Rozmowy

Jan Paweł II nie wzywał do powstania przeciwko komunistom

Interpretacja słów: „Niech zstąpi Duch Twój i odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi” jako wezwania do walki z komunizmem jest zbyt daleko posunięta. To klasyka myślenia schematami. Gdy papież mówił o „odnowieniu tej ziemi”, chodziło mu o odnowę chrześcijaństwa w Polsce. Bo po trzydziestu latach rządów komunistycznych duch chrześcijański był mocno osłabiony – zwraca uwagę Antoni Dudek, historyk i politolog z UKSW w Warszawie.

Czy Franciszek pozbawi Jana Pawła II świętości? Nadchodzi „dewojtylizacja” Kościoła

Wierność nauczaniu polskiego papieża coraz częściej jest w Watykanie uznawana za akt nieposłuszeństwa wobec obecnego biskupa Rzymu.

zobacz więcej
TYGODNIK TVP: W niedzielę 2 czerwca przypada 40. rocznica pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, która trwała do 10 czerwca. Jaka była reakcja władz Polski Ludowej, gdy dowiedziały się o planach papieża?

PROF. ANTONI DUDEK:
Oczywiście negatywna. W pierwszej odpowiedzi Warszawa sugerowała, że jeżeli papież koniecznie musi przyjechać do Polski, to najlepiej gdyby zrobił to w roku 1982. Rozpoczęły się negocjacje, które trwały wiele tygodni. Ale tak naprawdę decydującym momentem było dość radykalne posunięcie Episkopatu Polski.

Mianowicie?

Ogłosił on list pasterski, w którym publicznie – list był odczytywany w kościołach – zaprosił papieża do złożenia wizyty w Polsce już w roku 1979. Episkopat zrobił to ewidentnie z inspiracji Jana Pawła II.

Dlaczego władzy nie udało się przeforsować późniejszego terminu pielgrzymki?

Od momentu ogłoszenia listu pasterskiego było o to trudno. Pojawił się problem presji ze strony opinii publicznej. Władze bały się negatywnych reakcji społecznych. Kolejnym etapem były negocjacje dotyczące dokładnego terminu już w 1979 roku.

Strona kościelna na początku proponowała termin majowy.

Była mowa o uroczystościach z okazji męczeńskiej śmierci świętego biskupa Stanisława. Reakcja władz była negatywna; argumentowano, że biskup Stanisław jest symbolem oporu przeciwko władzy państwowej. Taki patron absolutnie nie wchodził w grę jako główny motyw pielgrzymki papieskiej.

Stanęło na czerwcu. Władze poszły na bardzo duże ustępstwa, skoro początkowo sugerowały rok 1982, a skończyło się na przesunięciu – proponowanego przez stronę kościelną – terminu zaledwie o miesiąc. Później pojawiły się jeszcze spory o trasę pielgrzymki.
2 czerwca 1979 roku. Ulica Królewska w Warszawie przed przejazdem kolumny papieskiej. Fot. PAP/Bogdan Różyc
Nie zgodzono się m.in. na wizytę we Wrocławiu, Katowicach czy Poznaniu.

Papież był w Gnieźnie, więc brak wizyty w Poznaniu nie miał większego znaczenia. Natomiast o ile rozumiem tego typu zastrzeżenia w latach 80., to w 1979 nie są one do końca zrozumiałe. Na przykład to, że władze nie chciały wizyty papieża na Śląsku. Prawdopodobnie chodziło o to, że to matecznik Edwarda Gierka (I sekretarz KC PZPR – przyp. red.). To jedyne racjonalne wytłumaczenie.

Ale zgodzono się i na Kraków, i na Warszawę, i na Gniezno. Tak więc również w tej kwestii władze były dość ustępliwe. Zgodziły się też na (relatywnie) dość długą pielgrzymkę – pierwotnie mówiono o trzech dniach.

Były naciski Moskwy, by nie dopuścić do tej pielgrzymki?

