Rozmowy

Polacy żyją w Anglii jak w srebrnych klatkach: jest im tu dobrze, ale czują się obco

Choć moje córki znają dobrze język polski i czują się w stu procentach Polkami, to wybierają życie na emigracji. Jedna z uczennic powiedziała mi kiedyś: „Nasze serce chce do Polski, ale rozum podpowiada, że lepiej będzie się nam żyło w Wielkiej Brytanii. Łatwiej i spokojniej”. Dlatego jesteśmy rozdarci, bo moja tęsknota do kraju wzrasta – opowiada Janusz Kulczycki, który mieszka w Anglii z rodziną od 13 lat.

Pomysłodawca i kierownik ABC Polskiej Sobotniej Szkoły im. Kornela Makuszyńskiego w Poole, jest też wiceprezesem Polish Language Communication Centre in London, wspierającego polskich nauczycieli w Wielkiej Brytanii. W zeszłym roku otrzymał tytuł „Cichego Bohatera” za swą działalność na rzecz integracji mniejszości narodowych.

Polska nauczyła mnie pracować, a Hiszpania – żyć i korzystać z życia

Skrzypaczka ze Śląska opowiada o życiu Polaków na Balearach: Rdzenni Majorczycy są podobni do nas. Byli tak samo prześladowani i najeżdżani, mm.in. przez Hiszpanów. Łatwiej jest im zatem zaakceptować obcokrajowca niż Hiszpana.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Wyjechał pan do Wielkiej Brytanii w 2006 roku, dwa lata po wejściu Polski do Unii Europejskiej i otwarciu brytyjskiego rynku pracy dla nowych członków UE. Czy emigracja była dla pana koniecznością, czy może wynikała z chęci poprawy jakości życia swojej rodziny?

JANUSZ KULCZYCKI:
Raczej to drugie. Do Wielkiej Brytanii wyjechałem wraz z żoną i dwiema córkami. Dla naszej rodziny to była szansa na dalszy rozwój. Chcieliśmy doświadczyć czegoś nowego i poznać inne realia życia. Nie paliliśmy jednak mostów za sobą, żeby móc w każdej chwili wrócić do kraju. Początkowo planowaliśmy zostać na Wyspach dwa, trzy lata. Ale zgodnie z tym, co głosi motto: „Człowiek planuje, a Pan Bóg krzyżuje” (śmiech), nasza diaspora tutaj nadal trwa.

Motywem wyjazdu były też oczywiście pieniądze. W Polsce od 1991 byłem nauczycielem geografii i techniki. Po ukończeniu studiów podyplomowych z zarządzania oświatą zostałem dyrektorem gimnazjum. Moja żona pracowała jako stomatolog. Niestety, w tamtych czasach obie nasze profesje nie dawały gwarancji na zarobki, które pozwoliłyby na godne życie.

W szkole zarabiałem około 2,5 tysiąca złotych miesięcznie, a moja żona, pracując w dwóch miejscach, w tym w publicznej służbie zdrowia, zarabiała znacznie mniej. Nie było nas stać na otwarcie jej prywatnego gabinetu, co znacząco poprawiłoby nasz status. Jednak wyposażenie gabinetu to ogromne pieniądze, a my pochodzimy z rodzin robotniczych i dorabialiśmy się wszystkiego praktycznie od zera. Mieliśmy już zaciągnięte dwa kredyty: na mieszkanie oraz samochód. I to był czas, kiedy kredyty brało się w euro – waluta ta bardzo szybko szła w górę, więc trochę nas to dobiło. Ciężko było wiązać koniec z końcem, liczyliśmy każdą złotówkę. Dlatego postanowiliśmy zaryzykować i wyjechać.

Odnalezienie się w nowej rzeczywistości też nie jest łatwe. Musieliście się dostosować do zupełnie odmiennych realiów, przepisów prawnych i wymogów obowiązujących w Wielkiej Brytanii.

