Rozmowy

Plakat z kowbojem to mój sukces

Rozumiem liderów Solidarności, którzy aż jęknęli na wieść o tym, że wszyscy bonzowie partyjni poza Mikołajem Kozakiewiczem z ZSL nie weszli do Sejmu. Podpisali przecież umowę, że dla opozycji będzie tylko jedna trzecia Sejmu, a ludzie zagłosowali zupełnie inaczej. Dlatego nasi zgodzili się na drugą turę wyborów parlamentarnych, ale to był błąd. Wtedy z aktywistów uszła para. Choć jednocześnie mieliśmy poczucie, że jest w tym jakaś większa mądrość, dyplomatyczna. Że tak trzeba, bo wojska radzieckie stacjonują w Polsce, bo polskie wojsko i milicja pozostają w rękach komunistów – mówi Janina Jankowska.

Dziennikarka radiowa, działaczka NSZZ „Solidarność”, internowana w stanie wojennym, uczestniczyła w obradach Okrągłego Stołu i przed pierwszymi, częściowo wolnymi wyborami do Sejmu i reaktywowanego Senatu 4 czerwca 1989 r. kierowała zespołem dziennikarskim przygotowującym kampanię Komitetu Obywatelskiego.

Wybory 4 czerwca stały się zaprzeczeniem Okrągłego Stołu

Inicjatywa samorządowców, aby to w Gdańsku miało miejsce świętowanie 30. rocznicy wyborów czerwcowych, jest wielce niefortunna. To tak, jakby rocznicę bitwy pod Grunwaldem świętować w Krakowie, bo na Wawelu mieszkał król Jagiełło – mówi prof. Inka Słodkowska.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Podobno najlepsze pomysły na kampanię parlamentarną 1989 roku Komitet Obywatelski zawdzięcza pani?

JANINA JANKOWSKA:
Moim jedynym widocznym sukcesem tamtej kampanii był plakat z Garym Cooperem.

Jak to?

Pomysł i wykonanie tego plakatu były oczywiście autorstwa Tomasza Sarneckiego. Rzecz w tym, że ten plakat został odrzucony przez Komitet Obywatelski. Spotkałam autora właśnie w Komitecie Obywatelskim przy ul. Flory w Warszawie. Wyżalił mi się, że zrobił taki dobry projekt, który jednak został odrzucony przez kierownictwo Solidarności. Obejrzałam plakat i stwierdziłam, że jest genialny.

Poleciałam do Henia Wujca i powiedziałam: „Heniu czy wy oczu nie macie, czy nic nie rozumiecie i niczego nie czujecie? To jest genialne. Musimy mieć tan plakat”. Henio Wujec dał się przekonać i załatwił, że w ostatniej chwili ten przepiękny plakat, z kowbojem z filmu „W samo południe”, z napisami solidarycą wydrukowano nam we Włoszech i rozwiesiliśmy go ostatniego dnia przed wyborami. To, że udało nam się organizacyjnie wszystko zgrać, było po prostu cudem.

A kto wymyślił, że każdy z kandydatów do Sejmu i Senatu będzie miał zdjęcie z Lechem Wałęsą?

To był pomysł byłego dziennikarza telewizyjnego Mariusza Waltera, który przekazałam Andrzejowi Wajdzie, a on zaproponował to kierownictwu Solidarności.


Pod względem PR-owym to był strzał w dziesiątkę.

Oczywiście. Walter był zwierzęciem medialnym i doskonale czuł takie rzeczy. Co prawda nie należał do Solidarności, ale miał sympatię do naszego ruchu. Po stanie wojennym został przecież wyrzucony z pracy i zarabiał na życie sprzedając sprzęt elektroniczny.

Wałęsa był zachwycony tym pomysłem, bo uwielbiał być na pierwszym miejscu. Walter wymyślił też, że to zdjęcie powinno być robione przy Stoczni Gdańskiej. Z kolei ja wymyśliłam, i to jeszcze podczas rozmów okrągłego stołu, żeby każdy członek Solidarności, który występował w telewizji, trzymał w ręku teczkę z nazwą związku. Żeby ludzie wiedzieli kto jest nasz, a kto ich. Nigdy nie godziliśmy się też na duble ani na jakikolwiek montaż nagrań. Pilnował tego Marek Owsiński, który każdą rozmowę dla telewizji nagrywał dodatkowo na taśmę audio, żeby mieć pewność, że w czasie montażu nie doszło do przekłamań.
Janina Jankowska. O mediach przy Okrągłym Stole
Przy Okrągłym Stole zasiadała pani przy podstoliku prasowym.