Znamy jedynie relację Gierka, który twierdził, że dzwonił do niego Breżniew, odradzając przyjęcie papieża.

Wcześniej nie wpuszczono do Polski papieża Pawła VI.

Było to w 1966 roku. Tyle że po pierwsze, Polską rządził Władysław Gomułka, który znacznie mniej liczył się z głosem opinii publicznej niż Gierek. Po drugie, papieżem nie był Polak, tylko Włoch. Po trzecie, była to jednak inna epoka.

Przez ponad dekadę zaszły głębokie zmiany w relacjach państwowo-kościelnych – w latach 70. były one znacznie lepsze. Władze oczywiście dalej walczyły z Kościołem, ale w sposób mniej ostentacyjny, bardziej zakulisowo. Gierkowi trudno więc było odmówić polskiemu papieżowi zgody na przyjazd. Powiedział Breżniewowi, że koszty polityczne odmowy przewyższają ewentualne zagrożenia. I miał rację.

Gdyby zachował się jak Gomułka i odmówił papieżowi wjazdu, to musiałby się liczyć ze znacznie większymi przejawami niezadowolenia społecznego, niż miało to miejsce w 1966 roku. Wtedy mało kto liczył, że władze PRL zgodzą się na przyjazd do Polski Pawła VI. Tymczasem w roku 1979 takie oczekiwania były już dość powszechne. Gierek stał pod ścianą.

Zdanie Breżniewa było w tej kwestii drugorzędne?

Nie było decydujące. Trzeba pamiętać, że mamy trochę zmitologizowany pogląd na temat poziomu autonomii I sekretarzy KC PZPR. Dominuje narracja, że I sekretarze bez zgody Moskwy nie mogli kiwnąć palcem. To nieprawda. Mogli dużo, nawet bardzo dużo, zwłaszcza od 1956 roku. Jeszcze Bierut był głęboko uzależniony od Stalina. Ale po śmierci Stalina poziom autonomii krajów satelickich był naprawdę znaczny.

Wiele zależało od osobowości I sekretarza. Gomułka był bardziej samodzielny od Gierka. Ale akurat w sprawie pielgrzymki również Gierek uznał, że rada Breżniewa jest bezsensowna i koszty polityczne odmowy mogą być wysokie.

Gdy Episkopat oficjalnie ogłosił, że zaprosił papieża, to nie dało się już ukryć, że toczą się pewne rozmowy. Władze miały zresztą pretensje do Episkopatu, że zaprosił Jana Pawła II bez wcześniejszego porozumienia z nimi. Pole manewru Gierka gwałtownie się skurczyło. Gospodarka była w złym stanie i wszyscy oczekiwali jakiejś iskry. Jak wiemy, pojawiła się latem 1980.
PRL-owskie służby zostały postawione w stan najwyższej gotowości. Do tego zachodziła obawa, że może dojść do próby zamachu na papieża, co by postawiło władze PRL w katastrofalnym położeniu – mówi Antoni Dudek. Fot. PAP/Tomasz Prażmowski
Po drodze była jeszcze zima stulecia.

Ona też obnażyła słabość zarówno propagandy sukcesu, jak i całego państwa. Miało być ono dziesiątą przemysłową potęgą świata, a okazało się państwem źle zorganizowanym, które kompletnie nie radzi sobie z klęską żywiołową. Był to kolejny czynnik, który sprawiał, że trzeba było unikać sytuacji mogących zbulwersować opinię publiczną. Dlatego Gierek wybrał mniejsze zło.

Jaka była rola wywiadu i kontrwywiadu PRL w organizacji pielgrzymki?

Służby specjalne miały oczywiście wiele zadań w zabezpieczeniu wizyty. Wywiad działał raczej w Rzymie, starając się ustalić, co papież planuje powiedzieć. Jeżeli zaś chodzi o zadania kontrwywiadu, to do Polski miało przyjechać wielu dziennikarzy z całego świata, wśród nich zachodni szpiedzy, których trzeba było inwigilować, a przy okazji, jeżeli się uda, może również kogoś zwerbować.