Moja żona jeszcze przed wyjazdem dostała propozycję pracy w dwóch, trzech miejscach w Wielkiej Brytanii. Oczywiście zanim rozpoczęła praktykę musiała przejść skomplikowaną procedurę egzaminacyjną i językową. Udało się i zaczęła pracę na dwie zmiany.
Niedługo po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii, młodsza córka Janusza Kulczyckiego (pierwszy z lewej), mając 7 lat zachorowała na nowotwór – ostrą białaczkę limfoblastyczną. Rodzian myślała o powrocie do Polski, ale ostatecznie zdecydowali się walczyć z chorobą na Wyspach. Leczenie trwało prawie trzy lata, na szczęście było skuteczne. Na zdjęciu wsparcie dla angielskiej fundacji walki z nowotowrami u dzieci. Fot. Janusz Kulczycki, za zgodą ABC Polskiej Sobotniej Szkoły im. Kornela Makuszyńskiego w Poole
Podjęliśmy wspólnie decyzję, że na początek życia w nowym miejscu ja zajmę się domem. Pracy było sporo. Jedna córka chodziła do przedszkola, druga w wieku 5 lat musiała pójść do I klasy szkoły podstawowej, zgodnie z obowiązkiem edukacyjnym w tym kraju. Trzeba było zaprowadzić obie do ich placówek, potem przyprowadzić, ugotować obiad – takie normalne, domowe życie.

Raj dla emigrantów, który pachnie małżami. Losy Polaków z Wyspy Man

– Byliśmy maleńką, polską grupką na południu wyspy w Port Erin i Port St Mary – o losach emigranta opowiada Dionisios Sturis, autor książki „Gdziekolwiek mnie rzucisz. Wyspa Man i Polacy. Historia splątania”.

zobacz więcej
Poza tym dałem sobie czas na naukę języka angielskiego. Nigdy nie miałem z nim kontaktu, tylko z rosyjskim i niemieckim. Niestety nie było to łatwe. Miałem już wtedy 37 lat i głowa już tak sprawnie nie pracowała (śmiech). Potrzebowałem aż dwóch lat na przyswojenie podstaw.

Kiedy druga córka poszła do szkoły, zacząłem pracę w restauracji jako pomoc kuchenna. Nie wstydzę się tego absolutnie, bo w tamtych czasach większość Polaków imała się takich zajęć. Zresztą ta praca dużo mnie nauczyła, głównie organizacji, i umożliwiła, co było dla mnie bezcenne, kontakt z różnymi narodowościami. Oprócz Anglików w restauracji pracowali m.in. Brazylijczycy, Hiszpanie czy Grecy. Poznałem ich charakter, osobowość, sposoby zachowania, reakcje.

Po roku stwierdziłem, że trzeba iść dalej i zacząłem szukać nowego zajęcia. Moje plany zostały jednak zburzone: młodsza córka, mając 7 lat, zachorowała na nowotwór – ostrą białaczkę limfoblastyczną.

Szok dla całej rodziny...

Diagnoza nas poraziła. Zaczęliśmy nawet myśleć o powrocie do Polski, ale zostaliśmy. Był to dla nas ciężki czas. Żona pracowała, a ja od rana do wieczora musiałem się opiekować córką, oczywiście na zmianę z żoną. Córka miała częste wizyty w szpitalu i wszystko bardzo przeżywała emocjonalnie, psychicznie. Choroba była w dość zaawansowanym stanie, więc leczenie trwało prawie trzy lata. Na szczęście było skuteczne, choć zastrzeżono nam, że ryzyko powrotu choroby jest duże. Ale już nie myśleliśmy o tym, tylko staraliśmy się żyć normalne.

Szczęśliwe zakończenie i mógł pan wrócić do aktywności zawodowej. W Poole założył pan ABC Polską Sobotnią Szkołę im. Kornela Makuszyńskiego, czyli skorzystał pan ze swojego polskiego przygotowania i doświadczenia, a zamiłowanie do edukacji wciąż było w panu silne.

