Historia

Czy też pochodzi od Adama i Ewy? Tajemnicza przeszłość pierwszego Amerykanina

Wojny, bardzo zakaźne dla Indian choroby, jak odra czy ospa, mordy, niewolnicza praca i tortury uśmierciły od 10 do 100 proc. lokalnych populacji – w zależności od miejsca. Z 60,5 mln ludzi zamieszkujących kontynent amerykański w 1492 r., następnych sto lat przeżyło jedynie 6 milionów. Dla naszych rozważań oznacza to, że miliony genotypów pochodzących z najdawniejszych, o tysiące lat wcześniejszych migracji na kontynent amerykański, nie dotrwały do naszych czasów. Uszczuplenie puli genowej o 90 procent to hekatomba.

Długogłowa arystokracja – kosmici, hybrydy, bogowie? Czyli o „cudach i dziwach, które ukrywa rząd”

Czy ludzie o wysokich czołach są inteligentniejsi i piękniejsi od tych o czołach niskich? Czy odkrywane w różnych zakątkach świata zniekształcone czaszki są pozostałościami po jakiejś specjalnej „rasie”?

zobacz więcej
Skąd się wzięli ludzie w Ameryce? Odpowiedź zdaje się banalna. Przybyli z Eurazji i Afryki. Jak, kiedy, którędy, po co i co w Ameryce zostało po nich do dziś w śladach genetycznych i archeologicznych to już znacznie bardziej zagmatwane zagadnienie.

A gdy coś jest niejasne, to zaraz rozsiadają się wokół tego rozmaici miłośnicy historii alternatywnych, twórcy serii „Starożytni kosmici” i autorzy książek za 29,99 dolarów o mniej lub bardziej nieziemskim pochodzeniu długogłowej „rasy z Paracas”, zmumifikowanej 1000 lat temu w dzisiejszym Peru, niezdolni do przeprowadzenia na zamówienie i za pieniądze badań genetycznych archaicznego DNA pobranego z owych mumii o zdeformowanych rudowłosych czerepach, by w każdej próbce nie było 5-7 wymieszanych źródeł i by w ogóle coś z tego wynikało.

Od kilku lat jednak archeologia i archeogenetyka, a nawet geologia i paleontologia rzucają coraz więcej światła, ograniczając pole paranaukowej spekulacji. Mniej, niż byśmy sobie życzyli, ale i za to, co jest, chwała Bogu.

Protestanci przywieźli rasizm

Jeszcze 100 lat temu zadawało się, że wszystko, o czym napiszemy, wzięło początek w roku 1452, gdy papież Mikołaj V specjalną bullą pozwolił królowi Portugalii Alfonsowi V na „zajmowanie państw, ziem i dóbr zamieszkałych przez pogan i wrogów Chrystusa oraz obracanie ich osób w wieczystą niewolę”.

By ochronić się przed roszczeniami Portugalczyków (sprzyjały im bulle papieskie Kaliksta III z roku 1456 i Sylwestra IV z 1481), Hiszpanie po odkryciu Ameryki przez tercjarza franciszkańskiego Krzysztofa Kolumba w roku 1492, prosili papieża o wyłączenie innych od udziału w ich odkryciach. Aleksander VI wydał w 1493 roku stosowną bullę, która w istocie ustalała granicę strefy wpływów portugalskich i hiszpańskich, czyli porządkowała status quo.

Część misjonarzy pod wpływem świeckiej nauki owej doby zastanawiała się jednak, czy można Indian dopuszczać do chrztu. Skąd ta przedziwna wątpliwość? Religia zabrania chrzcić zwierzęta, a gdy okazało się, że Kolumb nie dotarł do Indii, zaś jego liczni i następcy wykazali, że mamy do czynienia z nowym kontynentem – olbrzymim i oddzielonym od Eurazji wielkim oceanem – stało się oczywiste, że „Indianie nie pochodzą od Adama i Ewy”.
Gdy Paweł III stwierdził w 1537 roku, że Indianie są ludźmi, więc mogą dobrowolnie przyjąć wiarę chrześcijańską, na misję ruszyli jezuici. Fot. Getty Images
Tymczasem Hiszpanie i Portugalczycy, a potem Holendrzy i Anglicy oraz oczywiście Francuzi uważali się za wykwit cywilizacji. Jedyni też – przynajmniej tak sądzili – posiedli technikę i męstwo niezbędne do transoceanicznych podróży. Założyli zatem, jakże mylnie, że przed nimi nikt tego oceanu z żadnej strony nie przebył.

Trzeba było, by papież Paweł III stwierdził w 1537 roku w specjalnej bulli „Sublimis Deus”, że Indianie są ludźmi, więc mogą dobrowolnie przyjąć wiarę chrześcijańską i nie wolno ich, nawet jako pogan, pozbawiać wolności i mienia, pod karą ekskomuniki [1].

Mimo to niewolnictwo kwitło, a kolonizatorzy wszelkich narodowości i chrześcijańskich denominacji Indian traktowali w sposób nieludzki. Wraz z protestantami anglosaskimi i holenderskimi przybył do Ameryki rasizm – Hiszpanie bez problemu wchodzili w związki z Indianami, co stało się źródłem wielkiej liczby metysów już w pierwszych latach po podboju.