Tak, walczyłam o czas antenowy dla opozycji – w radiu i telewizji. I nie tylko na okres kampanii, ale dużo wcześniej. Dzięki temu Solidarność miała możliwość nie tylko promowania swoich kandydatów na posłów i senatorów, ale także prezentowania swojego punktu widzenia na wydarzenia. Robiliśmy to w godzinnym, cotygodniowym magazynie radiowym i telewizyjnym „Solidarni”. Słowa Solidarność nie można było używać przed legalizacją związku. Pierwszy magazyn radiowy wyemitowaliśmy 27 kwietnia, tydzień przed ukazaniem się pierwszego numeru „Gazety Wyborczej”.

Miała pani jakieś wytyczne od szefostwa Solidarności, co do negocjacji okrągłostołowych?

Przy okrągłym stole miałam dużą swobodę. Napisałam razem z Karolem Jakubowiczem projekt trzyetapowego procesu uspołecznienia mediów państwowych, radiowych i telewizyjnych. Zakładaliśmy, że docelowo będzie w Polsce jeden kanał telewizyjny zarządzany przez organizacje zawodowe i społeczne. To było trochę naiwne, ale tak wtedy wyobrażaliśmy sobie przyszłość mediów.

Przedstawiłam ten projekt podczas obrad naszego podstolika. Został oczywiście odrzucony przez stronę rządową. Później okazało się, że ten projekt był kartą przetargową przy rozmowach na temat „Gazety Wyborczej”. W zamian za to, że nie zostaliśmy dopuszczeni do zarządzania telewizją, Adam Michnik wytargował lepsze warunki dla „Gazety Wyborczej”. Ale to i tak była mała strata w porównaniu do tego, co utraciła Solidarność godząc się, że związek zawodowy nie zostanie reaktywowany, tylko będzie rejestrowany na nowo.

Co to za różnica?

W 1988 roku komuniści szykowali stan wyjątkowy

30 lat temu Kreml dał Jaruzelskiemu sygnał: „Towarzyszu, ociągacie się. U nas trwa pierestrojka, więc i wy weźcie się do roboty”.

zobacz więcej
A taka, że całe kierownictwo pierwszej Solidarności straciło swoje mandaty. Wszystkich trzeba było wybierać na nowo. To odpowiadało Lechowi Wałęsie i grupie, która organizowała Okrągły Stół. O to Andrzej Gwiazda miał największe pretensje. Bo nowy związek nie został oparty się na ludziach z 1980 roku, tylko wytypowano nowe środowisko kierownicze.

A jak pani się czuła przy Okrągłym Stole?

Fantastycznie. Mieliśmy swój pokój w obecnym Pałacu Prezydenckim (tu odbywały się obrady Okrągłego Stołu; budynek w PRL służył Radzie Ministrów, a po jej przeniesienia do gmachu w Alejach Ujazdowskich spełniał rolę reprezentacyjną – red.) i to był taki kawałek Solidarności, gdzie spotykali się starzy znajomi. Nikt ze strony rządowej tam nie przychodził. Pierwsze przenikanie środowisk zaczęło się w stołówce, podczas obiadów. Najpierw siadaliśmy we własnym gronie, a potem oni zaczęli się do nas dosiadać. Pamiętam, że Aleksander Kwaśniewski był zafascynowany Adamem Michnikiem i ogromnie chciał się mu przypodobać. Co zdaje się zostało mu do dzisiaj.

Kto w mediach obsługiwał kampanię Komitetu Obywatelskiego w 1989 roku?

Dziennikarze wyrzuceni za komuny z radia i telewizji. Początkowo stanowiliśmy jeden zespół. Dostaliśmy pokój w piwnicy budynku przy ul. Malczewskiego, a więc tam gdzie do dzisiaj mieści się siedziba Polskiego Radia. Szefem radiowej Jedynki był wówczas mój dawny kolega Marek Lipiński, który na wstępie powiedział: „Co się będziecie męczyć, przecież my możemy te audycje wyborcze zrobić za was, mamy praktykę”. Odpowiedziałam, że bardzo dziękujemy, ale wolimy sami. Tymczasem prawda była taka, że nie mieliśmy na czym pracować. W radiu nie dostaliśmy żadnego sprzętu, nawet magnetofonów. Musieliśmy sobie wszystko zorganizować.