Zawsze chciałem pracować jako pedagog i wiedziałem, że prędzej czy później będę chciał wrócić do swojego zawodu. Na początku zacząłem pracę w innej sobotniej szkole. Na terenie Wielkiej Brytanii jest ich obecnie 120, a uczęszcza do nich regularnie około 20 tysięcy uczniów. To jest jedna czwarta dzieci z rodzin polskich czy mieszanych. Reszta z nich nie korzysta, a szkoda.

Po jakimś czasie postanowiłem sam założyć szkołę, która będzie między innymi przygotowywała do egzaminu gimnazjalnego z polskiego jako drugiego języka obcego, niezależnie od tego, w jakiej szkole się dziecko uczy. Najpierw przez pięć lat prowadziłem Polski Klub Zabaw i Nauki w Poole. Klub był jednak niewystarczający i ostatecznie w 2014 roku powołaliśmy szkołę. Najpierw nauczyciele pracowali za darmo, jako wolontariusze, teraz jest znacznie lepiej i możemy choć w części płacić naszej wyjątkowej kadrze za poświęcenie i wielkie serce. Zaczynaliśmy od 40 uczniów, teraz po pięciu latach istnienia mamy 120, a uczy ich 14 nauczycieli.
Szkoła rzeczywiście bardzo się rozwinęła. Czy obecnie skupia się głównie na podtrzymywaniu w dzieciach polskości?

Mogą do niej uczęszczać dzieci od 4 lat do 15. Uczymy przede wszystkim języka polskiego jako języka ojczystego, czyli mówienia, czytania, pisania i słuchania. Ale też elementów geografii, historii Polski, zwyczajów i tradycji polskich.

Polonia bezsilna i lekceważona.
Dlaczego amerykańscy politycy się z nią nie liczą?

Bezczelność burmistrza Stevena Fulopa obudziła polską społeczność w Stanach Zjednoczonych.

zobacz więcej
Tak jak wcześniej wspomniałem, przygotowujemy również do egzaminu z polskiego jako drugiego języka obcego i mamy niezłe wyniki. Młodzi Polacy są bardzo ambitni i zdolni. Chcą się rozwijać, studiować. Niektórzy myślą o studiowaniu w ich rodzimym kraju, czy nawet mieszkaniu tam na stałe.

Oczywiście główna idea naszej szkoły to podtrzymywanie związku z Polską i pielęgnowanie tożsamości narodowej. Chcemy, by dzieci polskich rodziców i z rodzin tzw. mieszanych, dorastające w anglojęzycznej kulturze, nie zapomniały kim są, skąd pochodzą. By były z tego dumne.

Rozwijamy polskość nie tylko przez sobotnie szkoły, ale też różne akcje charytatywne, patriotyczne spotkania. Obchodzimy – jak w Polsce – wszystkie święta, na przykład Niepodległości, Flagi, czy Konstytucji 3 Maja.

W Poole na około 140 tysięcy mieszkańców jest obecnie około 2-3 tysięcy Polaków. Integrujemy się, aby pamiętać o naszych korzeniach nie tylko na poziomie rodzinnym. Zdarza się jednak, że część Polaków całkowicie odcina się od swojego pochodzenia. Znam kilka rodzin, które nie kultywują polskich zwyczajów czy tradycji. Szczególnie, kiedy jeden z rodziców jest innej narodowości niż polska.

Miałam nadzieję, że powinno być odwrotnie i że w takiej sytuacji bardziej staramy się pielęgnować tradycje wyniesione z domu.

No właśnie. Na szczęście są rodziny mieszane, które to szczególnie kultywują. Podam tu dwa przykłady.

W jednej znajomej rodzinie mama jest Polką, a tata Portugalczykiem. Mamie bardzo zależy, aby ich syn wychowywał się także po polsku i tata w tym nie przeszkadza. Chłopiec zdawał już egzamin z języka polskiego i jego poziom jest bardzo dobry. Lubi piłkę nożną i jego marzeniem jest dostać do reprezentacji polskiej, a w tej sytuacji musi bardzo dobrze znać język i posiadać paszport. Paszport już ma, a język cały czas rozwija.