Hernán Cortés po zdobyciu miasta zwanego dziś Meksyk, a wtedy, w roku 1519, Tenochtitlan, wymordował tysiące jego mieszkańców i zrównał je z ziemią, zastawszy tam już liczydła z ludzkich czaszek zbudowane przez wyniszczające własne i dookolne ludy plemiona azteckie i inne.

Bogowie uwielbiali ludzką krew i dym z palonych serc. Czaszki ofiar obierano ze skóry i mięśni, a czerepy nawlekano na żerdź

Najpierw kapłan ostrym jak brzytwa nożem z obsydianu rozcinał klatkę piersiową i wyjmował bijące wciąż serce. To uśmiercało ofiarę. Rytuał jednak trwał dalej.

zobacz więcej
Za sprawą kolonizatorów doszło do dalszego wyludniania wszystkich trzech Ameryk. Wojny, bardzo zakaźne dla Indian choroby, jak odra czy ospa, mordy, niewolnicza praca i tortury uśmierciły, według szacunków Światowego Forum Ekonomicznego z lutego 2019 r., od 10 do 100 proc. lokalnych populacji – w zależności od miejsca. Z 60,5 mln ludzi zamieszkujących kontynent amerykański w 1492 r., następnych sto lat przeżyło jedynie 6 mln. Oczywiście 90 proc. zmarłych nie musiała nigdy w życiu spotkać żadnego Europejczyka. Zabiły ich epidemie.

Dla naszych rozważań oznacza to, że miliony genotypów pochodzących z najdawniejszych, o tysiące lat wcześniejszych migracji na kontynent amerykański, z pewnością nie dotrwały do naszych czasów. Uszczuplenie puli genowej o 90 procent to hekatomba.

W genetycznym tyglu

Dominikanin Bartolome de Las Casas (nawrócony konkwistador, dawny właściciel niewolników i okrutnik) sporządził raport „Krótka relacja o wyniszczeniu Indian” (ok. 1542, drukiem 1552), w którym opisał niesłychane bestialstwo niektórych kolonistów. [2]

W swym pierwszym swym dziele jednak „Memorial de Remedios para las Indias” z roku 1517 Bartolome de Las Casas stwierdził, że skoro źródłem nadużyć ze strony Hiszpanów jest brak siły roboczej podczas kolonizacji, to zamiast leniwych i chciwych konkwistadorów trzeba umieszczać na nowym kontynencie hiszpańskich wieśniaków. Mogliby oni nauczyć Indian efektywnej pracy. A ubytek, jaki wywoła uwolnienie Indian, można wyrównać, sprowadzając z Afryki niewolników (sic!).
Już w XVIII wieku czarnoskórzy niewolnicy z Afryki stanowili największą społeczność imigrantów w Nowym Świecie. Na zdjęciu: rok 1862, niewolnicy w Stanach Zjednoczonych. Fot. API/Gamma-Rapho via Getty Images
Z czasem zaczęto więc ich sprowadzać – najpierw głównie do kolonii portugalskich, czyli dzisiejszej Brazylii. W hiszpańskim Meksyku nie było ich wcale. Od 1526 roku przez cztery stulecia, setki tysięcy. W XVIII wieku czarnoskórzy niewolnicy z Afryki już stanowili największą społeczność imigrantów w Nowym Świecie. Większość niewolników trafiała do Ameryki Południowej i na Karaiby. Ich krew, pot i łzy wsiąkały w amerykańską ziemię, a ich geny weszły do puli obok hiszpańskich, portugalskich, holenderskich, anglosaskich i francuskich, wreszcie niemieckich i semickich.

Nie wolno zapominać, że do nowych terytoriów zamorskich nierzadko trafiał też tzw. „element niepewny”. Do takiej grupy poza niedawnymi przechrztami z judaizmu, zwanymi Conversos należeli także praktykujący po cichu muzułmanie. Część z nich miała wprawdzie lokalne, iberyjskie pochodzenie, ale pozostali reprezentowali geny północnoafrykańskie, berberyjskie. [3]

Zatem około 1500 roku z tubylczej ludności (która dotarła tu według rozmaitych szacunków od 24 do 11 tys. lat temu) pozostaje 10 procent, odtąd mieszającej się regularnie z przeważającą liczebnie ludnością napływową. Ludnością, która reprezentując europejskie potęgi kolonialne, nadal prowadziła krwawe wojny powodujące lokalne wyludnianie. Nadal prowadziła też kolonizację, pokonując kolejne naturalne granice i spotykając kolejne, często naprawdę izolowane geograficznie i genetycznie grupy tubylcze, na które wpływała zarówno ograniczając ich liczebność, jak i mieszając się z nimi.