Zaangażowane były także pozostałe piony MSW, na czele z departamentem III, odpowiedzialnym za rozpracowanie działalności opozycyjnej. Słowem, miał on nie dopuścić do wszelkich wrogich akcentów, jakie mogły się pojawić w związku z pielgrzymką.

Na czym polegała praca operacyjna?

Na inwigilowaniu i oddziaływaniu na środowiska opozycyjne, by w trakcie wielkich zgromadzeń nie doszło do prób buntu czy podburzania ludzi. Identyfikowano i izolowano potencjalnych prowodyrów takich zajść. Nie było to zadanie tylko Służby Bezpieczeństwa, ale też Milicji Obywatelskiej i wojska, choć SB pełniła tu rolę wiodącą.

Do tego zachodziła obawa, że może dojść do próby zamachu na papieża, co by postawiło władze PRL w katastrofalnym położeniu. Później by mówiono, że nie potrafiły ochronić papieża, i to jeszcze Polaka.


Czy były próby ograniczenia frekwencji na mszach papieskich? Choćby poprzez blokowania środków transportu czy uniemożliwienie ludziom wzięcia dnia wolnego w pracy?

Takie przypadki rzeczywiście miały miejsce, ale w latach 60. Natomiast w latach 70., przy okazji wizyty papieża, już sobie odpuszczono. Co więcej, gdy papież był w Krakowie, to dla większości mieszkańców miasta pracujących w sektorze państwowym, wtedy dominującym, był to dzień wolny od pracy.

A co z przekazem medialnym?

Starano się ograniczyć pokazywanie tłumów. Maciej Szczepański, prezes Komitetu ds. Radia i Telewizji razem z Jerzym Łukaszewiczem, sekretarzem KC odpowiedzialnym za propagandę, wydali wyraźne instrukcje, że należy pokazywać tzw. bliskie plany. Czyli papieża i jego najbliższe otoczenie, ewentualnie jakieś zakonnice, księży, a jeżeli innych ludzi, to raczej starszych – i w ograniczonej liczbie.

Przypomnę słynne zdjęcie, wykonane z krakowskiego kopca Kościuszki, przedstawiające Błonia. Niektórzy mówią, że były tam wtedy dwa miliony ludzi. Nie wiem, czy aż tyle, ale było to największe zgromadzenie Polaków być może w całej historii Polski, a na pewno w czasie tej pielgrzymki. Takich tłumów w 1979 roku w ogóle nie można było zobaczyć w telewizji. To zresztą zemściło się na władzach.
Ludzie nie dali się nabrać?

Jeżeli w mszach papieskich wzięło udział kilka milionów ludzi, to oni przecież widzieli te nieprzebrane tłumy. A później widzieli relacje w telewizji, które były zupełnie inne. W zasadzie doszło do autodemaskacji peerelowskiej propagandy. Strzeliła ona sobie samobójczego gola. Każdy widz – nawet dotąd nieuprzedzony – widział, jak telewizja manipuluje. A to ogólnie obniżało jej wiarygodność – także w innych sprawach.

Był to fatalny błąd ze strony władz, podobnie jak próby cenzurowania homilii papieskich – jakieś wycinki, pominięcie pewnych zdań itd. – to wszystko łącznie dawało efekt potęgujący przekonanie wielu Polaków, że ta władza po prostu nie jest rzetelna i nie gra czysto.

Wyczuwaliśmy mitomanów, efekciarzy i przesadnych ryzykantów. Byli przekleństwem konspiracji

Piotr Semka: Kiedy ogłaszaliśmy przerwę milczenia, uczestniczyło w niej około osiemdziesięciu procent wszystkich uczniów.

zobacz więcej
A jak do tej pielgrzymki przygotowywała się opozycja?