To skąd wzięliście sprzęt radiowy?

Wywalczyłam w Komitecie Obywatelskim pieniądze na zakup sprzętu w Paryżu. Inka Słodkowska znalazła protokoły ze spotkań, na których wykłócałam się o te środki, a koledzy związkowcy niezbyt mi pomagali. Ale udało mi się namówić sztab Komitetu Obywatelskiego, żeby pieniądze Solidarności z Brukseli częściowo przeznaczyć na zakup sprzętu. Jedna z naszych koleżanek, Krystyna Sprusińska, przeprowadziła dodatkowo zbiórkę pieniędzy na Zachodzie, kupiła sprzęt i zorganizowała jego wysyłkę do Polski, a ja go rozdawałam naszym dziennikarzom. Wszystko oczywiście odbywało się pod patronatem Komitetu Obywatelskiego. Henio Wujec podpisywał co trzeba.
Wolontariusze pomagający Solidarności w kampanii wyborczej. Fot. Bernard Bisson / Sygma via Getty Images

Pamięta pani swój 4 czerwca?

Oczywiście. Zagłosowałam o 6 rano, a później cały dzień siedziałam w radiu. Nie było wtedy ciszy wyborczej. Kampanię prowadziło się przez cały czas głosowania. Nasi reporterzy byli rozstawieni w całej Warszawie pod punktami wyborczymi i robili wywiady, które od razu szły na antenie. Jedna z naszych reporterek nagrała rozmowę z panią, która razem z kartą wyborczą wrzuciła do urny obrazek z Matką Boską Częstochowską. To było ogromnie wzruszające.

Poza tym byłam w kontakcie z Maćkiem Wierzyńskim, który mieszkał wtedy w USA i organizował tam kampanię wyborczą wśród Polonii. Wysyłał nam informacje o wynikach głosowania w naszej ambasadzie. A ponieważ głosowanie w Stanach Zjednoczonych skończyło się kilka godzin wcześniej niż w Polsce, to dostaliśmy od niego wstępne wyniki i podawaliśmy je do wiadomości, w ramach naszych czasów antenowych.

Jakie były te wyniki?

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Piotr Semka: Kiedy ogłaszaliśmy przerwę milczenia, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów.

zobacz więcej
Dla nas rewelacyjne. Bardzo nas pokrzepiły. W naszym radiowym zespole zapanowała euforia. Po wyborach mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w innej Polsce, ale szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemię. 9 czerwca pod ambasadą chińską w Warszawie doszło do protestów młodzieży z powodu masakry na placu Tian’anmen w Pekinie, która miała miejsce dokładnie 4 czerwca. Marcin Meller, który był organizatorem protestów, dał znać do radia, żebyśmy podali informację na ten temat. Wysłałam tam reportera, który przyniósł materiał, ale nigdy nie został wyemitowany. Zablokował go jeden z pracowników radiowych. Nie wiem, czy miał takie polecenie, czy sam podjął decyzję, ale najwyraźniej nie chciał, by w eter poszła wiadomość, że towarzysze komunistyczni w Chinach strzelali do studentów, a polska młodzież przeciwko temu protestuje. To było pierwsze nasze rozczarowanie.

Czyli były kolejne?

Niestety tak. Kierownictwo Solidarności popełniło błąd, godząc się na drugą turę wyborów parlamentarnych i zmianę reguł gry po tym, jak w wyborach przepadła cała lista krajowa.

Rozumiem liderów Solidarności – Jacka Kuronia, Bronisława Geremka – którzy na wieść o tym, że wszyscy bonzowie partyjni poza Mikołajem Kozakiewiczem z ZSL nie weszli do Sejmu, aż jęknęli. Wyobrażam sobie, że byli przerażeni. Podpisali przecież umowę, że dla opozycji będzie tylko jedna trzecia Sejmu, a ludzie zagłosowali zupełnie inaczej. Dlatego nasi zgodzili się, że będzie druga tura wyborów, co było wbrew prawu, bo wymagało zmiany ordynacji w trakcie wyborów i wystawienia nowych kandydatów.