Drugi przypadek jest jeszcze bardziej wzruszający. Mama Polka, mąż Anglik. Para poznała się w Polsce, tam się pobrali i zamieszkali. Urodziło się im dwóch synów: Beniamin i Felix. Kiedy najstarszy z chłopców miał 7 lat, mama niestety umarła na nowotwór. Miała nieco ponad 30 lat. Tata wyjechał do Anglii, tu poznał Angielką, z którą założył nową rodzinę, ale ich kontakty z polską rodziną jednak pozostały. I co ciekawe, ich druga mama zaangażowała się w to, aby dzieciaki uczyły się języka polskiego.

Podziwiam tę parę, że jej zależy, aby chłopcy znali język i kraj ich prawdziwej matki. Co najmniej raz w roku mogą jeździć do swojej babci do Polski. To jest dla mnie bardzo emocjonalne przeżycie. Cieszę się, że mogę taką misję spełniać, mniej lub bardziej trudną, ale na swój sposób wyjątkową. Nie miałbym takiej okazji w Polsce.

Kiedyś usłyszałem ładne motto: „Poznanie i wiedza mają wtedy sens, gdy prowadzą do przeżyć i działania”. To, czego się nauczyłem w Polsce, mogę teraz przenosić na warunki angielskie.
Jako wiceprezes Polish Language Centre Communication wspiera pan polskich nauczycieli w Wielkiej Brytanii. Na czym ta pomoc polega?

Pomysł założenia takiego stowarzyszenia zrodził się podczas moich studiów podyplomowych w Londynie. Były związane z nauczaniem języka polskiego jako języka obcego. Dostałem dyplom Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie, który w tym roku obchodzi 80-lecie istnienia.

Do Unii wchodzi się na zasadach Brukseli i wychodzi też na zasadach Brukseli

Dariusz Rosiak: Ponieważ Polaków można było obrażać bez posądzenia o rasizm, sporo wycierpieli. Stali się symbolem zagrożenia falą imigrantów z Europy Wschodniej

zobacz więcej
Założeniem naszej organizacji było przede wszystkim wsparcie nauczycieli w działaniach umożliwiających im podjęcie pracy w swoim zawodzie. Organizujemy m.in. spotkania, czy tak zwane kawiarenki niedzielne, podczas których nauczyciele sobotnich szkół mają okazję podzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem, problemami, z którymi borykają się na co dzień. My staramy się im pomagać. Kierujemy ich do instytucji, gdzie mogą uzyskać stosowne wsparcie.

Polscy nauczyciele mają bowiem wyboistą ścieżkę kariery w Wielkiej Brytanii. Trzeba przede wszystkim uzyskać nostryfikację dyplomu – to procedura prowadząca do ustalenia angielskiego odpowiednika ich umiejętności. Czyli trzeba opisać tok studiów, przedmioty, wykłady, ćwiczenia. Trwa to do kilku miesięcy.

Ponadto trzeba mieć dokument o niekaralności, aby pracować z dziećmi i młodzieżą. Oprócz takiego zaświadczenia szkoła wymaga referencji z co najmniej dwóch zakładów pracy.

Najłatwiej ze znalezieniem pracy ma anglista. Udaje się to nawet w rok. Na początku pracuje jako asystent wspomagający, bo w każdej klasie jest zazwyczaj dwóch nauczycieli – prowadzący i tzw. teaching asystent. Po dwóch, trzech latach można już samodzielnie uczyć. Wśród moich bliskich znajomych jest co najmniej kilka osób, które przeszły taką drogę. Uczą głównie w szkole podstawowej, która zaczyna się w wieku 5 lat, a kończy na 12 roku życia.

Mam nadzieję, że od września również będę takim nauczycielem wspomagającym. Liczę, że mój angielski jest na tyle dobry i podołam nowej roli. Obecnie przeprowadzam ustne egzaminy z języka polskiego w szkole angielskiej, więc przy okazji obserwuję, jak się pracuje w takich placówkach i wydaję mi się, że się tam odnajdę. Te szkoły często są wielokulturowe – jest dużo Polaków, Hindusów, Chińczyków, Hiszpanów, czy Francuzów.