Od momentu wyboru Karola Wojtyły na papieża wśród opozycjonistów zapanował olbrzymi entuzjazm. Znajdowało to odzwierciedlenie choćby w prasie drugiego obiegu. Ale Komitet Obrony Robotników (KOR) bardzo jednoznacznie postanowił się nie afiszować w trakcie pielgrzymki.

Skąd taka postawa?

Wynikała z dwóch powodów. Po pierwsze, w KOR był silny nurt laicki – jego członkowie uważali, że nie należą do organizacji wyznaniowej i dlatego nie można się angażować po linii religijnej. Po drugie, wynikało to z przekonania, że władzom będzie zależało, by ewentualnie wykorzystać KOR; że kiedy oni się zaangażują, to dadzą władzy pretekst do oskarżenia opozycji. W związku z tym, o ile już po zakończeniu pielgrzymki wydano oświadczenie, a w prasie korowskiej ukazały się relacje z wizyty Jana Pawła II, o tyle w jej trakcie zachowano powściągliwość. Nie prowadzono na przykład akcji ulotkowych.

A działacze Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO)?

Zachowywali się inaczej, ale trzeba pamiętać, że pielgrzymka papieża odbyła się w czasie, gdy ROPCiO był podzielony. Tak naprawdę były dwa, skłócone ze sobą ruchy: Leszka Moczulskiego i Andrzeja Czumy. Niemniej jednak oba odłamy zaangażowały się w pielgrzymkę, kolportując ulotki. Taka była różnica między KOR i ROPCiO.

Jakie treści można było znaleźć na tych ulotkach?

Przekaz był następujący: witamy papieża; zachęcamy do udziału w mszach z jego udziałem; cieszymy się, że papież wspiera wolnościowe aspiracje Polaków. Mieliśmy więc ze strony ROPCiO próbę wykorzystania pielgrzymki do propagowania swoich idei – obrony praw człowieka i walki o prawa obywatelskie w Polsce.

Pamiętajmy jednak, że opozycja przedsierpniowa była niewielka. Zaliczało się do niej łącznie, we wszystkich organizacjach, około tysiąca osób. I oni tak naprawdę w tej masie ludzi przychodzących na msze po prostu utonęli. W tamtym czasie, najgłośniejsza akcja opozycji, zorganizowana przez ROPCiO w Krakowie, polegała na wypuszczeniu balonu meteorologicznego, do którego z jednej strony był przyczepiony orzeł w koronie, a z drugiej – flagi papieskie.
Ta była manifestacja radości i religijności, a nie demonstracja polityczna – podkreśla Antoni Dudek. Na zdjęciu: spotkanie Ojca Świętego z młodzieżą przed kościołem św. Anny w Warszawie. Fot. PAP/Bogdan Łopieński
Rozpoznanie bezpieki zawiodło?

Wydaje się, że SB wiedziała o tej akcji, ale odpuszczono interwencję, żeby nie dekonspirować swojej agentury wewnątrz ROPCiO. Bo właściwie co wynikało z tego, że poleciał orzeł w koronie? Zapewne w innych okolicznościach byłoby to dla władz kłopotliwe, ale tu machnięto ręką, podobnie jak na różne transparenty.

Uznano, że ewentualne próby przeciwdziałania mogą doprowadzić do protestów. Ekipa Gierka chciała mieć spokój w czasie pielgrzymki. A że nie groziły jej większe akcje opozycyjne, bo nikt nawet ze strony opozycji takich nie proponował, to na te drobniejsze machnięto ręką.

Opozycja obawiała się, że ewentualna reakcja władz może być nerwowa, gwałtowna, więc lepiej ich nie prowokować. Tym bardziej, że w opozycji postrzegano znaczenie tej pielgrzymki przede wszystkim w jej wymiarze duchowym; że będzie to przełom w mentalności, morale społecznym. I nie zawiedziono się.