Kiedy Genetix namiesza w Archeo

Ich ekspansja trwała ponad tysiąc lat. Pozostawili po sobie DNA w każdym dokładnie Europejczyku. Lokalne kobiety lubiły tych jeźdźców i rodziły im wiele dzieci. Kim jesteśmy?

zobacz więcej
Wielka imigracja XIX-wieczna i po II wojnie światowej dopełniają obraz „genetycznego tygla”. Swym wymieszaniem przewyższającego wszystko, z czym genetycy i specjaliści od archaicznego DNA mogą mieć do czynienia, próbując wyłuskać w dzisiejszych genomach to, co lokalnie, amerykańsko pradawne.

Leif zdobywca

Ponieważ ta historia wcale nie zaczęła się w roku 1452, cofnijmy się zatem do X-XI wieku. W roku 1960 w północnej Kanadzie odkryto ślady osady wikingów nazwanej L'Anse aux Meadows. To właśnie tu bez mała 1000 lat wcześniej skandynawscy żeglarze dotarli na swych łodziach do Ameryki, przemierzając północny Atlantyk. Odkrycie potwierdziło, uznawane wcześniej za duby smalone, opowieści ze średniowiecznych sag skandynawskich.

Na przykład „Saga o Grenlandczykach” mówi, że około roku 1002 Leif Eriksson (chrześcijanin, syn Eryka Rudego, islandzkiego banity i założyciela normańskich osad na Grenlandii) usłyszał o nieznanym lądzie na zachodzie, odkrytym przez Bjarniego Herjólfssona [4] i wyruszył jego śladem.

Pierwszy ląd, który napotkał Leif, był pokryty kamiennymi płytami, dlatego nazwał go Krainą Kamieni (Ziemia Baffina). Następnie dopłynął do lesistego lądu z piaszczystymi plażami, który nazwał Krainą Lasów (Labrador). Kolejną ziemią, do której przybił, wybudował domy i osiadł na zimę była bogata w łososie Kraina Wina. Czy L'Anse aux Meadows jest osadą na ziemi nazwanej przez Leifa Winlandią? Raczej nie. Bo na północ od rzeki św. Wawrzyńca nigdy nie było winorośli, a saga sprawozdaje jej odkrycie.

Dopiero na przełomie marca i kwietnia 2016 roku doniesiono, że dzięki zdjęciom satelitarnym archeologom z Uniwersytetu Stanu Alabama udało się namierzyć ślady po kolejnych osadach Wikingów na południowo-zachodnim brzegu Nowej Funlandii. Czy założył je Leif? Czy żaden inny grenlandzki śmiałek nie ruszył w jego ślady? Zwłaszcza, że wikingowie mogli, nie mając kompasu magnetycznego, wykorzystywać do nawigacji w gęstej mgle polaryzujące kryształy zwane słonecznymi kamieniami oraz podstawową matematykę. Jako doskonałym szkutnikom i żeglarzom na pewno nie były one obce.
W X- XI wieku wikingowie dotarli do Ameryki, przemierzając północny Atlantyk. Czy łodzie skandynawskich żeglarzy wyglądały tak jak zbudowana przez studentów replika? Fot. Leonard Ortiz/Digital First Media/Orange County Register via Getty Images
Nadal nie wiadomo jednak, co stało się z kolonistami i czy cokolwiek po nich przetrwało w genomach prekolumbijskich mieszkańców Ameryki. Wykluczyć tego jednak nie można, chociaż w DNA obecnych Indian z terenów Kanady nie ma na to przekonujących śladów. Większość przypadków domieszek północnoeuropejskiego DNA czy posiadania chromosomów Y charakterystycznych dla Skandynawii można wytłumaczyć przybyszami z czasów kolonialnych i późniejszych [5].

250 osadników z Syberii

Idźmy jednak dalej w głąb tej historii. Wszystko zaczęło się od grupy, niekoniecznie większej niż 250 ludzi, z Syberii, niekoniecznie dawniej, niż 23 tys. lat temu. Tak przynajmniej twierdzą badacze z Uniwersytetu Stanu Kansas na podstawie wyszukanej analizy statystycznej współczesnego materiału genetycznego z Syberii, Chin i USA. Badacze pracują pod kierunkiem Michaela Crawforda. Swoją analizę opublikowali w maju ubiegłego roku.


Dzisiaj na Syberii mieszkają głównie potomkowie pradawnych migrantów z Dalekiego Wschodu, czyli Czukcze, Buriaci i Jakuci. Jednak 24 tys. lat temu nad Bajkałem żył między innymi chłopiec, nazwany Mal’ta. Przedstawiciel paleolitycznej populacji zwanej przez genetyków ANE (ang. Ancient North Eurasian), a popularnie czy legendarnie – hiperborejską. Populacji niezmiernie ważnej tak dla nas, Indoeuropejczyków, jak i dla rdzennej ludności Ameryki. To z tej populacji właśnie wydziela się linia amerykańska, która najprawdopodobniej przez Cieśninę Beringa przedostaje się przez Pacyfik na Alaskę, gdzie pierwotnie osiada, korzystając z cofania się lodowca i odsłoniętej w ten sposób ziemi.