Ale to my, dziennikarze musieliśmy namawiać ludzi, żeby zagłosowali na tych nowych. Wtedy z aktywistów uszła para, choć jednocześnie mieliśmy takie poczucie, że jest jakaś większa mądrość, dyplomatyczna. Że tak trzeba, bo wojska radzieckie stacjonują w Polsce, bo polskie wojsko i milicja pozostają w rękach komunistów, bo beton partyjny może się ruszyć.
Miała pani o to żal do kierownictwa Solidarności?

Raczej miałam takie poczucie niesmaku. Ale najgorsze było to, że po wyborach nasi koledzy, którzy zostali posłami, kompletnie nas olali. Zajęli się wielką polityką, a myśmy zostali w radiu z kupą sprzętu i nie bardzo wiedzieliśmy, co dalej. Jeszcze siłą rozpędu robiliśmy magazyn „Solidarni”, do powstania rządu Tadeusza Mazowieckiego, ale to wszystko było bez jakiejkolwiek umowy, bez pieniędzy. Nie powiem, że na tych pieniądzach bardzo mi zależało, ale nie mogliśmy bez końca tkwić w zawieszeniu. Napisałam wtedy list do Komitetu Obywatelskiego, żeby wsparł nasze starania o założenie społecznej rozgłośni radiowej. Nie dostałam żadnej odpowiedzi. Oni już mieli swój Obywatelski Klub Parlamentarny, byli wielkimi politykami, a o nas zapomnieli. Zresztą nie tylko o nas.

A o kim jeszcze?

Świat zmieniają hobbyści

Jacy byliby Polacy, gdyby wystrzegali się buntów i wstrząsów? Moim zdaniem gorsi, mniej ciekawi, bardziej popsuci. Gdzie dowody? Nie mam. Na takie tezy nie da się zgromadzić dowodów.

zobacz więcej
O ludziach, którzy tworzyli w całej Polsce Komitety Obywatelskie. Gdy patrzę na tamtą epokę, to z perspektywy czasu uważam, że największą głupotą, za którą odpowiada osobiście Lech Wałęsa, było rozwiązanie Komitetów Obywatelskich. Ludzie w nich zaangażowani przygotowywali kandydatów na posłów i senatorów, organizowali im kampanię wyborczą, dbali o prawidłowość głosowania itd. Z Komitetów Obywatelskich mogło wykiełkować autentyczne społeczeństwo obywatelskie. I to wszystko zaprzepaszczono. Ludzie we wsiach, miasteczkach byli zostawieni sami sobie. Przestali być ważni dla Warszawy, dla góry.

Co pani dziś myśli o 4 czerwca 1989 roku?

Uważam, że 4 czerwca powinien zostać świętem narodowym. Dlatego, że ludzie z całej Polski byli wówczas niesamowicie pobudzeni i zaangażowani. Poza tym rok 1989 przewartościował wszystko – w sensie pozytywnym i negatywnym. Wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, która była podstawową siłą rewolucji 1980 roku, nagle stała się balastem. Zaczęły się procesy reprywatyzacyjne, padały zakłady pracy. Nikt w Sejmie o tych ludziach nie myślał. Kilka lat później rozmawiałam na ten temat z Jackiem Kuroniem. To było na kilka miesięcy przed jego śmiercią. Spytałam: czy pamiętasz kiedy zlikwidowaliście te wszystkie spółdzielnie produkcyjne i co zaoferowaliście ich pracownikom? Odpowiedział: „W ogóle nie wiem, kiedy to było. Mieliśmy pakiet do przegłosowania i to zrobiliśmy. Uwierzyliśmy w niewidzialną rękę rynku, która sprawiedliwie wszystko ureguluje. To był błąd. Czuję się za to odpowiedzialny”.

– rozmawiała Eliza Olczyk

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Zdjęcie główne: Do głosowania w 1989 r. zachęcał plakat z Garym Cooperem w roli szeryfa Willa Kane’a w westernie „W samo południe”, który w pojedynkę bronił ludzi przed bandytami. Film uważano za alegorie relacji USA – komunizm z lat 50. Na zdjęciu sprzedaż specjalnych wydań opozycyjnych gazet, które donosiły o zdecydowanym zwycięstwie Solidarności. 6 czerwca 1989 r. Fot. Chris Niedenthal/The LIFE Images Collection / Getty Images
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.