Rzeczywiście rok później zaczęła się wielka fala strajków, na którą liczyła opozycja. Można więc powiedzieć, że pielgrzymka papieska była elementem mobilizującym; katalizatorem, uruchamiającym pewną przemianę świadomości społecznej.

Z tego punktu widzenia opozycja zachowała się bardzo racjonalnie. Ale też powiedzmy sobie jasno – nawet gdyby była bardziej radykalna, gdyby próbowała pociągnąć za sobą tłumy, to nie zyskałby poparcia.

Dlaczego?

Proces dojrzewania ludzi do buntu jest długotrwały. Zresztą wtedy mieliśmy do czynienia z manifestacją radości i religijności, a nie demonstracją polityczną. Stąd też większość ludzi byłaby oburzona, gdyby ktoś próbował skierować do nich jakieś działania o charakterze politycznym. To byłoby trochę tak, jakby ktoś poszedł na koncert muzyczny, a tu nagle wyskakuje polityk i zaczyna agitować: „Głosujcie na mnie!”. Tłum w najlepszym razie by go wybuczał, jeśli nie zlinczował. Po prostu nie ten czas i nie to miejsce.

Narciarska komunikacja miejska, czyli zima stulecia

Jak rozwiązać problem z dostawami ciepła i energii w mroźne zimy? W PRL był pomysł: przenieść ludność z miast na wieś.

zobacz więcej
Działacze KOR i ROPCiO naradzali się miedzy sobą?

Nie, aczkolwiek w Ruchu, po zakończeniu pielgrzymki, dwa skłócone odłamy były w stanie uzgodnić i wydać wspólne oświadczenie. To wydarzenie bez precedensu. Później oni już nigdy w żadnej sprawie się nie dogadali; każdy z tych dwóch odłamów poszedł w swoją stronę – Moczulski założył KPN, zaś Czuma dalej działał pod szyldem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela aż do wybuchu rewolucji solidarnościowej.

Między KOR i ROPCiO współpracy raczej nie było. Była za to rywalizacja. Jacek Kuroń był na przykład oburzony, że w Warszawie na placu Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego) ROPCiO prowadził akcje ulotkowe. Komentował, że to skandal, iż ROPCiO wykorzystuje w ten sposób pielgrzymkę.

Doszło do spotkania papieża z przedstawicielami opozycji?

Wedle mojej wiedzy w czasie pierwszej pielgrzymki – nie. Doszło za to w trakcie drugiej pielgrzymki, w Dolinie Chochołowskiej.

Karol Wojtyła miał oczywiście, jeszcze zanim został papieżem, pewne kontakty z ludźmi opozycji, z krakowskim SKS-em. Natomiast zdawał też sobie sprawę, że ekipę Gierka dużo kosztowało już wpuszczenie go do Polski i jest ona na tym punkcie bardzo wyczulona. I że spotkanie z ludźmi opozycji byłoby odebrane jako demonstracja.

Pewni ludzie ze środowisk katolickich – związanych z opozycją – uczestniczyli w spotkaniach z Janem Pawłem II, ale czegoś takiego jak audiencja papieża dla przedstawicieli opozycji demokratycznej nie było. To nie ten etap.

Wszystko się zmieniło dopiero wraz z rewolucją solidarnościową. Ale do tego momentu krąg opozycyjny to była naprawdę wąska grupa ludzi. Ona drażniła władze, ale jednocześnie była przez nią bagatelizowana. Polityka ekipy Gierka wobec opozycji przedsierpniowej była oparta na takim założeniu: nie będziemy strzelać z armaty do muchy. W razie czego pacniemy ją gazetą i jej nie będzie. Nie chcemy tego robić teraz, bo na Zachodzie tę muchę lubią i będą pyskować. Ale w rzeczywistości to jest tylko mucha.

Do lata 1980 roku.