Czy rzeczywiście populacja ta była tak mała? Nie da się wykluczyć, że na badania antropogenetyków z Kansas wpłynęły gigantyczne gwałtowne ograniczenia liczebności populacji rdzennych mieszkańców Ameryki. O podobnym efekcie pisaliśmy już przy okazji neolitycznych wojen, które zdziesiątkowały euroazjatyckich mężczyzn tak, że przetrwał do dziś jedynie co czwarty z ówczesnych chromosomów Y. Innymi słowy, dopóki nie będzie mnóstwa danych z DNA z czasów prekolumbijskich, nie będziemy wolni w analizach współczesnych populacji od efektu „szyjki od butelki” – czyli drastycznego zawężenia pola badawczego.

Słowianie – „antropologiczny śmietnik” czy „najbardziej wierni genetycznemu dziedzictwu Europy”?

Nie wiadomo, skąd przyleźli, a matka i babka puściły im się z żołdakami, którzy maszerowali wielokrotnie przez ich dom. Tak m.in. po Polakach „jeżdżą” naukowo w Europie. Badania robi się tak, że ów stereotyp się utrwala.

zobacz więcej
Sama analiza zaś kopalnego DNA z Ameryki to zadanie trudne, bo obrządki pogrzebowe wielu kultur korzystały z barwników, które podczas rozkładu szczątków wnikały w kości, a poważnie utrudniają sekwencjonowanie DNA. Trudna nie znaczy niemożliwa – nie byli na ogół paleni, jak nasi słowiańscy przodkowie, ale nadal jest tych badań bardzo mało, wziąwszy pod uwagę potencjał naukowy USA czy prestiżową pozycję laboratoriów specjalizujących się w archeogenetyce, jak chociażby wielokrotnie już przeze mnie wspominanego Davida Reicha z Harvard Medical School. Na razie rośnie liczba zsekwencjonowanych genomów obecnie żyjących Indian i ich potomków, którzy robią za coraz lepszy punkt zaczepienia dla uzyskanych wyników kopalnego DNA.

Bez testowania współczesnych Indian nie byłoby możliwe precyzyjne przyporządkowanie genetyczne chłopca z kultury Clovis (opiszemy go za chwilę). Oprócz niego przebadano także tzw. człowieka z Kennewick sprzed ok. 8 tysięcy lat. Jego podejrzewano nawet o europejskie pochodzenie. W internecie popularne stało się porównanie podobieństwa jego rekonstrukcji do brytyjskiego aktora Patricka Stewarta, znanego m.in. z serii „Star Trek”. Dopiero po badaniach DNA okazało się, że Kennewick Man miał typowe paleoindiańskie wyniki, nie wyróżniając się właściwie niczym poza DNA mitochondrialnym [6].

Wracając do imigrantów z paleolitycznej Syberii – jeśli wierzyć badaniom szczątków i całej ich kultury, niczym Izraelici, którzy po wyjściu z Egiptu nie śpieszyli się do Kanaanu, tak i owi hiperborejczycy przez 8 tys. lat osiedlali się w najbliższej okolicy Cieśniny Beringa i Alaski i nie schodzili na południe. Mieszkają tam do dziś aż po Jukon i północnozachodnie terytoria Kanady – tzw. Atabaskowie. Łączą ich: kilkanaście dialektów, wspólnota obyczajów i pierwotnych wierzeń.

Pozostali, którzy wreszcie powoli ruszyli na południe, dali początek Indianom amerykańskim. Pierwotna populacja łowców-zbieraczy ulegała dalszym rozszczepieniom. I powstawały kolejne kultury. 15 tys. lat od wyjścia z Syberii mieli być już w Argentynie. Z tej to minimalnej populacji wywodzić się ma owe prekolumbijskie 60,5 milionów ludzi. Imponujące! Ale jest jeden problem: sytuacja klimatyczna 24 tys. lat temu niespecjalnie pozwalała na przekraczanie Cieśniny Beringa. I to nie jest nieistotny detal, niestety.

Katastrofa kultury Clovis

W listopadzie 2017 roku dzięki badaniom uczonych z wielu amerykańskich uniwersytetów, zebranym na łamach „Science” w przeciekawy artykuł poglądowy, mogliśmy się jednak dowiedzieć, że amerykańska kultura Clovis uważana dotąd bezspornie przez archeologów za najstarszą (jej pojawienie się datowane jest na 13,5 tys. lat temu) z pewnością najstarsza nie jest.
Patrick Stewart, znany m.in. z serii „Star Trek”, wygląda ponoć identycznie jak człowiek z Kennewick sprzed ok. 8 tysięcy lat. Fot. Albert L. Ortega/Getty Images
Znaleziska związane z tą kulturą po raz pierwszy odkryto w 1932 roku w stanie Nowy Meksyk, koło miejscowości Clovis. Dotąd uważano, że to właśnie oni przeszli z Syberii podczas ostatniego zlodowacenia (czyli nie 24 tys., a max. 15-16 tys. lat temu) po nieistniejącym dziś lądowym przesmyku przez Cieśninę Beringa. Jeśli jednak wierzyć geologom analizującym ślady po „deszczu” fragmentów meteorytów, które spadły na Ziemię jakieś 12,800 lat temu, kultura Clovis, choć dopiero się zaczęła, a już niemal się skończyła wraz z gwałtownym wymarciem swoich przedstawicieli.

