polskiego Języka Migowego.
Rozmowy wydanie 31.05.2019 – 7.06.2019
Plakat z kowbojem to mój sukces
Największą głupotą, za którą odpowiada osobiście Lech Wałęsa, było rozwiązanie Komitetów Obywatelskich – mówi Janina Jankowska.
Rozmowy wydanie 31.05.2019 – 7.06.2019
Jan Paweł II nie wzywał do powstania przeciwko komunistom
Prof. Antoni Dudek: Ludzie zrozumieli, że to katolicy w Polsce są w większości, a nie komuniści.