Wtedy nagle z tej muchy zrobił się gigantyczny ruch. Ale nawet gdyby Jan Paweł II w 1979 roku rzeczywiście przyjął Leszka Moczulskiego, Jacka Kuronia, Andrzeja Czumę, Kazimierza Świtonia czy jeszcze kogoś, to zrobiłaby się afera, której żadna ze stron nie chciała. Wprawdzie opozycjoniści byliby zachwyceni, ale oni nawet się tego nie domagali. Nie przypominam sobie, by ze strony opozycji były prośby o takie spotkanie. Oni uważali, że to jest poza ich zasięgiem.

Nie mówię o środowisku „Tygodnika Powszechnego”, z którym Karol Wojtyła był związany i pewni ludzie go odwiedzali, utrzymywali z nim kontakty. Tyle że nie byli oni wprost zaangażowani w opozycję przedsierpniową – to byli sympatycy z szerszego kręgu.
Spotkanie Ojca Świętego z przedstawicielami władz PRL. Z lewej przewodniczący Rady Państwa Henryk Jabłoński, obok papieża I sekretarz KC PZPR Edward Gierek, z prawej prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. Fot. PAP/Leszek Łożyński
Pierwszego dnia wizyty doszło do spotkania Jana Pawła II z Edwardem Gierkiem i przewodniczącym Rady Państwa Henrykiem Jabłońskim w Belwederze. Czy coś wiemy o przebiegu rozmowy?

W trakcie pielgrzymki mieliśmy do czynienia z rozmowami kurtuazyjnymi. Nie było w nich wielkiej polityki, specjalnych negocjacji. Była to raczej wizyta duszpasterska, a nie polityczna. To wcześniej, jeszcze przed wizytą, zapadły ważne decyzje.

Na przykład jakie?

Chociażby to, kto będzie metropolitą krakowskim po Karolu Wojtyle, który zostając papieżem, zwolnił jedną z najważniejszych stolic biskupich w Polsce. Dotychczas obowiązywała zasada wypracowana po ciężkich bojach w czasach stalinowskich, co nota bene kosztowało m.in. kardynała Stefana Wyszyńskiego uwięzienie. Przewidywała ona, że strona kościelna przedstawia na to stanowisko trzech kandydatów, a strona państwowa decyduje, który z nich ewentualnie wchodzi w grę. Zazwyczaj albo wybierano kogoś z tej trójki, albo domagano się kolejnej trójki, odrzucając wszystkich kandydatów.

Ale tym razem nastąpiło odejście od tej zasady. Strona kościelna powiedziała, że życzeniem Ojca Świętego jest, by nowym metropolitą krakowskim został ks. Franciszek Macharski. Nie było żadnych innych kandydatur. I władze się na to zgodziły. To był przykład ustępstw ze strony władz.

Jak za granicą komentowano tę pielgrzymkę?

Wywołała wielkie wrażenie. Po pierwsze, była to pierwsza wizyta papieża w kraju komunistycznym. Po drugie, wizyta papieża, który pochodzi z tego kraju. Był to element przełamywania żelaznej kurtyny.

Do Polski przyjechało bardzo wielu dziennikarzy z Zachodu, prawdopodobnie najwięcej w naszych dziejach. A na pewno po wojnie do tego czasu nie było takiego zlotu dziennikarzy zza granicy. Pokazano więc Polskę Gierka. To też było dla opozycji ważne, bo pisano nie tylko o Kościele, ale również o niej.

Polska była ewenementem w skali bloku: nieskolektywizowane rolnictwo, potężny Kościół, a do tego jeszcze jego przedstawiciel został papieżem. I te dzikie tłumy witające papieża.

To wszystko było w kontrze do rozpowszechnionego obrazu państw komunistycznych jako totalitarnych, gdzie jeżeli już przychodzą tłumy, to tylko na 1 maja. A tu nagle się okazało, że Polska jest inna i ta inność Polski budziła zainteresowanie.