Chilijsko-amerykańska grupa badawcza kierowana przez Mario Pino znalazła nowe dowody (m.in. w postaci krateru w południowym Chile) na to wydarzenie drastycznie - choć na krótko - zmieniające klimat na naszej planecie. Dla półkuli północnej rozpadające się meteoryty przyniosły wilgotne ochłodzenie, czyli masy śniegu. Dla południa - suszę i pustynnienie.

Dla kultury Clovis, a także wielkich południowoamerykańskich wówczas zwierząt, jak mastodonty, rozliczne spokrewnione z nimi trąbowce, olbrzymie leniwce, czy tygrysy szablozębe była końcem świata. Choć nie ulega wątpliwości, że przedstawiciele owej kultury nieźle sobie wcześniej radzili z trzebieniem tych gigantów, na co istnieją dowody archeologiczne.

Spośród nielicznych zatem odnalezionych pochówków do analizy genetycznej wybrano szczątki chłopca nazwanego Anzick-1 z późnego plejstocenu z terenu dzisiejszej Montany. Anzick-1 zmarł z nieznanych powodów pomiędzy pierwszym a drugim rokiem życia i jest jedynym na razie pochówkiem kultury Clovis, gdzie zachował się kompletny szkielet.

Był rok 2013 (publikacja w lutym roku następnego) i ówczesnymi metodami ustalono, że reprezentant kultury Clovis wykazuje genetyczny związek zarówno ze współczesnymi rdzennymi Amerykanami, jak i DNA z Syberii. Aczkolwiek od tych ostatnich był genetycznie dość odmienny [7].

Te wątpliwości oraz wiele kolejnych znalezisk archeologicznych ostatnich kilku lat sprawiły, że amerykańscy antropolodzy w swej większości zaczęli się przychylać do poglądu o wcześniejszej imigracji Eurazjatów do Ameryki.

Seksmisja wydarzyła się naprawdę! Prawdziwi mężczyźni na wojnie zginęli

Warunkujący męskość chromosom Y jest słaby. Nie przetrwa prawdopodobnie kolejnych 5 milionów lat. To powolne uderzenie „bomby prof. Kuppelweisera”.

zobacz więcej
Co więcej, chilijska grupa paleontologów i geologów pod tym samym kierunkiem opublikowała na łamach „PLOSOn”e pod koniec kwietnia tego roku niezaprzeczalny dowód na preklowiańską kulturę – jeśli nie w całej Ameryce, to przynajmniej w północnej Patagonii. A to bardzo daleko od Alaski. Ichnolodzy (specjaliści od śladów i odcisków) odkryli tam bowiem najstarszy odcisk ludzkiej stopy należącej do Homo sapiens sapiens, a datowanej na 15600 lat temu. W ten sposób upadła teoria o jedynym marszu przez Cieśninę Beringa nawet 15-16 tys. lat temu: Z Alaski do Patagonii musieliby oni chyba biec, żeby swój ślad stopy odcisnąć…

A może przez Pacyfik?

Są jeszcze inne, ciekawe i pozaeuropejskie tropy, ale tu musimy przypomnieć, co to haplogrupa. Prosto rzekłszy: po ojcu, dziadku, pradziadku i dalej w przeszłość mężczyźni dziedziczą chromosom Y. Sekwencja jego DNA pozwala podzielić ludzi „po mieczu” na klany – zwane haplogrupami. Każda spontaniczna mutacja w chromosomie Y zostanie odziedziczona od momentu jej powstania i tworzy subklany, a dzięki nim buduje się drzewo rodowe mężczyzn.

Wśród rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej zdecydowanie dominuje haplogrupa Q(~90-95%), która dzieli się na dwie podstawowe gałęzie: Q-M3 (odkrytą u człowieka z Kennewick) oraz Q-Z780 (do tej gałęzi należy Anzick-1). Resztę reprezentuje odmienna haplogrupa C w formie dwóch gałęzi [8]. Czy zatem to haplogrupa C przeszła przez most lądowy Beringa razem z haplogrupą Q? Jest to teoretycznie możliwe, ponieważ obie te linie są częste w podobnych rejonach Azji.

Jednak haplogrupa C, w paleolicie powszechna również w Europie, charakteryzuje obecnie ludność mongolskojęzyczną, Aborygenów oraz...ludność wielu wysuniętych wysp Oceanu Spokojnego. Nie jest więc całkowicie wykluczone, że haplogrupa C może reprezentować niewielką migrację Polinezyjczyków do Ameryki. W tym scenariuszu pierwszymi kolonizatorami Ameryki po ludziach haplogrupy Q byliby nie Wikingowie ani nie Kolumb et consortes, lecz wyspiarze z Polinezji [9].

Jeśli zatem migracja Euroazjatów była znacznie wcześniejsza, to musiała nastąpić inną drogą. Cieśninę Beringa blokowały bowiem lodowce. Pierwsi Amerykanie musieli zatem przybyć wzdłuż linii brzegowej Pacyfiku z północno-wschodniej Azji, by trafić potem zarówno w okolice Cieśniny Beringa, jak i rozprzestrzenić się po Amerykach. (Ta teoria pozwala im po drodze „załapać” nieco polinezyjskiego DNA).