Pana starania o integrację mniejszości narodowych doceniono w zeszłym roku tytułem „Cichy bohater”, przyznawanym w ramach prestiżowych nagród Dorset Ethnic Minority Awards.

Każda mniejszość narodowa w Wielkiej Brytanii chce nie tylko pracować, ale też utrzymywać żywe kontakty ze swoim krajem. Dlatego wiążemy się w różne grupy społeczne, które pielęgnują swoją tożsamość poprzez patriotyczne akcje, jak choćby Bieg Niepodległości, prezentowanie innym narodom polskich tradycji czy organizacje wydarzeń kulturalnych. Spotykamy się między innymi w ramach Festiwalu Mniejszości Narodowych. Polska diaspora brała w nim udział wraz z przedstawicielami Czech, Indii czy Chin. Były śpiewy, taniec, gra na instrumentach, wymiana poglądów. I w ten sposób możemy się poznać nawzajem. Jesteśmy w stanie lepiej się zrozumieć, w końcu dzielimy ze sobą ten sam los. Mimo że jesteśmy całkiem inni, to łączy nas emigracja i wspólnie jest nam łatwiej odnaleźć się w tych realiach.

Nasza sobotnia szkoła współpracuje między innymi ze szkołą chińską. Jej przedstawiciele gościli u nas kilkakrotnie. Pokazywaliśmy im jakimi metodami uczymy języka polskiego. Mimo że język jest całkiem inny, to system edukacyjny jest taki sam. Oni też mają szkołę sobotnią i dzięki naszej pomocy rozwijają swój język narodowy we własnej szkole.
Przyszłość mniejszości narodowych w Wielkiej Brytanii stoi pod znakiem zapytania w związku z brexitem. Jakie wśród Polonii panują nastroje?

Politycy postawili na szali los wielu rodzin. Kiedy większość Brytyjczyków opowiedziała się za brexitem, zaczęły się ataki agresji wobec mniejszości narodowych, również Polaków. Było co najmniej kilkadziesiąt takich incydentów. Były niemiłe komentarze, krzyki, pobicia. Padały ostre słowa w stylu: „To jest czas, abyście wrócili do swoich domów, my was nie chcemy”. Był to więc trudny moment. Dużo lęku i stresu, bo ludzie obawiali się o swoje zdrowe i życie.
Brytyjski policjant rozmawia z mieszkańcami w związku z antypolskim graffti na ścianie domu w zachodnim Londynie, w okolicy popularnej wśród Polaków. 15 maja 2006 r. W owym czasie w Polsce panowało prawie 20-procentowe bezrobocie i szacowano, że w dwa lata od wejścia do Unii Europejskiej ponad 350 tys. polskich imigrantów przybyło do Wielkiej Brytanii, co czyniło nas już wtedy największą falą imigracji do tego państwa od 300 lat. Fot. Scott Barbour / Getty Images
Dochodziło też do prześladowań w szkole. Tam, gdzie chodzi moja córka, pojawiały się komentarze: „Czy byście chcieli abyśmy przyjechali do was do Polski i zabierali wam pracę?”.

Z czasem emocje opadły, są teraz bardziej stonowane, ale wciąż panuje atmosfera niepewności, co nas czeka w najbliższym czasie. Jak wiadomo, brexit miał być w marcu, został jednak odłożony.

Zamęt i nieoczekiwane zwroty akcji. Z Unii Europejskiej najtrudniej jest wyjść

Dla przeciwników brexitu, których pieniędzmi szczodrze zasila George Soros, nowe referendum to ostatnia nadzieja.

zobacz więcej
Ten, kto jest tutaj od kilku lat, zna dobrze język i ma stabilną pracę, to raczej nie obawia się o swoją przyszłość. Po brexicie Polacy będą musieli się starać o statut osoby osiedlonej i wtedy będą mogli tu spokojnie żyć, pracować i zachować prawa do wszystkiego tego, co należy się przeciętnemu Brytyjczykowi. Przedsiębiorczy Polacy postarali się o obywatelstwo angielskie i paszporty, nie rezygnując z polskiego obywatelstwa. Ale zastanawiamy się, czy po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nasze rodziny będą mogły nas swobodnie odwiedzać i czy my będziemy mogli bez problemu podróżować.