Gdy pojawiały się pomarańcze, dochodziło do przemocy

Może i udałoby się Gomułce zastąpić cytrynę kiszoną kapustą, gdyby można ją było wyciskać do herbaty. Świąteczne wspomnienie luksusu PRL.

zobacz więcej
Jak to zainteresowanie się przejawiało?

Niedługo potem, na zamówienie Włochów powstał pierwszy film o pontyfikacie Jana Pawła II – „Z dalekiego kraju” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Miał on wytłumaczyć zachodniemu widzowi fenomen polskiego papieża, to, z czego on wyrósł; pokazano historię kościoła w Nowej Hucie, a w jego tle także losy ludzkie – nie jest to film bezpośrednio o papieżu, tylko o ludziach mających z nim styczność.

Ale to był dopiero początek zainteresowania Karolem Wojtyłą. Dla Zachodu było to także odkrycie Polski – po latach zapomnienia, myślenia, że to po prostu jeden z krajów leżących za żelazną kurtyną, gdzie ludzie częściej się buntują niż w innych. Nagle zauważono, że Polska jest nie tylko krajem buntowników, ale także krajem, który jednoznacznie odrzuca marksizm. I to po trzydziestoletniej, totalnej indoktrynacji w duchu ateizmu. Mimo tej długoletniej indoktrynacji, na msze papieża przychodzą miliony ludzi…

Czyli dla Zachodu to był szok?

Tak, dla laicyzującej się wtedy Europy Zachodniej było to dość szokujące. Bo okazało się, że komunizm wcale nie jest skuteczniejszy w procesie laicyzacji. Raczej odwrotnie. To też był element do refleksji dla wielu ludzi na Zachodzie, zastanawiano się: co to za dziwadło?

Koniec lat 70. i początek 80. to moment, kiedy Polska budzi zainteresowanie nie tylko w Europie, ale na całym świecie, najpierw jako ojczyzna Jana Pawła II, a zaraz potem z powodu wybuchu Solidarności. Byliśmy w centrum uwagi globalnej opinii publicznej.
Gdy na placu Zwycięstwa w Warszawie papież mówił o „odnowieniu tej ziemi”, chodziło mu o odnowę chrześcijaństwa w Polsce – uważa Antoni Dudek. Fot. PAP/Bogdan Łopieński
Nie byłoby fenomenu Solidarności bez tej pielgrzymki?

Wydaje się, że do jakiegoś bunt społecznego przeciwko Gierkowi by doszło. Gospodarka była w zapaści. A oczekiwania społeczne były olbrzymie.

W pierwszej połowie lat 70. za sprawą propagandy sukcesu, ludzie zaczęli chcieć coraz więcej. Ale już w drugiej połowie lat 70. gospodarka znalazła się w kryzysie i nie była w stanie zaspokoić tych oczekiwań. Więc ludzie i tak by się zbuntowali.

Ale czy bez pontyfikatu Jana Pawła II i jego wizyty w Polsce w czerwcu 1979, Solidarność nabrałaby masowego charakteru i na taką skalę?

Prawdopodobnie byłaby dużo słabsza. Tak jak kryzys zdelegitymizował rządy komunistyczne w wymiarze gospodarczym, tak pontyfikat Jana Pawła II i pierwsza pielgrzymka zrobiły to w wymiarze aksjologicznym, ideowo-politycznym. Ludzie zrozumieli, że to katolicy w Polsce są w większości, a nie komuniści.

To nadało Solidarności charakteru nie tylko ruchu niezadowolenia z polityki gospodarczej, ale też ruchu odrzucenia realnego socjalizmu jako systemu wartości; odrzucenia przekazu ideologicznego komunistów. Bez pontyfikatu Jana Pawła II i jego pierwszej pielgrzymki do Polski, bunt być może miałby miejsce, ale raczej miałby charakter czysto ekonomiczny, podobnie jak w Grudniu ’70.
Czy można zatem powiedzieć, że ta pielgrzymka była dla komunistycznego systemu gwoździem do trumny?