Do tego przełomowego – i dziś przyjmowanego powszechnie – twierdzenia prowadziły pasjonujące zwroty intelektualnej akcji, jak w dobrym kinie. Znajdowano bowiem a to narzędzia kamienne w Teksasie sprzed 15,5 tys. lat, a to ludzkie odchody w Oregonie sprzed 14 tys. Na Florydzie zaś jacyś ludzie zabili i zjedli mastodonta nie później, niż 14 tys. 450 lat temu.
Istnieje teoria, według której pierwszymi kolonizatorami Ameryki są nie wikingowie ani nie Kolumb, lecz wyspiarze z Polinezji. Fot. Education Images/UIG via Getty Images
Dwa lata temu w publikacji, która firmował Torben Rick z US National Museum of Natural History jako rozsądną perspektywę przybycia pierwszych łowców zbieraczy do Ameryki przyjmowano okres 15-20 tys. lat temu. Klimatolodzy wskazywali, że ok. 17 tys. lat temu częściowe wycofanie lodowca z północno-zachodniego wybrzeża amerykańskiego Pacyfiku stworzyło możliwy korytarz rozprzestrzeniania się przybyłej ludności.

Droga była nadmorska, wśród lasów, namorzyn, odżywczych wodorostów, bez większych naturalnych barier geograficznych i szła zarówno ku północy, jak ku południu wzdłuż wybrzeża. Dziś trudno znaleźć ślady owej wędrówki, bo poziom mórz znacząco się podniósł. Badania archeologiczne nie wykluczają jednak nawet wcześniejszej migracji, a na Alaskę fale migracyjne mogły być dwie, co jest wśród Eskimosów uchwytne tak archeologicznie, jak genetycznie. Czyli Genetix i Archeo mogłyby się w tym wypadku jakoś spotkać w okolicach owych wyliczonych 24 tys. lat.

Kto tam ucztował?

Jednak najbardziej szokujące jak dotąd doniesienie na temat pojawienia się amerykańskich tubylców zawdzięczamy nie archeologom, a paleontologom: Stevenowi i Kathleen Holenom z Muzeum Historii Naturalnej w San Diego w Kalifornii i ich współpracownikom.

W kwietniu 2017 roku na łamach „Nature” pojawił się ich artykuł pt. „Liczące sobie 130 tys. lat stanowisko archeologiczne w południowej Kalifornii, USA”. Naukowcy nie mają do dziś pojęcia, jaki ludzki gatunek zabił mastodonta, od którego wykopalisko Cerutti Mastodon wzięło swą nazwę. Tamże odnaleziono, datowane na początek późnego plejstocenu kamienne młoty i kowadła (czyli obrobione celowo kamienie służące np. do otwierania kości) obok pozostałości skonsumowanego amerykańskiego mamuta. Pięć wielkich kamiennych pięściaków plus kości mastodonta ze śladami uderzeń tymiż – tylko człowiek tak poluje i je.

Smok wawelski istniał naprawdę. Zapraszamy tam, gdzie mieszkają bestie

Dwunożny potwór wgryzał się w ofiarę, z apetytem kruszył i zjadał jej kości.

zobacz więcej
Na kontynencie amerykańskim 130 tys. lat temu?! Owszem, tylko który? Neandertalczyk czy denisowiańczyk, a może „ten czwarty”, po którym dotąd nie wydłubaliśmy z ziemi ani kosteczki, ale za to nosimy ślady jego DNA w naszym genomie, zwłaszcza jeśli jesteśmy Indonezyjczykami? Bo skoro człowieka współczesnego wtedy jeszcze w Eurazji nie było... Na stanowisku Cerutti Mastodon nie znaleziono niestety ni zęba, ni paliczka, aby dało się to genetycznie sprawdzić. Takie ślady po wczesnopaleolitycznej uczcie z mamuta znalezione w Afryce lub Eurazji nie wywołałyby żadnego zainteresowania, starczyłoby na jakiś niespecjalnie istotny doktorat. Ale w Ameryce? Szok i niedowierzanie!

Jest jasne, że choć do zaludnienia Ameryki doszło długo przed Kolumbem, to dla dzisiejszej populacji jego pojawienie się było realnie nowym początkiem wszystkiego: zarówno puli genowej, jak kultury. Widać też, że Amerykanin ma w sobie, niezależnie od genów i pochodzenia, naturę pioniera, zdolnego przetrwać wszystko – bo katastrofy naturalne i hekatomby wywołane przez rdzenną ludność, jak i najeźdźców nie omijały tej ziemi. Jej przeszłość, niczym miasto Tenochtitlan, nie tylko została zrównana z ziemią i wyludniona, ale w dodatku nakryta kamiennymi płytami, aby nikt się do niej nie dokopał. Dlatego bez wielkich prac wykopaliskowych tak trudno trafić do tego pierwszego Amerykanina, dzięki któremu Indianie „pochodzą od Adama i Ewy”.