Nie kusi pana więc, by wrócić do Polski?

Od dwóch lat obserwuję powroty Polaków do kraju. Widać to głównie po spadającej liczbie uczniów w mojej szkole, niewielkiej, ale regularnej. W tym roku kolejne rodziny zapowiedziały wyjazd. I myślę, że z czasem takich osób będzie coraz więcej.

Część Polaków czuje się tak, jakby była w srebrnych klatkach: żyje się im dobrze, po tych wielu latach, ale czują się tu obco, tęsknią za Polską.
Czy my rozważamy powrót? To trudne pytanie. Moje trzy córki chcą kontynuować naukę w Anglii. Choć znają dobrze język polski i czują się w stu procentach Polkami, to wybierają życie na emigracji. Jedna z uczennic powiedziała mi kiedyś: „Nasze serce chce do Polski, ale rozum podpowiada, że lepiej będzie się nam żyło w Wielkiej Brytanii. Łatwiej i spokojniej”. Dlatego jest to trudne do pogodzenia. Jesteśmy rozdarci.

Gdyby była szansa powrotu do kraju, to bym to zrobił. Im dłużej tu jestem, tym moja tęsknota wzrasta. Tęsknię za rodziną, przyjaciółmi, polskimi górami... Jak wyjeżdżamy z Polski, to zawsze płaczemy i jest nam bardzo smutno. Trudna sytuacja. Samo życie…

W ostatnich latach w Polsce dużo zmieniło się na korzyć, są lepsze drogi, warunki pracy i życia. Na lepsze zmienili się też sami ludzie. Więcej podróżują. Są bardziej otwarci, spontaniczni, serdeczni. Mógłbym się więc na nowo odnaleźć w rodzinnym kraju, ale teraz tu jest moje miejsce, z moją rodziną, żeby się wspierać i żyć razem. A patriotyzm? Często jest większy za granicą, bo Polska zawsze była, jest i będzie w sercach Polaków...

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Janusz Kulczycki podczas zakończenia roku w ABC Polskiej Sobotniej Szkole im. Kornela Makuszyńskiego w Poole. Fot. za zgodą szkoły
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Agnieszka Romaszewska: Polacy muszą włączyć się we wspólne...
Szefowa TV Biełsat rozważa, czy Białorusini mogą zarazić się etnicznym szowinizmem.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Reżyserki, etyczki, ministry… Najbardziej irytuje mnie gościni
Gombrowicz ironizował, że pisarka to gorszy rodzaj pisarza. A kiedy Wisława Szymborska dostała Nobla, w niektórych artykułach w uznaniu jej zasług pisano, że należy ją nazywać poetą, nie poetką.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Polska czerpie niemałe przychody z bitcoina. Czy nad Wisłą są...
Będziemy płacili librą Facebooka albo walutą chińską. Chyba, że powstanie narodowy pieniądz cyfrowy.
Rozmowy wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Szeptuchy odwracają uroki, huculskie voodoo zabija wiedźmy
Znam mnóstwo zaklęć, więc znajomi czasami proszą mnie o pomoc. Jedna koleżanka powiedziała, że dzięki mnie zaszła w ciążę – opowiada etnolog badająca magię ludową.
Rozmowy wydanie 22.11.2019 – 29.11.2019
Auta elektryczne będą jak hulajnogi
Dzisiejsze dzieci, gdy dorosną nie będą chciały mieć na własność samochodu spalinowego. Będą wypożyczać auta elektryczne – przewiduje Anna Skarbek-Żabkin, ekspert motoryzacyjny.