Na pewno była bardzo ważnym etapem na drodze destrukcji tego systemu. To nie ulega wątpliwości. Przyczyniła się do buntu społecznego w roku 80., natomiast tych gwoździ było wiele i to, że komunizm ostatecznie się rozsypał było wynikiem całej dekady lat 80. i procesów, które wówczas się toczyły.

Nie można powiedzieć, że los komunistów po tej pielgrzymce był już przesądzony, bo przez 10 lat, jakie dzieliły ją od wyborów czerwcowych, sporo się jednak wydarzyło – na część wpływ miała oczywiście wizyta papieża. Był to niewątpliwie bardzo ważny element; jeden z wielu gwoździ – aczkolwiek bardzo ważny – w trumnie, w której ostatecznie w Polsce pochowano system realnego socjalizmu.

Na placu Zwycięstwa Jan Paweł II wypowiedział pamiętne słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odmieni oblicze ziemi. Tej ziemi”. Niektórzy interpretują to jako wezwanie do walki z komunizmem.

To zbyt daleko posunięta interpretacja; klasyka myślenia schematami, które ostatnio są strasznie nasilone. Gdyby papież wzywał do powstania antykomunistycznego w Polsce, to użyłby innych słów. Jemu chodziło o ducha chrześcijańskiego. Gdy mówił o „odnowieniu tej ziemi”, chodziło mu o odnowę chrześcijaństwa w Polsce. Bo po trzydziestu latach rządów komunistycznych duch chrześcijański był mocno osłabiony.

Tak więc papież nie mówił o niepodległości, o suwerenności państwowej, tylko o odnowie religijnej. Ale w oczywisty sposób rodziło to też konsekwencje polityczne. Bo jeżeli ludzie przestali akceptować ideologię marksistowsko-leninowską, odrzucili ją, wybierając inny system wartości, to dla władz z aspiracjami totalitarnymi, zaczyna to być problemem. Choć jest to wtórne, zaś pierwotne jest mówienie o wymiarze aksjologicznym.

Jan Paweł II przewidywał, jakie mogą być konsekwencje tej wizyty?

Był to człowiek głębokiej wiary. Na pewno wierzył, że jest szansa, by w Polsce pozbyć się kiedyś komunizmu. Ale biorąc pod uwagę jego słowa z Sejmu już w III RP: „Ale nam się wydarzyło” – można odnieść wrażenie, że była to refleksja na zasadzie: „Liczyłem, że coś się zacznie, ale nie spodziewałem się, że tak szybko”.

Wielu ludzi zdawało sobie sprawę, że Związek Sowiecki to nuklearne supermocarstwo, które gdy tylko poczuje się zagrożone, może rozpętać wojnę. Patrząc z perspektywy przełomu lat 70. i 80., rozpad komunizmu zaledwie dekadę później był dla nich czymś nierealnym i niewyobrażalnym. To, że bieg wydarzeń tak gwałtownie przyspieszył, było pewnego rodzaju zaskoczeniem – traktowanym w kategoriach cudu. Ale kto, jeśli nie papież, jest większym specjalistą od cudów?

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Prof. Antoni Dudek. Fot. Print screen TVP
Antoni Dudek jest politologiem, profesorem nauk humanistycznych, profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Zajmuje się najnowszą historią polityczną Polski oraz jej współczesnym systemem politycznym.

Jest autorem i współautorem kilkunastu książek oraz kilkuset artykułów poświęconych przede wszystkim historii najnowszej.

Publikował m.in. w tygodniku „Wprost” oraz w „Rzeczpospolitej” i „Dzienniku”.

W latach 2007-2009 na antenie TVP Historia prowadził program publicystyczny Kulisy III RP. Był konsultantem kilkunastu filmów dokumentalnych i seriali telewizyjnych.
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.