– Magdalena Kawalec-Segond,
doktor nauk medycznych, biolog molekularny, mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii”
– Artur Martyka,
administrator projektu genetycznego analizy DNA Polaków i członek ekipy projektu analizy haplogrupy R1a.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Przypisy:

1. Warto tu zauważyć, że już wiele lat wcześniej, bo w roku 1524, ochrzczono św. Jana Diego, który w 1531 miał otrzymać obraz zwany dziś Matką Boską z Guadelupe. Korona zaś hiszpańska, znosząc niewolę dla ochrzczonych Indian, przydzielała ich oraz ich ziemię Hiszpanom (rodzaj podległości feudalnej, tzw. encomienda), wobec których tubylcy zobowiązani byli do danin i pracy, a za to mieli być przez swych panów utwierdzani w wierze i cywilizowani. Niewolnictwo utrzymano w stosunku do ludożerców i tych, którzy nie chcą przyjąć chrztu.

2. Raport zrobił wielkie wrażenie na dworze hiszpańskim i stał się bezpośrednią przyczyną nadania przez króla Karola I pełnoprawnego obywatelstwa Hiszpanii (jako że w Ameryce wg prawa Hiszpania nie miała kolonii, a terytoria zamorskie) wszystkim Indianom. Nieco później autor Krótkiej relacji… został mianowany „Oficjalnym Protektorem Wszystkich Indian” przez jego syna, Filipa II.

3. W linii prostej można je łatwo wyśledzić – Berberowie, którzy stanowili zdecydowaną większość Maurów przekraczających cieśninę Gibraltarską charakteryzowali się wysokim odsetkiem haplogrupy E1b, która na wybrzeżach Północnej Afryki sięga lokalnie do 90%. Najbardziej znanym przedstawicielem tej haplogrupy i jednocześnie Berberem z pochodzenia jest niegdysiejszy piłkarz, a obecny trener Zinedine Zidane. Nie każda haplogrupa E1b oznacza północnoafrykańskie korzenie. Berberowie nie reprezentowali na przykład gałęzi E-V13. Mówiąc o liniach mauryjskich chodzi dokładnie o takie gałęzie haplogrupy E1b, jak E-M81, E-V65 oraz E-M123. Wśród Berberów i ich potomków sporadycznie mogły zdarzać się również inne haplogrupy, np. R1b (gałąź V88), J2, J1 (różne gałęzie) itd. Na marginesie wypada doprecyzować, że część tych linii trafiła na Półwysep Iberyjski prawdopodobnie jeszcze przed nastaniem cesarstwa rzymskiego wraz z Kartagińczykami, Grekami, czy Fenicjanami. Komplikacji dodaje fakt, że na islam przeszła część lokalnej populacji iberyjskiej. Tym samym spory odsetek wysyłanych do Ameryki „świeżych chrześcijan” mogła mieć sygnatury genetyczne nierozróżnialne od tych konkwistadorskich.

4. Ów Bjarni latem roku 986 postanowił wyemigrować z Islandii na Grenlandię, ale jego łódź z powodu wiatru i mgły zboczyła z kursu. Po kilkunastu dniach dotarł do lesistego lądu. Domyślając się, że nie jest to Grenlandia, nie schodzi na brzeg i płynie dalej. Po drodze widzi z dala kolejne nieznane lądy, ale żaden z nich nie pasuje do opisów Grenlandii. Dopłynąwszy wreszcie po wielu dniach do zamierzonego celu, opowiedział o swoich odkryciach, ale nie wzbudziły one szerokiego zainteresowania.

5. Metys z częstą w Skandynawii haplogrupą I1 nie jest w Kanadzie rzadkością, jednak jego przodkiem jest najczęściej możliwy do genetycznego wyśledzenia angielski lub francuski traper, a nie islandzki żeglarz sprzed 1000 lat. Nawet jeśli wikińscy osadnicy nie zostali wybici do nogi i tym samym zostawili jakiś ślad genetyczny, to nadal mamy problem. Przy poziomie rozmycia nowszą falą Europejczyków (zawierających także północne geny i przy jednoczesnym ograniczeniu populacji „czystych” Indian odpowiedź może dać jedynie konkretne DNA kopalne.

6. DNA mitochondrialne człowieka z Kennewick nosi nazwę X2a. Jego nietypowość polega na tym, że jako jedyne wśród haplogrup DNA mitochondrialnego typowych dla Indian (A, B, C, D) mtDNA X nie jest związany typowo ze wschodnią Azją. U Algonkinów odsetek tej linii wynosi nawet 25%, a u Indian Nawaho wynosi około 7%. Nie oznacza to, że X2a została przyniesiona przez Europejczyków 1000 lat temu czy później. Najprawdopodobniej był bardzo rzadka linia, która trafiła na Syberię z Bliskiego Wschodu i następnie przeszła cieśninę Beringa wraz z dominującymi liczebnie mtDNA z grupy A, B, C oraz D. Te ostatnie są typowo z Syberii.

7. Szczątki chłopca znad Bajkału nazwanego Mal’ta świadczą, że należał on do haplogrupy męskiej R*, przodka m.in. obecnie popularnych w Polsce R1a i R1b. z Kolei haplogrupę chłopca Anzick określono jako Q, a dokładnie Q-FGC47595. Ta odnoga haplogrupy Q jest rzadka wśród obecnie żyjących Indian co może oznaczać, że albo „oberwała” jeszcze po upadku kultury Clovis albo już w czasie kolonizacji obu Ameryk, szczególnie Ameryki Północnej. Haplogrupy zatem się nie zgadzały, ale DNA z pozostałych chromosomów było podobne. To znaczyło, że Anzick również wywodził się z populacji syberyjskiej, choć z innego klanu, prawdopodobnie położonego dalej na wschodzie.

8. C-P39 znajdowana jest przeważnie w Ameryce Północnej, ale to dalej raptem kilka proc. wszystkich linii. Poza tym występuje w Panamie i paru miejscach w Ameryce Południowej. Druga gałąź to niedawno odkryta u kilkunastu Indian z ekwadorskiej części Amazonii C-L1373.

9. Dodatkowo przemawia za tym znalezienie polinezyjskiego DNA mitochondrialnego Ba1a1 w szczątkach bardzo nielicznej już lokalnej ludności ze wschodniej Brazylii, zwanej z portugalska Botocudo. Nie daje to jednak całkowitej pewności, że taka migracja musiała mieć miejsce. W braku jakichkolwiek źródeł pisanych dalsze badanie DNA kopalnego jest niezwykle potrzebne by rozwikłać zagadkę potencjalnych, pre-kolumbijskich migracji.

Źródła:

https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/nawracanie_konkwista.html
https://www.sciencealert.com/new-evidence-suggests-a-comet-set-earth-on-fire-13-000-years-ago
https://www.sciencealert.com/dna-11-000-years-ago-reveals-origins-native-americans-ancient-beringians
https://www.sciencealert.com/new-studies-link-ancient-american-remains-across-two-continents
https://www.sciencealert.com/first-americans-travelled-along-coastal-kelp-highway
https://www.sciencealert.com/dna-study-numbers-founding-communities-native-american-migration
https://www.sciencemag.org/news/2018/11/how-people-andes-evolved-live-high-altitudes?utm_source=newsfromscience&utm_medium=facebook-text&utm_campaign=Andesgenes-22375
https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0960982218314957
https://www.thoughtco.com/beringian-standstill-hypothesis-first-americans-172859
https://www.sciencemag.org/news/2018/01/ancient-americans-arrived-single-wave-alaskan-infants-genome-suggests?utm_source=6&utm_medium=social&utm_campaign=News-from-Science-(ScienceNOW)&utm_term=SciMag&utm_content=AAAS
https://www.weforum.org/agenda/2019/02/european-colonisation-of-the-americas-caused-global-cooling/
https://www.familytreedna.com/public/rurikid?iframe=yresults – wyniki Giedyminidów pod sekcją „I/ N1c1 Gediminid Princes L551 Y14150”
https://www.nytimes.com/2016/04/01/science/vikings-archaeology-north-america-newfoundland.html?_r=2
https://www.nature.com/articles/nature13025
http://www.szkolateologii.dominikanie.pl/jubileusz/vitoria-francisco/
https://info.dominikanie.pl/2016/01/ewangelizacja-ameryki-trzeba-bylo-bronic-indian-przed-europejczykami/
http://historiekoscielne.blogspot.com/2018/11/bartolome-de-las-casas.html
https://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0213572

Kosmici
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Czarnobylskie kłamstwo. Jak KGB preparowało informacje
Sowieckie służby specjalne nie tylko utajniły prawdę o skażeniu. Skutecznie podsuwały też zachodnim dziennikarzom fałszywe dane podmieniając próbki gleby i podstawiając swoich agentów jako zwykłych obywatelki.
Historia Najnowsze wydanie
Laskowikowi nie dali rady. Cenzorzy w Opolu
Agnieszka Osiecka musiała w swoim tekście podwyższyć kwotę zarobków polskiego obywatela. Maryla Rodowicz śpiewając „Był sobie król” rzekomo drwiła z Breżniewa, a „Wielką wodą” – z klęski żywiołowej.
Historia Najnowsze wydanie
Przystojny, uwodzicielski, wykształcony, skuteczny. Jak...
Kobiety traciły dla niego głowy, dwie całkiem dosłownie, by wreszcie go zdradzić i podobno zhańbić.
Historia Najnowsze wydanie
Żałosne indywiduum czy człowiek honoru i bohater?
Nastroje wrogości, podburzanej przez jego przeciwników, groziły linczem Skrzyneckiemu i jego żonie Amelii. Dwie twarze generała.
Historia Poprzednie wydanie
Szykowali chemiczny atak na Polskę
Wycinali marynarzom w kombinezonach otwory, sprawdzając, jak skóra będzie reagować na zabójcze substancje. Broń testowano w mieście, które dziś słynie z wynalezienia morderczej trucizny: nowiczoka.